Wszystko Co Najważniejsze

Sto idei dla Polski

.Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich jednoznacznie wskazują na istnienie w polskim społeczeństwie silnego potencjału dla poparcia zmian, wręcz na granicy buntu społecznego. Wiele wskazuje na to, że bunt ten został skanalizowany poprzez akt wyborczy (20% poparcia dla kandydata promującego „antysystemowość”), częściowo również na drodze emigracji. Potencjał ten można i należy wykorzystać jako poparcie dla koniecznych zmian w funkcjonowaniu państwa i społeczeństwa.

* * *

.Państwo funkcjonuje w radykalnie innych warunkach niż jeszcze dwadzieścia lat temu. Rewolucja informacyjna spowodowała nieodwracalne zmiany zarówno w zakresie, jak i sposobach wykonywania władzy państwowej. Pojawienie się i rozwój sieci społecznych spowodowały, że zaczęły zacierać się granice pomiędzy tym, co zewnętrzne (zagraniczne), a tym, co wewnętrzne (krajowe). Współczesne państwo, tradycyjnie kontrolujące wszystkie podmioty i procesy na swoim terytorium, utraciło tę zdolność. Wymaga to wypracowania nowych form sprawowania władzy, skutecznych w warunkach sieciowości i zapewniających możliwość osiągania przez państwo wyznaczonych celów.

* * *

.Wiele wskazuje na to, że dotychczasowy model funkcjonowania wolnego rynku i demokracji liberalnej zaczyna tracić rozpęd. Pojawia się szereg coraz silniejszych napięć — pomiędzy rozwojem gospodarczym państwa a wzrostem zróżnicowania dochodów w społeczeństwie, pomiędzy wolnością a bezpieczeństwem, pomiędzy kapitałem a rozwojem przemysłu i gospodarki, pomiędzy wymogami rynku a kształceniem i rozwojem nauki. Jednym z obszarów odpowiedzialności współczesnego państwa staje się identyfikacja tych napięć i określanie kierunków zmian, które będą je łagodzić/minimalizować/eliminować. Bez pogłębionej analizy, bez koncepcji poza obciążeniami bieżącej walki politycznej i krótkookresowej perspektywy trudno będzie jednak działać w sposób mądry i odpowiedzialny – w planie dalszym, niż kadencja prezydencka czy parlamentarna.

Zachęcamy do lektury, komentarzy i współpracy przy tym projekcie.

Autorzy

Dyskusja o tekście 0

Bezpieczeństwo narodowe

Prof. Tomasz ALEKSANDROWICZ

Flag of PolandW ciągu ostatnich pięciu lat nastąpiły radykalne zmiany w środowisku bezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej. Swój charakter zmieniły zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego RP, wymuszając przewartościowania ich ocen. Procesy te są dalekie od zakończenia.

Wśród najistotniejszych kierunków zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego RP należy wymienić dwa, które odgrywają pierwszoplanową rolę:

  • Rozwój konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, a de facto wojna hybrydowa toczona za wschodnią granicą RP. Federacja Rosyjska traktuje Polskę jako aktywnego sprzymierzeńca Ukrainy, a zatem wroga Moskwy, co mieści się w jej strategicznych planach. Niezależnie od zamierzeń Kremla wobec Ukrainy jednym z dalekosiężnych celów Rosji jest osłabienie wewnętrznej spójności NATO i Unii Europejskiej, m.in. poprzez kreowanie obrazu Polski jako państwa sprzeciwiającego się normalizacji politycznych i gospodarczych stosunków NATO – Rosja i UE – Rosja. Polska stała się także aktywnym celem rosyjskich służb specjalnych, stosujących klasyczne metody szpiegowskie, rozwijających agenturę wpływu i całe spektrum działań związanych z prowadzoną przez Kreml walką informacyjną.
  • W kategoriach zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego RP należy rozpatrywać także powstanie i rozwój Państwa Islamskiego. Widoczne w krajach Europy Zachodniej procesy radykalizacji środowisk muzułmańskich, w tym konwertytów, występują, choć w daleko mniejszym stopniu, również w Polsce. Zwiększa to zagrożenie terroryzmem tym bardziej, że doniesienia służb specjalnych wyraźnie wskazują na obecność w szeregach PI także Polaków; pod uwagę należy także wziąć fakt przynależności Polski do strefy Schengen. Zagrożenia w tym zakresie wiążą się również z rosnącym napływem nielegalnych imigrantów do państw UE; niezależnie od związanych z tym problemów humanitarnych i logistycznych należy wskazać, iż wśród uchodźców mogą znajdować się także członkowie ugrupowań terrorystycznych.

Bezpieczeństwo narodowe RP opiera się na trzech podstawowych filarach: własnych zdolnościach obronnych i odstraszania, przynależności do NATO i członkostwie w UE, w tym udziale w procesach zachodzących w ramach Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa oraz Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony. Z oczywistych przyczyn Polska nie znajduje się w sytuacji umożliwiającej jej znalezienie się w warunkach strategicznej autarkii. Niezależnie zatem od koniecznego wzmacniania własnego potencjału militarnego (obronnego) polska polityka bezpieczeństwa winna uwzględniać trzy podstawowe kierunki działania strategicznego:

  • Po pierwsze, to rozwój własnych zdolności w sferze walki informacyjnej. Musi ona być prowadzona w dwóch kierunkach: odstraszania potencjalnego przeciwnika i promowania polskich interesów strategicznych. Dotyczy to również zdolności przeciwdziałania prowadzonym przez Moskwę działaniom na rzecz dyskredytacji polskiej polityki i polskiego stanowiska na forach sojuszniczych. W tych ramach mieści się także walka w cyberprzestrzeni, w której RP musi dysponować zdolnościami zarówno defensywnymi, jak i ofensywnymi.
  • Po drugie, to stała presja na wykonanie postanowień szczytu NATO w Newport i kontynuacja działań na rzecz wzmocnienia wschodniej flanki NATO oraz doprowadzenie do przyjęcia jasno sprecyzowanych planów działania NATO na wypadek agresji rosyjskiej, także o charakterze podprogowym, na państwa członkowskie Paktu.
  • Po trzecie, to działania na rzecz odwrócenia widocznej w UE tendencji odchodzenia od wizji Unii jako strategicznego podmiotu na arenie międzynarodowej, co wiąże się przede wszystkim z nowelizacją obowiązującej Strategii Bezpieczeństwa UE z 2003 r. i wypracowaniem dokumentu adekwatnego do istniejącego środowiska bezpieczeństwa. Wzmocnienie Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa i uwzględnianie w jej ramach polskich interesów jest zadaniem z punktu widzenia RP o charakterze strategicznym.

Środowisko bezpieczeństwa RP podlega, i jak należy prognozować, w dającej się przewidzieć przyszłości podlegać będzie nadal strategicznym zmianom. Rozwój społeczeństwa informacyjnego, wzrost znaczenia sieci społecznych, nowe formy prowadzenia działań wrogich, agresja podprogowa, wojny hybrydowe czy ataki z cyberprzestrzeni stanowią wyzwanie dla tradycyjnego pojmowania zagrożeń i ich minimalizacji. Ta perspektywa wydaje się kluczowa na czas następnej prezydentury.

Tomasz Aleksandrowicz

Dyskusja o tekście 0

Nauka

Marcin JAKUBOWSKI

Flag of PolandPolska miała i ma świetnych naukowców. Rozsiani po świecie — w najlepszych laboratoriach — na trwałe zapisują się w historii nauki. Stanisław Ulam badał rozszczepianie jądra atomowego w Los Alamos. Aleksander Wolszczan, jako wykładowca Cornell University, odkrył pierwszą planetę poza Układem Słonecznym. Agnieszka Zalewska kieruje obecnie programem badań w CERN-ie — w ośrodku dysponującym największym akceleratorem cząstek na świecie. Nasi naukowcy wpisują się w światową naukę, pracując w renomowanych grupach badawczych. Dlaczego nie potrafimy takich grup tworzyć w Polsce?

W jednym z wywiadów prof. Łukasz Turski przyznał (cytuję z pamięci): „Dopiero w wolnej Polsce przekonałem się, jak duża jest różnica pomiędzy pracą w dobrze zarządzanym zespole badawczym a zarządzaniem dobrym zespołem badawczym”. Mamy świetnych, mądrych, dobrze wykształconych naukowców, nie mamy — niestety — świetnych, dużych zespołów badawczych, w których mogliby oni prowadzić badania znaczące w skali światowej. Wydaje się, że przyczyn jest kilka:

Niedofinansowanie badań i naukowców

Każda lista zapóźnień polskiej nauki byłaby niekompletna, gdyby pominąć na niej koronny już argument — brak pieniędzy. Choć wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej uczeni znad Wisły mają dostęp do ogromnych środków na badania (np. w ramach programu Horizon 2020), nie wygrywają konkursów o granty. Lata zapóźnień powodują, że nie jesteśmy w stanie konkurować z zachodnimi instytucjami w obszarze kompetencji, dorobku i infrastruktury. Obiektywnie patrząc — naukowcy z Francji, Holandii czy Niemiec mają imponującą listę publikacji w światowych periodykach, lepszą aparaturę badawczą i zespoły, które ich wspierają. Aby ich dogonić, musimy przekonać decydentów europejskich, by z większą wyrozumiałością traktowali polskie propozycje dotyczące badań, tak byśmy mogli zniwelować barierę oddzielającą nas od nauki w krajach rozwiniętych.

Na dodatek naukowcy są u nas marnie opłacani, wskutek czego albo skupiają się na zarabianiu pieniędzy na dodatkowych etatach, albo prowadzą te badania, na które łatwo jest zdobyć środki, a część tych środków przeznaczają na zwiększenie zarobków. Bardzo podobny mechanizm specyficznego pragmatyzmu ekonomicznego nauki powstał także w Chinach — z podobnych przyczyn. Rząd w Pekinie przeznaczył spore nakłady na badania, zostawiając przy tym wypłaty na dość niskim pułapie. Rozwiązanie wydaje się proste — trzeba podnieść zarobki naukowców i uniezależnić je od finansowania badań naukowych.

 Rozdrobnienie

Za każdym razem, gdy mam kontakt z polską uczelnią, nie potrafię się nadziwić, ile grup, zespołów i katedr potrafi powstać w ramach jednej uczelni. Lwia część tych zespołów składa się z kilku osób, a czasem raptem z jednego (sic!) naukowca. Tak na pewno nie powstanie wielka nauka. Aby mogła powstać, potrzeba fermentu, interakcji intelektów. Dyskusje, praca zespołowa, a nawet konkurencja pomiędzy członkami zespołów — tak powstają największe odkrycia. Tak też jest łatwiej zdobyć duży grant na większy projekt badawczy. Konsolidacja badań w ramach jednej uczelni to jednak program na wiele lat — nie da się z dnia na dzień zmienić diametralnie tematyki badań.

Rosjanie poszli jeszcze dalej i utworzyli jednostki flagowe. Uczelnie w Moskwie i Petersburgu, gdzie postanowiono stworzyć dobrze opłacane, topowe instytucje naukowe, coraz śmielej działają w świecie nauki. Można by się zastanowić, czy i w Polsce nie wyznaczyć kilku jednostek, które zostałby potraktowane preferencyjnie, pomóc im zdobyć taką reputację, jaką mają politechniki w Monachium czy Lozannie. Oczywiście, ośrodki te potrzebowałyby mądrych, utalentowanych menedżersko naukowców, którzy potrafiliby nimi kierować.

Izolacja

Nie da się w XXI wieku uprawiać nauki, nie będąc częścią międzynarodowej społeczności. Tak jak Polacy prowadzą badania w jednostkach rozsianych po całym świecie, tak i naukowcy z całego świata powinni gościć na polskich uczelniach. Dzięki takim wizytom dochodzi do wymiany idei, importu umiejętności, których w danej jednostce brakuje. Oczywiście, żeby ściągnąć do Polski świetnych badaczy, musimy najpierw stworzyć miejsca, do których będą chcieli przyjechać na miesiąc, trzy miesiące, a może i na całe życie. Im lepsza będzie perspektywa prowadzenia badań na światowym poziomie nad Odrą i Wisłą, tym chętniej będą przyjeżdżali tutaj najlepsi naukowcy, co poskutkuje jeszcze wyższym poziomem nauki. Skoro opłaca się to Amerykanom i Niemcom, opłaci się i nam.

Student, czyli piąte koło u wozu

Isaac Newton jednego ze swoich wielkich odkryć dokonał już w wieku 23 lat. Werner Heisenberg, jeden z najwybitniejszych niemieckich uczonych, sformułował matematyczny zapis mechaniki kwantowej w wieku 24 lat. Albert Einstein zrewolucjonizował naukę, filozofię i nasze postrzeganie świata, publikując w wieku 26 lat trzy bardzo ważne artykuły naukowe, nad którymi zaczął pracować, gdy miał 24 lata. W Polsce w tym wieku pisze się pracę magisterską, która po obronie ląduje na półce promotora i pokrywając się coraz grubszą warstwą kurzu, odchodzi w zapomnienie. Marnujemy najlepszy czas młodych ludzi, którzy zamiast stawać się członkami grup badawczych, stają się piątym kołem u wozu swoich promotorów. Praca magisterska powinna być jedną z cegiełek koherentnego planu badawczego instytucji, a student częścią zespołu. Przywróćmy relację uczeń — mistrz pomiędzy profesorem a jego studentem. Niech student ma czas i możliwość czerpać z wiedzy swojego mistrza, a profesor niech ma szansę wykorzystać w swoich badaniach entuzjazm i świeżość umysłu młodego człowieka. Nie osiągniemy tego, zapełniając uniwersytety coraz większą liczbą coraz słabiej wyedukowanych absolwentów szkół średnich. Przywróćmy uniwersytetom status miejsc, gdzie tworzy się i zdobywa wiedzę, tę na światowym poziomie. Przywróćmy relację uczeń — mistrz, bo przecież dzięki niej powstawały największe odkrycia.

Marcin Jakubowski

 

Dyskusja o tekście 0

System wyborczy

Maria WANKE-JERIE

Flag of PolandSystem wyborczy wymaga zmiany, ale przede wszystkim trzeba zmienić ordynację

Sukces Pawła Kukiza w I turze wyborów prezydenckich rozpoczął ważną i bardzo potrzebną dyskusję o ordynacji wyborczej w Polsce. Nie można jej jednak sprowadzać wyłącznie do alternatywy: obecny system vs. jednomandatowe okręgi wyborcze. Sprawa jest zbyt ważna i poważna, aby ją tak dalece spłycać. Dlatego najpierw warto przyjrzeć się wadom obecnego systemu, który w tej formie, co w Polsce, nie występuje nigdzie na świecie. I żaden inny nie ma tylu wad.

W wyborach do Sejmu obowiązuje ordynacja proporcjonalna z pięcioprocentowym progiem, wyborca głosuje jednocześnie na listę i kandydata z tej listy, stawiając krzyżyk przy jego nazwisku. Ten ukłon w stronę wyborcy, który głosuje na osobę, a nie partię, jest pozorny, generuje bowiem wiele patologii, które w konsekwencji wpływają na jakość polityki.

Obecnie obowiązująca ordynacja:

  • Dla przeciętnego wyborcy jest mało zrozumiała, a sam proces głosowania jest trudny, np. niezrozumiały jest fakt, że postawienie krzyżyka przy dwóch nazwiskach na tej samej liście to głos ważny, a przy dwóch nazwiskach na różnych listach już nie. Konsekwencją jest duża liczba głosów nieważnychi oddanych niezgodnie z intencją wyborcy. Ponadto karta do głosowania w formie broszury zachęca do głosowania na kandydatów na pierwszej stronie, stąd zupełnie nieuzasadniony bonus dla listy nr 1.
  • Odsetek wyborców, którzy rozumieją sposób przeliczania głosów na mandaty przydzielane w okręgach wyborczych i dla poszczególnych list według skomplikowanej metody D’Hondta, jest znikomy. Wyborca nie widzi związku między aktem wyborczym a rezultatem wyborów, zwłaszcza że niejednokrotnie zdarza się, iż mandat otrzymuje kandydat, który dostał znacznie mniej głosów od konkurenta z innej listy, którego wskazało znacznie więcej wyborców, ale z podziału miejsc mandatowych między ugrupowaniami przypadło jej mniej mandatów. To budzi zrozumiały sprzeciw.
  • I wreszcie last but not least ordynacja ta ma fatalny wpływ na relacje między kandydatami, którzy w pierwszym rzędzie konkurują między sobą, bo według liczby krzyżyków przy nazwiskach ustalana jest kolejność przydzielania mandatów przypadających danej liście między poszczególne osoby. Kandydaci więc zamiast współpracować, rywalizując z konkurentami z innych ugrupowań, przede wszystkim rywalizują między sobą. W konsekwencji kampania wyborcza zamiast przygotowywać kadry do przyszłych zadań politycznych, sprawia, że kandydaci, którzy nie dostali mandatu, wychodzą z kampanii skłóceni i najczęściej dają sobie spokój z polityką. W ten sposób tracimy wielu cennych, wartościowych ludzi.

Czy jednomandatowe okręgi wyborcze są remedium na wszystkie patologie obecnego systemu? Zapewne likwidując jedne wady, wprowadzą nowe niekorzystne zjawiska. Dlatego warto przyjrzeć się, jak system większościowy sprawdza się w Europie i świecie.Aż w jednej czwartej niepodległych i suwerennych państw świata parlament narodowy lub przynajmniej jedna jego izba pochodzi z wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych.

Jednomandatowe okręgi wyborcze funkcjonują w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Indiach i Malezji. Francja, Australia i wiele innych państw prowadzi wybory w jednomandatowych okręgach z drugą turą, często „natychmiastową”, dzięki temu, że wyborca zaznacza nie jednego kandydata, lecz od razu dokonuje wyboru pierwszego, drugiego i kolejnych.

Jednomandatowe okręgi wyborcze mają niekwestionowane zalety:

  • zapewniają trwałą większość parlamentarną, co pozwala wyłonić stabilny rząd,
  • zwiększają więź wybranych z wyborcami,
  • kampanie prowadzone są w mniejszych okręgach, dzięki temu łatwiej kandydatom dotrzeć do wyborców, co znacznie obniża koszty prowadzenia kampanii,
  • porządkują scenę polityczną, prowadząc do systemu dwupartyjnego, nie zamykając jednocześnie możliwości upadku jednych partii i tworzenia się nowych,
  • zmieniają wewnętrzną strukturę partii politycznych, zmniejszając rolę centrali partyjnej na rzecz zależności od wyborców i lokalnych liderów.

Najbardziej rozpowszechniony w Europie i świecie jest system mieszany, który funkcjonuje na przykład w Niemczech, polegający na tym, że część mandatów pochodzi z wyborów w okręgach jednomandatowych, a pozostałe obsadzane są w głosowaniu proporcjonalnym na listy partyjne, ale bez wskazywania kandydata. Taki system najlepiej wprowadzić w Polsce, rozdzielając np. połowę mandatów w okręgach jednomandatowych, a pozostałe mandaty w głosowaniu proporcjonalnym.

System ten, zachowując zalety okręgów jednomandatowych, dodatkowo:

  • mógłby być wprowadzony bez konieczności zmiany konstytucji,
  • zwiększyłby (w porównaniu z czystym systemem JOW) reprezentatywność parlamentu,
  • umożliwiłby partiom wprowadzanie do Sejmu ekspertów, którzy startowaliby z list partyjnych,
  • minimalizowałby liczbę głosów nieważnych (głosowanie w tym systemie jest proste),
  • sprawiałby, że wyborcy mogliby zobaczyć ścisły związek między aktem wyborczym a jego rezultatem.

Zmiana ordynacji wyborczej powinna być ściśle związana z wprowadzeniem na wzór francuski ograniczeń w kampanii wyborczej (zakaz reklamy poza wydzielonymi miejscami, ujednolicone informacje o kandydatach rozsyłane pocztą do wszystkich uprawnionych do głosowania itp.).

Zmiana systemu wyborczego to zaledwie krok w kierunku naprawy państwa, ale bez tego pierwszego kroku nie można zrobić następnych. Dlatego jest konieczny. Może okazać się krokiem milowym do odbudowy społecznego zaufania. A bez zaufania każda reforma okaże się prędzej czy później działaniem pozornym.

Maria Wanke-Jerie

 

Dyskusja o tekście 1

Media publiczne

Marek KACPRZAK

Flag of PolandNie da się budować demokracji bez dobrych, czyli demokratycznych i mocnych mediów publicznych. Dlaczego publicznych, a nie wszystkich? Bo media komercyjne nie mają i nigdy mieć nie będą w swoim programie naprawiania świata.

Media komercyjne to miejsce, w którym spełnia się oczekiwania widzów i wychodzi się na przeciw ich gustom. Media komercyjne mają zgromadzić jak największą widownię, co przekłada się na rachunek ekonomiczny. Bo media komercyjne, to przedsiębiorstwo nastawione na zysk, jak każde inne przedsiębiorstwo. I jeśli widzowie będą oczekiwali rozrywki, to ją dostaną. Jeśli będą oczekiwali walki politycznej, to z całą pewnością mogą na nią liczyć. Jeśli nagle widzom zacznie zależeć na relacjach z opery czy galerii sztuki, to na pewno stacje komercyjne właśnie tak dostosują swoje programy. Zawsze frontem do klienta, czyli do swojego odbiorcy. Media komercyjne muszą się utrzymać z tego, co wypracują, i tak dopasowują swoją działalność, by było to możliwe. Nikt nie oczekuje od prywatnej cukierni, by uczyła swoich klientów jeść produkty bezcukrowe. Tak jak nikt nie liczy na to, że sklep mięsny będzie namawiał ludzi do przechodzenia na być może zdrowszą dietę roślinną. Jeśli jego klienci zaczną taką stosować, to sklep dopasuje swoją ofertę. Nie odwrotnie. Tak właśnie jest z mediami komercyjnymi. Oburzanie się, że działają na zlecenie widzów, jest co najmniej dziwne albo naiwne.

Zmianę myślenia o polityce, debacie publicznej, zapotrzebowaniu na dziennikarstwo jakościowe może zapewnić tylko i wyłącznie całkowita zmiana myślenia o mediach publicznych. Przy obecnej dyktaturze oglądalności media publiczne są skazane na to, by gonić media komercyjne — wzorować się na nich i je naśladować. Walczą o to samo — o jak największą widownię i jak największy udział w zyskach z reklam. To sprawia, że podążają tymi samymi szlakami i stosują te same reguły budowania oferty programowej.

Aby zmienić reguły, trzeba zmienić nie tylko myślenie — zmiana musi być całkowita; musi to być zmiana finansowania i zmiana strukturalna, a przede wszystkim zmiana w podejściu do gromadzenia widowni.

Telewizja, która ma wyznaczać trendy, budować nową jakość i zmieniać przyzwyczajenia widowni, nie może być niewolnikiem dyktatu oglądalności.

Pierwsze, co należy zrobić z telewizją publiczną, to wyłączyć ją z badań oglądalności. To sprawi, że zacznie liczyć się jakość konkretnego programu, a nie to, ile osób program oglądało. Wydawcy i producenci przestaną mieć dylemat, czy ma być ambitnie, czy przystępnie, czy lepiej wyemitować program, który wniesie coś nowego do publicznego dyskursu, czy raczej postawić na format, który już się świetnie sprawdził i daje gwarancję popularności.

Kolejna rzecz to przedefiniowanie struktury. Najpierw trzeba określić, ile i jakich kanałów publiczny nadawca potrzebuje. Na razie ściga się na ilość z nadawcami komercyjnymi. Bez postawienia na takie kanały jak edukacyjny, kulturalny, informacyjno-publicystyczny i promujący polską kinematografię trudno w ogóle mówić o mediach publicznych. Inne kanały są w takiej ofercie niepotrzebne. Całą resztę zwyczajnie wypełniają te komercyjne.

Przy tak określonej polityce należy stworzyć stabilny plan finansowania z co najmniej pięcioletnim założeniem budżetowym. Każdy inny model sprawia, że nie da się budować spójnej polityki programowej. W tym wszystkim wyjątkowo drogie jest z całą pewnością dziennikarstwo wysokojakościowe. Nie gwiazdorskie, które przyciąga widownię, lecz jakościowe, to, które ma czas i sposobność na zdobywanie własnych informacji, dokładne ich sprawdzanie bez ścigania się, kto pierwszy poda newsa. Drogie jest zwłaszcza dziennikarstwo śledcze, to, które może patrzeć władzy na ręce. Takie uprawiają w mediach pojedyncze redakcje. A i tak największymi sukcesami mogą pochwalić się media komercyjne.

Wreszcie najważniejsze jest dokładne określenie celów, jakie media publiczne powinny sobie postawić. Dopiero wtedy należy oddać je we władanie specjalistom od mediów, kultury, psychologii społecznej, pedagogom i innym osobom, które wiedzą jak takie narzędzie wykorzystać i jak to robić, by miało walory edukacyjne, kulturotwórcze i sprawdzające działanie władzy w jednym.

Zmiana postaw i oczekiwań widzów sprawi, że stacje komercyjne będą musiały dostosować programy do takich potrzeb. Zasada jest prosta. Nic, tylko zacząć ją wprowadzać w życie.

Marek Kacprzak

Dyskusja o tekście 0

Pomoc rodzinom czyli inwestycje w rozwój

Małgorzata WANKE-JAKUBOWSKA

 

Flag of PolandKomisja Europejska alarmuje. W opublikowanym niedawno raporcie czytamy, że do 2060 r. populacja naszego kraju skurczy się o ponad 5 mln osób, a o 16,4 proc. zmniejszy się odsetek osób w wieku produkcyjnym (z 70,5 do 54,1 proc.). Dodatkowo aż o 18,5 proc. wzrośnie odsetek osób po 65. roku życia — w 2060 r. ta grupa wiekowa będzie stanowiła już 1/3 społeczeństwa. Z powodu zmian demograficznych wzrosną wydatki związane z coraz wyższym wiekiem ludności (z 20,9 proc. PKB do 22,2 proc.). Tyle w raporcie.

Polacy emigrują, a Polki wolą rodzić i wychowywać dzieci np. na Wyspach Brytyjskich czy w Niemczech niż we własnym kraju. Oczywiście, że póki poziom życia w Polsce jest niższy niż na Zachodzie, zjawisko emigracji będzie występowało. Ludzie będą wyjeżdżali i szukali lepszego życia, to naturalne. Ale nie aż w tak wielkiej skali. Z raportu opracowanego przez Work Service wynika, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy Polskę ma zamiar opuścić od 1 do 2 mln obywateli, z których dwie trzecie to osoby poniżej 35. roku życia. Niebawem liczebność najnowszej polskiej emigracji przekroczy 3 mln osób. To efekt fatalnej polskiej polityki rodzinnej, jednej z najgorszych na świecie.

Okazuje się, że w skrajnej nędzy żyje w Polsce ponad 700 tys. dzieci (miesięczny dochód na osobę w rodzinie wynosi mniej niż 400 zł). I to nie są bynajmniej rodziny patologiczne. Poniżej minimum egzystencji żyje 10,2 proc. rodzin z trójką i 22,8 proc. rodzin z czwórką lub większą liczbą dzieci. A przecież to w rodzinach wielodzietnych młode pokolenie nabywa w sposób naturalny umiejętności współżycia w społeczności rówieśników i wyzbywa się egoizmu. To wielki kapitał społeczny, warto to docenić.

Wydatki na rzecz rodzin stanowią zaledwie 2 proc. PKB, czyli ok. 30 mld zł rocznie, podczas gdy na same tylko emerytury przeznacza się 210 mld zł.

Jak zaradzić problemowi biedy rodzin wielodzietnych? Oczywiście, że najlepszym sposobem jest wzrost gospodarczy, a w konsekwencji poprawa na rynku pracy i tym samym wzrost dochodów rodzin. Konieczne są jednak też inne działania. Wydłużenie płatnych urlopów macierzyńskich, wprowadzenie urlopów ojcowskich to zmiany w dobrym kierunku, ale niewystarczające.

Po pierwsze, trzeba zmodyfikować system podatkowy. Wzorów można szukać choćby u naszego południowego sąsiada, gdzie obowiązują preferencje podatkowe, przekraczające 20 proc. — obciążenie osoby samotnej wynosi 42,4 proc. zarobków, a rodziny wychowującej dwójkę dzieci, w której pracuje tylko jedna osoba — 20,7 proc. To mniej niż połowa. Konieczne jest również podwyższenie kwoty wolnej od podatku. Jest ona w Polsce jedną z najniższych w Unii Europejskiej, co w praktyce oznacza, że opodatkowany jest dochód, który nie starcza nawet do biologicznego przeżycia. Ale zarówno wysokość tej kwoty, jak i powiązana z nią reforma systemu podatkowego muszą być dziełem ekspertów, bo budżet państwa nie jest z gumy — z jakichś wydatków trzeba zrezygnować, gdzieś trzeba poczynić oszczędności, aby sfinansować priorytetowe zadania, ponieważ pomoc rodzinom to inwestycja w rozwój.

Po drugie, konieczna jest rozbudowa sieci przedszkoli i żłobków oraz dofinansowanie z budżetu instytucji niepublicznych, aby to niezamożni rodzice, których dzieci nie dostały się do placówek państwowych, nie musieli ponosić nadmiernych kosztów.

I po trzecie, najważniejsze, to zmiana mentalności. Modę na dzietność, na liczne rodziny, można wykreować. Najlepiej poprzez kulturę masową, filmy, seriale telewizyjne, popularne powieści. Do tego potrzebna jest szeroka debata.

Prezydent powinien powołać grono ekspertów, którzy podjęliby się wypracowania środków zapobiegających biedzie rodzin wielodzietnych i emigracji młodych. To jedno z najważniejszych zadań w ramach polityki socjalnej i rozwoju kraju.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Dyskusja o tekście 0

System emerytalny

Małgorzata WANKE-JAKUBOWSKA, Maria WANKE-JERIE


Maria WANKE-JERIE, Małgorzata WANKE-JAKUBOWSKA

Flag of PolandPodniesienie wieku emerytalnego do 67 lat (dla mężczyzn o dwa lata, dla kobiet aż o siedem), choć rozłożone w czasie, budzi powszechny sprzeciw. Nie bez powodu.

Po pierwsze, 67 lat to dla osób wykonujących prace uciążliwe, zwłaszcza wymagające wysiłku fizycznego, jest wiekiem zaawansowanym. Dotyczy to wielu zawodów, a szczególnie dotyka kobiet. Przesuwanie pracowników na stanowiska, na których praca jest lżejsza, w wielu wypadkach jest iluzją. W konsekwencji rośnie i będzie rosnąć liczba bezrobotnych w wieku 60+ bez prawa do zasiłku.

Po drugie, tym boleśnie odczuwanym zmianom związanym z podwyższeniem wieku przechodzenia na emeryturę nie towarzyszy likwidacja przywilejów emerytalnych dla wielu grup zawodowych.Wyrzeczenia są możliwe do przyjęcia tylko wówczas, gdy ciężary są sprawiedliwie rozłożone. A nie są.

Po trzecie, obecny system dopuszcza łączenie pracy z pobieraniem emerytury bez jakichkolwiek ograniczeń osiąganych dochodów. Ta praktyka jest częsta zwłaszcza w instytucjach budżetowych, gdzie zdarza się, że blisko połowa kadry kierowniczej to emeryci, pobierający pełne emerytury, dodatkowo przyznawane na starych, korzystniejszych zasadach, bo emerytury kapitałowe (liczone od zebranych składek) są znacznie niższe. Osoby w wieku powyżej 60 lat, zarabiające ponad 10 tys. zł i pobierające równocześnie emerytury nie są wcale rzadkością. Sytuacja ta jest nie tylko wątpliwa moralnie, wypacza bowiem ideę emerytury jako zabezpieczenia po zakończeniu aktywności zawodowej, ale także wpływa niekorzystnie na rynek pracy, hamując drogę awansu młodszych pracowników i blokując etaty tym, którzy pozostają bez pracy. Na taki luksus, aby można było łączyć pełną emeryturę z pracą zarobkową bez żadnych ograniczeń, nie pozwalają sobie kraje znacznie od Polski bogatsze, np. Niemcy.

Reforma systemu emerytalnego powinna uwzględniać cztery główne elementy:

  • powiązanie wieku emerytalnego ze stażem pracy, wraz z możliwością wyboru przez pracownika, kiedy odejdzie na emeryturę, pod warunkiem przepracowania przez niego np. 35 lat i osiągnięcia wieku co najmniej 60 lat,
  • wprowadzenie zasady automatycznego zawieszania emerytury, gdy zarobki pracującego emeryta przekraczają wysokość średniego wynagrodzenia krajowego, i ograniczanie wysokości emerytury, gdy zarobki te są większe od trzech czwartych tej średniej,
  • przegląd i ograniczenie przywilejów emerytalnych różnych grup zawodowych, służb mundurowych i innych,
  • reformę KRUS polegającą na objęciu tą specjalną formą ubezpieczenia tylko rolników z tzw. gospodarstw socjalnych (ok. 7 proc. ogółu gospodarstw rolnych); pozostali, w tym nierolnicy korzystający z rolniczych przywilejów, powinni zostać włączeni do powszechnego systemu ubezpieczeń.

Podwyższenie wieku emerytalnego miało uratować niewydolny system emerytalny. Bez reform, o których wspominamy, niewiele w sensie ekonomicznym zmieniło. Wniosło natomiast do świadomości społecznej przekonanie o opresyjności władzy, która jednych zmusza do pracy bez jakichkolwiek alternatywnych rozwiązań, koniecznych w różnych sytuacjach życiowych (np. opieka nad starymi rodzicami, opieka nad wnukami itp.), drugim zaś zapewnia rozliczne, kosztowne dla budżetu przywileje.

Zaproponowane zmiany sprawią, że system emerytalny będzie:

  • sprawiedliwszy,
  • elastyczniejszy, dający możliwość realnego wyboru (dłuższa praca — wyższa emerytura, krótsza aktywność — niższe świadczenie),
  • korygujący napięcia na rynku pracy i umożliwiający szybszy awans ludzi w średnim wieku.

Dłuższą aktywność zawodową będą wybierali ci, którym zdrowie oraz sytuacja rodzinna i rodzaj pracy na to pozwolą, bo świadczenie emerytalne wyraźnie wzrasta z każdym kolejnym rokiem zatrudnienia. Średni wiek przechodzenia na emeryturę będzie podwyższał się stopniowo, w sposób naturalny, bez przymusu. Nie bez znaczenia jest poczucie sprawiedliwości, które w tym obszarze może rozpocząć proces odbudowy zaufania do władzy.

Maria Wanke-Jerie
Małgorzata Wanke-Jakubowska

Dyskusja o tekście 0