Język waloński na granicy zaniku [UNESCO]

Język waloński, niegdyś dominujący w południowej Belgii, znalazł się na granicy zaniku. UNESCO uznaje go za „absolutnie zagrożony”. Liczbę użytkowników szacuje się dziś na ok. 300 tys., głównie osób starszych. Naukowcy z uniwersytetu UCLouvain ostrzegają: czasu na jego uratowanie jest coraz mniej.
Czym jest język waloński?
.Przez blisko tysiąc lat język waloński był najczęściej używaną mową w Walonii. Jeszcze w 1920 roku znało go 80 proc. mieszkańców regionu, dziś – według szacunków – zaledwie 10 proc., czyli około 300 tys. osób, z czego niewielu posługuje się nim na co dzień. UNESCO klasyfikuje waloński jako „absolutnie zagrożony”. To język z grupy langues d’oïl. Posługują się nim Walonowie, zamieszkujący Walonię (południową część Belgii i niewielki skrawek Francji).
Język waloński charakteryzuje się bardzo dużą liczbą słów pochodzenia germańskiego – ok. 40%, a także w dużej mierze gramatyką podobną do germańskiej, np. zamiast łacińskiego szyku rzeczownik + przymiotnik występuje germański szyk przymiotnik + rzeczownik. Po walońsku mówili imigranci z Belgii (wal. Walons del Wisconsene) w północno-wschodniej części amerykańskiego stanu Wisconsin.
„To pełnoprawny język romański, który wykształcił się równolegle do francuskiego, a nie jego dialekt” – podkreśla prof. Michel Francard z UCLouvain. Jak wyjaśnia, gwałtowny spadek użycia nastąpił po wprowadzeniu w 1919 r. obowiązku szkolnego, gdy francuski stał się jedynym językiem nauczania. Uczniów posługujących się walońskim karano, a rodziców proszono, by w domu mówili wyłącznie po francusku.
Technologia przyczyną zmiany
.Po II wojnie światowej radio, telewizja i migracje przyspieszyły zanik języka. Dziś najczęściej można go usłyszeć w małych wsiach, głównie wśród najstarszego pokolenia. „Każde zniknięcie języka to utrata sposobu życia i myślenia” – mówi Romain Berger, jedyny nauczyciel walońskiego w szkolnictwie wyższym.
Podejmowane są jednak próby ratowania mowy przodków. W Liege powstał szlak 12 płyt z walońskimi powiedzeniami, a 49 gmin włączyło się w program promocji języków regionalnych. Coraz częściej pojawia się on w mediach i na wydarzeniach kulturalnych, a niektóre miasta – jak Ciney i Liege – deklarują wsparcie dla jego popularyzacji.
Zdaniem prof. Michela Francarda, aby język przetrwał, potrzebna jest standaryzacja, nauczanie w szkołach, obecność w przestrzeni publicznej oraz zaangażowanie samych Walonów. „Waloński mogą uratować tylko Walonowie” – podkreśla. Jednak, jak dodaje, proces zaniku zaszedł tak daleko, że bez zdecydowanych działań ta część dziedzictwa może wkrótce zniknąć na zawsze.
Język lustrem rzeczywistości
Prof. Marta Rakoczy w artykule „Wulgaryzacja języka, upadek człowieka publicznego” podejmuje problem rosnącego przyzwolenia na wulgaryzmy i agresję słowną w przestrzeni publicznej. Zdaniem autorki nie wynika to z „gorszego wychowania”, lecz z przekonania, że mamy prawo do wyrażania emocji w dowolnej formie. To poczucie prawa do wulgarnego języka staje się dziś silniejsze niż normy etykiety językowej, które przez wieki regulowały komunikację. Rakoczy wskazuje, że przekleństwa mają długą historię i ich pierwotną funkcją była klątwa – akt symbolicznej przemocy, zerwania komunikacji i wykluczenia drugiej osoby z dialogu. W kulturach tradycyjnych stosowanie wulgaryzmów było obwarowane ścisłymi zasadami i dopuszczalne jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Tymczasem w przeszłości klasy wyższe unikały tego typu języka, traktując uprzejmość i złożone rytuały konwersacyjne jako znak przynależności do elity i wyższej kultury.
Dziś sytuacja wygląda inaczej. Społeczeństwa egalitarne, ukształtowane przez wartości Oświecenia i kulturę masową, odrzuciły dawną etykietę językową. Coraz częściej złamanie konwencji jest uznawane za przejaw szczerości i autentyczności. Wulgaryzmy w debacie publicznej bywają interpretowane jako sygnał „familiarności”, a nie brak wychowania. To sprawia, że przestrzeń publiczna przestaje być miejscem wymagającym szczególnej troski o słowo i szacunek wobec rozmówcy.
Im więcej mediów społecznościowych, tym gorszy język
.Ogromny wpływ na te zmiany mają media społecznościowe. Internet zatarł granicę między tym, co prywatne, a tym, co publiczne. Wypowiedzi są jednocześnie intymne i publiczne, a normy oceny agresji werbalnej – coraz bardziej rozmyte. Użytkownicy traktują wulgarne komentarze jako formę autoekspresji, co dodatkowo utrudnia rozróżnienie, co jest dopuszczalną emocjonalną reakcją, a co agresją.
Rakoczy przywołuje także refleksje Richarda Sennetta i Christophera Lascha, którzy już w XX wieku ostrzegali przed „upadkiem człowieka publicznego” i rozwojem „kultury narcyzmu”. Fetyszyzacja autentyczności, zapoczątkowana w myśli Rousseau, sprawiła, że spontaniczne „wyznanie siebie” stało się ważniejsze niż troska o dialog i konsensus. Efektem jest język monologów, coraz częściej binarny i konfliktowy, pozbawiony wrażliwości na odbiorcę.
Zdaniem autorki wulgaryzacja języka nie jest tylko kwestią złych manier, ale efektem głębokich przemian kulturowych. Przyzwolenie na agresję słowną bywa racjonalizowane „wyższymi racjami”, a nawet traktowane jako słuszny środek w walce o sprawiedliwość. Problem w tym, że konsekwencją takiego myślenia jest destrukcja przestrzeni publicznej, która bez norm, procedur i szacunku wobec drugiej strony nie może funkcjonować.
Rakoczy podkreśla, że słowa nie są jedynie odbiciem kultury – to narzędzia, które ją tworzą i przekształcają. Dlatego w dobie rosnącej agresji werbalnej potrzebujemy odbudowy wspólnych norm komunikacji i pracy nad językiem, który zamiast dzielić, będzie budował porozumienie. Język ma moc tworzenia świata – pytanie, czy będzie to świat dialogu, czy świat przemocy i nienawiści.
PAP / MK



