11 września atak na WTC

„Wspomnienia z 11 września nie mają daty ważności” – powiedziała kobieta, która 25 lat temu pracowała na 82. piętrze północnej wieży World Trade Center. Dla ocalałych skutki zamachów pozostają częścią ich życia. Dla pokolenia urodzonego później stają się historią poznawaną w szkole.

„To nie jest tylko historia Nowego Jorku. To jest wydarzenie całego świata”

Leokadia Głogowski pracowała wówczas w Metropolitan Planning Organization (MPO). Samolot uderzył zaledwie kilka pięter nad jej biurem. Zdołała zbiec z 82. piętra, a później pieszo pokonała około 15 km do domu. Znalazła się też w chmurze pyłu po zawaleniu się jednej z wież.

– Rany fizyczne dawno się zagoiły, ale psychika została naruszona, bez wątpienia – mówi. Do dziś reaguje lękiem na nagły huk i wstrząsy, a szczególnie na zapach chemicznej spalenizny. Po zamachach czuła go nawet w swoim domu na Brooklynie.

Na zbliżającą się rocznicę patrzy jednocześnie z wdzięcznością i niepokojem.

– Dziękuję Panu Bogu, że dał mi 25 lat. Zostały mi darowane. A z drugiej strony wszystkie wspomnienia wracają. To jest nieuniknione – podkreśliła.

Co roku spotyka się z dawnymi współpracownikami. Każdy przynosi białą różę. Dawniej wrzucali je do Wschodniej Rzeki, dziś składają przy nazwiskach kolegów wyrytych na pomniku ofiar 9/11. Głogowski dostrzega bardzo różne reakcje ludzi. Niektórzy uczestnicy prowadzonych przez nią wycieczek po Ground Zero słuchają opowieści o tamtych dniach z ogromnym zainteresowaniem, czasem płaczą. Inni nie chcą już wracać do wydarzeń sprzed ćwierćwiecza.

Nie ma im tego za złe. Przypomina sobie wojenne opowieści własnych rodziców o II wojnie światowej. – Mnie te historie w pewnym momencie też już męczyły. Nie chciałam tego słuchać, bo ile można. Ale dopóki my, pierwsi świadkowie, żyjemy, jest naszym obowiązkiem dzielić się świadectwem – przekonuje.

Poza Nowym Jorkiem zainteresowanie bywa, jak zauważa, nawet większe. Podczas niedawnego pobytu w Kanadzie opowiadała o swoich przeżyciach ludziom, którzy reagowali łzami i zapewniali, że przekażą tę historię rodzinom.

– To nie jest tylko historia Nowego Jorku. To jest wydarzenie całego świata – zaznaczyła.

Wycieczki po miejscu tragedii prowadzi jako wolontariuszka. Gdy ktoś próbuje wręczyć jej napiwek, odmawia.

– Ja już dostałam swoją zapłatę 11 września i po prostu muszę to w jakiś sposób dzisiaj oddać – wyjaśnia.

Juliette Bergman też pracowała na 82. piętrze północnej wieży. Przeżyła wcześniej zamach na WTC w 1993 roku, dlatego po uderzeniu samolotu 11 września natychmiast uznała, że doszło do kolejnego ataku terrorystycznego. W ostatniej fazie ewakuacji dwóch mężczyzn pomogło jej szybciej schodzić. Gdy zawaliła się południowa wieża, Bergman znajdowała się już w podziemnej części kompleksu. Potężny podmuch rzucił uciekających na ziemię.

Po zamachu Bergman zmagała się m.in. z zespołem stresu pourazowego (PTSD), depresją i przewlekłą obturacyjną chorobą płuc (COPD). Dziś mówi, że o 11 września rozmawia z ludźmi znacznie rzadziej. Kiedy wspomina, że przeżyła zamach, słyszy czasem jedynie: „Cieszę się, że żyjesz”.

Ocalała z obydwu zamachów sądzi, że po ćwierćwieczu wciąż nie nastąpiło zamknięcie bolesnego rozdziału.

– Po bardzo długich 25 latach wciąż nie ma closure, co uważam za bardzo bolesne i rozczarowujące. Wciąż nie stało się zadość sprawiedliwości – powiedziała.

Jednocześnie swoje doświadczenie próbuje przekuć w coś pozytywnego.

– W 1993 roku myślałam o śmierci. 11 września zaakceptowałam śmierć. Myślenie o śmierci i zaakceptowanie śmierci to dwie różne rzeczy – oceniła.

Jak dodała, zaakceptowanie śmierci uwolniło ją od lęku przed nią.

Osobiste obserwacje rozmówczyń nie dają jednoznacznego obrazu pamięci Amerykanów. Według badania Pew Research Center 83 proc. dorosłych urodzonych przed zamachami pamięta, gdzie byli, kiedy dowiedzieli się o atakach. Z kolei sondaż Reuters/Ipsos wskazuje, że 60 proc. Amerykanów nadal od czasu do czasu myśli o 11 września.

Zmieniają się jednak pokolenia. Pew zwraca uwagę, że 10 proc. dorosłych mieszkańców USA urodziło się już po zamachach, a 60 proc. osób w wieku 18–24 lat po raz pierwszy dowiedziało się o 11 września w szkole.

Nastoletnia Caroline z Brooklynu zapytana przez media o World Trade Center zaczęła mówić o nowym wieżowcu, który jej się podoba, widzi go często, lecz tylko z daleka. Dopiero po sprecyzowaniu, że chodzi o zniszczone przez terrorystów bliźniacze wieże, zastanowiła się przez chwilę i przypomniała sobie, że kiedyś opowiadała o nich nauczycielka w szkole.

Jan Szumański znalazł się na terenie zniszczonego World Trade Center już pierwszego dnia po zamachach. Pozostał tam do zakończenia odgruzowywania, a później uczestniczył też w odbudowie przebiegających pod rumowiskiem linii metra nr 1 i 9. Podkreśla w rozmowie, że wspomnienia o tragedii „mogą zwalić z nóg”.

Jako główny inżynier firmy Tully, Szumański odpowiadał za prowadzenie jednych z najtrudniejszych robót w historii Nowego Jorku. Przypomina, że początkowo na miejscu panował chaos. Setki ekip budowlanych, kontraktorów, operatorów ciężkiego sprzętu i ochotników próbowały pomagać, ale ich działania nie były początkowo skoordynowane. Większość ludzi i maszyn koncentrowała się od północnej strony rumowiska, gdzie dostęp był łatwiejszy.

– Nawet kiedy tam doszedłem, nie mogłem się dostać do gruzów. Nie próbowałem się wciskać, bo to było bez sensu. Przez pierwsze pół dnia, aż do nocy, właściwie nic nie robiłem. Patrzyłem, co mogę zrobić – wspominał.

Zdecydował wówczas, że zamiast dołączać do tłumu, skieruje swoich ludzi na południową i zachodnią stronę kompleksu WTC. Zaczęli od oczyszczania ulic i tworzenia dostępu do zgliszcza od miejsc, którymi wcześniej prawie nikt się nie zajmował.

– Wszyscy pchali się od przodu, więc pomyślałem, że lepiej robić te niezbędne roboty od tyłu. Wziąłem ludzi i zaczęliśmy oczyszczać ulice. Powolutku, kiedy inni pracowali z przodu, okazało się, że objąłem z moimi ludźmi większość terenu gruzów – relacjonował.

Władze miasta stopniowo uporządkowały działania ratownicze i budowlane, dzieląc strefę katastrofy między cztery firmy. Tully otrzymała początkowo dużą część terenu, a po kilku miesiącach, gdy uznano, że prace wymagają dalszej koncentracji, powierzono jej jeszcze szerszy zakres robót. Zdaniem Szumańskiego zdecydowały o tym tempo i skuteczność kierowanego przez niego zespołu. Po niemal ćwierćwieczu inżynier niechętnie wraca do przeżyć z tamtego okresu. Porównuje pamięć człowieka do zestawu szuflad, z których niektóre z biegiem lat zamykają się same, inne zaś zamykamy świadomie, aby móc normalnie żyć.

– Są ludzie, których tragiczne wydarzenia niszczą przez całe życie. Ja potrafię się w jakiś sposób wyłączyć, zablokować. Tam, pracując, nie przejmowałem się wszystkim, co widziałem, bo gdybym się przejmował, nie mógłbym tam zostać. Ale kiedy przychodził moment spokoju i relaksu, wtedy rzucało człowieka na kolana – mówił.

Tragedia coraz słabiej funkcjonuje w świadomości Amerykanów

Do dziś nie odwiedził muzeum 11 września, chociaż znajdują się tam przedmioty, które sam wydobywał, niekiedy opatrzone jego nazwiskiem. Jak przyznaje, chciałby je zobaczyć, ale obawia się, że spotkanie z nimi mogłoby otworzyć zamknięte przez lata wspomnienia i „zwalić go z nóg”.

Praca na terenie WTC miała także konsekwencje zdrowotne. U Szumańskiego wykryto nowotwór nerki. Część narządu została usunięta, a dotychczas nie pojawiły się przerzuty. Także kilku jego dawnych współpracowników zachorowało i wciąż walczy z następstwami przebywania w skażonym pyłowym środowisku.

Najbardziej smuci go jednak, że tragedia coraz słabiej funkcjonuje w świadomości Amerykanów.

– Wszyscy o tym zapomnieli. Kiedy czasem przypadkiem się o tym wspomina, ludzie robią takie miny, jakby pytali: „O co chodzi?”. Większość młodych nawet nie wie, co się wydarzyło, a starsi też po prostu o tym zapomnieli – ocenił.

Szumański przypomina, że kiedy sam był dzieckiem, wraz z rówieśnikami wypytywał dziadków o II wojnę światową. Młodzi ludzie nie zawsze potrafili zrozumieć skalę ich doświadczeń, lecz byli ciekawi, chcieli wiedzieć, co się wydarzyło i jak ich bliscy przeżyli wojnę. Dziś nie dostrzega podobnego zainteresowania zamachami na WTC nawet wtedy, kiedy mówi lekarzom lub innym rozmówcom, że pracował na rumowisku i zachorował prawdopodobnie wskutek kontaktu z toksycznym pyłem.

– Normalnie człowiek zapytałby: „Byłeś tam? Co robiłeś? Jak to przeżyłeś?”. Nie chodzi o to, że zależy mi na takich pytaniach. Chodzi o zwykłą ciekawość historii i ludzkiej tragedii. Dzisiaj ludzie mówią tylko: „Tak, słyszałem o tym”, „Widziałem kiedyś w telewizji” – i na tym się kończy – zauważył.

Obawia się, że wraz z odejściem świadków pamięć będzie zanikać jeszcze szybciej.

– Wydaje mi się, że kiedy minie 50 lat, prawie nikt nie będzie już o tym myślał. Stanie się to czymś takim jak Pearl Harbor: pojedziemy tam i obejrzymy statek – konkludował.

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 10 września 2026