Szef Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa o utracie wiarygodności przez UE

Szef Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa Wolfgang Ischinger stwierdził, że uzgodnione na szczycie unijnym finansowanie Ukrainy bez użycia zamrożonych rosyjskich aktywów prowadzi do utraty wiarygodności UE.
Kluczowy okazał się sprzeciw Belgii, gdzie zdeponowana jest większość rosyjskich aktywów
.W rozmowie z niemieckim nadawcą Deutschlandfunk Ischinger ocenił, że UE „sprawia wrażenie, jakby była popychana i ciągle szukała rozwiązań zastępczych”.
Choć cel, czyli zagwarantowanie środków dla Ukrainy, został na unijnym szczycie osiągnięty, to zdaniem niemieckiego dyplomaty za „znaczną cenę”.
„A mianowicie kosztem wiarygodności, zdecydowania i zdolności działania Unii Europejskiej jako godnego zaufania, szanowanego międzynarodowego aktora” – stwierdził dyplomata.
Wolfang Ischinger to 79-letni dyplomata, który od 2008 do 2022 r. kierował prestiżową Monachijską Konferencją Bezpieczeństwa (MSC). Wcześniej zajmował wysokie stanowiska w niemieckim MSZ, był też ambasadorem w USA i Wielkiej Brytanii. W 2025 roku Ischinger ponownie stanął na czele MSC, tym razem tymczasowo, do objęcia tej funkcji przez byłego szefa NATO Jensa Stoltenberga.
Przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa ogłosił, że europejscy liderzy podjęli na szczycie w Brukseli decyzję o udzieleniu Ukrainie wsparcia w formie pożyczki w wysokości 90 mld euro na kolejne dwa lata. Zostanie ona sfinansowana ze wspólnego długu, gwarantowanego unijnym budżetem. Nie było zgody na wykorzystanie zamrożonych rosyjskich aktywów w celu sfinansowania potrzeb Ukrainy. Kluczowy okazał się sprzeciw Belgii, gdzie zdeponowana jest większość rosyjskich aktywów.
Wszystko idzie ku gorszemu…
.Jeśli „kwestia ukraińska” ostatecznie nabierze kształtu nierozwiązywalnej politycznej kwadratury koła, musi to drastycznie uderzyć rykoszetem w polskie interesy narodowe. Może więc zamiast z Warszawy dolewać po kropelce oliwy do ognia w kotle ukraińskim, Polska mogłaby w tej kryzysowej sytuacji jeszcze raz odegrać dobrą – to znaczy pomagającą Ukrainie – rolę? – analizuje Jan ROKITA.
Od czasu do czasu warto – moim zdaniem – przypominać o tym, jak kiepsko ma się całość spraw związanych z wojną na wschodzie, choćby dlatego, by nie być potem zaskoczonym, gdyby (nie daj Boże) nagle ów kiepski obrót zdarzeń przybrał pewnego dnia wymiar katastrofy.
Przede wszystkim sam bieg wojny. Bo choć od pewnego czasu Ukraina nabrała niezłych umiejętności w przysparzaniu Putinowi kłopotów wewnątrz Rosji, wywołując a to pożar rafinerii położonej gdzieś het, niemal pod Uralem, a to znów niszcząc samoloty na jakimś odległym lotnisku – to na samej linii frontu dzieją się rzeczy coraz bardziej niepokojące. I w kręgu znawców wojny coraz częstsze są przewidywania, że za nie tak znów odległy czas nie tylko cały Donbas znajdzie się pod kontrolą Moskali, ale także na Zaporożu możliwe staje się powtórne przekroczenie przez nich dolnego Dniepru i przedarcie się do centrum Ukrainy.
Na prognozach wyników wielkich bitew się nie znam, więc nie mam własnego zdania, czy tak się istotnie stanie. Ale fakt faktem, że choć od czasu do czasu dochodzą do nas zupełnie niesamowite wieści o brawurowych akcjach ukraińskich komandosów (jak choćby lądowanie w de facto okupowanym już Pokrowsku, na tyłach wroga), to publikowane na bieżąco mapy stanu wojny nie zostawiają wielkiego pola dla jakichś nadziei. Nawet laik czyta z nich jasno, iż wojenna sytuacja Ukrainy pogarsza się i nie widać żadnych znamion, aby taki trend mógł się odmienić. To tyle w tej wojennej militarnej materii.
Niestety, równie złe rzeczy dzieją się w materii politycznej. Podwójny nelson założony przez Belgię i Węgry na stosunki Unii Europejskiej z Ukrainą w zasadzie sparaliżował europejską politykę wschodnią. Belgia wetuje plan wielkiej unijnej pożyczki dla Kijowa, dla której pokryciem miałyby być olbrzymie aktywa finansowe Federacji Rosyjskiej, w tym jej banku centralnego, zamrożone w Europie po rozpoczęciu inwazji, a Węgry wetują wszelki, nawet czysto symboliczny postęp formalnie otwartych negocjacji o przystąpieniu Ukrainy do Unii.
W tej ostatniej materii nie chodzi o realną ukraińską akcesję do UE, której oczywiście nie będzie, gdyż jest po temu sto i jeden wystarczających powodów. Chodzi raczej o to, że kolejne pola negocjacyjne są jedynym wypracowanym sposobem na stałej płaszczyźnie kontaktów dyplomatycznych i eksperckich pomiędzy Unią i Kijowem, a zarazem narzędziem dostosowywania się Ukrainy do tysięcy najrozmaitszych norm i reguł obowiązujących na Zachodzie. Węgierska blokada tych negocjacji nie jest więc w praktyce blokadą akcesji Kijowa (to niemal niedorzeczność), ale ma na celu zerwanie licznych więzi, jakie Zachód zbudował z Ukrainą w ciągu ostatnich lat. Mówiąc wprost: węgierskie weto, o ile nie zostanie wycofane albo ominięte (z oczywistym złamaniem traktatów europejskich), prowadzić będzie do dyplomatycznej izolacji Kijowa. I taka też – jak sądzę – jest prawdziwa intencja węgierskiego rządu.
Gdy zaś idzie o pierwszą sprawę, można zrozumieć stanowisko rządu belgijskiego, który trzyma w swym ręku gros zdeponowanych w Europie aktywów rosyjskich i boi się tego, że na końcu zostanie wystrychnięty na dudka przez egoistycznych i oszukańczych unijnych partnerów. Trudno bowiem sobie wyobrazić, iżby możliwy był w przyszłości jakikolwiek rozejm w wojnie na wschodzie, którego skutkiem nie byłoby „odmrożenie” pieniędzy, które są np. własnością rosyjskiego banku centralnego, ale tak samo trudno uwierzyć w to, że Niemcy, Francja, Włochy, Polska czy Holandia z radością same zaczną spłacać astronomiczny dług, który na rzecz Ukrainy miałby teraz zostać zaciągnięty.
Gdybym więc był dziś premierem belgijskim, też bym wetował ów projekt, w obawie, iż mój kraj wpadnie w ten sposób w perfidną pułapkę. No dobrze, tylko że odkąd Trump zgodził się wysyłać na Ukrainę broń, o ile Europa będzie za nią płacić, nikt nie ma żadnego innego pomysłu na długofalowe finansowanie tej operacji, jak tylko unijny dług zaciągnięty pod moskiewskie aktywa. Więc jeśli do tej operacji miałoby nie dojść, to powstaje rozpaczliwe pytanie, kto dalej sfinansuje zdolności obronne Ukrainy, jeśli wojna miałaby trwać choćby tylko przez następny rok? A po załamaniu się planu pokojowego Trumpa i odwołaniu spotkania na szczycie, które miało się odbyć w Budapeszcie, nadzieje na to, że Ameryka jest w stanie szybko doprowadzić do rozejmu, prysły jak bezwartościowa bańka mydlana.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-wszystko-idzie-ku-gorszemu/





