VOX

Tomasz Wojtkowski: Pieśń Bodzia

Tomasz Wojtkowski

Wspomnienie o Marku Serafińskim (1954 – 2017), reżyserze autorskich filmów animowanych, producencie filmowym i działaczu na rzecz rozwoju polskiej animacji.

Był bardzo ważną i lubianą osobą w świecie twórców i realizatorów filmów animowanych. Całe środowisko dużo zawdzięcza jego pasji działacza. Walczył o nasze sprawy bezkompromisowo i bez wytchnienia. Dla mnie był długoletnim kumplem, a przez ostatnich kilka lat pracodawcą. Po Marka śmierci (12 lutego 2017 r.) w prasie branży filmowej i na portalach instytucji filmowych ukazały się teksty wspominające jego dokonania artystyczne i osiągnięcia w działalności społecznej. Były bardzo ciepłe i starannie napisane, ale siłą rzeczy oficjalne i nieco sztywne, a on nie był sztywniakiem. Dlatego postanowiłem wspomnieć go od strony prywatnej i napisać coś naprawdę osobistego i od serca. Jak to często bywa z „pisaniem sercem”, tekst szybko uwolnił się spod kontroli autora. Doszło nawet do tego, że niepostrzeżenie zmienił się bohater zaplanowanej przeze mnie opowieści. A było tak:

Po pierwszej operacji, już w czasie chemioterapii, Marek dostał świra na punkcie psa. Mówił, że od dziecka chciał mieć czworonoga, ale rodzice nie zgadzali się na to. Później w wirze pędzącego życia zapomniał o dziecięcym marzeniu. Teraz postanowił naprawić ten błąd. Zaczął szukać odpowiedniego kandydata w schroniskach dla bezdomnych zwierząt. W początkach lata 2015 roku przyprowadził do studia terrieropodobne stworzenie z zakręconym jak obwarzanek ogonem. Pies o imieniu Bodzio lub Bodek (tylko pani z kiosku, nie wiadomo dlaczego, mówi do niego Bodziek) bardzo szybko wpisał się w Marka życie oraz w krajobraz studia i Powiśla. Spacery Marka i Bodzia stały się codziennym rytuałem. Prawie rytualne stały się także nasze rozważania o psiej kupie. Po okresie włóczęgi w czasach bezdomności i po pobycie w schronisku Bodzio miał kłopoty żołądkowe, więc temat wielkości i konsystencji kupy był bardzo ważny. Gdy Marek został unieruchomiony przez ból kręgosłupa i nogi, zacząłem wychodzić z Bodziem w ciągu dnia. Wieczorem załatwiała to Małgosia. Pierwsze, co słyszałem po powrocie z codziennego spaceru, były dobiegające z kanapy pytania Marka: „Zrobił kupę?” lub „Kupa była?”. Nawet teraz często wymieniamy z Małgosią uwagi na ten temat, choć wydaje się, że gastryczne problemy Bodzia minęły. 

Od ponad roku wychodzę z Bodziem na spacer dwa razy dziennie od poniedziałku do piątku. Zwiedzamy wszystkie możliwe kąty Skarpy Warszawskiej i lewego brzegu Wisły od Trasy Łazienkowskiej po Mariensztat. Zaprzyjaźniliśmy się, choć nie jest to taka miłość, jaka kwitła między Bodziem a Markiem. Któregoś dnia Bodzio usiadł nad brzegiem Wisły, znieruchomiał i zapatrzył się na praską stronę. Trwał tak nieruchomo przez kilka minut. Tylko sierść na jego łbie falowała od podmuchów wiatru. Wtedy uświadomiłem sobie, że on o czymś myśli. Może ogarnęły go wspomnienia, a może po swojemu zastanawiał się nad losem. Nie wiem, ale od tej pory zacząłem baczniej obserwować jego wszystkie zachowania. Z dnia na dzień coraz lepiej rozumiałem mowę psiego ciała. Czasami wydawało mi się, że Bodzio gada rytmicznie, być może coś rymuje w tej małej główce. Chociaż jestem dość sceptycznie nastawiony do tego, co opowiadają mądrale z Cambridge o posthumanizmie i o rozszerzaniu podmiotu etyki na całą przyrodę ożywioną i nieożywioną, jednak codzienna obserwacja Bodzia zaowocowała tym, że przetłumaczyłem z psiego języka ciała na język polski wynurzenia i odczucia tego niesłychanie inteligentnego zwierzaka. W ten sposób światło dzienne ujrzała „Pieśń Bodzia”. Prosta to pieśń, ale jakoś chwyciła mnie za serce, więc postanowiłem podzielić się nią z Wami. Chyba trochę z megalomanii opatrzyłem „Pieśń Bodzia” wstępem i posłowiem „Od tłumacza”.

Od tłumacza

Idę z Bodziem trotuarem,

Stanowimy dziwną parę.

Bodzio z nochalem przy glebie,

Ja w tytoniowych oparach.

Jak to mówią: warci siebie,

Bardzo podejrzana para.

Na mnie ludzie nie zważają,

Za to adorują Bodka.

„Jaki śliczny!” – wciąż wołają,

Chociaż mordę ma jak szczotka.

Spacer z Bodziem jest jak wczasy.

Idę z rozwichrzoną głową

Solcem, Tamką, przez Dynasy,

Zapatrzony w pieśń bodziową.

PIEŚŃ BODZIA

Autor: BODZIO Z POWIŚLA

Tłumaczenie: Tomasz Wojtkowski

Kocham ich, chociaż czasami

Myśl ma biegnie w taką stronę,

Że żyć dziwnie z człowiekami,

Stwory to upośledzone.

W związku z lichym owłosieniem

Ubierają się niestety.

Więc jak mogą poczuć ziemię?

Przez podeszwy i skarpety???

Mają takie płaskie pyski,

A nosy sterczące wielce,

Że nie mogą jeść wprost z miski,

Żarcie muszą brać widelcem.

To doprawdy zgroza, trwoga,

Nieczuli na żaden zapach,

A w dodatku z woli Boga

Muszą chodzić na dwóch łapach.

Jak to znoszą? Ja sam nie wiem.

Cóż za męka, Boże drogi,

Bo gdy sikają pod drzewem,

To nie mogą podnieść nogi.

Mają samochodofobię,

Gdy się zbliżą do ulicy.

Wiecie, co ja wtedy robię?

Przeprowadzam ich na smyczy.

W parku się uspokajają,

Więc uwalniam ich ze sznurka,

Po swojemu coś gadają,

A ja w krzaki daję nurka.

Lecz nie gadają gestami.

Ludzka menażeria cała

Porusza tylko gębami,

Nie używa mowy ciała.

I inaczej już nie będzie,

Rasa to upośledzona.

Ewolucja w swym obłędzie

Pozbawiła ich ogona.

Czasami krzyczą pociesznie:

„Bodziu! Wróć!” – ich rola taka.

Jasne, wrócę, lecz nieśpiesznie,

Najpierw wąchnę tego krzaka.

Teraz rozumiecie sami,

Dziwnie jest żyć z człowiekami.

Lecz wśród nich był taki jeden

Człowiek nie do przecenienia,

Co mi Piekło zmienił w Eden,

Bo uwolnił mnie z więzienia. 

I za to Go pokochałem

Bezwarunkową miłością,

A wkrótce się przekonałem,

Że to miłość z wzajemnością.

W swoim sercu miał jedynie 

Gosię, lecz mnie też tam zmieścił,

Znalazł mały kącik psinie,

Dobre serce wiele zmieści.

O uczuciach kartek tony

Zapisali już poeci,

Więc pominę te androny,

Niech opowieść dalej leci.

Miłość ta w najlepsze trwała,

Aż przyszła zimowa pora,

Gosia nagle zapłakała,

A On zniknął jak kamfora.

Zrazu sobie pomyślałem,

Że to głupi żart i ściema, 

Więc czekałem i czekałem,

Ale jego ciągle nie ma.

Szukam Go za każdym rogiem,

Szukam Go za każdym krzakiem.

Może zagadał się z Bogiem

Albo został wilkołakiem.

Mówią, że czas rany leczy,

Lecz tęsknota w sercu tkwi.

Smutny jest ten los człowieczy,

A jeszcze smutniejszy psi. 

Może ta tęsknota minie,

Lecz wciąż pusta życia keja,

A Wisła płynie i płynie

I coraz mniejsza nadzieja…

Warszawa, Solec, kwiecień 2017 

Od tłumacza

Idę z Bodziem przez ulicę,

Słońcem zaraz się zachwycę,

Bodzio z ziemi je odpadki,

Dobrze nam jak w łonie matki.

Zbyt wiele cennego czasu

Dzisiaj wszystkim Wam zabrałem,

Więc pozdrawiam Was z Dynasów

I kończę wielkim finałem.

Wielki Finał

Tomasz Wojtkowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Imię i nazwisko

Maksymalnie 160 znaków.