USA-Wenezuela. Drabina eskalacyjna konfliktu

Prezydent USA Donald Trump powiedział w wywiadzie dla portalu Politico, że dni przywódcy Wenezueli Nicolasa Maduro „są policzone”, ale nie ujawnił celu i strategii wobec tego kraju. Jednocześnie odmówił wykluczenia lądowej inwazji na Wenezuelę i zasugerował, że może użyć siły wobec Meksyku i Kolumbii.
Nadchodzi inwazja lądowa na Wenezuelę?
.Donald Trump odniósł się w ten sposób do presji wywieranej na wenezuelskie władze. Pytany, jak daleko posunie się, by odsunąć Nicolasa Maduro od władzy, prezydent USA powiedział, że nie chce o tym mówić, lecz później dodał, że „jego (Nicolasa Maduro – przyp. red.) dni są policzone”. Dwukrotnie odmówił też wykluczenia wysłania amerykańskich wojsk do Wenezueli.
– Nie chcę tego wykluczać, w jedną czy w drugą stronę. Nie mówię o tym – powiedział Donald Trump. Dodał, że nie chce publicznie mówić o strategii wojskowej, a pytany o cel swojej polityki, oświadczył, że „chce, by Wenezuelczycy byli traktowani dobrze”.
– Chcę, żeby ludzie z Wenezueli, z których wielu mieszka w Stanach Zjednoczonych, byli szanowani. Przecież byli dla mnie wspaniali. Głosowali na mnie w 94 proc., czy coś koło tego – powiedział Donald Trump. – To niesamowici ludzie. A Nicolas Maduro traktował ich okropnie – dodał. Zapewnił, że choć odebrał legalny status pobytu setkom tysięcy Wenezuelczyków w USA, chce imigrantów, którzy wnoszą coś do kraju.
Donald Trump nie wyklucza interwencji w Meksyku i Kolumbii
.Zapytany, czy wobec Meksyku lub Kolumbii, które są w znacznie większym stopniu odpowiedzialne za napływ fentanylu do USA, rozważyłby „zrobienie czegoś podobnego”, co w przypadku Wenezueli, Donald Trump odparł: „Pewnie, że bym to zrobił”. Podobne sugestie użycia siły m.in. przeciwko zakładom produkcji narkotyków w tych krajach czynił już w przeszłości.
Donald Trump przekonywał, że jego walka z przemytem narkotyków nie kłóci się z ułaskawieniem przez niego byłego prezydenta Hondurasu Juana Orlando Hernandeza, skazanego w 2025 r. na 45 lat więzienia za udział w przemycie przez kartele narkotykowe kokainy do USA. Donald Trump dodał, decyzję podjął na podstawie opinii innych ludzi.
– Wiem o nim (Hernandezie – przyp. red.) bardzo niewiele, poza tym, że ludzie mówili, że został wrobiony coś w stylu byłych demokratycznych prezydentów USA Baracka) Obamy i Joe Bidena. Był prezydentem kraju. Ten kraj, no wiesz, handluje narkotykami, można to chyba powiedzieć o każdym kraju, a ponieważ był prezydentem, skazano go na jakieś 45 lat więzienia. I wielu ludzi walczy o Honduras, bardzo dobrych ludzi, których znam. I uważają, że był okropnie traktowany, i poprosili mnie, żebym to zrobił – tłumaczył Donald Trump.
Zmierzch dyplomacji
.Nie ma co do tego dwóch zdań: w tym nowym świecie ambasady, ambasadorzy i zawodowi dyplomaci, ze swoją kindersztubą, ukończonymi akademiami dyplomatycznymi i profesjonalną dyskrecją, są coraz bardziej oczywistym przeżytkiem – pisze Jan ROKITA w opublikowanym na łamach „Wszystko co Najważniejsze” tekście „Zmierzch Dyplomacji„.
Przeglądnąłem ostatnio – w zasadzie przypadkiem – „Tracker Ambasadorów” publikowany w sieci przez Amerykańskie Towarzystwo Służby Zagranicznej (AFSA) i z zaskoczeniem zauważyłem, iż USA nie obsadzają coś ok. połowy stanowisk swoich ambasadorów w obcych krajach. I tylko w nielicznych przypadkach wynika to z przewlekłych procedur zatwierdzania szefów placówek dyplomatycznych albo z politycznych konfliktów na linii prezydent – Kongres USA.
Lwia część ambasadorskich wakatów bierze się po prostu z tego, że Departament Stanu i Biały Dom najwyraźniej nie widzą powodu, aby zawracać sobie głowę kwestią, która z perspektywy amerykańskich interesów wydawać się musi drugo-, jeśli nie trzeciorzędna. Czasami za owymi wakatami stoi polityczna premedytacja, jak w przypadku obłożonej sankcjami Rosji czy wrogiej Wenezueli, gdzie Ameryka dąży do obalenia komunistycznego reżimu.
Ale szefowie amerykańskiej polityki zagranicznej w ciągu niemal roku od objęcia władzy przez Donalda Trumpa nie zadali sobie też trudu, aby choć znaleźć kandydata i rozpocząć procedurę nominacyjną ambasadorów w takich państwach, kluczowych dla amerykańskiej polityki i interesów USA, jak choćby Niemcy, Korea Południowa, Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Pakistan. Z każdym z tych krajów w ciągu ostatniego roku Waszyngton utrzymuje ożywione kontakty polityczne, a sam prezydent rozmawia z ich przywódcami i nawet składa im wizyty, organizowane niekiedy z prawdziwym rozmachem (jak w Arabii Saudyjskiej). Rzecz chyba tylko w tym, że ani prezydent, ani sekretarz stanu nie potrzebują już do tego celu nie tylko ambasadorów, ale w ogóle całego systemu klasycznej dyplomacji.
Ameryka nie jest w tej mierze przykładem odosobnionym. Unia Europejska coraz mocniej ścieśnia personel swojej Służby Działań Zewnętrznych, tworzonej w sumie nie tak dawno, bo zaledwie półtorej dekady temu, z wielkim naonczas entuzjazmem na przyszłość.
.Co najmniej dziesięć unijnych ambasad (zwanych nie wiedzieć czemu „delegaturami”) objętych jest właśnie redukcjami zatrudnienia. A przecież w wizji twórców traktatu lizbońskiego, który powoływał do życia unijną służbę dyplomatyczną, miała ona stanowić istotny czynnik budowy nowego, lepszego świata, propagując na całym globie ideał demokracji, a przy okazji budując sławną „miękką siłę”, z jaką Unia miała oddziaływać na świat. Ale dziś po tamtych nadziejach nie ma nawet śladu, a znaczenie unijnych dyplomatów w praktyce z roku na rok maleje, może z wyjątkiem takich stolic, jak Kijów, Kiszyniów czy Belgrad, gdzie hipotetyczne członkostwo w Unii i unijna pomoc są ciągle kluczowymi wątkami tamtejszej polityki. W ciągu obecnego roku również Wielka Brytania przystąpiła do cięć liczebności swego personelu dyplomatycznego, docelowo aż o ¼ (to niemal pogrom brytyjskich dyplomatów), a Niderlandy zmniejszają finansowanie swojej dyplomacji o 10 proc., zamykając zarazem pięć swoich zagranicznych placówek.
LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-zmierzch-dyplomacji/
PAP/Oskar Górzyński/MJ





