„Tarcza demokracji UE” Ursuli von der Leyen zagrozi demokracji i wolności? [Jacek SARYUSZ-WOLSKI]

„Biurokracja UE centralizuje władzę, by określać, co jest prawdą, a co dezinformacją. Stworzą ministerstwo prawdy, oznaczając każdą narrację, która kwestionuje ich władzę, jako zagrożenie dla demokracji” – czytamy w najnowszym wpisie jednego z doradców prezydenta Karola Nawrockiego, Jacka Saryusza-Wolskiego na portalu X.
Jacek Saryusz-Wolski o „Tarczy demokracji UE”
.Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaprezentowała swój plan walki z dezinformacją pod nazwą „Tarcza Demokracji UE”. „Potrzebujemy Europejskiego Centrum na rzecz Odporności Demokratycznej, aby monitorować manipulację informacjami. Potrzebujemy Programu Odporności Mediów, aby wspierać niezależne dziennikarstwo” – mówiła przewodnicząca KE.
Europoseł przekonuje, że „wspieranie niezależnych mediów” ma w praktyce oznaczać finansowanie tylko tych redakcji, które powtarzają globalistyczną linię, podczas gdy głosy sprzeciwu będą demonizowane i eliminowane z platform jako „autokratyczne”. „Otwarcie przyznaje, że jej celem jest zamknięcie wolnej prasy, która rozlicza władzę” – podkreśla Jacek Saryusz-Wolski w swoim najnowszym wpisie na portalu X.
Według niego „Tarcza Demokracji” nie jest narzędziem ochrony demokracji, lecz próbą zabezpieczenia unijnych elit przed obywatelami. „To bezpośredni atak na wolność słowa i suwerenność narodową. To zapora, którą budują, by chronić się przed tobą” – ocenia doradca prezydenta, Jacek Saryusz-Wolski.
Ukraina na straży ideałów Europy
.Wojna na Ukrainie stanowi całkowitą porażkę dotychczasowej ugodowej polityki unijnej wobec Rosji. To przerażające konsekwencje polityki ustępstw niektórych państw UE w konfrontacji z Rosją Putina – pisze Jacek SARYUSZ-WOLSKI na łamach „Wszystko co Najważniejsze”.
Słowa wypowiedziane w czasie konferencji prasowej jeszcze przed wyjazdem, że „w tak przełomowych dla świata chwilach naszym obowiązkiem jest być tam, gdzie wykuwa się historia”, jasno sugerowały, że wizyta Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego wraz z premierem Czech Petrem Fialą oraz premierem Słowenii Janezem Janšą w Kijowie zapisze się w sposób szczególny.
Organizując tę podróż, polscy liderzy nie tylko dali dowód niezwykłej solidarności z walczącą Ukrainą, ale również pokazali naszym sąsiadom, że w tych trudnych i tragicznych chwilach nie są osamotnieni oraz że mogą liczyć na naszą pomoc. Liderzy z Europy Środkowo-Wschodniej i zarazem członkowie Rady Europejskiej dali również swą wizytą dowód poparcia dla europejskich aspiracji Ukrainy oraz podkreślili jej przynależność do europejskiej wspólnoty.
Tragiczne okoliczności, w jakich ta podróż miała miejsce, w naturalny sposób nasuwają skojarzenia z wizytą, jaką złożył polski prezydent Lech Kaczyński w Gruzji w 2008 r. wraz z prezydentami i premierem z pięciu krajów, tj. prezydentem Republiki Estońskiej Toomasem Hendrikiem Ilvesem, prezydentem Republiki Litewskiej Valdasem Adamkusem, prezydentem Ukrainy Wiktorem Juszczenką oraz premierem Republiki Łotewskiej Ivarsem Godmanisem. Słuchając słów Lecha Kaczyńskiego: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze kraje bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, Polskę”, uświadamiamy sobie (niestety z dużym w większości przypadków opóźnieniem), jak bardzo były one prorocze. W obliczu bestialstwa, którego dopuszcza się obecnie armia rosyjska na Ukrainie, ówczesny przekaz prezydenta Polski nabiera szczególnego znaczenia i wybrzmiewa ze zdwojoną siłą.
Intencją wizyty Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego było, by z oblężonego Kijowa wezwać przywódców europejskich, by wreszcie zaczęli postępować zgodnie z głoszonymi wartościami i udzielili Ukrainie oczekiwanej pomocy, o którą ta bezskutecznie prosi. Jarosław Kaczyński, kontynuując niejako rozpoczętą przez brata w Gruzji misję, zaapelował o stworzenie „misji pokojowej NATO lub szerszego układu międzynarodowego”, który byłby w stanie się obronić i który działałby na terenie Ukrainy.
Jednakże historyczny wymiar deklaracji Jarosława Kaczyńskiego nie powinien nam przysłonić innego aspektu całej sprawy. Swoją propozycją polski lider postawił europejskich przywódców wobec fundamentalnego pytania o odpowiedzialność UE za wojnę Rosji przeciwko Ukrainie.
Wojna na Ukrainie stanowi totalną porażkę dotychczasowej ugodowej polityki unijnej wobec Rosji. To przerażające konsekwencje polityki ustępstw niektórych państw członkowskich w konfrontacji z Rosją Putina. Ukraina płaci dzisiaj najwyższą cenę za chłodne kalkulacje i merkantylną chciwość niektórych krajów, przedkładających swój mały komfort nad bezpieczeństwo całej wspólnoty. Faktem jest, że szok wywołany toczącą się wojną spowodował pewne zmiany, państwa członkowskie nałożyły w krótkim czasie dość szerokie, acz spóźnione i niewystarczające sankcje. Jednakże nie dajmy się zwieść – aktualne sankcje, nawet jeżeli wydają się bezprecedensowe (nakładane są o osiem lat za późno; powinny zostać nałożone za inwazję rosyjską na Krym), są wciąż niepełne. Kraje Europy Zachodniej w dalszym ciągu finansują zbrodniczy reżim Putina, kupując rosyjski gaz i ropę; z drugiej strony konsekwentnie odmawiają dozbrojenia Ukrainy, przekazania myśliwców czy też zamknięcia przestrzeni powietrznej nad jej terytorium. Zbyt wielu państwom zależy na szybkim powrocie do obowiązującego przed wojną status quo, pozwalającego im na prowadzenie intratnych interesów z Federacją Rosyjską – cały tekst [LINK].
Unia powinna zagrozić Rosji ciężkimi sankcjami, aby podnieść dla Kremla koszt prowadzenia hybrydowej wojny na Białorusi
.Sytuacja na Białorusi po raz kolejny odsłoniła słabości i granice polityki prowadzonej przez Unię Europejską – pisze Jacek SARYUSZ-WOLSKI.
Nadzwyczajny szczyt liderów Unii Europejskiej w sprawie Białorusi stał się dowodem, że unijni decydenci nie wyciągnęli wniosków z lekcji ukraińskiej. Po raz kolejny usłyszeliśmy te same pytania, które padały już w czasie kryzysu ukraińskiego, tym razem w wersji białoruskiej: czy Białoruś to Europa? Czy należy dostosować reakcję do specjalnych relacji z Rosją? Jak znaleźć równowagę pomiędzy bezpieczeństwem i interesami gospodarczymi Nord Stream 2 a demokratycznymi, europejskimi wartościami? Jak daleko UE może się posunąć, by bronić swojej pozycji oraz głoszonych przekonań i wartości? To pytania, które niestety pozostały bez odpowiedzi. Kwestie skrzętnie zamiecione pod dywan przez europejski salon dyplomatyczny w imię niepsucia stosunków z Rosją. Pytania, na które w rzeczywistości należało odpowiedzieć w stanowczy sposób już po wydarzeniach w Gruzji, a już na pewno po tragicznych wydarzeniach na Ukrainie.
Najwyraźniej jednak ani agresja na Gruzję, ani aneksja Krymu, ani wojna na wschodzie Ukrainy nie stanowią wystarczającej lekcji dla europejskich elit.
Unia Europejska, niezdolna do wyciągnięcia właściwych wniosków z kryzysu ukraińskiego, w ostatecznym rozliczeniu okazała się złym uczniem Historii. W przeciwieństwie do Rosji, która bogatsza o nowe doświadczenia, zrobi wszystko, by nie dopuścić do tego, aby scenariusz ukraiński powtórzył się na Białorusi.
Główne pytanie, na które dzisiaj należy odpowiedzieć, dotyczy tego, co może zrobić Unia, by wspierać Białorusinów w nierównym starciu z reżimem Łukaszenki i jego rosyjskimi mocodawcami. W walce Dawida z Goliatem. W walce zwykłych obywateli, marzących o życiu w wolnym kraju, w którym ich wola i wybory będą szanowane, z autorytarnym dyktatorem, otoczonym sztabem rosyjskich doradców, ekspertów i oficerów wysokiego szczebla, którzy mają za zadanie prowadzić operacje przeciwko protestującym, aby złamać ich opór. Wyplenić kiełkującą nadzieję i nie dopuścić do tego, by poczucie dumy i tożsamości narodowej wzrastało, a marzenie o wolności i niezawisłości ostatecznie się spełniło.
W tej nierównej walce UE powinna stać, ale nie tylko werbalnie, po stronie obywateli Białorusi i wspierać ich aspiracje. Jednakże to nie wystarcza – rolą UE powinno być przeciwdziałanie i powstrzymanie hybrydowej interwencji już teraz prowadzonej przez Rosję na Białorusi.
Premier Mateusz Morawiecki zaproponował, aby zwołać nadzwyczajny szczyt Rady Europejski od razu, gdy rozpoczęły się pierwsze protesty. Niestety, już niemalże tradycyjnie decyzje Rady zostały podjęte z opóźnieniem i pozostawiły poczucie niedosytu oraz cień rozczarowania (too little, too late). W istocie nie sposób nie zgodzić się z konkluzjami Rady, która nie uznała wyniku wyborów na Białorusi, gdyż nie były one ani wolne, ani uczciwe. Europejscy liderzy wyrazili również solidarność z Białorusinami oraz ich dążeniami do korzystania z podstawowych praw demokracji. Równocześnie w konkluzjach szczytu potępili „niewspółmierną i niedopuszczalną przemoc” użytą przez aparat państwowy celem spacyfikowania demonstrantów oraz wezwali do deeskalacji konfliktu, proponując europejską mediację. Charles Michel potwierdził także, że UE wkrótce nałoży sankcje na osoby odpowiedzialne za przemoc, represje oraz fałszowanie wyników wyborów – cały tekst [LINK].
Oprac. LW




