Czy porządek świata ulega rozpadowi? [Nathaniel GARSTECKA]

porządek świata

Pierwszy rok drugiej kadencji Donalda Trumpa był zdecydowanie bogaty w spektakularne wydarzenia. Po wsparciu Izraela w walce z siłami islamistycznymi i zbombardowaniu Iranu Stany Zjednoczone schwytały prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro w wyniku niezwykle szybkiej i skutecznej operacji wojskowej. Lewica, rzekomi suwereniści i europejskie media krzyczą o naruszeniu prawa międzynarodowego, jednak ci, którzy mają nadzieję na geostrategiczne przebudzenie Zachodu, widzą w tym historyczną szansę.

.Prezydent Stanów Zjednoczonych miał więc naruszyć prawo międzynarodowe, „zburzyć porządek światowy”, który panował od zakończenia II wojny światowej, i jak w przypadku każdej swojej decyzji, „zdradzić wartości Zachodu”. Tak, operacja przeprowadzona przez amerykańskie siły specjalne jest kontrowersyjna z prawnego punktu widzenia. Niektórzy twierdzą, że podważa ona suwerenność Wenezueli, inni, że Stany Zjednoczone jedynie schwytały przywódcę „narkokartelu”, nielegalnego prezydenta państwa zrujnowanego przez socjalizm.

W obu twierdzeniach jest z pewnością trochę prawdy. Jednak argument prawa międzynarodowego, tak często powtarzany przez „suwerenistów”, wydaje się działać tylko wtedy, gdy siłę stosuje państwo zachodnie (Stany Zjednoczone, Francja, Izrael). Co dziwne, gdy robią to Rosja, Chiny lub jakikolwiek inny kraj z grupy BRICS lub „osi oporu”, według nich nigdy nie ma mowy o naruszeniu prawa. Trudno to zrozumieć.

Z drugiej strony uzasadnione jest zastanawianie się nad prawem międzynarodowym, jego celem, charakterem i znaczeniem. Często zapomina się, że zostało ono ustanowione przez Zachód w imię zachodnich wartości i miało na celu zapewnienie funkcjonowania świata „na wzór zachodni”. Jednak w miarę jak nasza cywilizacja porzucała swoją siłę, ambicje i tożsamość, cały porządek świata ulegał rozpadowi. Jeśli pozwoliliśmy rozkwitnąć islamskiemu reżimowi w Teheranie (przeciwko któremu odważnie buntuje się irański naród) lub bolszewizmowi w Moskwie, to dlatego, że sami się rozbroiliśmy fizycznie i psychicznie. Zachodnie prawo międzynarodowe nie może funkcjonować, jeśli nie ma zachodniej siły, która mogłaby je egzekwować.

Jest ono bowiem jedynie odzwierciedleniem wartości wyznawanych przez najbardziej wpływowy blok mocarstwowy na świecie. Amerykanie dobrze to zrozumieli – w przeciwieństwie do Europejczyków. Ci ostatni od 50 lat uważają, że wszystko można rozwiązać poprzez humanizm i negocjacje. Działa to między nami, między krajami i narodami wyznającymi te same wartości i mającymi takie samo rozumienie świata. Nie działa to jednak w przypadku islamskich terrorystów gotowych wysadzić się w powietrze w zatłoczonych wagonach metra lub mściwych państw, które nadal kierują się jedynie zasadą siły.

Jest to zatem kwestia cywilizacji w ogóle, niezależnie od skali. Czy prawo chroni nas przed masową imigracją, brakiem bezpieczeństwa, narkobandytyzmem, korupcją? Nie. Nie dlatego, że prawo samo w sobie jest złe. Pozwala ono społeczeństwu funkcjonować. Bez niego panowałaby anarchia. Jednak prawo musi iść w parze z siłą. A tej siły nam obecnie brakuje. Prezydent Emmanuel Macron najpierw z zadowoleniem przyjął upadek Nicolasa Maduro, po czym został upomniany przez „głębokie państwo” i musiał uzupełnić swoje oświadczenie tradycyjną krytyką „amerykańskiej metody”. Dało się jednak wyczuć nutkę podziwu dla Stanów Zjednoczonych, którymi tak chętnie publicznie pogardzamy, ale potajemnie im zazdrościmy.

W głębi duszy chcielibyśmy rzeczywiście być w stanie narzucić swoją wolę, tak jak robią to nasi „młodsi bracia” zza Atlantyku. Gdyby pozwolić swobodnie wyrażać swoje opinie, wielu Francuzów chciałoby, aby ich rząd podjął zdecydowane działania wobec aroganckiej Algierii, zamiast pozwolić nieszczęsnemu Boualemowi Sansalowi gnić przez długi rok w więzieniu reżimu Tabbuna. Wielu z zadowoleniem przyjęłoby odejście od niektórych zasad prawa (a raczej jego interpretacji) w zarządzaniu masową imigracją, zarówno legalną, jak i nielegalną. Nasze rządy mają związane ręce przez imponującą praworządność, która niemal całkowicie paraliżuje ich działania. Ta nadrzędność prawa nad polityką narodową przyczynia się zresztą do coraz większej niechęci i nieufności społeczeństwa wobec elit, i do słynnego „wzrostu populizmów”.

Grenlandia wydaje się zatem dla nas nowym wyzwaniem. Ponieważ wyspa ta ma ogromne znaczenie strategiczne w walce o wpływy na Dalekiej Północy, musimy jak najlepiej wykorzystać możliwości, jakie nam oferuje, aby nie pozostawać w tyle za Rosjanami, Chińczykami, a nawet Amerykanami. Ci ostatni mówią nam w istocie: „W obliczu naszych przeciwników albo przejmujecie inicjatywę, albo pozwalacie nam działać na waszym miejscu”. Niewiele osób w Europie zdaje się to jednak rozumieć.

.Donald Trump na swój sposób tchnął nowe życie w naszą cywilizację. Zachęca ją do przebudzenia się z letargu po zakończeniu zimnej wojny. Ponieważ długo spaliśmy, przebudzenie jest brutalne. Tym lepiej, tak właśnie powinno być. Biorąc pod uwagę, że prawo międzynarodowe, o którym mowa, jest prawem zachodnim, Zachód musi koniecznie odzyskać swoją siłę, tożsamość i dumę. W przeciwnym razie zostaniemy nieuchronnie zastąpieni, a następnie wymazani. Wtedy to inny porządek świata przejmie pałeczkę, znacznie mniej szanujący wolności i humanizm. Lepiej więc, abyśmy to my, Zachód, dominowali, nawet jeśli oznacza to użycie siły, niż pozwolić naszym wrogom nas wyprzeć.

Nathaniel Garstecka
Tekst pochodzi z cotygodniowej kroniki prowadzonej w języku francuskim i polskim przez Autora w tygodniku „Gazeta na Niedzielę” [link]. Przedruk za zgodą redakcji.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 10 stycznia 2026