Filozof patrzy na terror i chaos na ulicach Paryża [Pascal BRUCKNER]

Pascal Bruckner o zamieszkach w Paryżu

Pascal Bruckner opisuje w „Le Figaro” zamieszki w Paryżu 17 października 2026 roku z perspektywy mieszkańca centrum stolicy. Widzi metodyczne grabieże, przerażonych sąsiadów i roześmianych napastników, którzy zachowują się jak gospodarze zdobytego miasta. Jego diagnoza jest bezwzględna: państwo ustąpiło przed przemocą, a kolejne deklaracje oburzenia nie przywrócą mu autorytetu.

.O godzinie 18.58 grupa zamaskowanych napastników rozpoczyna szturm na luksusowy sklep na rogu ulic Filles-du-Calvaire i Turenne. W ruch idą betonowe bloki, pokrywy studzienek kanalizacyjnych, gaśnice i łomy, którymi sprawcy cierpliwie rozbijają szeroką, oświetloną witrynę. Mieszkańcy dzwonią na policję, ktoś odbiera telefon, ale pomoc nie nadchodzi. Pascal Bruckner, relacjonujący te wydarzenia na łamach „Le Figaro”, podkreśla, że od południa do północy w tej części centrum Paryża, niedaleko placu Republiki, nie zobaczył ani jednego munduru.

Kiedy szkło wreszcie ustępuje, napastnicy wchodzą do środka, ostrożnie omijając ostre krawędzie, po czym wynoszą koszule, garnitury, torby i bardzo drogie buty. Są szybcy, skoordynowani i sprawni, a cała operacja zajmuje niespełna pół godziny. „Prawdziwa operacja komandosów” — pisze filozof, wskazując na metodyczność rabunku. Później przez okolicę przechodzą mężczyźni z pakunkami, niosący swoje darmowe „zakupy”, a dwaj nastolatkowie przyłapani z pełnymi torbami tłumaczą, że przecież niczego jeszcze nie dostali i przyszli ostatni. Ostatecznie odchodzą z jedną torbą, jak gdyby przedmiotem negocjacji był podział należnych im łupów.

Zamieszki w Paryżu oczami Pascala Brucknera

Jeszcze w południe przez dzielnicę przechodzą młodzieżowe, pogodne pochody, których uczestnicy zachęcają „burżujów”, aby przestali się przyglądać i dołączyli do protestu. Świeci słońce, ogródki kawiarniane są pełne, przyjezdni z Ameryki, Włoch i Chin odwiedzają jedną z zamożnych części francuskiej stolicy. Za manifestantami niosącymi palestyńskie flagi pojawiają się jednak starsi, ubrani na czarno i zamaskowani ludzie, których zamiary Bruckner odczytuje jako odległe od spraw licealistów i reformy systemu rekrutacji Parcoursup. Na placu Republiki rozbrzmiewa hasło „Wszyscy jesteśmy dziećmi Gazy”, a kolejne godziny upływają pod znakiem detonacji i narastającej przemocy.

Po południu sklepy i kawiarnie zamykają się jeden po drugim, a lokal Le Progrès przy ulicy Bretagne barykaduje wejście. W środku pozostają kelnerzy uzbrojeni w pałki, gotowi bronić miejsca swojej pracy. Od godziny 18 Bruckner ogląda obraz, który nazywa apokaliptycznym: młodzi ludzie śmieją się, opowiadają o swoich wyczynach, odgrywają starcia z policją i wypatrują następnych celów. Najsilniej uderza go ich dobry humor, okrzyki „Wallah, wallah!” i radość z opanowania sterroryzowanej stolicy. W jego relacji strach mieszkańców spotyka się z poczuciem triumfu ludzi przekonanych, że miasto należy już do nich.

Na bulwarze Temple płoną rowery, a niektórzy napastnicy dostają się na piętra budynków i pukają do drzwi przerażonych lokatorów. Splądrowane zostają sklepy Kitsuné oraz Salomon przy ulicy Vieille-du-Temple, a głównymi celami rabunku są sklepy jubilerskie, butki z obuwiem i luksusową odzieżą znanych i bardzo drogich marek. W powietrzu unoszą się dym i gaz, utrudniające oddychanie w dzielnicy, która jeszcze kilka godzin wcześniej żyła zwykłym rytmem weekendu. Szerszą skalę podpaleń, grabieży i uderzeń w instytucje przedstawiliśmy w naszej relacji z sobotniej przemocy.

Pascal Bruckner zauważa, że księgarnia Acacia w pobliżu placu Republiki pozostaje nietknięta, lecz nie znajduje w tym pocieszenia. Odczytuje jej ocalenie jako gorzkie świadectwo obojętności wobec literatury, która przestała interesować nawet ludzi szukających obiektów do zaatakowania. Na murach i witrynach powtarza się hasło „Bismillah, oto ciemność”, w którym filozof słyszy przede wszystkim zapowiedź kolejnych grabieży i przemocy. Zestawia ten widok z wystąpieniem Laurenta Nuñeza, ministra spraw wewnętrznych, zadowolonego z bilansu działań i odrzucającego pomysł wprowadzenia stanu nadzwyczajnego.

Państwo ustępuje a przemoc nabiera pewności

Z obserwacji ulicy Pascal Bruckner wyprowadza oskarżenie dotyczące kondycji państwa: sprawcy przemocy działają z poczuciem bezkarności, podczas gdy władza poprzestaje na słowach. Prezydenckie określenia „niedopuszczalne” i „nie do przyjęcia” nazywa połajankami bez konsekwencji, które nie budzą obaw uczestników miejskiej partyzantki. W tej diagnozie zasadnicza słabość Republiki polega na utracie zdolności odstraszania ludzi gotowych podporządkować innych własnej sile. Polityczne reakcje i następstwa zniszczeń opisujemy w naszym tekście o sytuacji Francji po zamieszkach.

Filozof uważa, że 17 października pogrzebana została także sprawa samych licealistów, niezależnie od zasadności ich pierwotnych postulatów. „Starsi bracia” przejęli miejsce „dzieci”, aby wypowiedzieć wojnę społeczeństwu i państwu, które w decydującym momencie zniknęło. Pascal Bruckner zarzuca ugrupowaniom bliskim skrajnej lewicy wspieranie tej konfrontacji pod hasłem sprawiedliwości społecznej, a instytucjom publicznym wieloletnie ustępowanie przed agresją. Policję opisuje jako sparaliżowaną strachem przed nadużyciem, wymiar sprawiedliwości oskarża o wypuszczanie uczestników zamieszek, a Radzie Stanu wypomina rezerwę wobec zakazu wyposażenia ochronnego na demonstracjach.

Wspomnienie wieczoru zamachów z 13 listopada 2015 roku służy mu do pokazania różnicy w sposobie sprawowania władzy. Bruckner wyraźnie rozróżnia atak terrorystyczny i wewnętrzną rebelię, ale przypomina, że François Hollande, mimo dobrodusznego wizerunku, potrafił działać jako człowiek porządku. U jego boku stali premier Manuel Valls oraz minister spraw wewnętrznych Bernard Cazeneuve, którym filozof przypisuje poczucie odpowiedzialności za państwo. W tym porównaniu miarą przywództwa jest zdolność ochrony kraju w chwili zagrożenia i wyciągania praktycznych konsekwencji z rozpoznanego niebezpieczeństwa.

Według Brucknera sobotnia eksplozja przemocy jest skutkiem co najmniej dwóch dekad kapitulacji, tolerowania wewnętrznego rozkładu i przyzwyczajania społeczeństwa do agresji. Autor krytykuje tłumaczenie zamieszek na przedmieściach „rasizmem” i postkolonialnym poczuciem winy oraz usprawiedliwianie naruszania zasad współżycia kapitalizmem czy „brutalnością policji”. Wskazuje mechanizm, w którym kolejne wyjaśnienia zastępują egzekwowanie odpowiedzialności, a przemoc zdobywa coraz więcej przestrzeni. O politycznym znaczeniu kryzysu i roli radykalnej lewicy pisze również Nathaniel Garstecka w analizie „Zamieszki we Francji jako ostrzeżenie przed wyborami 2027”.

Wniosek filozofa jest jednoznaczny: wydarzenia z 17 października będą się powtarzać, jeżeli władze nie uznają bezpieczeństwa za pierwsze z praw człowieka. Domaga się wyciągnięcia konsekwencji z tej zasady, wymieniając wprost zakaz kolejnych demonstracji. Ostrzega, że następne przestępcze bandy, sterowane przez ultralewicę, mogą sprawić, iż roześmiani rabusie z tej soboty będą wspominani jak łagodni statyści. Perspektywę kraju rzucanego na kolana przez przemoc, wobec której państwo ustępuje, zamyka słowami „cichy zamach stanu”.

Arkadiusz Jordan
Paryż

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 20 października 2026
Ilustracja wygenerowana z pomocą AI.