„Straszny Dwór” w Operze Bałtyckiej w Gdańsku

Opera Bałtycka w Gdańsku przygotowuje nową inscenizację „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki. Reżyser Jerzy Snakowski zapowiedział współczesne spojrzenie na klasykę i próbę wydobycia z niej tematów, które „naprawdę bolą”. Premiera odbędzie się 8 listopada.

Do współpracy nad spektaklem zaproszono dyrygenta Yaroslava Shemeta

.Patrzę na to dzieło przez perspektywę współczesności i tego, co sam cenię. Przyjrzałem się bohaterom i zastanowiłem, którego z nich mógłbym polubić. Lubię ludzi z inwencją, pracowitych, wrażliwych, związanych ze sztuką i mających zasady. Ten test wypadł nie najlepiej dla większości postaci. Wygrali Damazy i Maciej — dotąd traktowani jako groteskowi. W nich znalazłem wartości, które są mi bliskie — powiedział reżyser.

Podkreślił, że „Straszny dwór”, skomponowany przez Stanisława Moniuszkę w latach 1861–1864, w jego wersji dotyka tematów, które pozostają nadal aktualne. — Wolność, równość, braterstwo — piękne hasła, pod którymi żyjemy, ale dziś mocno wyświechtane. Rodzimy się równi, ale potem coś się psuje. Z braterstwem też bywa różnie — są wśród nas tacy, którym zaufaliśmy, a oni to wykorzystali. Boli mnie ta pogarda i poczucie wyższości — stwierdził.

Jerzy Snakowski w „Strasznym dworze” pokazuje historię dwóch rodzin, w których „dobrze się nie dzieje”. — Szczególnie w rodzinie Miecznika, który dotąd uchodził za wzór polskich cnót. U mnie to egoistyczny manipulant, traktujący przedmiotowo nawet najbliższych — tłumaczył.

Do współpracy nad spektaklem zaproszono dyrygenta Yaroslava Shemeta. — Mimo młodego wieku ma on duże doświadczenie w teatrze operowym, ale nie jest obciążony tradycją wykonawczą „Strasznego dworu”. Dzięki temu jego interpretacja jest świeża. W tej partyturze usłyszał rzeczy, których wcześniej nie wydobywano. To kwestia artystycznej wrażliwości — stwierdził reżyser.

W spektaklu „Straszny Dwór” zachowany jest balans między humorem a refleksją

.Zespoły Opery Bałtyckiej — orkiestra, chór i soliści — również włączyły się w tworzenie nowej wizji. — To profesjonaliści, zgrani, pamiętający wcześniejsze inscenizacje. Bez problemu przestawili się na nową interpretację, którą uznali za ciekawą — ocenił Jerzy Snakowski.

W postać Miecznika wcielą się Stanislav Kuflyuk i Jan Żądło, zaś jego żonę, Miecznikową, zagrają Katarzyna Hołysz oraz Joanna Rudnicka. Córki Miecznika — Hannę i Jadwigę — zagrają Joanna Kędzior, Aleksandra Kubas-Kruk, Anna Bernacka i Iwona Wall.

Autorką scenografii jest Joanna Borkowska. Jerzy Snakowski przyznał, że scenografia buduje świat, konflikt i postacie.

— Widać, że jedni bohaterowie to zaściankowa szlachta, drudzy — magnaci. Kolorystyka nawiązuje do polskiej łąki: są maki, chabry, kaczeńce. Każda rodzina ma przypisany kolor — Miecznikowi żółty, drugiej czerwony. Budujemy wizję dawnej, szlacheckiej Polski — powiedział.

Twórca podkreśla, że w spektaklu zachowany jest balans między humorem a refleksją. — U Moniuszki ten balans istnieje. To opera o poważnej sprawie, ale opowiedziana z lekkością. Nie będzie taniego śmiechu, ale liczę, że inteligentny widz kilka razy się uśmiechnie. Sztuka powinna, bawiąc — uczyć — zaznaczył.

Jerzy Snakowski chciałby, by po spektaklu widzowie rozmawiali i zastanowili się nad tym, co zobaczyli. — To opera o kłamstwie, ale też o potrzebie dialogu. Większość bohaterów kłamie, a jeden — szlachetny Maciej — próbuje rozmawiać. W finale wspólny taniec symbolizuje moment, gdy wszyscy stają się równi, braterscy i wolni — podsumował.

Premiera „Strasznego dworu” odbędzie się 8 listopada . Kolejne spektakle zaplanowano na 9, 11, 14, 15, 16 i 18 listopada.

My – muzyczni melancholicy

.Nowa polska forma, w kształcie, w którym przetrwała do dziś dnia, zbudowała się na romantycznej melancholii, egzaltacji, marzeniu… Innej polskości w muzyce po prostu już nie znamy – pisze Jan ROKITA.

Zaczęło się od Śpiewów historycznych Niemcewicza, do których muzykę skomponowali m.in. Lessel, Kurpiński, Szymanowska. To te epickie poematy muzyczne, w prostych zazwyczaj formach, ukształtowały nowy klimat muzyczny. Potem były pieśni sentymentalne samego Elsnera o pasterce, wiośnie, tęskności i zdradzie, nastrojowe i proste mazurki Marii Szymanowskiej oraz liryczne aż do łez polonezy Ogińskiego, które stały się podstawą repertuaru domowego muzykowania ze wspominkami dawnej Polski. Na podglebiu takiej narodowo-muzycznej wrażliwości ukształtował się geniusz Chopina, który z tej materii stworzył muzykę uniwersalną, ale zarazem zawłaszczającą uczuciowo polskość raz na zawsze na rzecz idiomu romantycznego. „Przeniosłeś mnie… nie dokończył, bo łzy go znowu za gardło ścisnęły…” – tak opisywał Chopin w jednym z listów reakcję Mickiewicza na swój koncert. I odtąd to mickiewiczowskie wzruszenie miało być probierzem polskości. Muzyka Chopina stała się niczym jakaś złota mgła spowijająca polskość w całun przemożnej melancholii. Tę melancholię będzie potem okrutnie wyszydzać Wyspiański, każąc w Weselu pijanemu Nosowi wrzeszczeć: „Chopin gdyby jeszcze żył, toby pił”. A następnych parę dziesiątek lat później będzie się chciał z nią rozprawić również Tischner, głoszący w Krakowie kazania o zwodniczym „chochole sarmackiej melancholii”, który na szkodę Polski włada przymusowo uromantycznionymi polskimi duszami.

I tak w polskim narodowym imaginarium, w tyle za Chopinem, ostał się jeszcze Moniuszko, który z prawdziwym talentem dokończył dzieła zespolenia polskości z romantyczną uczuciowością. Polskość głęboko przeniknęły jego arie operowe, będące zwrotkowymi piosenkami opowiadającymi o tym, kim powinien być romantyczny Polak (aria Miecznika), albo dramatycznymi strukturami muzycznymi wyrażającymi tęsknotę za utraconą swojskością (aria Stefana, obie ze Strasznego dworu). Kurant z tej ostatniej stał się nawet sygnałem zagłuszanej przez sowieckiego okupanta Wolnej Europy. Ale jeszcze większy narodowy wpływ wywarł najobszerniejszy w polskich dziejach 12-tomowy Śpiewnik domowy, złożony zarówno z wieloczęściowych ballad, jak i niezliczonych popularnych piosneczek. Moniuszko kochany w Polsce w ciągu XIX i XX wieku stawał się z czasem swoistą ikoną prowincjonalizmu nowej polskiej kultury muzycznej. A kiedy w dwusetlecie jego urodzin, w roku 2019, niepodległe państwo urządziło europejską promocję jego muzyki, z pewną konfuzją słuchaliśmy Fabia Biondiego (którego włoski zespół zaczął grać na dawnych instrumentach opery Moniuszki), iż zwrócił na tę muzykę uwagę, gdyż odnalazł w niej charakterystyczne cechy świetnego stylu rosyjskiego, jakby jakiegoś nieznanego dotąd członka Potężnej Gromadki.

Całkiem współcześnie, już po odzyskaniu wolności w 1989 roku, do tego narodowego muzycznego imaginarium wdarł się jeszcze niespodzianie Paderewski, którego postromantyczna Fantazja polska g-moll stała się żelaznym repertuarem wszelkich narodowych obchodów i rocznic. To zresztą jest zapewne funkcją świeżo wytworzonego mitu Paderewskiego – polityka, którego Piłsudski zrobił premierem w ramach politycznych koncesji względem endecji (rzucając przy tym złośliwą uwagę, iż „grajkom to zawsze dobrze”), a wkrótce potem go odwołał, gdyż muzyk-premier nie mógł pojąć tego, iż polska polityka może się w czymkolwiek oprzeć poleceniom z ukochanego przezeń Paryża i Londynu.

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 listopada 2025