Kim był Roman Kramsztyk?

18 sierpnia 1885 roku urodził się Roman Kramsztyk – malarz, rysownik, portrecista „ciekawych mężczyzn – pięknych kobiet”; „wielki admirator życia”, który został autorem wstrząsających rysunków dokumentujących życie warszawskiego getta.
„Legenda o koronie” stanowi niespotykany w jego malarskim repertuarze zwrot ku postromantycznej poetyce łączącej symbol i baśniowość
.„Ja co zdołałam wynieść z getta / Szkice na kartkach z kalendarza / Wiem jak potrafi życie stwarzać / W słabnącej dłoni zwykła kredka / Sangwina barwy zeschłej krwi / Ożywia na papierze twarze / Wiecznie stężałe od przerażeń / Dobiegających końca dni” – śpiewali Jacek Kaczmarski i Przemysław Gintrowski w kompozycji pt. „Kredka Kramsztyka” (1993).
„Mimo ogromnej kultury malarskiej, jaką posiadał, mówił o sobie skromnie, że jest rzemieślnikiem. W rzeczywistości był wytrawnym portrecistą. Z powodzeniem uprawiał także pejzaż, akt oraz martwą naturę. Ponadto był namiętnym rysownikiem” – napisała Helena Kisielewska na stronie Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. „Wielu ludzi wspomina malarza jako niezwykle otwartą i serdeczną osobę. Zresztą Roman Kramsztyk był wielkim admiratorem życia. Kochał muzykę. W jego paryskiej pracowni stał fortepian, na którym z zamiłowaniem grywał. Kochał również dobre jedzenie. Jak mało kto potrafił docenić wyrafinowaną kuchnię francuską” – dodała.
„Portrecistą ciekawych mężczyzn – portrecistą pięknych kobiet” – nazwał go Mieczysław Wallis (1895-1975), filozof, historyk i krytyk sztuki. „W obrazach Kramsztyka wyżywa się przede wszystkim jego bujny temperament malarski, wyładowuje się jego gorąca miłość rzeczywistości. Miłość tak wielka, że obejmuje nawet to, co brzydkie i pospolite” – ocenił w artykule pt. „Humanizm Kramsztyka” („Wiadomości Literackie”, 1936).
Roman Kramsztyk urodził się jako syn Juliana lekarza pediatry, ordynatora oddziału chorób wewnętrznych Szpitala Dziecięcego im. Bersohnów i Baumanów, i Heleny z domu Fajans. Dziadek ze strony ojca — Izaak Kramsztyk (1814-89) był postępowym rabinem, wybitnym kaznodzieją wygłaszającym swe kazania po polsku. „Podobnie jak inni asymilatorzy, uważał, że udział w walce o niepodległość Polski jest obywatelskim obowiązkiem Żydów i sam uczestniczył w patriotycznych manifestacjach 1861 roku” – napisała Renata Piątkowska w książce pt. „Między »Ziemiańską« a Montparnasse’em: Roman Kramsztyk” (2004). Za to patriotyczne zaangażowanie zapłacił syberyjską zsyłką.
Ojciec matki Romana, Maurycy Fajans (1827-97)zapisał się w historii jako przedsiębiorca, przemysłowiec i armator wiślanej żeglugi parowej. Swój flagowy statek nazwał „Pan Tadeusz”. „Trudno zatem wyobrazić sobie, że mały Roman nie znał narodowej epopei” – ocenił historyk sztuki Paweł Bień, w artykule „Roman Kramsztyk i jego portretowy rejestr typów ludzkich” (2022) na portalu niezlasztuka.pl.
Rysunku i malarstwa uczył się u graficzki Zofii Stankiewicz, i malarza Miłosza Kotarbińskiego. W 1903 roku podjął studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni Józefa Mehoffera. Rok później wrócił do Warszawy, do pracowni Adolfa Edwarda Hersteina, by wkrótce przenieść się do Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Lata 1910-14 spędził w Paryżu – wstąpił do Towarzystwa Artystów Polskich i Polskiego Towarzystwa Artystyczno-Literackiego.
Czas I wojny światowej przeżył w Warszawie i Krakowie. „W 1917 przyłączył się do I wystawy Ekspresjonistów Polskich zorganizowanej w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych i będącej manifestacją pierwszej fali polskiej awangardy. W 1918 został członkiem Nowej grupy, którą utworzył m.in. z Tadeuszem Pruszkowskim i Eugeniuszem Zakiem” – przypomniał Paweł Bień. „W 1916 roku powstał jeden z najbardziej zaskakujących obrazów Kramsztyka. »Legenda o koronie« stanowi niespotykany w jego malarskim repertuarze zwrot ku postromantycznej poetyce łączącej symbol i baśniowość” – dodał.
„Nie tyle szło mu o historię, ile o oddanie stanu ducha narodu, pokazanie Polski jako wiecznej idei, Polski jako snu, Polski jako marzenia” – oceniła Renata Piątkowska.
„Legendarna korona Lecha pojawia się tu w otoczeniu doskonale utrwalonych w ikonografii symboli: biały orzeł zrywający kajdany, sylweta Wawelu czy nostalgiczny pejzaż to przecież repertuar form znanych z dzieł twórców przełomu wieków. Łopocząca na wietrze poła szkarłatnego płaszcza odsyła do romantycznej wizji Polski jako Chrystusa narodów, choć w postaci dumnie znoszącego cierpienia heroicznego młodzieńca dostrzegano także Piasta lub Prometeusza” – opisał obraz Bień. „Baśniowo-legendarny epizod w twórczości Kramsztyka jest dowodem biegłej znajomości ikonosfery polskiego romantyzmu i przyswojenia młodopolskiej tradycji, którą – jak pokazują kolejne obrazy – świadomie odrzucił” – ocenił.
W 1922 roku Kramsztyk zamieszkał w Paryżu; jednak co roku przyjeżdżał do Polski na wakacje. „W 1922 został współzałożycielem Stowarzyszenia Artystów Polskich Rytm reprezentującego w sztuce polskiej lat 20. nurt klasycyzujący” – napisała Irena Kossowska na stronie culture.pl (2001). Na jego twórczość istotny wpływ miała estetyka Paula Cézanne’a. „W pejzażach i martwych naturach artysta przywiązywał zasadniczą wagę do struktury obrazu budowanej ze zgeometryzowanych form. Roślinne, architektoniczne i przedmiotowe kształty wydobywał miękkimi, krótkimi pociągnięciami pędzla i obwodził delikatnym konturem. Gamę barw ograniczał do zgaszonych błękitów, zieleni i czerwieni ożywianych akcentami bieli; w portretach stosował wyrazisty modelunek światłocieniowy” – wyjaśniła Kossowska. „W późnych latach 20. Kramsztyk wprowadził cieplejszą, zharmonizowaną kolorystykę; chropawą fakturę zastąpił gładko założonymi farbą powierzchniami. Modulowanym walorowo barwom nadał wewnętrzny blask; motywy pejzażowe ożywił połyskliwymi refleksami światła” – dodała.
Jest autorem sporej galerii wizerunków polskiej elity intelektualnej i artystycznej m.in. malarzy Wacława Borowskiego i Eugeniusza Zaka, rzeźbiarza Henryka Kuny oraz poety Jana Lechonia. Portret Lechonia, wykonany w 1919 roku, należy do najbardziej rozpoznawalnych, ikonicznych dzieł Kramsztyka. „Dał Lechoniowi w rękę książkę, z której ten czyta. A przecież Lechoń nie czytał z książki. Pamięć miał zadziwiającą, fenomenalną” – napisał sarkastycznie Jarosław Iwaszkiewicz w „Książce moich wspomnień” (2010).
Wśród portretowanych przez Kramsztyka osób znalazł się też matematyk i polityk Kazimierz Bartel (1936). „Portretowym kompozycjom nadawał niekiedy alegoryczno-metaforyczny wymiar, wprowadzając – prócz stosownych rekwizytów i atrybutów – tytuły o uniwersalnym wydźwięku: »Poeta (portret Jana Lechonia)«, »Smakosz«, »Szachista« czy »Vanitas vanitatum«. Wykonywał także rysunki pastelami i sangwiną, inspirując się fizjonomicznymi studiami Leonarda da Vinci” – przypomniała Irena Kossowska.
„Patrzył na jego różne twarze / Madryt i Nowy Jork i Wiedeń / A on był Żyd warszawski jeden / Lecz przede wszystkim był malarzem” – śpiewali Gintrowski z Kaczmarskim.
Indywidualne wystawy Kramsztyka prezentowano w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie (1913), Lwowie i Poznaniu (1914), Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie (1920), Instytucie Propagandy Sztuki w Łodzi (1934) i Warszawie (1937). Artysta brał udział w pokazach sztuki polskiej w Barcelonie (1912), Paryżu (1914, 1915, 1921, 1929, 1935), Sztokholmie (1929), Brukseli (1929), Pittsburghu (1931) i Moskwie (1933). Swoje prace wystawiał też w Berlinie (1912, 1914), Wenecji (1914), Wiedniu (1915, 1928), Rzymie (1925), Pradze (1927), St. Louis (1932), Edynburgu (1933) i Nowym Jorku (1933). Wziął również udział w Międzynarodowej Wystawie Sztuka i Technika w Paryżu (1937) i Wystawie Światowej w Nowym Jorku (1939).
Wrzesień 1939 roku zastał go w Polsce.
„A kiedy poznał szczyty sławy / Odwiedził matkę jak co roku / I był gdy zmarła u jej boku / I nie wyjechał już z Warszawy” – słyszymy w „Kredce Kramsztyka”.
Trafił do warszawskiego getta. „Pozujący mu niegdyś cenieni artyści i ministrowie, piękne aktorki i intelektualiści ustępują miejsca rozdzierającej kronice umierania w getcie. Sangwiny Kramsztyka słynące z »leonardowskiej« subtelności muszą teraz udźwignąć nieporównywalnie większy ciężar gatunkowy. Wypielęgnowane twarze przedstawicielem międzywojennego high-life’u zmieniają się w wycieńczone głodem i przerażeniem wizerunki więźniów zamkniętej dzielnicy” – napisał Paweł Bień.
„Niech im pan powie, że Kramsztyk prosił ich, żeby malowali sceny z getta”
.O twórczości artysty w getcie, a także losach powstałych wówczas rysunków napisał Krzysztof Prochaska w książce pt. „Roman Kramsztyk. »Zabili mnie dzisiaj«” (2024).
„Dzięki przyjaciołom miał propozycje ucieczki z getta i ukrywania się po stronie aryjskiej — nie skorzystał z nich. Trudno jednoznacznie określić, dlaczego” – czytamy na stronie Żydowskiego Instytutu Historycznego. Pomoc oferowali m. in. Jan Żabiński, dyrektor warszawskiego Ogrodu Zoologicznego oraz Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie. „Ojciec miał też przygotowane mieszkanie i papiery dla Romana Kramsztyka. Rozmawiał z nim o tym przez telefon – bo do getta można było telefonować. Mimo to Roman nie chciał wyjść. To może jest niezrozumiałe w normalnych czasach, ale wtedy było więcej takich wypadków. Nie chcieli wyjść, chcieli zostać z braćmi, z rodziną. Odejść razem” – wspominała Maria Iwaszkiewicz-Wojdowska w rozmowie na portalu sprawiedliwi.org.pl (2009).
„Ostatnie dni życia Romana Kramsztyka odtworzyć możemy dzięki wspomnieniom Władysława Szpilmana »Śmierć miasta« i »Pianista« wydanych w 1946 i 1998 roku. Szpilman wspomina spotkanie z malarzem 18 lipca 1942 roku w przerwie koncertu w kawiarni »Pod Fontanną« na Lesznie: Był zgaszony, przygarbiony w sobie i pełen najczarniejszych myśli. Przed chwilą dowiedział się z niewątpliwego źródła, że bliskie wysiedlenie getta tym razem jest nieuniknione: po tamtej stronie murów urzęduje już, gotowe do podjęcia akcji, niemieckie Vernichtungskommando” – czytamy na stronie ŻIH.
Drugie spotkanie Szpilmana z Kramsztykiem miało miejsce mniej więcej tydzień po rozpoczęciu akcji likwidacyjnej, którą Niemcy rozpoczęli 22 lipca 1942 roku.
„Jak pan myśli, wywiozą nas do ostatniego?” – zapytał Szpilman. „Źle pan wygląda! Za bardzo się pan przejmuje… Zobaczy pan, że to się lada dzień skończy, bo… bo przecież to nie ma sensu!” – odparł Kramsztyk.
„Powiedział to ze śmiesznym, trochę bezradnym przekonaniem, jak gdyby bezsensowność jakichś wydarzeń mogła być od biedy wystarczającą przyczyną by ustały” – wspominał Władysław Szpilman.
„Niezmordowana jest sangwina: / Nosi bezdomny Żyd, nim skona / Dzieci na rękach i ramionach. / Doprawdy Święta to Rodzina. / A Kramsztyk umrzeć ma na schodach. / W pośpiechu niedobity malarz. / Jeszcze ostatni skarb ocala / Gdy mi ogryzek kredki podał. / On wiarą w świat już się nie łudził / Znał Nowe Jorki i Paryże. / Wiedząc, że śmierć jest coraz bliżej / Rzekł / Rysuj ludzi” – tak kończy się „Kredka Kramsztyka” autorstwa Jacka Kaczmarskiego, niewątpliwie zainspirowanego pamiętnikiem Samuela Putermana, malarza, policjanta Żydowskiej Służby Porządkowej w getcie.
Wedle którego Kramsztyk został zamordowany 6 sierpnia 1942 roku. „Kramsztyk poszedł do swego mieszkania po kilka ołówków o dziesiątej zaskoczyła go blokada, nie miał gdzie się skryć. Jakaś przypadkowa kula utkwiła mu w płucach padł zalany krwią, nieprzytomny” – napisał po wojnie w pamiętniku Puterman. „Dopiero po paru godzinach, gdy ucichły krzyki i strzały, ukryci w schronach wyszli na podwórze i zabrali go do piwnicy. Obecny lekarz zrobił parę zastrzyków, ale nie dawał żadnej nadziei” – dodał. „Miał wysoką gorączkę, był przytomny, to znów majaczył. Nie miałem odwagi odejść, przykuwał mnie palącym wzrokiem. Trzymał mnie kurczowo za rękę. »Niech pan powie, kolegom, żeby malowali. Niech ich pan pożegna ode mnie«. Musiałem mu złożyć uroczystą przysięgę, że nakłonię jego kolegów, żeby po wojnie malowali sceny z historii getta. »Niech rzucą akty, portrety i martwą naturę, świat musi dowiedzieć się o tych zbrodniach. Niech im pan powie, że Kramsztyk prosił ich, żeby malowali sceny z getta. Wszystko poświęcić, niech się świat dowie o bestialstwie Niemców«. Był już w agonii, krew rzuciła mu się z ust, cierpiał strasznie i wciąż mówił do mnie; wyciągnął z kieszeni parę kredek sangwiny, wręczył mi je z nabożeństwem, »niech im pan odda na pamiątkę od Kramsztyka, to dobre kredki, oryginalne Lefrance«” – relacjonował Samuel Puterman.
Działo się to w piwnicy warszawskiej kamienicy przy ul. Elektoralnej 5, w której Kramsztyk mieszkał na poddaszu – był to ostatni jego adres.
W rocznicę powstania w getcie warszawskim
.Polska flaga wywieszona przez żydowskich bojowców skłaniała do głębokiego szacunku – pisze prof. Jan ŻARYN
Relacje polsko-żydowskie nigdy nie były jedynie łatwe i przyjemne. Także interpretacje dotyczące tych relacji nie były jednoznaczne, a wręcz bywały sprzeczne. Przypomnijmy, w końcu lat 80. XX wieku Jan Błoński napisał w swoim tekście – słusznie skontrowanym przez mec. Władysława Siłę-Nowickiego – że w czasie wojny „polskie społeczeństwo nie czuło się wobec Żydów zobowiązane (…). Żydzi znaleźli się poza granicą solidarności”. Pisał o tym z dezaprobatą, domagając się niejako wyrzutów sumienia ze strony polskich czytelników. Z kolei wiele lat później dr Ewa Kurek w jednej ze swych publikacji książkowych dowodziła, że szczególnie w pierwszych latach II wojny światowej to Żydzi wykazali się brakiem solidarności wobec Polaków, układając się z niemieckimi okupantami na warunkach – rzecz jasna – nierówności stron. Dopiero w obliczu zagłady Żydzi z gett, w tym konspiracja żydowska, mieli przypomnieć sobie o istnieniu Polskiego Państwa Podziemnego. Sam też o tym pisałem, by przypomnieć, że w wyniku wielkiej akcji likwidacyjnej getta warszawskiego jesienią 1942 r. zarówno Bund, jak i Żydowski Komitet Narodowy podjęły decyzję, by schronić się pod skrzydła podziemia i apelować do rządu RP na uchodźstwie o wsparcie.
To wzajemne oskarżanie się o brak solidarności miało zresztą swoją dłuższą tradycję. Gdy przeglądam dziś dzienniki (t. II) Stanisława Wojciechowskiego, socjalisty, ministra spraw wewnętrznych w rządzie Ignacego Jana Paderewskiego (w 1919 r.), w końcu prezydenta RP, natrafiam na opisy ministra wskazujące na nielojalność, akty zdrady (komunistów pochodzenia żydowskiego) lub roszczeniowość poszczególnych reprezentacji narodu żydowskiego w dopiero co odradzającej się Polsce.
W 1919 r. żydowska społeczność zorganizowana – czy to przez swoją prasę, czy też przez naciski kierowane do naszych wersalskich sojuszników – starała się wmówić światu, że Polacy zajmują się głównie organizowaniem antyżydowskich pogromów. Irytacja na tę narrację ministra odpowiedzialnego wówczas za tworzenie ładu wewnętrznego świeżo odrodzonego państwa po 123 latach jego nieobecności na mapie zapewne zostanie dziś uznana za przejaw antysemityzmu. Podobnie jak – zdaniem wielu historyków zajmujących się stosunkami polsko-żydowskimi w II RP – brak sukcesów asymilacyjnych w tym okresie miał być skutkiem polskiego antysemityzmu, w tym nauczania Kościoła katolickiego, rzekomo odpychającego Żydów od polskości. A przecież jeśli jakaś mniejszość nie poczuwała się do wspierania polskich starań niepodległościowych, w czasie zarówno I, jak i II wojny światowej, nie mogła liczyć na sympatię czy solidarność. Jedyny moment w dziejach XX wieku, kiedy możemy powiedzieć sobie, że zwyciężyła – choć nie bezwzględnie – postawa solidarności, to czas powstania w getcie.
Komenda Główna AK i dowództwa okręgów (np. warszawskiego) podjęły trudną decyzję o dostarczeniu broni żydowskiemu ruchowi oporu jeszcze przed powstaniem w getcie. Dostarczono, głównie Żydowskiej Organizacji Bojowej, „jeden lekki karabinek maszynowy, dwa karabiny półautomatyczne, 50 sztuk broni ręcznej (wszystkie z magazynkami i amunicją), 10 karabinów, 600 sztuk granatów ręcznych z detonatorami, 30 kg środków wybuchowych (plastyku ze zrzutów powietrznych), 120 kg środków wybuchowych własnej produkcji, 400 detonatorów do bomb i granatów, 30 kg potasu do produkcji «koktajlu Mołotowa» oraz wielkie ilości saletry potasowej do produkcji prochu strzelniczego” – wspominał Stefan Korboński.
Wobec własnych potrzeb polskiego podziemia wsparcie to stanowiło relatywnie dużą pomoc. W czasie walki zaś – w kwietniu 1943 r. – oddziały Gwardii Ludowej i szczególnie AK, m.in. oddział kpt. Henryka Iwańskiego czy jednostki pod dowództwem kpt. Józefa Pszennego, bezpośrednio starały się wesprzeć żydowskich bojowców, próbując rozbić mur getta. Dzięki tej pomocy część żydowskich bojowników, co najmniej kilkadziesiąt osób, zostało wyprowadzonych poza getto. Nie znaczy to jednak, by cała polska ludność stolicy utożsamiała się z walczącymi, jednak dotychczasowa opinia o Żydach jako bezwolnie poddających się Niemcom musiała ulec – i uległa – weryfikacji. Żydzi zaczęli bić się jak Polacy – powtarzano, a widoczna polska flaga wywieszona przez żydowskich bojowców skłaniała do głębokiego szacunku.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-jan-zaryn-w-rocznice-powstania-w-getcie-warszawskim
PAP/MB



