Demokraci chcą uczynić ze sztucznej inteligencji nową walkę klas [Julie GIRARD]

Sztuczna inteligencja przestaje być w Stanach Zjednoczonych wyłącznie sprawą laboratoriów, przedsiębiorstw i regulatorów. Staje się tematem kampanii wyborczych, ponieważ łączy w sobie kilka obaw, które wyborcy odczuwają coraz mocniej: utratę pracy, wzrost cen energii, koncentrację bogactwa oraz rosnącą władzę największych firm technologicznych. Julie Girard stawia na łamach „Le Figaro” pytanie, czy Partia Demokratyczna spróbuje zbudować na tych lękach swoją nową wielką opowieść polityczną.
.Jej odpowiedź jest twierdząca, choć sformułowana w sposób prowokacyjny. Demokraci mogą, zdaniem francusko-amerykańskiej pisarki i filozof, uczynić ze sporu o AI nową walkę klas, przeciwstawiając „technoburżuazję” inwestującą w zwycięzców rewolucji technologicznej „proletariatowi 3.0”, czyli ludziom obawiającym się utraty pracy, wzrostu kosztów życia i podporządkowania człowieka algorytmom. Taka oś podziału mogłaby sięgać znacznie dalej niż spory tożsamościowe, które w ostatniej dekadzie kształtowały język amerykańskiej lewicy.
Kim jest Julie Girard
Julie Girard jest francusko-amerykańską pisarką i filozof, mieszkającą i pracującą w Nowym Jorku, oraz regularną autorką „Le Figaro”. Zajmuje się filozofią estetyki, a w swoich badaniach odwołuje się między innymi do Friedricha Nietzschego, Petera Sloterdijka i Mony Hatoum. Ukończyła także studia z zarządzania w HEC Paris oraz prawo na Université Paris II Panthéon-Assas, co pozwala jej łączyć namysł filozoficzny z obserwacją gospodarki, nowych technologii i amerykańskiego życia publicznego. Forum Européen de Bioéthique przedstawia ją jako francusko-amerykańską pisarkę, badaczkę filozofii i stałą współpracowniczkę „Le Figaro”.
Girard wydała w Gallimard dwie powieści poświęcone światu, w którym rozwój technologii zmienia ludzką intymność i relacje społeczne. „Le Crépuscule des licornes” z 2023 r. opowiada o nowojorskim świecie start-upów i technologii umożliwiającej ingerencję w ludzkie myślenie, natomiast „Les Larmes de Narcisse” z 2024 r. dotyczy między innymi wirtualnych światów, narcyzmu i życia poddanego nowym formom kontroli. Jej komentarz o politycznym sprzeciwie wobec AI wyrasta więc z konsekwentnie rozwijanego zainteresowania napięciem między technologicznym postępem a integralnością człowieka.
Punktem wyjścia Girard jest przekonanie, że wokeizm wyczerpuje się jako źródło masowej mobilizacji amerykańskiej lewicy. Autorka interpretuje zamykanie firmowych struktur DEI, osłabienie protestów na uczelniach oraz działania administracji Donalda Trumpa jako dowody na to, że spory tożsamościowe nie uruchamiają już tak rozległych „rezerwuarów oburzenia” jak wcześniej. W tym miejscu jej diagnoza ma charakter publicystyczny, ponieważ słabnięcie jednego języka politycznego nie oznacza automatycznie zniknięcia problemów dyskryminacji, reprezentacji czy nierówności rasowych.
Znacznie mocniejsza jest druga część argumentacji Girard. Lęk przed sztuczną inteligencją nie dotyczy tylko jednej grupy, tożsamości lub środowiska, ponieważ może objąć pracowników biurowych, twórców, informatyków, kierowców, urzędników, nauczycieli oraz mieszkańców miejscowości, w których powstają centra danych. Na „Wszystko co Najważniejsze” wskazywaliśmy już, że wpływ AI na rynek pracy nie przebiega według prostego schematu zastępowania wszystkich ludzi, lecz prowadzi do odmiennej presji w różnych zawodach. Politycznie ważne jest jednak nie tylko rzeczywiste tempo redukcji zatrudnienia, ale również społeczne przekonanie, że dotychczasowa umowa między pracą, kwalifikacjami i bezpieczeństwem zawodowym może zostać zerwana.
Bernie Sanders i Alexandria Ocasio-Cortez wybierają nowy front
Girard wskazuje na inicjatywę Berniego Sandersa i Alexandrii Ocasio-Cortez, którzy w marcu 2026 r. przedstawili projekt federalnego moratorium na budowę nowych centrów danych związanych z AI. Projekt nie jest prostym zakazem sztucznej inteligencji, lecz próbą zatrzymania rozbudowy jej infrastruktury do czasu przyjęcia zabezpieczeń dotyczących wpływu centrów danych na ceny energii, środowisko, zatrudnienie oraz podział zysków. Oficjalny komunikat senatora Sandersa wprost przedstawia moratorium jako sposób na spowolnienie rozwoju AI, aby instytucje demokratyczne mogły nadążyć za technologią.
To ważny przykład, ponieważ pozwala przełożyć abstrakcyjny lęk przed algorytmami na problemy widoczne w codziennym życiu. Centrum danych zajmuje teren, zużywa wielkie ilości energii i wody, wymaga rozbudowy sieci, a jego koszty mogą być odczuwane lokalnie, nawet jeżeli korzyści trafiają do przedsiębiorstwa działającego w skali globalnej. Według amerykańskiego Departamentu Energii centra danych odpowiadały za około 4,4 proc. zużycia energii elektrycznej w USA w 2023 r., a do 2028 r. ich udział może wzrosnąć do 6,7–12 proc.
Sprzeciw wobec takiej infrastruktury nie jest wyłącznie lewicowy. Badanie Gallupa z maja 2026 r. wykazało, że siedmiu na dziesięciu Amerykanów nie chciałoby budowy centrum danych AI w swojej okolicy, a niemal połowa wyrażała zdecydowany sprzeciw. Ipsos również odnotował ponadpartyjny sceptycyzm, chociaż republikanie byli nieco bardziej otwarci na budowę takich obiektów niż demokraci.
To właśnie w tym punkcie teza Girard zyskuje najmocniejsze empiryczne wsparcie. Jeżeli problem jednocześnie dotyczy bezpieczeństwa zatrudnienia, rachunków za energię, lokalnego środowiska i dominacji wielkich korporacji, może połączyć wyborców, którzy w innych sprawach pozostają od siebie bardzo odlegli. Sprzeciw wobec AI może stać się dla demokratów sposobem odzyskiwania pracowników i mieszkańców mniejszych ośrodków, ale tylko wtedy, gdy partia nie będzie mówiła wyłącznie językiem etyki technologii, lecz także językiem kosztów ponoszonych przez gospodarstwa domowe.
Drugim przykładem jest Alex Bores, polityk Partii Demokratycznej ze stanu Nowy Jork i współtwórca RAISE Act. Ustawa wymaga od największych twórców najbardziej zaawansowanych modeli przygotowywania planów bezpieczeństwa, poddawania ich zewnętrznej ocenie oraz zgłaszania poważnych incydentów. Zgromadzenie Stanu Nowy Jork przedstawiało ją nie jako próbę zahamowania wszystkich innowacji, lecz jako ustanowienie podstawowych zabezpieczeń przed ryzykiem stwarzanym przez modele graniczne.
Przypadek Boresa pokazuje zarazem, jak szybko AI staje się przedmiotem realnej walki o władzę. W prawyborach demokratów w 12. okręgu kongresowym Nowego Jorku znalazł się on w centrum kosztownej rywalizacji komitetów wspieranych przez osoby związane z branżą technologiczną i zwolenników ostrzejszych regulacji. Ostatecznie przegrał prawybory z Micahem Lasherem, co osłabia możliwość przedstawiania jego kampanii jako dowodu na wyborczą skuteczność programu regulacyjnego, nie zmienia jednak znaczenia samego precedensu: polityka wobec AI zaczęła wpływać na finansowanie kampanii, reklamy wyborcze i dobór kandydatów.
Czy powstaje proletariat 3.0
Najbardziej sugestywnym pojęciem Girard jest „proletariat 3.0”. Nie chodzi o tradycyjną klasę robotniczą wyodrębnioną ze względu na wykonywany zawód, lecz o potencjalną wspólnotę interesów ludzi, którzy nie posiadają udziałów w firmach technologicznych, nie kontrolują modeli i infrastruktury, ale mogą ponosić koszty ich rozwoju. Byłaby to koalicja zbudowana bardziej na poczuciu utraty kontroli niż na jednolitym położeniu ekonomicznym.
Dane o amerykańskim bogactwie wzmacniają ten argument, lecz wymagają ostrożnej interpretacji. Z Global Wealth Report 2026 banku UBS wynika, że w 2025 r. w Stanach Zjednoczonych przybywało ponad tysiąc milionerów dziennie, a kraj odpowiadał za niemal połowę światowego wzrostu ich liczby. Nie można całego tego zjawiska przypisać wyłącznie AI, ponieważ wpływały na nie również ceny nieruchomości, szeroki wzrost rynku akcji i struktura aktywów amerykańskich gospodarstw domowych, jednak boom technologiczny wyraźnie zwiększa wartość majątku ludzi posiadających kapitał.
Powstaje w ten sposób politycznie nośny kontrast. Jedna część społeczeństwa obserwuje wzrost wartości portfeli inwestycyjnych, druga zastanawia się, czy wykonywana przez nią praca nadal będzie potrzebna i czy rachunki za energię nie wzrosną wskutek inwestycji, nad którymi lokalna społeczność ma niewielką kontrolę. Badanie Annenberg Public Policy Center wykazało w 2026 r., że 65 proc. Amerykanów uważa działania państwa na rzecz regulowania AI za niewystarczające, a pogląd ten podzielały większości demokratów, niezależnych i republikanów.
Girard ma zatem rację, gdy twierdzi, że nieufność wobec AI pozwala demokratom wyjść poza ich dotychczasową bazę. Nie oznacza to jednak, że można już mówić o spójnej klasie „anty-AI”, ponieważ wyborcy potrafią jednocześnie obawiać się utraty pracy i cenić wygodę narzędzi generatywnych, sprzeciwiać się lokalnemu centrum danych i popierać utrzymanie przewagi technologicznej nad Chinami. Gallup odnotował, że zasady bezpieczeństwa i ochrony danych popierało 88 proc. demokratów oraz 79 proc. republikanów i niezależnych, co wskazuje raczej na zapotrzebowanie na bezpieczny rozwój niż na powszechne odrzucenie technologii.
Właśnie dlatego określenie „walka ze sztuczną inteligencją” może być politycznie efektowne, ale analitycznie zbyt szerokie. Znaczna część wyborców nie domaga się zatrzymania badań nad AI, lecz ochrony miejsc pracy, przejrzystości algorytmów, odpowiedzialności firm oraz gwarancji, że kosztów infrastruktury nie przerzuci się na mieszkańców. Skuteczny program demokratów musiałby rozróżnić między regulowaniem zastosowań wysokiego ryzyka, kontrolą lokalnych skutków centrów danych i blokowaniem samego postępu technologicznego.
Takie rozróżnienie jest również zgodne z doświadczeniem europejskim. Na „Wszystko co Najważniejsze” wyjaśnialiśmy, że AI Act nie zakazuje sztucznej inteligencji jako takiej, lecz różnicuje obowiązki według poziomu ryzyka. Amerykański spór dopiero poszukuje podobnego języka, a jego kształt będzie zależał zarówno od Kongresu, jak i od władz stanowych oraz lokalnych.
Największa słabość argumentacji Julie Girard
Najsłabszym elementem tekstu Girard jest próba wpisania całego zjawiska w starcie wokeizmu z marksizmem. Autorka trafnie zauważa zmianę pola konfliktu, ale końcowa metafora „marksistowskiej hydry” przesuwa analizę z opisu interesów społecznych w stronę ideologicznej polemiki. Bernie Sanders i Alexandria Ocasio-Cortez rzeczywiście używają języka nierówności, redystrybucji i władzy korporacji, lecz sprzeciw wobec niekontrolowanej rozbudowy AI nie jest własnością radykalnej lewicy.
Dowodzą tego postawy wyborców republikańskich, lokalne protesty oraz działania polityków obu partii. Administracja Donalda Trumpa sama uznała, że najbardziej zaawansowane modele mogą rodzić ryzyka dla bezpieczeństwa narodowego, dlatego rozporządzenie wykonawcze z 2 czerwca 2026 r. przewidziało dobrowolny mechanizm wcześniejszego udostępniania wybranych modeli administracji federalnej do oceny. Różnica między partiami nie przebiega więc między całkowitą regulacją i całkowitą swobodą, lecz dotyczy skali obowiązków, ich dobrowolności oraz tego, czy priorytetem ma być ochrona społeczna, czy tempo innowacji.
Druga słabość polega na zbyt prostym przeciwstawieniu amerykańskiego rozwoju technologicznego chińskiej ekspansji. Girard ma rację, że poważne zahamowanie badań i inwestycji w USA mogłoby przynieść konsekwencje geopolityczne, ponieważ AI wpływa na naukę, przemysł, cyberbezpieczeństwo i potencjał wojskowy. Nie ma jednak podstaw, by uznać, że każda regulacja automatycznie osłabia przewagę Stanów Zjednoczonych, gdyż dobrze zaprojektowane standardy mogą zwiększać bezpieczeństwo, zaufanie i odporność infrastruktury.
Co więcej, amerykańska przewaga nie jest już tak oczywista, jak sugeruje autorka. Stanford AI Index 2026 wskazuje, że różnica jakości między najlepszymi modelami amerykańskimi i chińskimi praktycznie zniknęła, choć Stany Zjednoczone nadal tworzą więcej modeli najwyższej klasy i przyciągają znacznie większy kapitał prywatny. Chiny przodują natomiast między innymi pod względem liczby publikacji, patentów i instalowanych robotów przemysłowych, co oznacza, że rywalizacja dotyczy całego ekosystemu, a nie jednego wyścigu do ogólnej sztucznej inteligencji.
Ostatecznie najcenniejszą intuicją Julie Girard nie jest zapowiedź nowej Międzynarodówki, lecz rozpoznanie, że AI może zmienić strukturę zachodniej polityki. Dotychczasowy spór między entuzjastami i sceptykami technologii przekształca się w konflikt o podział kosztów, zysków i kontroli. Demokraci mogą na nim zbudować szeroką koalicję, ale pod warunkiem, że zaproponują nie strach przed przyszłością, lecz wiarygodne zasady jej współtworzenia.
Stawką nie jest bowiem wybór między człowiekiem a technologią. Stawką jest odpowiedź na pytanie, kto będzie właścicielem technologicznego postępu, kto ustali jego reguły i kto zapłaci za jego społeczne konsekwencje. Jeżeli Partia Demokratyczna znajdzie na nie przekonującą odpowiedź, sztuczna inteligencja rzeczywiście może stać się jedną z najważniejszych osi amerykańskich wyborów w 2028 r.
Arkadiusz Jordan
Paryż




