
"Dziecięca choroba liberalizmu. Inwestycje zagraniczne to nie tylko manna z nieba"
Pisanie o brzydkiej stronie inwestycji zagranicznych zawsze wiąże się z dużym ryzykiem. I nieuchronnie wywołuje zniecierpliwione pytania w stylu: „To co mamy w takim razie zrobić? Otoczyć się murem i postawić na autarkię?”. Oczywiście, że nie. Już choćby dlatego, że Polska – z własnej woli i w swoim dobrze pojętym interesie – funkcjonuje w ramach wspólnego unijnego rynku i ma wiele zobowiązań traktatowych.