Jak wygląda sytuacja ukraińskich artystów?

Łazar

Współpraca z ukraińskimi artystami nie powinna być aktem litości ani formą pomocy – powiedziała dyrektor Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski Anna Łazar. Dodała, że nie chodzi o pokazywanie Ukraińców w „wojennym getcie”, ale o to, by pokazać, że jesteśmy częścią jednej wspólnej układanki.

Anna Łazar: i Łada Nakoneczna opowiedziały o sytuacji ukraińskich artystów

.Praca „Europa” autorstwa Agnieszki Kalinowskiej ma formę napisu ze zużytych strun fortepianowych. Artystka odwołuje się w niej do podwójnego znaczenia słowa „wygrane”. Z jednej strony struny są już wyeksploatowane, a z drugiej zwycięskie. Pokazuje, że Europa, która stworzyła język demokracji, równości i praw człowieka, ma również historię pełną przemocy, kolonialnych hierarchii, wojen i wyczerpania. W splocie poskręcanych, poszarpanych, a jednak wciąż niosących ślad dawnej muzyki strun pojawia się potrzeba odnalezienia nowej nuty.

„Łup” Łady Nakonecznej i Anastasii Czeredniczenko przedstawia zasłonę z kryształków. Jej centralnym punktem są elementy żyrandola Teatru Dramatycznego w Mariupolu zniszczonego w 2022 roku. To nie rekonstrukcja samego momentu tragedii – rosyjskiego ataku na teatr i zbrodni na ludziach, którzy szukali w nim schronienia – ale przestrzeń do samodzielnego odtworzenia wydarzeń.

Obie prace znajdują się na prezentowanej obecnie w Zamku Ujazdowskim wystawie „Ten kot został narysowany w czasie wojny”, dotyczącej relacji między sztuką a doświadczeniem konfliktu zbrojnego. Stawia pytanie o sens działania podczas skrajnego kryzysu – czy można jeszcze tworzyć, kiedy wojna przenika wszystkie rodzaje relacji międzyludzkich i wprowadza stałe napięcie?

Jej kuratorkami są artystka Łada Nakoneczna i dyrektor instytucji Anna Łazar.

Minęły cztery lata od pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Jak wygląda teraz sytuacja ukraińskich artystów?

Łada Nakoneczna: Przez cały ten czas bardzo się zmieniała. Dziś ludzie są spragnieni sztuki. Odbywa się dużo wydarzeń kulturalnych: wystawy, koncerty i spektakle. Puste przestrzenie muzeów i galerii sztuki wypełniają się nową sztuką współczesną. Dzieła, które były w nich dotychczas wystawiane, zostały ukryte lub wywiezione z obawy przed zniszczeniem, które niesie wojna. Można powiedzieć, że instytucje zostały uwolnione od starej sztuki i stały się miejscem dla żyjących artystów.

Inaczej wygląda sytuacja samych artystów i artystek. Mężczyzn obowiązuje służba wojskowa. Nie mogą otwarcie uczestniczyć w życiu kulturalnym, brać udziału w wystawach, korzystać z przestrzeni publicznej tak jak kobiety – z obawy przed wcieleniem do wojska. Ukrywają się z różnych przyczyn – mają dzieci albo rodziców w starszym wieku, którymi muszą się zająć.

Z drugiej strony są tacy, którzy porzucili tworzenie sztuki, ponieważ uważają, że nie pomaga w rozwiązaniu sytuacji. Wolą służyć w armii. Tak jak np. Dawid Cziczkan, który w sierpniu 2025 r. zginął na froncie.

Również wiele kobiet ze świata sztuki się zmobilizowało – np. Ołena Apczel, aktywistka, badaczka, performerka i reżyserka, czy Margarita Połowinko, malarka, która rok temu zginęła na wojnie.

Anna Łazar: Wszyscy ukraińscy artyści, których prace znajdują się na obecnie prezentowanej w Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski wystawie „Ten kot został narysowany w czasie wojny”, walczą, pracują dla armii lub zbierają pieniądze jako wolontariusze, aby wesprzeć wojsko.

Kateryna Libkind w swoich pracach używa własnej krwi, to jej strategia oporu. Dzięki temu, jak mówi, to ona decyduje o tym, że z jej żył wypływa krew – nie jest to decyzja rosyjskiego żołnierza, który do niej strzela czy zrzuca ładunki wybuchowe na Kijów, w którym mieszka.

Jak wygląda sytuacja ekonomiczna artystów w Ukrainie?

Łada Nakoneczna: Jest trudna, dlatego ci, którzy mieszkają za granicą, starają się pomóc – zbierają pieniądze, załatwiają stypendia, udział w wystawach. W 2020 roku razem z Anną stworzyłyśmy projekt „Zabójstwo do przyjęcia”, który polegał zarówno na zwiększeniu widzialności sztuki, dokumentowaniu refleksji artystycznej w pierwszych tygodniach eskalacji rosyjskiej agresji, jak i wypłacaniu godnych honorariów artystom biorącym udział w projekcie.

Czy zachodnia część Ukrainy różni się pod tym względem od innych regionów kraju?

Łada Nakoneczna: Tak, przede wszystkim od wschodniej części. Z Charkowa, które jest blisko linii frontu, niektórzy artyści przenieśli się do Lwowa. Częściowo przeniesiono tam Charkowską Akademię Sztuki. Lwów zyskał szerszą perspektywę. Mimo to bliżej linii frontu cały czas organizowane są wystawy i happeningi.

Nie było wcześniej w Ukrainie tylu mniejszych artystycznych i kulturalnych inicjatyw. Teraz są na terenie całego kraju.

Czy sztuka tworzona jest też na froncie?

Łada Nakoneczna: Tak, np. w Zaporożu, które codziennie jest celem ataków rakietowych, zaprezentowano niedawno prace grupy Nazwa Zmienna / Variable Name, którą tworzą Walerija Karpań i Maryna Maryniczenko. To właśnie z Zaporoża przyjechała do CSW praca „Tak blisko, że można niemal dotknąć”, której elementami są ceramiczne obiekty. Powstały podczas warsztatów, w trakcie których osoby uczestniczące lepiły dla siebie modele dodatkowego organu. Rozmowy prowadzone w tym czasie stały się podstawą scenariusza prezentowanego filmu: grupa młodych ludzi znajduje się w jaskini – lub schronie – i zastanawia się nad własnym ciałem w sytuacji zagrożenia.

Anna Łazar: Dużo wydarzeń kulturalnych odbywa się też mimo wszystko w Charkowie. W tamtejszym centrum sztuki współczesnej Yermilov Centre pomieszczenia galerii są pod ziemią i pełnią również funkcję schronu. Działa tam bardzo ambitny program wystawienniczy. Z kolei charkowskie Muzeum Literatury pod dyrekcją Tetiany Pyłypczuk łączy sztukę współczesną z literaturą. Kiedy z powodu zniszczeń wskutek ostrzałów budynek musiał być remontowany, nie zaprzestało działalności nawet na chwilę.

Czy dzisiaj każda praca ukraińskiego artysty odnosi się do wojny? Jest jeszcze miejsce na sztukę niezaangażowaną?

Łada Nakoneczna: Prace prezentowane na naszej wystawie w CSW odnoszą się do polityki i aktów przemocy, nie stanowią jednak ich ilustracji. Natomiast rzeczywiście coraz więcej twórców bada swoje doświadczenia, w tym cielesne, w obliczu nieustannego zagrożenia. Na początku wojny sztuka była bardziej bezpośrednia, wręcz krzyczała o tym, co się dzieje w Ukrainie. Dziś częściej powstają prace pozornie oddalone od ostrego konfliktu, choć nadal istotne dla ludzi żyjących w poczuciu, że jutro może nie nadejść.

Wielu artystów zaczęło archiwizować to, co tworzyli wcześniej. Oczywiście nie ma szans na ocalenie wszystkich dzieł sztuki pozostających na pierwszej linii frontu, jak mówiła Żanna Kadyrowa podczas wizyty w CSW. Jej udało się wywieźć rzeźbę „Jeleń Origami z Pokrowska”, która będzie reprezentowała Ukrainę na tegorocznym Biennale Sztuki w Wenecji i która była wcześniej prezentowana w CSW.

Anna Łazar: Artyści zaczęli się bardziej troszczyć o dokumentowanie życia – nie tylko własnego, lecz także wszystkiego wokół: przyrody i codzienności. Na przykład Denys Pankratow prowadzi zielnik. Zbiera w nim kwiaty i rośliny z miejsc, w których przebywał jako żołnierz. Ksenija Hnyłycka z kolei maluje architekturę, która w każdej chwili może zniknąć. Wcześniej malowała budynki zagrożone wyburzeniem. Czy to jeszcze dotyczy wojny, czy już nie?

Jakie są zadania polskich instytucji kultury wobec ukraińskich artystów?

Anna Łazar: Powinniśmy zbudować przestrzeń, która pozwoli zrozumieć, w jakim miejscu znajdują się dzisiaj zarówno Ukraina, jak i Polska. Ukraina, nasza sąsiadka, walczy nie tylko o własne granice, ale także o nasze bezpieczeństwo. Dlatego głównym zadaniem polskich instytucji kultury jest wejście w relację z tą sytuacją na polu kultury. Wystawy i rezydencje są ważne, ale to dodatek. Powinniśmy przede wszystkim rozwijać krytyczne myślenie. Jednocześnie, co widać na naszej wystawie, naszym zadaniem jest pokazywanie szerszego, globalnego kontekstu za pomocą języka sztuki. To sposób na odświeżenie rozumienia tego, gdzie się znajdujemy jako społeczeństwo.

Musimy być odpowiedzialni i szukać tej odpowiedzialności w tworzeniu odważnej, przekraczającej granice przestrzeni dla ekspresji artystycznej. Polska powinna postrzegać ukraińskich artystów jako ważny punkt odniesienia, ponieważ pokazują, co jest możliwe w sztuce w sytuacji, gdy ludziom na co dzień grozi śmierć.

Najważniejsze jest realizowanie misji publicznej ze świadomością, że sztuka nie jest neutralna – powinna być zarazem odważna, wolna i wzmagać odpowiedzialność obywatelską.

Łada Nakoneczna: Wiele instytucji po rozpoczęciu wojny otworzyło swoje drzwi dla ukraińskich artystów. Jednak to nie wystarcza. Jeden czy drugi artysta może zyskać dzięki temu widoczność, ale nie zmienia to sytuacji. Za granicą powstało wiele wystaw, które przedstawiały tragedię Ukrainy, ale często były odbierane jako coś zewnętrznego: to ich problem, my możemy obejrzeć, wesprzeć, ale na tym koniec. Tymczasem potrzebujemy czegoś więcej – wspólnego języka i płaszczyzny, na której można budować przyszłość.

Widać zmianę w nastawieniu światowych i polskich instytucji do ukraińskich artystów?

Anna Łazar: Na początku wielu ludzi nie wierzyło, że wydarzenia jak te w Buczy mają miejsce. Ukraińscy artyści chcieli wtedy mówić: „Zobaczcie, co się dzieje w Ukrainie!”. Dziś wszyscy mają świadomość okrucieństw tej wojny, ale wiedza nie zmieniła sytuacji. Nie chodzi bowiem o pokazywanie Ukraińców w „wojennym getcie”. Raczej o pokazanie, że jesteśmy w tej sytuacji razem, że jesteśmy częścią jednej całości, wspólnej układanki.

Czy tak się dzieje w polskich i międzynarodowych instytucjach? Niekoniecznie. Choć można dostrzec pewne zmiany. Osoby z Ukrainy współtworzą programy np. w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej czy w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki. Galeria Arsenał w Białymstoku świadomie organizuje monograficzne wystawy sztuki ukraińskiej. W Lublinie odbyła się wystawa Pawła Kowacza, członka kolektywu Open Group, który teraz służy w wojsku. Nasz świat kultury jest coraz bardziej otwarty, także dlatego, że Ukraińcy mieszkali i mieszkają w Polsce oraz współpracują od dawna z polskimi instytucjami na różnych polach.

Łada Nakoneczna: Na świecie sytuacja wygląda inaczej niż w Polsce. Mieszkam teraz w Niemczech, gdzie również jest duża reprezentacja Ukraińców. W berlińskiej daadgallery, której program współkuratoruję z Bettiną Klein, na początku pełnoskalowej wojny było duże zainteresowanie oglądaniem „tych innych”, ale teraz coraz trudniej jest przyciągać publiczność na wystawy ukraińskiej sztuki, ponieważ ludzie są zmęczeni oglądaniem tych samych obrazów w wiadomościach i internecie.

Wierzę jednak, że można tak zmienić tkankę kulturową, aby ukraińscy i polscy artyści znaleźli wspólną płaszczyznę do mówienia o sytuacji na wschodzie Europy. Tak jak na tej wystawie – powinniśmy tworzyć przestrzeń dla sztuki międzynarodowej i debatować o tym, z czym się mierzymy. Kultura jest bardzo ważnym elementem życia, pozwala Ukraińcom dalej walczyć i wierzyć, że uda się obronić ich ziemie.

Anna Łazar: Jeśli uświadomimy sobie, że cała architektura globalnego świata się zmienia, a Ukraina jest ważną częścią tej struktury, to wtedy łatwiej się zaangażować.

Jak to osiągnąć?

Anna Łazar: Przede wszystkim współpraca z ukraińskimi artystami nie powinna być aktem litości ani formą pomocy. To powinno być świadome działanie, polegające na refleksji nad całą sytuacją i własną tożsamością. Bo jeśli jej nie będzie, pozostaniemy obojętni.

W Polsce mamy doświadczenie Holokaustu, wiemy, że figura świadka nie jest neutralna. Poza tym, jeśli teraz nic nie zrobimy w sprawie rosyjskiej agresji, to to samo może spotkać nas. Musimy być świadomymi obywatelami współczesnej kultury. Nie możemy jej traktować wyłącznie jako rozrywki.

Rozmawiała Zuzanna Piwek/PAP

Anna Łazar jest autorką tekstów, kuratorką i tłumaczką. Pracowała także w dyplomacji publicznej i kulturalnej w MSZ jako wicedyrektor i p.o. dyrektor w Instytutach Polskich w Kijowie i Sankt Petersburgu. Jest również członkiem zespołu Archiwum Kobiet IBL PAN oraz polskiej sekcji AICA. Od 1 kwietnia 2025 roku pełni funkcję dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski w Warszawie.

Łada Nakoneczna jest artystką wizualną i kuratorką. W swojej twórczości bada m.in. relacje między obrazem, pamięcią a polityką. Jest współzałożycielką kolektywu R.E.P. (Revolutionary Experimental Space). Jej prace znajdują się m.in. w prezentowanej obecnie kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi. Zajmuje się także działalnością edukacyjną, koncentrując się na roli sztuki w kontekście przemian społecznych i politycznych, szczególnie w Europie Wschodniej.

Wystawę „Ten kot został narysowany w czasie wojny” można oglądać do 13 września w Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski w Warszawie.

Czytanie na ruinach. Dlaczego rosyjscy okupanci niszczą ukraińskie książki?

.Regiony przyfrontowe poniosły największe straty — pod względem zasobów ludzkich, gospodarczych i kulturowych — pisze Olha KARI

«Rosjanie urządzili w bibliotece swoją kwaterę główną, wyrzucili na podłogę wszystkie autorskie tkane ręczniki, używali ich jako szmat, rzucali pod nogi, zakrywali dziury w oknach i uszkodzili wiele eksponatów». Tak wspomina swoją pierwszą wizytę po wyzwoleniu obwodu kijowskiego do lokalnej biblioteki we wsi Obuchowyczi iwankiwśkoji hromady Liusiena Szum, dyrektor wykonawczy z fundacji charytatywnej «Biblioteczny kraj». Biblioteka w Obuchowyczach dzieliła jeden pokój z miejscowym muzeum tkactwa.

Liusiena przyznaje, że najbardziej zszokowały ją rozstrzelane książki. «Znałam te konkretne książki, bo to my przekazywaliśmy je do biblioteki. Książki o ukraińskiej historii, geografii – wszystkie zostały przestrzelone. W ten sposób okupanci pokazują swoją wyższość, niszczą naszą kulturę i historię. To jest niszczenie osiągnięć cywilizacyjnych. Rosjanie zachowują się jak barbarzyńcy, miażdżą wszystko na swojej drodze, wszystko, co stworzyli nasi intelektualiści. I w zasadzie zachowują się tak, jak zachowywali się w trakcie całej swojej historii».


Ponad 200 zniszczonych bibliotek, 400 uszkodzonych i prawie 200 milionów książek utraconych na zawsze z zasobów bibliotecznych kraju – to liczby podane przez ukraińskie Ministerstwo Kultury i Polityki Informacyjnej. Ostrzegają jednak, że szacunki są przybliżone, a rzeczywista liczba strat bibliotek i książek może być znacznie wyższa. I nie ma sensu mówić, że niszczenie i grabież ukraińskich zabytków, miejsc kultury i muzeów to, że tak powiem, uboczne szkody wojny, że po prostu «przelatywało obok» lub «przypadkowo zostały trafione».

Tak jak Rosjanie celowo atakują obszary mieszkalne, szpitale, szkoły i przedszkola za pomocą ciężkiej broni i pocisków rakietowych, tak celowo niszczą ukraińską kulturę i wszystko, co z nią związane, od ręczników w wiejskiej bibliotece po książki. Jednocześnie, niszcząc ukraińskie dziedzictwo artystyczne i kulturowe, Rosjanie własnymi rękami dekonstruują odziedziczony radziecki mit rzekomo kulturalnego narodu, który czyta najwięcej na świecie. Bezwzględna eksploatacja tego mitu miała na celu stworzenie iluzji pewnego rodzaju wysoko wykształconego «dobrego Rosjanina», który rano ogląda balet «Dziadek do orzechów», po południu słucha koncertów Rachmaninowa, a wieczorem doczytuje coś z «tołstojewskich» pod «dźwięk chrupiącej francuskiej bułki»* (*ironiczne wyrażenie o tęsknocie za przedrewolucyjną Rosją).

Ten mit zaczął się rozpadać i zapadać w zasadzie już podczas pierwszych kampanii czeczeńskich. Duszący pył zniszczenia dotarł na ziemie ukraińskie w 2014 roku, a ostatecznie rozpadł się na kawałki i zmieszał się z pokruszonymi cegłami 11 marca 2022 roku, kiedy rosyjskie lotnictwo uderzyło w stary dom Wasyla Tarnawśkoho w Czernihowie. Słynny ukraiński filantrop w 1902 r. otworzył muzeum starożytności w swoim wspaniałym budynku, w którym obecnie mieści się biblioteka dla młodzieży. Z luksusowego pałacyku z wysokimi lancetowymi oknami, który przypominał bajkowy zamek i przetrwał dwie wojny światowe, po przedstawicielach «najbardziej oczytanego narodu świata» pozostały tylko ruiny. Serce boli na widok zdjęć czernihowskich ratowników, którzy ostrożnie, niczym małych dzieci, wyciągali spod gruzów skąpe książkowe skarby, które udało im się ocalić po nalocie.

Liusiena Szum na zaproszenie brytyjskiego stowarzyszenia bibliotek Libraries Connected wygłosiła w Londynie i na Uniwersytecie Oksfordzkim prezentację o tym, jak okupanci zdewastowali ukraińskie biblioteki. Wspomina, że najbardziej zszokowało publiczność to, jak zaciekle Rosjanie niszczą ukraińskie książki.

«Opowiadałam o tym, jak rosyjskie wojsko strzelało do książek, wyrzucało je na ulice. Mówiłam o książkach, które zostały zalane, zniszczone, spalone – to ich zszokowało. Dla nich nie jest jasne, po co niszczyć książki, ponieważ w rzeczywistości świat nie do końca rozumie, dlaczego toczy się ta wojna, że chodzi również o konfrontację kulturową. Kiedy mówisz, że niszczą nasze książki, ponieważ Rosjanie chcą zniszczyć nas jako naród, dla wielu ludzi brzmi to jak objawienie! – tłumaczy Liusiena Shum. – To wojna o naszą tożsamość, o zachowanie naszego narodu, kultury i historii. A biblioteki, w szczególności, są ośrodkami tej kultury. I niezależnie od tego, jak trudna była sytuacja naszych bibliotek, przez 30 lat zbiory były odnawiane, pojawiały się tam nowe książki. Wśród nich były tomy o Rewolucji godności, historii wojny rosyjsko-ukraińskiej, ukraińskiej historii, a nasza fundacja aktywnie przekazywała takie książki do bibliotek i oczywiście, kiedy okupanci weszli na nasze terytorium, pierwszą rzeczą, jaką zrobili, było zniszczenie właśnie takich książek».

Kateryna Łytwyn, ukraińska badaczka, która przeżyła 40 dni okupacji w wiosce pod Czernihowem, po wyzwoleniu ukraińskiej północy podjęła badania. Wraz z innymi specjalistami zaczęła podróżować do deokupowanych wiosek i miasteczek obwodu czernihowskiego i zbierać świadectwa i historie ludzi, którzy ocaleli z okupacji.

«Okupanci często zatrzymywali się w bibliotekach i urządzali tam swoje posterunki. W Żukotkach miejscowa bibliotekarka powiedziała mi, że zostawili na jej biurku starą, rozłożoną mapę Czernihowa i trzy puste kieliszki. Najwyraźniej mieli jakieś posiedzenie i próbowali poznać Czernihów według tych XIX-wiecznych map. Wiele książek z biblioteki zostało wykorzystanych na rozpałkę. W Kociubynśkomu powyciągali stare radzieckie publikacje na temat chirurgii i zostawili jedną z książek otwartą na stronie z ranami nóg. Pozostawili po sobie stosy związanych książek, które najwyraźniej planowali zabrać, jednak nie zdążyli, bo szybko zostali wypędzeni. Ale ze wszystkich bibliotek ukradli nożyce. We wiosce Lhiw także byli w bibliotece. Akurat przed inwazją na pełną skalę 24 lutego, w bibliotece prezentowano wystawę tematyczną do rocznicy Majdanu. Więc bibliotekarka szybko przybiegła, zebrała do torby wszystko, co było na wystawie i schowała w domu, aby okupanci nie zobaczyli ani jednego zdjęcia żołnierzy ATO».

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/olha-kari-czytanie-na-ruinach-dlaczego-rosyjscy-okupanci-niszcza-ukrainskie-ksiazki/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 9 kwietnia 2026