VOX

Dom otwartych drzwi i coraz bardziej zamkniętych głów

Szymon Woźniak

Wśród fanów rapu rozgorzała dyskusja wywołana premierą płyty donGURALeska, której spora część poświęcona jest polityce, a w szczególności tematowi uchodźców. Poznański weteran hip-hopu nie po raz pierwszy udziela się ideologicznie, ale dopiero teraz jego poglądy zostały ujęte w jeden artystyczny wyraz – pisze Szymon WOŹNIAK

.„Dom Otwartych Drzwi” to coś więcej niż post, w którym znany z lewicowych przekonań Piotr Górny wyjaśnił bez ogródek swoje stanowisko w kwestii przybyszów z północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, czym wywołał spore kontrowersje i sprowokował falę hejtu; nowy album Gurala jest spójną opowieścią, która ma zwrócić uwagę na niedolę migrantów, przeprawiających się przez Morze Śródziemne, ale też miałkość polskiej mentalności, w której wciąż króluje chłopskie myślenie i „niechęć do inności”. W dobie rapu o niczym takie nasycenie treścią i wyrazistymi poglądami, które bije z „Domu Otwartych Drzwi”, jest rzeczą godną zauważenia i szacunku, niezależnie od tego, czy ktoś zgadza się z raperem z Grunwaldu, czy też nie. Szkoda tylko, że spod płaszczyka zręcznej poezji wydobywa się wizja świata żywcem wyciągnięta ze stron „Newsweeka” (pojawiają się nawet i „szaber” i „brudne plaże podzielone parawanem”), która nijak nie pomoże w zasypywaniu podziałów w polskim społeczeństwie ani nawet wyjaśnieniu tego, co tak naprawdę się w nim aktualnie dzieje.

W singlowym numerze pt. „Modern Talking” Górny, dokonując wyraźnego rozróżnienia pomiędzy dwoma zwaśnionymi plemionami, po jednej stronie stawia „chama, który chce na wschód”, po drugiej zaś „pana, który chce na zachód”. Niby wszyscy – według poznańskiego rapera – babrają się w tym samym grajdole, walcząc z wiatrakami, co z góry – jak to w przypadku walki z wiatrakami – skazane jest na porażkę, jednak autor poświęca wystarczająco dużo czasu i energii na zelżenie jednej ze stron, by nikt nie miał wątpliwości, która z nich jest tak naprawdę winna rosnącym w Polsce niepokojom. Jego „krytyka chłopskiego rozumu” nie jest tu ani odkrywcza, ani szczególnie trafna. W Polsce od jakiegoś czasu mamy do czynienia z odbudowywaniem własnego etnosu, co założyciel Szpadyzor Records zupełnie pomija.

Niewykluczone, że i sam Dziadzior zdaje sobie sprawę z ułomności swojej diagnozy i uczestniczenia w nic nieprzynoszącej połajance, czemu daje wyraz w kawałku „Cegła w murze”, gdzie jedną ze zwrotek kończy wiele mówiącym wersem: „Dzisiaj nie umywam rąk, raczej sypię łeb popiołem / I się nie wywyższam. / Z tego gówna sam się wziąłem”. Choć nie da się odeprzeć wrażenia, że wbrew temu, co sam mówi, donGURALesko niczym prawdziwy don patrzy na ciemny lud jednak trochę z góry, to jest w tym stwierdzeniu sporo racji – jego „Dom Otwartych Drzwi” stanowi swoisty zbiór propagandowych prawd wtłaczanych nam przez ostatnie dekady do głów, wręcz modelowy jej przykład. Oto lewicowy raper jest tak czuły społecznie, że potrafi jednocześnie roztkliwiać się nad losem ludzi, o których tylko czytał w prasie i słyszał w telewizji, natomiast gardzi rzekomą chłopską mentalnością rodaków, czyli ludzi, z którymi obcuje na co dzień.

Protekcjonalna postawa polskich mainstreamowych hip-hopowców wobec Polaków nie jest wcale domeną zarezerwowaną wyłącznie dla byłego członka Killaz Group, a swoisty prym wiedzie w niej Łona, ulubiony raper intelektualistów, wyposażony w niebywałą lekkość pióra, swawolny humor i wyczucie ironii, który jednak od wielu lat nie powiedział nic odkrywczego, powielając sprawdzone już przed siebie schematy, czy biorąc na tapet dawno przemielone tematy. Adam Zieliński zwykł odnosić się do rzeczywistości z dystansem, co jest oczywiście zdrowe – do pewnego momentu… mniej więcej tego, w którym jeszcze nie traci się jej z oczu. Szczeciński emce w jednym ze swoich ostatnich hitów roi sobie, że gdybanie jest jakąś szczególnie naszą, narodową cechą, co w dobie internetu i dostępu do wiedzy trudno tłumaczyć czym innym niż – o ironio! – zakompleksioną zaściankowością; natomiast w kawałku poświęconym snowi, w którym postawom patriotycznym nie towarzyszy nadęcie i „patrzenie spode łba”, nie zauważa prostej zależności, że owi patrioci są wręcz zmuszeni do patrzenia spode łba, kiedy Łona i jemu podobni cały czas spoglądają na nich z góry. Geometria.

Oczywiście, w tekstach Łony jest pełno smaczków i popisów najwyższych satyrycznych lotów, jednak całość jego rapu to „kontestowanie rzeczywistości” z pozycji człowieka, któremu wyszło i nawet nie stara się zrozumieć tych mających w życiu mniej szczęścia, z rzadka podejmując przy tym jakiekolwiek naprawdę istotne rozważania, spoza wydumanego pierwszego świata i jego problemów. Przy „Nawiasem mówiąc” duetu Łona i Webber ostatnie dzieło Gurala jawi się jako porządne studium rzeczywistości, wprawdzie tylko jednej jego strony, ale jednak przeprowadzone z rozmachem i w bardziej szczytnym celu niż symboliczne strzepnięcie płatków łupieżu z ramion marynarki. Jednak efekt tych starań pod względem treści jest tak samo archaiczny, jak większość wybranych przez niego podkładów czy flow poznaniaka, gdy usiłuje rozciągnąć swoje krótkie wersy, aby ujarzmić któryś z nowszych bitów.

Flagowy kawałek „Domu Otwartych Drzwi”, pt. „Tratwa meduzy”, w całości poświęcony sytuacji przybyszów, to wyważona i dramatyczna relacja z ludzkiego cierpienia, pogoni za lepszym życiem i tego, co ona oznacza dla reszty świata (niewiele). W przeciwieństwie do reszty płyty nie ma tu narzekania na Polskę i Polaków (no, może poza wersem „Lekcja wstydu na posiedzeniu rządu”, który wszakże realizuje w tej sprawie życzenie suwerena), jest skupienie na jak najlepszym oddaniu sytuacji panującej w „strumieniu emigracji z państw Lewantu”. Ale ten opis dotyczy tylko owego strumienia i to wyłącznie w fazie przepływu przez Morze Śródziemne. W przejmującej historii snutej przez poznaniaka nie ma obrazków z paryskiego metra, niedawno przetaczających się przez internet, na których wkurzony swoją rolą w społeczeństwie tłum Afrykanów ściera się z francuską policją, robiącą użytek ze swoich armatek wodnych; nie ma też borykających się z problemem znalezienia pracy absolwentów z zachodniopomorskiego czy samotnej matki z Podkarpacia, którzy, choćby chcieli, nie znajdą czasu i energii na lekturę Cervantesa, a i pomocy od państwa, analogicznej od tej czekającej w Europie na migrantów, spodziewać się nie mają prawa.

Artysta, którego życie płynie (jak lejąca się tequila) na czytaniu książek, pisaniu wierszy i nagrywaniu serialu dokumentującego jego koncertowe trasy, apeluje do naszych sumień, zapominając chyba o tym, że punkt widzenia zmienia się wraz z miejscem siedzenia. A to, na którym usadowił się Piotr Górny, jest bardzo wygodne, chyba trochę nawet zbyt wygodne, by licowało z rolą lewicowego władcy sumień „wioskowych głupków” i innych mieszkańców tego „gówna”, w którym przyszło mu żyć. Znamienne zresztą, że tę odrealnioną, za to bardzo rozpowszechnioną narrację, jako jedyny tak skwapliwie w polskim hip-hopie załapał człowiek, który przez lata sprawiał wrażenie, jakby nie mógł się pogodzić z faktem, że nie żyje na którymś z wybrzeży Stanów Zjednoczonych, i stąd w swojej twórczości trawestował motywy wprost z amerykańskiego rapu, chociażby, tytułując swoich ziomków – „białasami”.

W dniu premiery „Domu Otwartych Drzwi” światło dzienne ujrzał także album innego czołowego poznańskiego rapera, Palucha. Pomimo iż Łukasz Paluszak startował w rapgrze później i z o wiele gorszej pozycji, już dawno przegonił swojego starszego kolegę w popularności, wybijając się ostatnimi czasy na pozycję, która uprawnia go do zarapowania z zupełnym przekonaniem, że „reszta tej sceny może być tłem (nawet nie)”, jak w singlowym „Cardio”, i aktualnie tyczy się to nie tylko sceny rapowej, ale i całej muzycznej sceny w Polsce. Jego „Złota Owca” trafiła do sklepu w piątek, a już w poniedziałek osiągnęła status złotej płyty, po czym wbiła się na szczyt notowania sprzedaży OLIS. Czym Paluch zaskarbił sobie aż takie względy wśród słuchaczy? Przede wszystkim autentyczną narracją, nie bez przyczyny określaną mianem „real talk”. Pod tym względem szef BOR Records prezentuje krańcowo odmienne podejście od lubującego się w abstrakcyjnej poezji Gurala, co nie znaczy jednak, że jego rap jest pozbawiony treści. Ba, w „Złotej Owcy” jest jej bodaj więcej niż w „Domu Otwartych Drzwi”, i to treści korelującej z tym, o czym Polacy rzeczywiście rozmawiają – nie w mediach, a na ulicach.

Świetnie się złożyło, że obie płyty wyszły w tym samym czasie, gdyż przesłuchawszy album wydany przez Szpadyzornię, od razu można poniekąd zweryfikować zarysowaną na nim wizję świata, sięgając po produkcję spod znaku BOR. Po jednej stronie mamy lewicowego myśliciela i jego dramatyczne wołanie z oblężonej twierdzy, otoczonej chłopską mentalnością, a na drugim biegunie – przedstawiciela tego zelżonego przez niego chłopskiego rozumu, czy jak kto woli, zdrowego rozsądku. Młodszy z poznańskich raperów również wspomina o uchodźcach, ale tylko raz i niejako mimochodem, w metaforze mającej obrazować podejście fanów do jego twórczości: „Czekają już na to wytrawni słuchacze, nie przyjmą wszystkiego jak Angela Merkel”. I właśnie taki, a nie jak chciałby „Newsweek”, a za nim także Gural (strach przed innością), jest stosunek większości Polaków do kwestii uchodźców – do bólu racjonalny. W jednym z wersów Palucha pojawia się również kwestia gender, ale także tu nie jest to sednem kawałka, przy czym nie można mieć wątpliwości, że jego autor nie należy do wielkich fanów tej ideologii. Choć obaj panowie zdają się mieć diametralnie odmienne poglądy, Paluszaka, w przeciwieństwie do mocno osadzonego po przeciwnej stronie barykady Górnego, nie sposób uznać za rapera prawicowego, tak jak nie da się tego powiedzieć o ogóle społeczeństwa, które jest trochę jak ten album – ma swoje poglądy, ale oprócz tego masę innych spraw na głowie. I to właśnie nieco gangsterska „Złota Owca”, a nie pełen odniesień do literatury „Dom Otwartych Drzwi” mówi więcej o Polsce AD 2017, mimo iż już „na pierwszy rzut ucha” słychać, komu bardziej zależało na takim efekcie.

Rap pełni ważną społecznie rolę katalizatora gniewu, platformy wymiany poglądów, nierzadko kontrowersyjnych, ale nie najlepiej sprawdza się w stawianiu diagnoz, przynajmniej tak było dotychczas, kiedy to tylko (i aż) sygnalizował, jak wygląda sytuacja tam na dole.

Dość powiedzieć, że żaden z czołowych polskich raperów nie przewidział patriotycznego zrywu, z którym mamy do czynienia w kraju przez ostatnie lata, a jedynym, który na nim wypłynął jest KęKę. Ale on także nie silił się na szerokie patrzenie, raczej opisywał swoją rzeczywistość. Część odbiorców kupiło jego autentyczność, innym spodobało się zwrócenie uwagi na kwestie narodowe; i jedni i drudzy sowicie mu za to odpłacili, co wywindowało go do ścisłej czołówki polskiego hip-hopu. Wraz ze zmianą życia radomskiego rapera i polepszeniem poziomu tegoż, zmieniła się tematyka jego utworów, ale nie ich formuła. Autor “Takich Rzeczy” nie poszedł dalej w politykę, nie stanął na czele narodowego buntu, korzystając z tego, że teraz znajduje się o wiel wyżej i przynajmniej w teorii więcej widzi; dalej opisywał swoją małą rzeczywistość, z tym samym zacięciem i werwą. Ludzie to kupili, choć zdawałoby się, że mają już do czynienia z zupełnie inną osobą.

Oczyszczającą moc hip-hopu jeszcze lepiej widać na przykładzie Francji. Dopóki francuscy imigranci wierzyli w możliwość integracji, starali się wykrzyczeć swoje racje w piosenkach, tworząc przy tym zapierającą dech w piersiach sztukę, która podbiła cały świat. W momencie, gdy przestali wierzyć, skończyła się złota era francuskiego hip-hopu, a rozgoryczonym, niemogącym znaleźć sobie miejsca we francuskim społeczeństwie przybyszom z „państw Lewantu” oraz z krain „na południe od Lampedusy” została tylko ulica i walka o swoje prawa na niej.

.W Polsce dzieje się teraz nie najgorzej, ale nie jest znowu tak dobrze, byśmy musieli szukać sobie problemów w internecie. To samo się tyczy tematów rapowych utworów, które wystarczająco już oderwały się od rzeczywistości. Na szczęście nie wszystkie. Sprzedaż „Złotej Owcy” pokazuje, że dobry „rap o życiu” – bez względu na to, jak pompatyczne się to wydaje – jest wciąż w cenie; a porównanie wartości artystycznej (tak tekstowej, jak i muzycznej) obu produkcji, które ujrzały światło dzienne 24 listopada, że sztuka robiona przez konserwatystę może być dużo świeższa od tej, którą stworzył postępowiec.

Szymon Woźniak

Bard i raper z trzema solowymi krążkami na koncie; filozof i publicysta, futbolog i animator kultury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Imię i nazwisko

Maksymalnie 160 znaków.