Prof. Tomasz ALEKSANDROWICZ: "Uniwersytet czy szkoła zawodowa? Rozpoczynamy dyskusję"

TSF Jazz Radio

Uniwersytet czy szkoła zawodowa? Rozpoczynamy dyskusję

Prof. Tomasz ALEKSANDROWICZ

Profesor nadzw. Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Ekspert zarządzania informacją z Centrum Badań nad Terroryzmem. Współtworzy Instytut Analizy Informacji Collegium Civitas.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

.Polskie szkolnictwo wyższe jest od dłuższego czasu na cenzurowanym. Przyczyna pierwotna jest jasna, choć smutna: niż demograficzny i coraz mniej studentów traktowanych jako pula do podziału. Smutna, bo w warunkach wyżu nikt nie zadawał głośno kłopotliwych pytań: byli studenci – były pieniądze. Co nie znaczy, że nie było problemów.

.Dziś krytyka jest powszechna. Jej obiektami są nauczyciele akademiccy, studenci i Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Ci pierwsi oskarżani są o niedbałość w prowadzeniu zajęć, przekazywanie wiedzy sprzed wielu lat, niezmieniane od lat treści wykładów, pobłażliwość na egzaminach, nieukrywanie niechęci i protekcjonalnego stosunku do studentów.

Studentom zarzuca się roszczeniowość, lenistwo, niechęć do nauki, brak ciekawości świata; to, że tak naprawdę nie chcą studiować, uważają bowiem, że płacąc czesne, kupili sobie dyplom na raty.

Ministerstwo wreszcie (pod rządami każdego/każdej z kolejnych ministrów) oskarża się o wprowadzanie biurokracji, stosowanie metod rodem z epoki nakazowo – rozdzielczej, narzucanie sposobu wykładania, stworzenie systemu finansowania badań naukowych rodem ze snu szalonego biurokraty, wreszcie – preferowanie uczelni publicznych kosztem niepublicznych.

.Warto wypracować model dobrej, efektywnej edukacji wyższej. Oto dziesięć subiektywnych tez oddających moim zdaniem to, co w polskim szkolnictwie wyższym i polskiej nauce najważniejsze.

Po pierwsze. Wybór pomiędzy uniwersytetem, dającym wiedzę ogólną, uczącym krytycznego myślenia i rozwiązywania problemów a szkołą wyższą dającą do ręki konkretny zawód jest wyborem z gruntu fałszywym. Uniwersytet jest miejscem zdobywania wiedzy, a nie zawodu. Miałem okazję rozmawiać na ten temat z szefem działu human resources dużej korporacji. Zdradził mi, że kandydatów do pracy rekrutuje najchętniej z grona absolwentów filozofii. Zdziwiłem się: przecież filozof nie potrafi wypełniać tabelek z korelacjami wykazującymi skuteczność kampanii marketingowych? Nie potrafi, zgodził się mój rozmówca, ale potrafi myśleć. Tabelek w excelu nauczy się na kursie, do tego nie trzeba studiów wyższych. Gość po marketingu i zarządzaniu przedstawi mi propozycję kampanii rodem z podręcznika sprzed paru lat. A filozof zacznie myśleć i stworzy coś nowego. No tak, nie bez przyczyny w Oxfordzie można studiować kierunek łączący filozofię np. z informatyką.

Szef działu human resources dużej korporacji zdradził mi, że kandydatów do pracy rekrutuje najchętniej z grona absolwentów filozofii. Zdziwiłem się: przecież filozof nie potrafi wypełniać tabelek z korelacjami wykazującymi skuteczność kampanii marketingowych? Nie potrafi, zgodził się mój rozmówca, ale potrafi myśleć.

Po drugie. W zarzutach dotyczących jakości kształcenia na poziomie wyższym jest sporo racji. Wystarczy porównać wiedzę i umiejętności przedwojennego absolwenta i dzisiejszego licencjata. No tak, powie ktoś, ale wtedy w szkołach średnich wykładali profesorowie wyższych uczelni… No właśnie – oświata. Nie jestem znawcą tego poziomu kształcenia ale mam na co dzień do czynienia z jego rezultatami, młodymi ludźmi, którzy zdali maturę i zostali studentami. Po owocach ich poznacie je. Rezultaty drugiej części badań PISA, które oceniały kompetencje gimnazjalistów,  nie pozostawiają złudzeń: szkoła średnia nie uczy myślenia, preferuje efekt nauczenia się na pamięć wzoru i umiejętność rozwiązywania testów. W efekcie – na wykładzie z prawa międzynarodowego student zadaje pytanie: jaki jest klucz do tego przepisu? I nie może pojąć, że w doktrynie jest kilka interpretacji, a przecież do interpretacji „Lalki” czy innego dzieła było kilka „kluczy”, których do matury musiał się nauczyć na pamięć i starczyło. Nic dziwnego, że perspektywa egzaminu „beztestowego” powoduje bladość na obliczu. I nie jest to wina tych młodych ludzi. Bez szkoły średniej na przyzwoitym poziomie nie będzie studiów wyższych na przyzwoitym poziomie. Quod erat demonstrandum.

Szkoła średnia nie uczy myślenia, preferuje efekt nauczenia się na pamięć wzoru i umiejętność rozwiązywania testów. W efekcie – na wykładzie z prawa międzynarodowego student zadaje pytanie: jaki jest klucz do tego przepisu?

Po trzecie. W szkole wyższej panuje dyktatura dydaktyki. Pensje nauczycieli akademickich zależą od liczby godzi przeprowadzonych zajęć. Stąd wieloetatowość i umowy u dzieło dydaktyczne w kilku szkołach równocześnie; primum vivere deinde philosophari. A do każdego wykładu trzeba się przygotować. Przy 500 godzinach dydaktycznych w semestrze (bywają tacy) człowiek nie wie, jak się nazywa i ma wrażenie, że gardło już nigdy nie wróci do normalnego stanu. A kiedy badania? Czytanie nowych książek? Pisanie własnych? Udział w konferencjach? Pytania retoryczne. Nie ma co ukrywać, to też jest wyjaśnienie poziomu kształcenia.

Po czwarte. Biurokracja ministerialna. Tomy można napisać na temat tego, co stworzyło ministerstwo przez lata. Podstawowy cel (oj, złe skojarzenia…): o wyższy poziom kształcenia. Jak to osiągnąć? Oczywiście sprawdzonymi metodami biurokratycznymi. Minimum kadrowym z równaniami (jeden doktor habilitowany = dwóch doktorów). Sprawozdaniami z pracy każdego nauczyciela akademickiego. Ocenami wykładowców przez studentów. (Uniwersytet to takie miejsce, w którym uczniowie oceniają mistrzów.) Rozbudowanymi do absurdu sylabusami przedmiotów, krajowymi ramami kwalifikacji i matrycami wiedzy. Musi się zgadzać na papierze! A przecież zły wykładowca, który przygotuje świetny sylabus, wypełni KRK i wygłosi marny wykład, przyniesie więcej szkód niż ten, kto sylabus wypełni byle jak i nie zawraca sobie głowy matrycami, ale wygłosi porywający wykład.

Polski uniwersytet stał się miejscem, w którym uczniowie oceniają mistrzów.

Po piąte. Ścieżka kariery naukowej: licencjat – magisterium – doktorat – habilitacja – profesura. Od dawna głoszę tezę, iż zmarnowaliśmy szansę, jaką dało nam przystąpienie do procesu bolońskiego. Licencjat oznaczać powinien ukończenie studiów wyższych w rozumieniu ustawowym. Magisterium to przepustka do świata nauki. Doktorat to prawo stałego pobytu w świecie nauki. I profesura – finis coronat opus. Rzecz jasna, wymagałoby to radykalnego zwiększenia poziomu wymagań podczas licencjatu, magisterium czy doktoratu. Dziś to droga dla pasjonatów, tych bogatych z domu czy tych z bogatym mężem/żoną.

Po szóste. Finansowanie badań naukowych i tzw. życia naukowego. Rzecz wygląda pięknie w sprawozdaniach (nie, nie kwestionuję 80 milionów zł na humanistykę, chwała za to!). Jednak uzyskanie grantu do droga przez mękę, a jego rozliczenie… Rozumiem wszystkich tych, którzy twierdzą, ze nie są księgowymi. A wszystko kosztuje: zarabia się na dydaktyce, nie na nauce. Honorarium za książkę? A co to jest? (wydawnictwo chętnie wyda książkę z dofinansowaniem). Pod tym względem najzabawniejsze są konferencje: to, że trzeba zapłacić za udział to jeszcze pół biedy. Gorzej, że jeśli występuje się z referatem, który potem jest publikowany w książce – wtedy trzeba ponieść dodatkowe koszty. Czyli: dopłacam do swojej pracy. To już nawet nie wyzysk, to coś więcej.

Po siódme. Humanistyka vs nauki ścisłe. Cóż to za podział? Zazdroszczę studentom Oxfordu: oni mogą studiować kierunek obejmujący filozofię i informatykę. Nauki społeczne bez nauk ścisłych są kulawe, nauki ścisłe bez społecznych takoż.

Zazdroszczę studentom Oxfordu: oni mogą studiować kierunek obejmujący filozofię i informatykę. Nauki społeczne bez nauk ścisłych są kulawe, nauki ścisłe bez społecznych takoż.

Po ósme. Podział na uczelnie publiczne i niepubliczne. Rzecz jasna, dzielić można wszystko wedle dowolnych kryteriów; kwestia metodologii. Jednak uczelnie wyższe winno się dzielić na dobre i złe, o wysokim poziomie nauczania i o niskim poziomie nauczania. Efekt jest taki, że uczelnie publiczne zasysają pieniądze z ministerstwa i zarabiają na studiach płatnych; uczelnie niepubliczne muszą na siebie zarabiać, za to praca nad dokumentami wymaganymi przez ministerstwo wre!

Po dziewiąte. Kadry dla gospodarki. Znakomite hasło i znakomita praktyka, zwłaszcza tzw. kierunki zamawiane. Nie kpię, uważam to za znakomity pomysł. Z jedną tylko uwagą: to nie jest remedium dla wszystkich. Współpraca np. politechnik z biznesem to rzecz oczywista, staże studentów informatyki w firmach tej branży – również. Jednak – przepraszam za bezpośredniość – która fabryka nawozów sztucznych sfinansuje badania nad Mickiewiczem? No tak, takie badania są dla gospodarki bezużyteczne.

Jeśli zaniedbamy uniwersytet – elitarną wspólnotę wiedzy łączącą mistrzów i uczniów – zostaniemy na zawsze krajem aplikacyjnym, wdrażającym to, co wynaleziono i wymyślono gdzie indziej, a na dodatek pozbawionym kultury.

Po dziesiąte.  Czy lepiej studiować czy lepiej nie studiować? Czy lepsze marne studia, czy żadne? Czy każdy musi ukończyć wyższe studia, czy każdy musi mieć maturę? To bardzo trudne pytania, odpowiedź na nie jest tak naprawdę elementem strategii rozwojowej państwa. Wraca stara teza Jana Zamoyskiego. Moim zdaniem lepiej studiować, nawet jeśli uczelnia nie gwarantuje najwyższego poziomu. Jednak jeśli zaniedbamy uniwersytet – elitarną wspólnotę wiedzy łączącą mistrzów i uczniów – zostaniemy na zawsze krajem aplikacyjnym, wdrażającym to, co wynaleziono i wymyślono gdzie indziej, a na dodatek pozbawionym kultury.

Rzecz jasna to nie wszystkie problemy polskiego szkolnictwa wyższego i nie wszystkie problemy polskiej nauki; każdą z tez można rozwinąć w osobne, obszerne i szczegółowo udokumentowane sprawozdanie. Moim zdaniem, powyższe dziesięc tez stanowi punkt wyjścia do poważnej rozmowy. Zachęcam do polemik i dyskusji.

Tomasz Aleksandrowicz

31

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Pozostaw odpowiedź Zbigniew Osiński Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Marek pisze:

Po rozmowach z wieloma znajomymi naszła mnie taka konkluzja: straszne, że to takie powszechne.
Nauki biologiczne, medyczne generują niebotyczne koszty, student, każdy student powinien wykonać praktycznie wiele procedur, których nie wykonuje ponieważ brakuje pieniędzy, pracownicy uczelni są zmęczeni domaganiem się niezbędnych odczynników, preparatów itd. Dydaktyka spycha na dalszy plan działalność naukową, oceniana jest działalność naukowa…
Brak publikacji, udziału w życiu naukowym po krótkim czasie automatycznie powoduje usunięcie, nawet doskonałego dydaktyka, poza obręb społeczności uniwersyteckiej. Bardzo liczna grupa młodzieży wchodzi na studia z przypadku (rodzice popchnęli, nie miał pomysłu na życie, “plastikowi studenci” – legitymacja pozwala na obniżenie kosztów życia, itp.). Ci przypadkowi studenci “ciągną” w dół poziom, doprowadzając do obniżenia wymagań w stosunku do tych, którzy weszli tu by studiować. Wyrzucić nie można, bo braknie pensum… Kółko się zamyka.
Frustracja i poczucie braku możliwości zmiany sytuacji, tak widzę współczesną polską uczelnię.
Brak planu i rozpaczliwe próby ratowania tonącego statku, przy pomocy zapożyczonych zewsząd sposobów, nie opierając się na własnych doświadczeniach, tak widzę Ministerstwo…

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Dzięki za głos. Wesoło istotnie nie jest. Ważna jest konsolidacja tych, którzy chcą coś zmienić i są gotowi popracować nad rozwiązaniami. A jak widać z naszych dyskusji – coraz więcej ludzi chce to zmienić.

Marek pisze:

Oby: nec Hercules contra plures

Lil pisze:

Szanowny Panie Profesorze, jak to miło przeczytać tekst z tyloma ważnymi i trafnymi wnioskami! To jest jak oddech świeżego powietrza wśród oparów płytkich lub tendencyjnych wypowiedzi, głównie dziennikarzy i pracodawców podlizujących się rządzącym.

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Bardzo dziękuję!

Zbigniew Osiński pisze:

odnoszę wrażenie, że w świecie akademickim zapomniano o istnieniu takiej subdyscypliny naukowej, która nazywa się dydaktyka, a zajmuje się badaniem procesów kształcenia; dowodem jest fakt, iż na uczelniach dominującą od Średniowiecza metodą kształcenia jest wykład, o którym dydaktyka wypowiada się jednoznacznie – jest to najmniej efektywna metod kształcenia, w trakcie wykładu student/uczeń nie kształci jakichkolwiek umiejętności, a stopień zapamiętywania wiedzy jest nieznaczny (kilka procent); świat akademicki powinien dostrzec, że w przeciwieństwie do Średniowiecza głowa mistrza i niedostępne dla studentów książki, (bo pisane ręcznie i dlatego rzadkie) nie są jedynymi źródłami wiedzy, więc można zrezygnować ze średniowiecznej metody polegającej na podawaniu studentom gotowej wiedzy i wymaganiu, by zapamiętali jak najwięcej; istnieje coś takiego jak metody aktywizujące, które sprowadzają się do aktywności po stronie nie nauczyciela, lecz ucznia/studenta polegającej na rozwiązywaniu problemów i podejmowaniu twórczych działań z wykorzystaniem różnorodnych źródeł informacji; dzięki temu kształtowane są umiejętności, a stopień zapamiętywania jest dużo wyższy niż w trakcie wykładu; tak więc jeżeli jesteśmy zainteresowani poprawą jakości kształcenia oraz pogodzeniem oczekiwania, by uczelnia wyższa zapewniała wiedzę z oczekiwaniami, by zapewniała przydatne umiejętności, to nie dyskutujmy o wykładowcach i sylabusach, lecz o radykalnej rewolucji w metodach prowadzenia zajęć (no, chyba, że wzorem wielu naukowców potraktujemy dydaktykę nie jako naukę, która coś głosi na podstawie przeprowadzonych badań, lecz jako zbyteczne utrudnianie życia naukowca);

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Ma Pan wiele racji. Może jakimś rozwiązaniem byłby powrót do podziału na pracowników dydaktycznych i naukowych. Nie każdy świetny dydaktyk jest dobrym badaczem, nie każdy świetny badacz jest dobrym dydaktykiem. Znane są w świecie rozwiązania, w których profesor ma tylko kilka godzin dydaktycznych rocznie – ale prowadzi je na podstawie badań trwających rok i dłużej. No, ale to górna półka. Z metodami aktywizującymi – zgoda. Tu jednak zaczyna odhrywać rolę czynnik woli studenta, jego chęci i zdolności. Stąd problem postawiony w ostatniej tezie – czy wszyscy muszą koniecznie studiować? Dzięki za głos, pozdrowienia!

Zbigniew Osiński pisze:

przywrócenie etatów dydaktycznych jest niezbędne jeżeli chcemy prowadzić kształcenie aktywizujące, kładące nacisk na kompetencje – wynika to z prostego rachunku, każdy student powinien w ramach danego przedmiotu nie tylko uczestniczyć w zajęciach, lecz także wykonywać liczne projekty, a ich sprawdzanie wymaga dużej ilości czasu, pracownik, dla którego najważniejsze jest terminowe uzyskiwanie awansów naukowych (czyli poświęcanie czasu przede wszystkim na badania i publikowanie) nie poświęci czasu na działania zbędne z punktu widzenia uzyskania doktoratu czy habilitacji; poza tym prowadzenie zajęć aktywizujących wymaga systematycznego podnoszenia kompetencji dydaktycznych nauczyciela oraz poznawania przez niego najnowszej wiedzy (szerokiej, interdyscyplinarnej, a nie jedynie tej, związanej z aktualnymi badaniami); nie da się efektywnie prowadzić dobrych badań przy takim obciążeniu pracą dydaktyczną jakiej wymagają metody aktywizujące; niestety, obecnie wielu z nas przedkłada pracę naukową nad dydaktyczną, szkodząc rozwojowi kompetencji studentów; pracownik na etacie naukowym, rozliczany z badań i publikacji, powinien mieć co najwyżej jeden wykład (30 godz.) rocznie o własnych badaniach plus niewielkie, kilkuosobowe seminarium; dwa w jednym w przypadku uczelni w XXI wieku nie sprawdza się; niestety, aktualna wysokość dotacji dydaktycznej czyni powyższe postulaty nierealnymi
jeżeli chodzi o pytanie – czy wszyscy muszą studiować? jest ono retoryczne, wiadomo, że nie wszyscy intelektualnie nadają się do zdobywania wykształcenia wyższego, a myślenie typu – każdemu dobrze zrobi pobyt na studiach jest błędne (pić i kombinować młodzi nauczycili sie już w szkołach średnich); poza tym, przecież do wykonywania wielu zawodów nawet w XXI wieku w zupełności wystarczy technikum plus kilka kursów zawodowych; jeżeli ograniczymy liczbę przyjmowanych na studia to, co najwyżej pracodawcy będą musieli zrezygnować z zatrudniania, na kasach w marketach lub na liniach w montowniach, magistrów na rzecz techników; żadna szkoda dla gospodarki

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Podzielam Pana pogląd. Na marginesie: pamiętam ze swoich czasów studenckich, że gdy grupa dziekańska przekraczała liczbę 15 osób, asystenci dramatycznie łapałi się za głowę z okrzykiem: jak tu ćwiczenia prowadzić! No wlaśnie dla grupy 20 osób zajęcia to już wykład, nie ćwiczenia. Obawiam się, że dydaktyka ucierpiała najbardziej: najczęściej prowadzący siada za katedrą i mówi, podpierając się PowerPointem. Przy takiej liczbie zajęć na inną formę nie ma ani czasu (na przygotowanie), ani chęci szczególnej. To też jeden w ważnych problemów. Pozdrawiam!

Zbigniew Osiński pisze:

odnoszę wrażenie, że w świecie akademickim zapomniano o istnieniu takiej subdyscypliny naukowej, która nazywa się dydaktyka, a zajmuje się badaniem procesów kształcenia; dowodem jest fakt, iż na uczelniach dominującą od Średniowiecza metodą kształcenia jest wykład, o którym dydaktyka wypowiada się jednoznacznie – jest to najmniej efektywna metod kształcenia, w trakcie wykładu student/uczeń nie kształci jakichkolwiek umiejętności, a stopień zapamiętywania wiedzy jest nieznaczny (kilka procent); świat akademicki powinien dostrzec, że w przeciwieństwie do Średniowiecza głowa mistrza i niedostępne dla studentów książki, (bo pisane ręcznie i dlatego rzadkie) nie są jedynymi źródłami wiedzy, więc można zrezygnować ze średniowiecznej metody polegającej na podawaniu studentom gotowej wiedzy i wymaganiu, by zapamiętali jak najwięcej; istnieje coś takiego jak metody aktywizujące, które sprowadzają się do aktywności po stronie nie nauczyciela, lecz ucznia/studenta polegającej na rozwiązywaniu problemów i podejmowaniu twórczych działań z wykorzystaniem różnorodnych źródeł informacji; dzięki temu kształtowane są umiejętności, a stopień zapamiętywania jest dużo wyższy niż w trakcie wykładu; tak więc jeżeli jesteśmy zainteresowani poprawą jakości kształcenia oraz pogodzeniem oczekiwania, by uczelnia wyższa zapewniała wiedzę z oczekiwaniami, by zapewniała przydatne umiejętności, to nie dyskutujmy o wykładowcach i sylabusach, lecz o radykalnej rewolucji w metodach prowadzenia zajęć (no, chyba, że wzorem wielu naukowców potraktujemy dydaktykę nie jako naukę, która coś głosi na podstawie przeprowadzonych badań, lecz jako zbyteczne utrudnianie życia naukowca);

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Ma Pan wiele racji. Może jakimś rozwiązaniem byłby powrót do podziału na pracowników dydaktycznych i naukowych. Nie każdy świetny dydaktyk jest dobrym badaczem, nie każdy świetny badacz jest dobrym dydaktykiem. Znane są w świecie rozwiązania, w których profesor ma tylko kilka godzin dydaktycznych rocznie – ale prowadzi je na podstawie badań trwających rok i dłużej. No, ale to górna półka. Z metodami aktywizującymi – zgoda. Tu jednak zaczyna odhrywać rolę czynnik woli studenta, jego chęci i zdolności. Stąd problem postawiony w ostatniej tezie – czy wszyscy muszą koniecznie studiować? Dzięki za głos, pozdrowienia!

Zbigniew Osiński pisze:

przywrócenie etatów dydaktycznych jest niezbędne jeżeli chcemy prowadzić kształcenie aktywizujące, kładące nacisk na kompetencje – wynika to z prostego rachunku, każdy student powinien w ramach danego przedmiotu nie tylko uczestniczyć w zajęciach, lecz także wykonywać liczne projekty, a ich sprawdzanie wymaga dużej ilości czasu, pracownik, dla którego najważniejsze jest terminowe uzyskiwanie awansów naukowych (czyli poświęcanie czasu przede wszystkim na badania i publikowanie) nie poświęci czasu na działania zbędne z punktu widzenia uzyskania doktoratu czy habilitacji; poza tym prowadzenie zajęć aktywizujących wymaga systematycznego podnoszenia kompetencji dydaktycznych nauczyciela oraz poznawania przez niego najnowszej wiedzy (szerokiej, interdyscyplinarnej, a nie jedynie tej, związanej z aktualnymi badaniami); nie da się efektywnie prowadzić dobrych badań przy takim obciążeniu pracą dydaktyczną jakiej wymagają metody aktywizujące; niestety, obecnie wielu z nas przedkłada pracę naukową nad dydaktyczną, szkodząc rozwojowi kompetencji studentów; pracownik na etacie naukowym, rozliczany z badań i publikacji, powinien mieć co najwyżej jeden wykład (30 godz.) rocznie o własnych badaniach plus niewielkie, kilkuosobowe seminarium; dwa w jednym w przypadku uczelni w XXI wieku nie sprawdza się; niestety, aktualna wysokość dotacji dydaktycznej czyni powyższe postulaty nierealnymi
jeżeli chodzi o pytanie – czy wszyscy muszą studiować? jest ono retoryczne, wiadomo, że nie wszyscy intelektualnie nadają się do zdobywania wykształcenia wyższego, a myślenie typu – każdemu dobrze zrobi pobyt na studiach jest błędne (pić i kombinować młodzi nauczycili sie już w szkołach średnich); poza tym, przecież do wykonywania wielu zawodów nawet w XXI wieku w zupełności wystarczy technikum plus kilka kursów zawodowych; jeżeli ograniczymy liczbę przyjmowanych na studia to, co najwyżej pracodawcy będą musieli zrezygnować z zatrudniania, na kasach w marketach lub na liniach w montowniach, magistrów na rzecz techników; żadna szkoda dla gospodarki

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Podzielam Pana pogląd. Na marginesie: pamiętam ze swoich czasów studenckich, że gdy grupa dziekańska przekraczała liczbę 15 osób, asystenci dramatycznie łapałi się za głowę z okrzykiem: jak tu ćwiczenia prowadzić! No wlaśnie dla grupy 20 osób zajęcia to już wykład, nie ćwiczenia. Obawiam się, że dydaktyka ucierpiała najbardziej: najczęściej prowadzący siada za katedrą i mówi, podpierając się PowerPointem. Przy takiej liczbie zajęć na inną formę nie ma ani czasu (na przygotowanie), ani chęci szczególnej. To też jeden w ważnych problemów. Pozdrawiam!

mentals pisze:

Proces nauczania przypomina strojenie instrumentu muzycznego. Żeby to zrobić z reguły potrzebny jest kamerton czyli wzorzec, do którego instrument zostanie dostrojony. Uczeń (często nieświadomie) właśnie coś takiego robi: dostraja się do wzorca, którym jest nauczyciel. Każdy student to rzecz jasna inny instrument i nic nie poradzimy, że jeden jest wspaniałym fortepianem, a drugi zaledwie piszczałką (#genetyka). Zadaniem uczelni nie powinno jednak być uczynienie z każdego studenta fortepianu tylko nieprzerwane nadawanie właściwego tonu, do którego każdy według swoich możliwości się dostroi.

Zrozumienia tej fundamentalnej zasady procesu nauczania wymagać należy od nauczycieli i władz państwowych, a najmniej od samych studentów. Nauczyciele powinni mieć możliwość emitowania czystego dźwięku bez konieczności rozpraszania się na tysiące innych spraw: powinni się tak naprawdę egoistycznie skupiać na własnej pracy naukowej. Ministerstwa powinny zaniechać chęci uczynienia z każdego człowieka fortepianu bez względu na to jak bardzo kusząca jest to wizja dla każdego fleta ;) i ile głosów przysparza w wyborach.

Na koniec jeszcze uwaga o aktualności przekazywanej wiedzy: miło gdy syllabus jest aktualny ale nie jest to wcale konieczne do tego by uniwersytet/szkoła spełniały swoją funkcję. Dźwięk kamertonu jest zawsze taki sam i dostroić do niego można każdy instrument.

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Fajna metafora. Tak zgoda, nauczyciel powinien mieć warunki do wydawania czystego dźwieku! Ale też powinna być selekcja: odpadają ci, którzy fałszują, ci, którzy grają na starych garnkach zamiast na perkusji etc. Co do dźwięku kamertonu: to musi być dźwięk poszukiwania prawdy, a nie przekazywania gotowych treści. Wiele razy magistranci obronili u mnie swoje prace, choć kompletnie nie zgadzałem się z ich stanowiskiem. Ale prace były metodologicznie i merytorycznie bez zarzutu – obrony bywali długie, bo była dyskusja. Piątki dostawali. A więc uczyć jak odnajdywać drogi do prawdy, a nie głosić objawione prawdy z katedry. I dyskutować. Bywają i tacy studenci i wcale ich nie jest tak mało, trzeba tylko chcieć z nimi dyskutować, spierać się, przekonywać. Wtedy ta robota ma sens. Dzięki, za głos w dyskusji, pozdrawiam!

mentals pisze:

Właśnie! Doskonale Pan rozwinął to co ja czułem tylko jako metaforę – czym ma być dźwięk kamertonu w edukacji. Dzięki! :)

mentals pisze:

Proces nauczania przypomina strojenie instrumentu muzycznego. Żeby to zrobić z reguły potrzebny jest kamerton czyli wzorzec, do którego instrument zostanie dostrojony. Uczeń (często nieświadomie) właśnie coś takiego robi: dostraja się do wzorca, którym jest nauczyciel. Każdy student to rzecz jasna inny instrument i nic nie poradzimy, że jeden jest wspaniałym fortepianem, a drugi zaledwie piszczałką (#genetyka). Zadaniem uczelni nie powinno jednak być uczynienie z każdego studenta fortepianu tylko nieprzerwane nadawanie właściwego tonu, do którego każdy według swoich możliwości się dostroi.

Zrozumienia tej fundamentalnej zasady procesu nauczania wymagać należy od nauczycieli i władz państwowych, a najmniej od samych studentów. Nauczyciele powinni mieć możliwość emitowania czystego dźwięku bez konieczności rozpraszania się na tysiące innych spraw: powinni się tak naprawdę egoistycznie skupiać na własnej pracy naukowej. Ministerstwa powinny zaniechać chęci uczynienia z każdego człowieka fortepianu bez względu na to jak bardzo kusząca jest to wizja dla każdego fleta ;) i ile głosów przysparza w wyborach.

Na koniec jeszcze uwaga o aktualności przekazywanej wiedzy: miło gdy syllabus jest aktualny ale nie jest to wcale konieczne do tego by uniwersytet/szkoła spełniały swoją funkcję. Dźwięk kamertonu jest zawsze taki sam i dostroić do niego można każdy instrument.

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Fajna metafora. Tak zgoda, nauczyciel powinien mieć warunki do wydawania czystego dźwieku! Ale też powinna być selekcja: odpadają ci, którzy fałszują, ci, którzy grają na starych garnkach zamiast na perkusji etc. Co do dźwięku kamertonu: to musi być dźwięk poszukiwania prawdy, a nie przekazywania gotowych treści. Wiele razy magistranci obronili u mnie swoje prace, choć kompletnie nie zgadzałem się z ich stanowiskiem. Ale prace były metodologicznie i merytorycznie bez zarzutu – obrony bywali długie, bo była dyskusja. Piątki dostawali. A więc uczyć jak odnajdywać drogi do prawdy, a nie głosić objawione prawdy z katedry. I dyskutować. Bywają i tacy studenci i wcale ich nie jest tak mało, trzeba tylko chcieć z nimi dyskutować, spierać się, przekonywać. Wtedy ta robota ma sens. Dzięki, za głos w dyskusji, pozdrawiam!

mentals pisze:

Właśnie! Doskonale Pan rozwinął to co ja czułem tylko jako metaforę – czym ma być dźwięk kamertonu w edukacji. Dzięki! :)

Doc pisze:

Trochę się wkurzyłem czytając, bo to nie mój świat chociaż też naukowy. Z jednej strony jest presja studentów – po co mi to wszystko? Z drugiej ja – bo pan się czegoś nauczy o świecie i jego mechanizmach. Takie są dyskusje. Uczę genetyki i biochemii. I nie lubię jak ktoś uważa, że historia i literatura to “kultura” a nauki ścisłe to bezmyślność. Nie uważam, że filozofowie lepiej myślą niż matematycy. To nieporozumienie mam nadzieję? Albo głupia, nieprzemyślana uwaga tzw. human resources? Poza tym jeśli ktoś się nie nadaje na studia i nie chce to lepiej nie zmuszać. Może humaniści takiego przyjmą, bo dla ścisłych to tylko zakała, z którą się trzeba męczyć latami. Niech lepiej układa kafelki i zarabia. I będzie szczęśliwy. Zamiast psuć krew wykładowcom spełniając ambicje core albo rodziców.

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Bardzo przepraszam, ale gdzie Pan wyczytał w moim tekście przeciwstawienie humanistyki naukom ścisłym? Piszę coś zupełnie przeciwnego. Wiedza to wiedza. Cz przypadkiem matematycy to również nie filozofowie? Co do “głupiej, nieprzemyślanej uwagi tzw. human resources” – może i głupia, ale prawdziwa, przemyślana i poparta doświadczeniem gościa, który na stanowisku kadrowca parę lat przepracował – empiria. Z tego co czytam to raczej Pan przeciwstawia nauki ścisłe humanistyce i naukom społecznym (“może humaniści takiego przyjmą…”). Nie, nie przyjmą, bo będzie taką samą zakałą, jak wszędzie. Co do ostatniej tezy – zgoda. Tu jednak jest podejście strategiczne tzn postawienie pewnej bariery w postaci np. egzaminu wstępnego będącego sprawdzianem umiejętności myślenia i formułowania sądów. Jednak to decyzja strategiczna – na razie obowiązuje zasada, iż studiować może każdy, o ile ma maturę i pieniądze na czesne. Osobiście uważam, że istotnie nie każdy musi, może i powinien studiować, podobnie jak nie każdy może, musi i powinien mieć maturę. Tezę postawiłem pod dyskusję – tak jak cały tekst; dziękuję za wzięcie w niej udziału. Pozdrawiam.

Doc pisze:

Trochę się wkurzyłem czytając, bo to nie mój świat chociaż też naukowy. Z jednej strony jest presja studentów – po co mi to wszystko? Z drugiej ja – bo pan się czegoś nauczy o świecie i jego mechanizmach. Takie są dyskusje. Uczę genetyki i biochemii. I nie lubię jak ktoś uważa, że historia i literatura to “kultura” a nauki ścisłe to bezmyślność. Nie uważam, że filozofowie lepiej myślą niż matematycy. To nieporozumienie mam nadzieję? Albo głupia, nieprzemyślana uwaga tzw. human resources? Poza tym jeśli ktoś się nie nadaje na studia i nie chce to lepiej nie zmuszać. Może humaniści takiego przyjmą, bo dla ścisłych to tylko zakała, z którą się trzeba męczyć latami. Niech lepiej układa kafelki i zarabia. I będzie szczęśliwy. Zamiast psuć krew wykładowcom spełniając ambicje core albo rodziców.

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Bardzo przepraszam, ale gdzie Pan wyczytał w moim tekście przeciwstawienie humanistyki naukom ścisłym? Piszę coś zupełnie przeciwnego. Wiedza to wiedza. Cz przypadkiem matematycy to również nie filozofowie? Co do “głupiej, nieprzemyślanej uwagi tzw. human resources” – może i głupia, ale prawdziwa, przemyślana i poparta doświadczeniem gościa, który na stanowisku kadrowca parę lat przepracował – empiria. Z tego co czytam to raczej Pan przeciwstawia nauki ścisłe humanistyce i naukom społecznym (“może humaniści takiego przyjmą…”). Nie, nie przyjmą, bo będzie taką samą zakałą, jak wszędzie. Co do ostatniej tezy – zgoda. Tu jednak jest podejście strategiczne tzn postawienie pewnej bariery w postaci np. egzaminu wstępnego będącego sprawdzianem umiejętności myślenia i formułowania sądów. Jednak to decyzja strategiczna – na razie obowiązuje zasada, iż studiować może każdy, o ile ma maturę i pieniądze na czesne. Osobiście uważam, że istotnie nie każdy musi, może i powinien studiować, podobnie jak nie każdy może, musi i powinien mieć maturę. Tezę postawiłem pod dyskusję – tak jak cały tekst; dziękuję za wzięcie w niej udziału. Pozdrawiam.

Robert pisze:

tekst ciekawy – jest to bardzo dobre uchwycenie wielu absurdów polskiej nauki. Ale, aby cokolwiek się zmieniło, ktoś musi zrobić pierwszy krok – i są to wg mnie albo wykładowcy, albo ministerstwo. I jako student traktujący poważne swoje zajęcie muszę stwierdzić, że wykładowcy powinni zmienić swoją postawę (rządzący zmienią cokolwiek, tylko wtedy, jeżeli będą do tego zmuszeni – patrz przykład niedawnej okupacji Sejmu). Zgadzam się z Panem, że studenci są…jacy są. Niemniej należąc do tej grupy studentów, którym “się chce”, którym zależy poproszę Pana o refleksję nad Tymi, co “niosą kaganek oświaty”.

Nikt mi nie może powiedzieć, że narzucenie na prowadzącego iluś tam dodatkowych (i być może bzdurnych) zobowiązań zwalnia go z wygłoszenia dobrego wykładu i z WYMAGANIA czegoś od studentów. Niestety, będąc studentem 3 roku, który ma za sobą ponad 50 wykładów (z czego grubo ponad połowę stanowiły wykłady składające się na esencję Stosunków Międzynarodowych) muszę stwierdzić, że wykładowcy jednak tak uważają. Wydaje Wam się, że praca na kilku etapach i w różnych miejscach (rozumiana jako konieczność, bo z czego utrzymać rodzinę?) zwalnia Was od pewnego minimum, które jest coraz niżej i niżej…,że zwalnia Was od przyzwoitości. Jest to smutne, że mogę wskazać tylko dwóch wykładowców, którzy wymagali ode mnie: czytania książek, sięgania do raportów, słowem uczenia się. Jeden z nich nawet mi powiedział, że dobry uniwersytet to taki, gdzie czyta się około 1000 stron tygodniowo !!! Gdybym zdawał się na to, co wykładowcy ode mnie oczekują, to liczba ta spadłaby może do 100…miesięcznie.

Narzeka Pan na układanie syllabusa, a powie mi Pan, ile zmian wprowadził Pan do syllabusa ze swoich przedmiotów w ostatnich 3 latach? Jestem takim studentem, który sprawdza co wykładowca napisał i czego będzie wykład dotyczył. Niektórzy z Was nie fatygują się żeby zmienić cokolwiek – widnieją tam te same książki (co z tego, że dawno nieaktualne!), efekty kształcenia się nie zmieniły, a prowadzenie wykładu bez zmian. Syllabus pozostaje i nikt sobie z tego nic nie robi. A zdarzyło mi się, że wykładowca umieścił w nim jedną książkę i powiedział, żebyśmy jej nie czytali, bo to nie ma sensu! Zapytany przeze mnie, to co w takim razie mam czytać odpowiedział: “ten wykład jest wykładem dla samobójców, możesz czytać co chcesz, ale i tak Ci to nic nie da…przychodź na wykład, to zobaczymy.” Wstyd usłyszeć coś takiego od profesora.

Dla studenta, który szuka swojej przyszłości w nauce(a za takiego się uważam), pozostaje skupić się na samokształceniu. Zwracając się do wykładowcy o pomoc można odbić się o mur désintéressement. Ile wykładów, w których miałem uczestniczyć, to była hucpa! Wykładowca, który zleca każdemu studentowi prezentację, tak że zajmują one 3/4 wykładu i wypuszczający nas przed końcem zajęć, bo “nie ma sensu zaczynać nowego tematu”. I tak aż do egzaminu. Powie Pan czemu nie zgłosiłem tego do Rektora? Otóż Rektor obiecał się tym zająć. Widocznie nie było mu po drodze, ponieważ moi koledzy z drugiego roku opowiadają mi, że nic się nie zmieniło.

Kiedyś na wykład szedłem z pewnym drżeniem, zaciekawieniem i prawdziwą chęcią poznania! Niektórzy z Was zabili we mnie to uczucie. Otóż uważam, że nie chce się Wam niczego zmieniać! Wypuszczacie coraz to kolejne rzesze studentów za bramę uniwersytetu z przekonaniem, że oto wypuściliście w szeroki świat kolejnych młodych ludzi, którzy mieli okazje nauczyć się od Was “krytycznego myślenia”.

Wymagajcie! Tak jak matka, która na siłę karmi swoje dziecko, które nie chce jeść, tak Wy zacznijcie wymagać! Wymagajcie od siebie i od studentów. Bądźcie uczciwi, sumienni. Nie zezwalajcie na ściąganie, które jak gangrena wyżera zdrowe tkanki. Starajcie się rzetelnie wypełniać swoje powołanie i bądźcie porządni. A studenci Was za to docenią. Tak jak jak doceniam i dziękuje tym dwóm.

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Ależ zgoda! Panie Robercie, tu nie ma prostych odpowiedzi i nie chodzi o to, żeby wskazywać jednego winnego. To system, coś w rodzaju zamkniętego koła, czynniki, które się wzajemnie stymulują. Przemęczony wykładowca marnie wykłada, uczy studentów bylejakości. Im niej roboty – tym lepiej (myśli czasem i wykładowca, i student). W papierach się zgadza, więc jest ok. Jeden z Profesorów, którego bardzo cenię, miał świetną reakcję: student podchodzący po raz kolejny do egzaminu, który był chyba powyżej jego możliwości, ze złością rzucił: ja płacę i wymagam! Profesor odpowiedział spokojnie: myli się Pan. Pan płaci, za to, żebym ja wymagał od Pana.
Musimy mieć elitarny uniwersytet. Do tego potrzeba działania trzech stron: ministerstwa, wykładowców i studentów.
Dzięki za komentarz. Pozdrawiam i życzę sukcesów!

Robert pisze:

Panie Tomku,
nie chciałem żeby moja wypowiedź brzmiała jak zarzut i zrzucenie winy na pracowników naukowych. Zdaję sobie sprawę z Waszego położenia. Zazwyczaj jeżeli coś regulowane przez Państwo, to jest to regulowane ze szkodą dla zainteresowanych. Tak się też stało z edukacją – przestała być misją a stała się biznesem. Tylko szkoda, że nikt sobie nie zdaje sprawy, że prędzej czy później doprowadzi to do katastrofy.

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Panie Robercie, nie odczytałem Pana wpisu w takich kategoriach. Ma Pan rację – są i tacy wykładowcy. Staram się zdiagnozować sytuację, znaleźć przyczyny i spróbować zacząć poważną dyskusję. Przekształcenie edukacji w biznes to istotnie katastrofa. Trzeba znaleźć wyjście z tego zaklętego kręgu; to trudne, bo wielu ludzi świetnie sobie radzi w tym systemie. Pozdrawiam!

Robert pisze:

tekst ciekawy – jest to bardzo dobre uchwycenie wielu absurdów polskiej nauki. Ale, aby cokolwiek się zmieniło, ktoś musi zrobić pierwszy krok – i są to wg mnie albo wykładowcy, albo ministerstwo. I jako student traktujący poważne swoje zajęcie muszę stwierdzić, że wykładowcy powinni zmienić swoją postawę (rządzący zmienią cokolwiek, tylko wtedy, jeżeli będą do tego zmuszeni – patrz przykład niedawnej okupacji Sejmu). Zgadzam się z Panem, że studenci są…jacy są. Niemniej należąc do tej grupy studentów, którym “się chce”, którym zależy poproszę Pana o refleksję nad Tymi, co “niosą kaganek oświaty”.

Nikt mi nie może powiedzieć, że narzucenie na prowadzącego iluś tam dodatkowych (i być może bzdurnych) zobowiązań zwalnia go z wygłoszenia dobrego wykładu i z WYMAGANIA czegoś od studentów. Niestety, będąc studentem 3 roku, który ma za sobą ponad 50 wykładów (z czego grubo ponad połowę stanowiły wykłady składające się na esencję Stosunków Międzynarodowych) muszę stwierdzić, że wykładowcy jednak tak uważają. Wydaje Wam się, że praca na kilku etapach i w różnych miejscach (rozumiana jako konieczność, bo z czego utrzymać rodzinę?) zwalnia Was od pewnego minimum, które jest coraz niżej i niżej…,że zwalnia Was od przyzwoitości. Jest to smutne, że mogę wskazać tylko dwóch wykładowców, którzy wymagali ode mnie: czytania książek, sięgania do raportów, słowem uczenia się. Jeden z nich nawet mi powiedział, że dobry uniwersytet to taki, gdzie czyta się około 1000 stron tygodniowo !!! Gdybym zdawał się na to, co wykładowcy ode mnie oczekują, to liczba ta spadłaby może do 100…miesięcznie.

Narzeka Pan na układanie syllabusa, a powie mi Pan, ile zmian wprowadził Pan do syllabusa ze swoich przedmiotów w ostatnich 3 latach? Jestem takim studentem, który sprawdza co wykładowca napisał i czego będzie wykład dotyczył. Niektórzy z Was nie fatygują się żeby zmienić cokolwiek – widnieją tam te same książki (co z tego, że dawno nieaktualne!), efekty kształcenia się nie zmieniły, a prowadzenie wykładu bez zmian. Syllabus pozostaje i nikt sobie z tego nic nie robi. A zdarzyło mi się, że wykładowca umieścił w nim jedną książkę i powiedział, żebyśmy jej nie czytali, bo to nie ma sensu! Zapytany przeze mnie, to co w takim razie mam czytać odpowiedział: “ten wykład jest wykładem dla samobójców, możesz czytać co chcesz, ale i tak Ci to nic nie da…przychodź na wykład, to zobaczymy.” Wstyd usłyszeć coś takiego od profesora.

Dla studenta, który szuka swojej przyszłości w nauce(a za takiego się uważam), pozostaje skupić się na samokształceniu. Zwracając się do wykładowcy o pomoc można odbić się o mur désintéressement. Ile wykładów, w których miałem uczestniczyć, to była hucpa! Wykładowca, który zleca każdemu studentowi prezentację, tak że zajmują one 3/4 wykładu i wypuszczający nas przed końcem zajęć, bo “nie ma sensu zaczynać nowego tematu”. I tak aż do egzaminu. Powie Pan czemu nie zgłosiłem tego do Rektora? Otóż Rektor obiecał się tym zająć. Widocznie nie było mu po drodze, ponieważ moi koledzy z drugiego roku opowiadają mi, że nic się nie zmieniło.

Kiedyś na wykład szedłem z pewnym drżeniem, zaciekawieniem i prawdziwą chęcią poznania! Niektórzy z Was zabili we mnie to uczucie. Otóż uważam, że nie chce się Wam niczego zmieniać! Wypuszczacie coraz to kolejne rzesze studentów za bramę uniwersytetu z przekonaniem, że oto wypuściliście w szeroki świat kolejnych młodych ludzi, którzy mieli okazje nauczyć się od Was “krytycznego myślenia”.

Wymagajcie! Tak jak matka, która na siłę karmi swoje dziecko, które nie chce jeść, tak Wy zacznijcie wymagać! Wymagajcie od siebie i od studentów. Bądźcie uczciwi, sumienni. Nie zezwalajcie na ściąganie, które jak gangrena wyżera zdrowe tkanki. Starajcie się rzetelnie wypełniać swoje powołanie i bądźcie porządni. A studenci Was za to docenią. Tak jak jak doceniam i dziękuje tym dwóm.

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Ależ zgoda! Panie Robercie, tu nie ma prostych odpowiedzi i nie chodzi o to, żeby wskazywać jednego winnego. To system, coś w rodzaju zamkniętego koła, czynniki, które się wzajemnie stymulują. Przemęczony wykładowca marnie wykłada, uczy studentów bylejakości. Im niej roboty – tym lepiej (myśli czasem i wykładowca, i student). W papierach się zgadza, więc jest ok. Jeden z Profesorów, którego bardzo cenię, miał świetną reakcję: student podchodzący po raz kolejny do egzaminu, który był chyba powyżej jego możliwości, ze złością rzucił: ja płacę i wymagam! Profesor odpowiedział spokojnie: myli się Pan. Pan płaci, za to, żebym ja wymagał od Pana.
Musimy mieć elitarny uniwersytet. Do tego potrzeba działania trzech stron: ministerstwa, wykładowców i studentów.
Dzięki za komentarz. Pozdrawiam i życzę sukcesów!

Robert pisze:

Panie Tomku,
nie chciałem żeby moja wypowiedź brzmiała jak zarzut i zrzucenie winy na pracowników naukowych. Zdaję sobie sprawę z Waszego położenia. Zazwyczaj jeżeli coś regulowane przez Państwo, to jest to regulowane ze szkodą dla zainteresowanych. Tak się też stało z edukacją – przestała być misją a stała się biznesem. Tylko szkoda, że nikt sobie nie zdaje sprawy, że prędzej czy później doprowadzi to do katastrofy.

Tomek Aleksandrowicz pisze:

Panie Robercie, nie odczytałem Pana wpisu w takich kategoriach. Ma Pan rację – są i tacy wykładowcy. Staram się zdiagnozować sytuację, znaleźć przyczyny i spróbować zacząć poważną dyskusję. Przekształcenie edukacji w biznes to istotnie katastrofa. Trzeba znaleźć wyjście z tego zaklętego kręgu; to trudne, bo wielu ludzi świetnie sobie radzi w tym systemie. Pozdrawiam!

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam