VOX

Maria CZAPIGA: Berlin - paradoksy i ambicje światowej metropolii

Maria Czapiga

Niemiecka stolica rano budzi się niczym Paryż otwierając liczne kawiarenki pachnące cynamonem i bagietkami. W porze lunchu przypomina biznesowe Tokyo, żeby po południu zapełnić ulice artystyczną bohemą z unoszącym się w powietrzu zapachem konopi, a wieczorem otworzyć restauracje, teatry, kabarety, sale koncertowe. Potrafi być poważna i dyplomatyczna, aby za chwilę dać się opanować awangardowym happeningom i społecznym manifestacjom. Eklektyczność to jej znak rozpoznawczy.

.Po przyjęciu imigrantów i uchodźców, Berlin ze swoimi ponad 3,6 milionami mieszkańców pęka dziś w szwach reprezentując chaos kultur, religii, obyczajowości i języków. Berliński mur upadł 32 lata temu kończąc ówczesną izolację. Wydaje się jednak, że miasto nadal dzieli symboliczny, społeczno- ekonomiczno-polityczny mur.

Nie ma jednak jednej, wyraźnej specyfiki, właściwie poszczególne dzielnice stanowią niejako odrębne dystrykty i pod nazwą „Berlin” skupiają często bardzo zróżnicowane społeczności. W tym samym mieście istnieją dzielnice zdominowane przez narodowość Turecką, inne przez imigrantów z Afryki, znajdzie się strefa szczególnie upodobana przez środowiska LGBT tzw. czerwona wyspa, osiedle luksusowych apartamentów, jest wreszcie berliński “Brooklyn” skupiający znaczną część Polonii.

Otwartość i tolerancja Berlina dla mieszkańców i gości jest tak dalece posunięta, że nic nie wydaje się tu być zbyt osobliwe. Jednocześnie wielowarstwowość społeczna oraz ekonomiczna przepaść pogłębiają podziały i tym bardziej polaryzują populacje. Trudno wtedy o realną asymiliację społeczną.

Kto pragnie tu przyjechać i tu żyć, powinien pielęgnować w sobie tolerancję, otwartość i empatię. Nic tak nie irytuje Niemców, jak widoczna “aspołeczność”. To wręcz jedna z największych obelg, na jaką można sobie zasłużyć. Z drugiej strony symbioza jest pozorna i oznacza “letniość”, powierzchowność kontaktów ludzi żyjących obok siebie często w wirtualnej bańce.

Naprzeciwko luksusowych butików Prady, Gucciego i salonu Rolexa wzdłuż zaparkowanych McLarenów i Bentleyów koczują w śpiworach bezdomni prosząc o pomoc. Luksusową promenadą przechadzają się celebryci. Moda uliczna przeszła z sypialni i nocnych klubów przełamując estetyczne tabu. Znany z literatury i filmu dworzec Zoo nic nie stracił ze swojej złej sławy, a okoliczne szpitale wiedzą, jakich pacjentów mogą spodziewać się na ostrym dyżurze. Obok dworca jest bezpłatna opieka medyczna dla nieubezpieczonych, bezdomnym wydawane są posiłki. W całym mieście rozmieszczono kilkadziesiąt ośrodków pomocy bezdomnym i schronisk, ale wiele osób wybiera dobrowolne koczowanie na ulicy. W letnich miesiącach rośnie skala problemu bezdomności. Władze miasta starają się, aby każdy potrzebujący miał zapewniony dach nad głową, jednak już znalezienie samemu mieszkania do wynajęcia za rozsądną cenę graniczy z cudem w mieście, gdzie często za metr kwadratowy czynszu w dobrej lokalizacji trzeba zapłacić nawet ponad 20 euro, a rynek deweloperski zdominowały bogate korporacje.

Różnorodność stanowi o atrakcyjności miasta, otwartego na kulturowe i etniczne mniejszości, ale trudno o tym mówić gdy mało jest “rdzennych” berlińczykow – tutaj urodzonych, wychowanych, zakładających rodziny i emocjonalnie związanych z tym miejscem. Jedna z ogromnych reklam słodyczy na dworcu głównym ogłasza: “Typowy Berlin – całe mnóstwo kolorowych ptaków, ale żaden nie jest stąd”. Młodzi są w ciągłym ruchu, a praca zdalna, którą wymusiła pandemia, doprowadziła do wzrostu mobilności i migracji, co sprawia, że są tu obecne narodowości całego świata.

Przyjezdni żyją w drodze, od początku do końca kontraktu, na określony czas. Lingwistycznie wybudowano Wieżę Babel. A zatem kim jest dziś prawdziwy Berlińczyk? To często osoba starsza, która spędziła tu życie, to dość reprezentatywna grupa pokolenia lat 60-tych, dla których w czasach ich młodości priorytetem było zaangażowanie społeczne w ideologie socjalistyczne.

Dzisiaj próżno szukać aktywistów starszej generacji z ich rewolucyjnymi demonstracjami, charyzmatycznymi ale kontrowersyjnymi postaciami pokroju Rudiego Dutschke, socjalistycznego niemieckiego „Che Guevary”, współtwórcy Opozycji pozaparlamentarnej (APO) i ruchu studenckiego, którego z sentymentem wspomina pokolenie dzisiejszych 80-latków.

Obecnie prawie każdej soboty odbywają się rozmaite demonstracje w okolicy Bramy Brandenburskiej, na głównych arteriach miasta. Trudno je jednak porównywać pod względem skali i wagi postulatów do wielkich zrywów społecznych końca lat 60-tych. Wtedy ulica miała głos i realne wpływy. Dzisiaj są to marsze aktywistów przede wszystkim w obronie swobód obywatelskich, szeroko rozumianej wolności seksualnej czy demonstracje przeciwreżimowe (np. Iraku, Wenezueli).

Manifestacje w sprawie aktualnych społecznie tematów przyciągają niekiedy znaczną liczbę uczestników zjeżdżających do stolicy z całego kraju. Jednak istota tych demonstracji przestaje mieć znaczenie, ich zauważalność maleje z powodu nierzadko kuriozalnych postulatów, o które toczy się dyskurs (np. kwestia prawa do opalania topless w parku miejskim). Wreszcie społeczeństwo młodych dorosłych staje się coraz mniej zaangażowane politycznie. To pokolenie, które zabiera głos w mediach społecznościowych w kwestiach, które dotyczą ich bezpośrednio, ograniczając aktywność w sprawach publicznych do minimum. Najliczniejsza demonstracja w czerwcu 2021 roku, tzw. miesiącu dumy zgromadziła 65000 aktywistów LGBT w obronie swobód seksualnych.Chwilę wcześniej na przystankach zawisły plakaty promujące tolerancję wobec społeczności LGBT. W Berlinie nie jest to nic zaskakującego, bo miasto od lat podkreśla sympatię wobec osób homoseksualnych i transpłciowych. Społeczna akcja była jednak o tyle kontrowersyjna, że poruszała temat homoseksualizmu muzułmanów i zorganizowało ją środowisko liberalnych muzułmanów pod hasłem „Liebe ist halal” (Miłość jest dozwolona). Na plakatach można było przeczytać „Ich bin Muslim, gläubig und habe trotzdem Sex. Mit Männern!“. (Jestem muzułmaninem, wierzącym, mimo to uprawiam sex. Z mężczyznami). Możliwe, że kampania spotkała się jednak ze sprzeciwem środowisk konserwatywnych, gdyż szybko zniknęła z przestrzeni publicznej, co też zaskakuje, bo kontrowersyjnych inicjatyw nie brakuje i zazwyczaj znajdują one poklask.

Dzisiaj mimo oszałamiającej architektury z jej znakami rozpoznawczymi, bogatego rynku pracy i różnorodnej oferty kulturalnej, wizerunek miasta blednie w obliczu takich problemów jak przeludnienie, eksplozja cen czynszów i kosztów utrzymania, życia na wiecznym placu budowy, dramatu bezdomności i biedy, wzrastającej przestępczości czy dewastacji moralnej.

.Berlin to dzisiaj miasto wolności, ale zniewolone przez ekonomiczne ograniczenia i rozwarstwienie społeczne. Otwarte dla wszystkich, chociaż skazujące ubogą część społeczeństwa na życie na skraju nędzy albo wyprowadzkę ze stolicy. Zamożne materialnie, ale zubożałe duchowo. Młode duchem i dynamiczne, ale starzejące się w zatrważającym tempie. Miasto singli i związków partnerskich, gdzie samotność tłumi zgiełk rzeczywistości wirtualnej.

Maria Czapiga