Wojna w Iranie. Zadecyduje postawa irańskiej armii

Mahmoud Farahmand, urodzony w Teheranie norweski parlamentarzysta i były oficer, ocenił w rozmowie, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) pozostaje głównym filarem władzy w Iranie. Według niego o dalszych losach kraju przesądzi postawa regularnej armii.

Mahmoud Farahmand, urodzony w Teheranie norweski parlamentarzysta i były oficer, ocenił w rozmowie, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) pozostaje głównym filarem władzy w Iranie. Według niego o dalszych losach kraju przesądzi postawa regularnej armii.

Postawa irańskiej armii zdecyduje o przyszłości

.Deputowany Mahmoud Farahmand przypomniał, że system władzy w Iranie opiera się na dwóch równoległych strukturach siłowych. Eliminacja części najwyższego kierownictwa – według niego – nie zmieniła podstaw systemu, a IRGC, ideologiczna formacja kontrolująca m.in. program rakietowy, operacje zagraniczne i znaczną część gospodarki, zaczęła w ostatnim czasie odgrywać jeszcze bardziej istotną rolę. – To właśnie Strażnicy Rewolucji są dziś głównym filarem reżimu – ocenił.

Mahmoud Farahmand wyraził przekonanie, że osłabienie części cywilnych struktur państwa nasiliło jednocześnie rywalizację między różnymi ośrodkami władzy w Iranie. W elicie rządzącej od lat współistniały nurty bardziej pragmatyczne i bardziej radykalne, a obecny kryzys może dodatkowo zaostrzyć rywalizację między nimi.

– W takim systemie zawsze istniały różne stronnictwa, a obecny kryzys bez wątpienia zaostrzy walki frakcyjne wewnątrz reżimu – przypuszcza Farahmand.

Ekspert podkreślił jednak, że największą niewiadomą pozostaje postawa regularnej armii, która funkcjonuje obok Strażników Rewolucji i ma bardziej profesjonalny niż ideologiczny charakter. Jego zdaniem to właśnie decyzje sił zbrojnych mogą przesądzić zarówno o wyniku walk frakcyjnych w elicie władzy, jak też o szansach przeciwników reżimu.

– Regularne siły zbrojne nie są tak ściśle powiązane z reżimem jak Strażnicy Rewolucji. Przy obecnym kryzysie to armia staje się czynnikiem, który może odwrócić układ sił w Iranie – podkreślił parlamentarzysta.

Mahmoud Farahmand podkreślił, że wśród nazwisk skandowanych podczas protestów na ulicach Iranu często pojawia się Reza Pahlawi, syn obalonego w 1979 r. ostatniego szacha. Jak zaznaczył, sam Pahlawi nie mówi o przywróceniu monarchii, lecz o demokratycznej transformacji państwa i swojej ewentualnej roli w państwie w okresie przejściowym.

– Odwołuje się przy tym do przykładów krajów Europy Wschodniej, takich jak Rumunia czy Bułgaria, gdzie potomkowie dawnych monarchów wracali do polityki już w systemie demokratycznym – zauważył norweski polityk.

Mahmoud Farahmand podkreślił także, że mimo brutalnych represji społeczeństwo w Iranie nie rezygnuje z protestów. Według niego skala społecznego gniewu pozostaje ogromna, a strach nie powstrzymuje wielu Irańczyków przed wychodzeniem na ulice.

– Miesiąc temu w ciągu zaledwie dwóch dni reżim zabił około 40 tys. demonstrantów. A mimo to ludzie wciąż wychodzą na ulice. Mogą się bać, ale jednocześnie mają dość i chcą zmian. Czują, że nie mają nic do stracenia – podkreślił deputowany.

W sobotę, 28 lutego, Izrael i USA rozpoczęły naloty na Iran, zabijając m.in. najwyższego przywódcę tego państwa Alego Chameneia. Teheran w odpowiedzi zaatakował Izrael i kilka państw Zatoki Perskiej, uderzając zarówno w położone tam amerykańskie bazy, jak i w obiekty cywilne.

28 grudnia 2025 r. w Iranie wybuchły protesty z powodu pogarszającej się sytuacji gospodarczej w kraju, ale szybko przybrały one charakter polityczny. We wszystkich prowincjach kraju odbywały się manifestacje i demonstracje, brutalnie tłumione przez władze. Dokładna liczba zabitych protestujących jest nieznana, ale według szacunków organizacji pozarządowych wyniosła ona od kilku do kilkudziesięciu tysięcy.

Łupnąć i skończyć

.Prezydent USA potrzebuje pewności, iż jego rozkaz uderzenia za pomocą potężnych „bunker bustersów” zakończy wojnę prewencyjną wszczętą przez Izrael. W żadnym bowiem razie Donald Trump nie może sobie pozwolić na wojnę z Iranem – pisze Jan ROKITA.

Donald Trump zrobi wiele, ba… niemal wszystko, aby nie musieć uderzyć na Iran. Jego sławne: „I may do it, I may not”, w odpowiedzi na uporczywe pytania ze strony mediów, świadczy o tym dobitnie. To przecież nic innego, jak dobrze nam znana i ulubiona Trumpa metoda nacisku i szantażu, tym razem mająca trzymać w szachu nie tylko spanikowanych perskich mułłów, ale na dobrą sprawę cały świat. Po historii z megacłami, wprowadzanymi dla postrachu i traktowanymi przez Trumpa jako optymalna metoda negocjacji, nauczyliśmy się już, że jeśli Trump mówi, że MOŻE ci zrobić krzywdę, to znaczy, że bardzo nie chce jej zrobić. Bo jak chce ją zrobić naprawdę, to ją po prostu ROBI, bez oglądania się na przeciwności. Tę oczywistą intuicję wspierają wiarygodne przecieki z Waszyngtonu, takie choćby jak ten opublikowany na portalu Axios, któremu anonimowy współpracownik amerykańskiego przywódcy mówi: „Bardzo chcemy być w tej wojnie niepotrzebni, ale prezydent musi mieć pewność, że nie jesteśmy potrzebni”. Dlatego Trump domaga się od armii pewności, że uderzenie amerykańskimi bunker busters w podziemne fabryki broni nuklearnej, położone w pustynnym środkowym Iranie, daje gwarancję militarnego sukcesu.

Ta pewność to kluczowa sprawa w całej grze. Ameryka w żadnym razie nie może sobie pozwolić na uwikłanie się w dłuższą i nierozstrzygalną wojnę z Persami. Coś takiego byłoby w dzisiejszych okolicznościach nieszczęściem politycznym dla kraju, a dla samego Trumpa – polityczną katastrofą. Po Iraku i Afganistanie, gdzie USA bezsensownie próbowały siłą zaprowadzić liberalne rządy, prawa kobiet, swobodę aborcji i jeszcze kilka równie nonsensownych rzeczy, Ameryka musi odreagować te własne dziwaczne eksperymenty, podejmowane wcześniej bez sukcesu. Pod tym względem Trump (skądinąd podobnie jak niegdyś Nixon) trafnie i precyzyjnie zdefiniował współczesne interesy swojego kraju. To Amerykanie nie chcą dziś żadnej nowej wojny, a ostatnie badania opinii pokazują, że owa niechęć panuje ponad partyjnymi podziałami i dotyczy zarówno elity społecznej, jak i prostych ludzi z amerykańskiego interioru. I Amerykanie, nie chcąc wojny, intuicyjnie pojmują to, czego dziś potrzebuje Ameryka.

LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-20-czerwca-2025/

PAP/ Mieszko Czarnecki/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 4 marca 2026