
Chemia syntezowa a sprawa polska. Jak pęka łańcuch państwa
Od amoniaku zaczyna się chleb i amunicja. Polska przez dekady budowała własny łańcuch produkcji chemicznej. Dziś ten łańcuch pęka – i wraz z nim pęka coś więcej niż przemysł – pisze Maciej ŚWIRSKI
I.
Od tego dnia kończy się polska chemia syntezy amoniaku. Istniała niemal sto lat, od chwili kiedy prezydent Ignacy Mościcki otwierał Państwową Fabrykę Związków Azotowych w Mościcach pod Tarnowem 18 stycznia 1930 roku. Zaczęła się od polskiej metody wytwarzania kwasu azotowego w łuku elektrycznym, z powietrza, prądu i wody, czyli z trzech substancji, których żaden obcy dostawca odebrać Polsce nie mógł. Przetrwała Drugą Rzeczpospolitą, niemiecką okupację, Polską Rzeczpospolitą Ludową, transformację, IIIRP.
Lutego 2025 roku już nie przetrwała.
26 lutego 2025 roku w Porcie Zewnętrznym w Policach, przy nabrzeżu o znamiennej nazwie Mijanka, dobił statek z Afryki Północnej. Rozładowano z niego to, co przez 95 lat Polska wytwarzała własnymi siłami. Do Polic tego dnia nie pojechała żadna polska stacja telewizyjna. W prasie ukazała się depesza biura prasowego Grupy Azoty oraz wzmianka w serwisach branżowych. Na portalu police24.pl o godzinie 17:13 pojawił się jeden komentarz czytelnika. Spółka oznajmiła, że rozpoczyna nowy obszar działalności.
Mijanka znaczy miejsce, w którym ludzie, pociągi i statki rozchodzą się w przeciwnych kierunkach. Nazwa brzmi dziś jak mimowolny żart dziejów, ponieważ właśnie przy tym nabrzeżu rozszedł się polski amoniak własny z amoniakiem sprowadzonym, polska samowystarczalność z polską zależnością, jedna epoka polskiej chemii z następną. Rozeszły się cicho, w trybie komunikatu zarządu spółki giełdowej, podanego jako optymalizacja kosztowa w ramach programu AZOTY BUSINESS, którym to językiem nazywa się dziś demontaż filarów państwa, kiedy chce się go ukryć przed czytelnikiem.
Polski czytelnik przywykł myśleć, że takie wydarzenia poprzedzają dekady ostrzeżeń, komisje sejmowe, protesty załóg, zamieszki na ulicach. Tymczasem pierwszy statek z algierskim amoniakiem wszedł do Mijanki w lutym 2025 bez żadnego z tych poprzedzających wydarzeń; w polskim aparacie pojęciowym miejsca dla wydarzeń tego rodzaju po prostu nie ma. Wydarzeniem w polskim dyskursie bywa afera, zmiana prezesa, awantura sejmowa, post na Iksie. Rozpad produkcji podstawowej substancji chemicznej, z której państwo wytwarza swój chleb i swoją amunicję, mieści się poniżej progu uwagi opinii publicznej.
.Strategia Grupy Azoty do 2030 roku zapowiada coś jeszcze bardziej znamiennego. W nowym segmencie, nazwanym chemia dla obronności, spółka zamierza rozwinąć produkcję nitrogliceryny, nitrocelulozy oraz nitroguanidyny, czyli surowców do materiałów wybuchowych dla Wojska Polskiego, w czasie kiedy Europa Środkowa od czterech lat przeżywa pierwszą wojnę od 1945 roku. Planowana marża EBITDA w tym segmencie wynosi 45%. Skrót EBITDA, z angielskiego earnings before interest, taxes, depreciation and amortization, oznacza zysk operacyjny przed odsetkami, podatkami i amortyzacją, czyli to, ile spółka zarabia na sprzedaży swojego produktu, zanim rozpocznie się księgowa i podatkowa inżynieria. Marża 45% oznacza, że na każde 100 złotych sprzedanej chemii wybuchowej spółka zostawia sobie 45 złotych czystego zarobku, podczas gdy w przemyśle nawozowym normalne marże wynoszą 5–10%, a w produkcji amunicji pięciokrotny mnożnik jest regułą. Planowane przychody segmentu wynoszą 600–800 milionów złotych rocznie. Zapowiedź brzmi jak deklaracja odpowiedzialności strategicznej, dopóki przy drugim czytaniu nie okazuje się, że polska nitrogliceryna ma być wytwarzana z algierskiego amoniaku sprowadzonego do Mijanki, że łańcuch wartości, który miał być niezależny, został przecięty u samego źródła, że polska amunicja zacznie się tam, skąd zaczyna się polski chleb, czyli w afrykańskim porcie załadunkowym, w rękach dostawcy, którego polskie państwo nie kontroluje.
Statek wyładowany w lutym roku 2025 nie miał nazwy znanej opinii publicznej, fotografii na pierwszej stronie, nie było komentarza ministra. Wszystko stało się na nabrzeżu Mijanki w trybie przemysłowej rutyny. Jeżeli kiedyś historia XXI wieku zostanie w Polsce napisana rzetelnie, rozładunek tego statku okaże się cezurą nie mniej ważną niż inne cezury, które weszły do podręczników z datami i zdjęciami. Polskie państwo straciło wówczas zdolność wytwarzania własnego chleba i własnego prochu bez pozwolenia z Algieru.
II.
Czeski uczony Vaclav Smil, kanadyjski emeryt, od pół wieku liczący w Europie to, czego Europa liczyć nie chce, postawił w książce Jak naprawdę działa świat tezę, od której filozofia polityczna XXI wieku uciec już nie zdoła. Cywilizacja przemysłowa, w jakiej dziś żyjemy, opiera się na czterech filarach materialnych, którymi są stal, cement, amoniak oraz tworzywa sztuczne. Bez tych czterech substancji, produkowanych w skali setek milionów ton rocznie, współczesność jest niemożliwa. Trzy z nich są produktami wielkiej syntezy chemicznej; ostatnia należy do metalurgii, choć i stal wychodzi dziś z procesu koksowniczo-chemicznego. Smil mówi, że filary te są fizycznym warunkiem istnienia 8 miliardów ludzi na planecie. Alternatywą jest cofnięcie się o dwa wieki i redukcja populacji do ułamka obecnej.
Dwa z czterech filarów Smila mają w Polsce swoje ośrodki produkcyjne, oba w tej chwili demontowane. Pierwszym jest amoniak, drugim polietylen. Amoniak leży na osi syntezy nieorganicznej, polietylen na osi syntezy organicznej, choć w przemyśle chemicznym obie osie wychodzą z jednego krajobrazu, czyli z kompleksów wielkiej skali, łączących krakowanie rafineryjne z instalacjami katalitycznymi, z portami, rurociągami, halami polimeryzacyjnymi, koleją zbiorczą, zbiornikami wodnymi, elektrowniami przyzakładowymi. Krajobraz ten nazywa się w języku branżowym sektorem wielkiej syntezy chemicznej. Jest to kategoria techniczna, nie metafora. Polska w 2026 roku ma jeszcze cztery wytwórnie na osi amoniakalnej oraz jeden ośrodek petrochemiczny na osi polietylenowej, żadnej z tych pięciu instalacji nie zamierzając rozwijać. Przeciwnie: zamierza je redukować, zamykać albo zastępować importem.
Proces Habera-Boscha, uruchomiony przemysłowo w BASF w 1913 roku, był wydarzeniem, którego polska edukacja historyczna nigdy nie doceniła. Fritz Haber odebrał Nobla w 1918 roku, już po wojnie, w której amoniak produkowany jego metodą pozwolił Niemcom wytwarzać materiały wybuchowe, kiedy Brytyjczycy odcięli ich od chilijskich kopalń saletry. Gdyby nie Haber, wojna światowa skończyłaby się w 1915 roku, ponieważ Niemcom wyczerpałaby się amunicja; to, że skończyła się w 1918, z milionami polskich ofiar, jest w pewnej mierze konsekwencją faktu, iż jeden chemik w Karlsruhe nauczył świat wiązać azot atmosferyczny. Ten sam proces żywi dziś około połowy ludzkości. Holenderski badacz Jan Willem Erisman wyliczył w 2008 roku na łamach „Nature Geoscience”, że bez azotu syntetycznego ziemia może wyżywić co najwyżej 4 miliardy ludzi. Jest nas 8 miliardów. Połowa naszych ciał zbudowana jest z białka, którego atomy azotu pochodzą z procesu Habera-Boscha, a nie z naturalnego obiegu biosfery; co drugi atom azotu w mięśniach polskiego czytelnika tego zdania został związany z powietrza w reaktorze pod ciśnieniem 300 atmosfer w temperaturze 500 stopni. Proces pochłania 1–2% światowej energii pierwotnej, co czyni amoniak w nowoczesnej gospodarce substancją równie podstawową co woda, z tą jedynie różnicą, że wody nie trzeba produkować, a amoniak trzeba.
Azot syntetyczny ma dwa oblicza, oba polskie, oba równocześnie czynne. Pierwszym z nich jest chleb: saletra amonowa, mocznik, nawozy wieloskładnikowe, bez których plonów z polskiego pola wystarczyłoby na wyżywienie 17, 18 milionów Polaków, a nie 38. Drugim obliczem jest proch: kwas azotowy wytwarzany z amoniaku stanowi podstawę nitrogliceryny, trotylu, pentrytu, heksogenu, nitrocelulozy, nitroguanidyny. Z polskiej fabryki azotowej idzie transport do zakładów nawozowych oraz transport do zakładów amunicyjnych w Bydgoszczy i Pionkach; ta sama cząsteczka znajduje odmienne zastosowanie. Żywność i uzbrojenie są pochodnymi jednego procesu technologicznego, który wymaga gazu (ewentualnie zgazowanego węgla), energii, zbiorników, katalizatorów, inżynierów oraz państwowej woli utrzymania zdolności do działania. Tego ostatniego elementu Polsce w drugiej połowie obecnej dekady zabrakło, choć wszystkie pozostałe nadal posiada.
Grupa Azoty jest dziś największym producentem amoniaku w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej. Wytwarza go w czterech zakładach: w Tarnowie, Puławach, Kędzierzynie i Policach. Łączna krajowa zdolność produkcyjna sięga 2,5 miliona ton rocznie, krajowa konsumpcja przekracza tę zdolność o kilkaset tysięcy ton, a różnicę uzupełniał zawsze import, który miał pozostać uzupełnieniem. Od lutego 2025 roku staje się on podstawą. Instalacje spółki nadal produkują, pracują jednak na mocach ograniczonych, a zarząd formalnie zapowiada zastępowanie własnego amoniaku importowanym. Strategia spółki w tym punkcie nie pozostawia złudzeń: Polska przestaje być państwem, które amoniak wytwarza, i staje się państwem, które go dystrybuuje, sprowadzając z Algierii, Trynidadu, Egiptu, Arabii Saudyjskiej, z Afryki Zachodniej. Grupa Azoty zapowiada rozbudowę zaplecza portowego, magazynowego oraz kolejowego pod import. Rozbudowy własnych instalacji amoniakalnych w swojej strategii do 2030 roku już nie przewiduje. Zamykanie polskich fabryk azotowych nie przyjmuje formy jednej decyzji o likwidacji. Dokonuje się decyzją strategiczną, która z roku na rok przesuwa produkcję z instalacji krajowej do portu załadunkowego w Oranie albo w Damietcie. Produkcja nawozów w polskich zakładach pozostaje, amoniak do tej produkcji będzie sprowadzany z zagranicy. Tak samo zresztą produkcja nitrogliceryny dla Wojska Polskiego. Łańcuch wartości, który jeszcze na początku dekady spółka trzymała w całości, od gazu ziemnego po saletrę i trotyl, pęka dokładnie w tym ogniwie, w którym pęknąć nie powinien nigdy, a więc u podstawy.
Druga oś. Polski dyskurs publiczny sprowadza polietylen do folii na kanapki, toreb plastikowych oraz opakowań na makaron. Polski dziennikarz publikujący artykuł o zerwaniu z tworzywami sztucznymi, a takich artykułów ukazuje się tygodniowo po kilkanaście, najczęściej nie wie, że polietylen nie jest plastikiem tego rodzaju. Polietylen jest najbardziej produkowanym polimerem świata, wytwarzanym w skali 120 milionów ton rocznie, a rozmiar tej produkcji wynika z sześciu sektorów infrastruktury, w których polietylen pozostaje niezastępowalny.
Sektor pierwszy obejmuje wodę i gaz. Cała współczesna sieć wodociągowa, kanalizacyjna oraz dystrybucji gazu domowego, budowana od lat 80. XX wieku, opiera się na polietylenie wysokiej gęstości. Rury stalowe korodują, żeliwne pękają, PCW kruszeje; polietylen wysokiej gęstości (HDPE) wytrzymuje w ziemi 100 lat, znosi drgania sejsmiczne, nie koroduje, opiera się ciśnieniu do 16 atmosfer. Każdy kilometr nowego wodociągu w polskim mieście, każdy kilometr gazyfikacji polskiej wsi, każda wymiana starych rur azbestowych w polskich spółdzielniach mieszkaniowych jest instalacją polietylenową. Polska nie ma miast bez polietylenu, podobnie jak nie ma miast bez wody.
Sektor drugi to energetyka. Kable wysokiego oraz najwyższego napięcia, 110, 220, 400 kV, izolowane są polietylenem sieciowanym, który pozostaje obecnie jedyną działającą technologią w tym zakresie; inne odeszły razem z XX wiekiem. Polska w najbliższych 15 latach ma zbudować sieć przyłączy dla bałtyckich farm wiatrowych, sieć dla pierwszej elektrowni jądrowej na Pomorzu, sieć przesyłową dla modernizowanej energetyki krajowej, czyli tysiące kilometrów kabli w polietylenowej izolacji. Kraj, który polietylenu nie wytwarza, w tej transformacji pozostaje zależny od Niemiec, Korei Południowej oraz Chin.
Sektor trzeci to medycyna. Worki na krew oraz worki infuzyjne, strzykawki jednorazowe, cewniki, dreny, rurki dializacyjne, opakowania farmaceutyczne, implanty ortopedyczne. Polietylen o ultrawysokiej masie cząsteczkowej, znany pod skrótem UHMWPE (ultra-high-molecular-weight polyethylene, czyli polietylen o ultrawysokiej masie cząsteczkowej), jest materiałem endoprotez biodra i kolana; panewka nowoczesnej protezy stawu z tytanowym trzpieniem opiera się właśnie na polietylenowej powierzchni ślizgowej, która znosi dziesiątki milionów cykli obciążenia bez zmęczenia materiału. Pandemia w 2020 roku pokazała, co znaczy zależność od importu materiałów medycznych.
Sektor czwarty to rolnictwo. Folie agrotechniczne, rękawy silosowe do kiszonki kukurydzianej, która stanowi polską specjalność hodowli bydła mlecznego, tunele foliowe, systemy nawadniania kropelkowego, zbiorniki na gnojowicę. Bez polietylenu polskie rolnictwo cofa się do lat 60 XX wieku w sposób całkiem dosłowny: nie ma jak zebrać plonu, przechować go ani nawodnić.
Sektor piąty jest najistotniejszy, ponieważ polski dyskurs w ogóle go nie dostrzega. Jest to obronność. UHMWPE w postaci włókien (Dyneema produkowana w Holandii przez DSM oraz Spectra produkowana w Stanach przez Honeywell) wykazuje przy tej samej masie 15-krotnie większą wytrzymałość niż stal. Kamizelki kuloodporne każdego żołnierza NATO, hełmy, panele antyodłamkowe w wozach opancerzonych, wkładki przeciwminowe w osłonach pojazdów bojowych i śmigłowców, osłony balistyczne okrętów podwodnych są w gruncie rzeczy polietylenem ultrawysokomolekularnym. Amerykański Interceptor body armor, używany od Iraku po Afganistan, od Syrii po Ukrainę, w 60% składa się z UHMWPE.
Polski żołnierz roku 2026, stojący na ścianie wschodniej, ma na sobie materiał, którego Polska nie produkuje, czyli włókna UHMWPE w wersji balistycznej. Chroni go cząsteczka o długim łańcuchu węglowo-wodorowym wyprodukowana w Zhanjiang, w Ulsanie albo w Rotterdamie, w żadnym razie zaś w Płocku.
Trzeba się tu zatrzymać, ponieważ postęp techniczny nie stanął w miejscu, w którym polska klasa polityczna nauczyła się słowa „polietylen” jako synonimu worka foliowego. Wojna na Ukrainie, prowadzona od lutego 2022 roku, weszła w latach 2025 i 2026 w fazę, którą historycy wojen określą kiedyś mianem pierwszej wojny dronowej pełnej skali. W marcu 2026 pułki ukraińskie strącają w obwodzie kijowskim do 70% rosyjskich dronów kamikaze typu Shahed, korzystając z interceptorów takich jak Sting firmy Wild Hornets oraz JEDI Ministerstwa Obrony. Równie ważne jak interceptory są jednak siatki. Setki kilometrów ukraińskich dróg pokryto siatkami z polietylenu, które zatrzymują ataki dronów FPV (sterowanych na żywo z perspektywy pierwszej osoby), zrzucanych z chińskich quadrokopterów. Siatki te pochodzą z holenderskich szklarni tulipanowych, z francuskich kutrów rybackich na Atlantyku, z norweskich farm łososiowych, ze szwedzkiej floty bałtyckiej, z brytyjskich portów rybackich; tysiące ton polietylenu dziewiarskiego osnowowego wysyłanych z Europy Zachodniej na front, żeby chronić to, czego nie chronią Patrioty. Skuteczność tych prymitywnych rozwiązań, mierzona setkami kilometrów pokrytego obszaru, sięga 80–95% zatrzymanych dronów, czego dowodzą osłony nad drogami życia koło Chersonia, siatki nad ulicami Charkowa, siatki nad szpitalami w Sumach i Dniepropetrowsku. W polskim dyskursie, w którym polietylen jest folią na kanapkę, takich rzeczy się nie zauważa.
Jest to dopiero początek. Prace w laboratoriach wojskowych NATO, u koreańskich producentów kompozytów, u izraelskich inżynierów w Rafael Defense i Elbit, u tureckich konstruktorów w Roketsan prowadzą do polietylenu modyfikowanego, czyli UHMWPE inkrustowanego punktami ceramicznymi i metalowymi, do folii balistycznych o wysokiej wytrzymałości, do kurtyn antydronowych rozkładalnych przez piechura w minutę. W ciągu 2–3 lat, czyli w okresie jednego cyklu adaptacyjnego na froncie, w NATO pojawią się systemy przeciwdronowe oparte na polietylenowych materiałach inżynieryjnych, których dziś jeszcze nie ma w katalogach, choć są już w prototypach. Polietylen, dotąd materiał pasywny, staje się tworzywem strukturalnym nowej generacji obrony.
Tymczasem Polska w grudniu 2024 roku zatrzymała budowę swojego największego planowanego kompleksu petrochemicznego Olefiny III w Płocku i zastępuje go znacznie skromniejszym programem „Nowa Chemia”. Zamiast potężnej rozbudowy mocy produkcyjnych etylenu i polietylenu otrzymujemy “zoptymalizowaną”, mniejszą inwestycję, która ruszy najwcześniej około 2030 roku i przejmie jedynie funkcje starej instalacji Olefiny II. Decyzję, przedstawianą jako biznesową optymalizację kosztów, czyta się dokładniej jako rezygnację z suwerennego rozwoju jednego z kluczowych materiałów epoki dronów oraz nowoczesnej obrony.
Sektor szósty jest najbardziej prozaiczny, choć bez niego współczesna Polska nie ma chleba dowiezionego do sklepu. Logistyka żywności to warstwa polietylenowa wewnątrz kartonów mlecznych, opakowania próżniowe mięsa, folie rozciągliwe na paletach, worki silosowe, pojemniki, zamknięcia. W dniu, w którym Polska traci dostęp do polietylenu, półki w sklepach zaczynają świecić pustkami.
Polska nadal produkuje polietylen w Płocku, robi to jednak starzejącą się instalacją opartą na etylenie z nafty. A etylen można przecież wytwarzać również z metanolu, metanol zaś bez większego trudu z węgla zgazowanego. Nie jest to projekcja gabinetowa ani science fiction, lecz technologia uprawiana od lat na ogromną skalę przez Chiny. Łańcuch wartości, w którym amoniak pozwala plonowi urosnąć, a polietylen pozwala ten plon dowieźć i zjeść, zamyka się dopiero wówczas, kiedy oba ogniwa są wytwarzane lokalnie i w sposób suwerenny, czy to z ropy, czy z własnego węgla. Bez rozbudowy mocy produkcyjnych Polska świadomie z tej suwerenności rezygnuje.
Dwie osie chemii syntezowej, jedna sprawa. Polski chleb i polski proch zaczynają się od amoniaku; polskie wodociągi, energetyka, medycyna, pola, wojsko oraz logistyka zaczynają się od polietylenu. Cztery filary Smila mają w Polsce swoje dwa strategiczne ośrodki, z których Polska rezygnuje, tak jakby postęp techniczny nie istniał i nie istniała konkurencja gosodarcza państw.
W 2025 roku Grupa Azoty rozpoczęła masowy import amoniaku z Algierii. W 2024 Orlen zatrzymał budowę kompleksu Olefiny III i zastąpił go znacznie skromniejszym programem „Nowa Chemia”. Obie decyzje przedstawiane są jako zwykłe optymalizacje biznesowe. Żadna nie została przedstawiona opinii publicznej jako decyzja ustrojowa.
A są to decyzje ustrojowe. Państwo, które rezygnuje z dalszego rozwoju dwóch kluczowych filarów cywilizacji przemysłowej, a jednocześnie nie chce wykorzystać własnego węgla do produkcji metanolu i etylenu, skazuje się na powolną deindustrializację. Zamiast budować prawdziwą surowcową i materiałową suwerenność, świadomie wybiera model gospodarki przerzutowo-logistycznej. W modelu tym nie ma już polskiego chleba z polskiego pola przetworzonego w polskim polietylenie, polskiej amunicji z polskich zakładów, polskiej kamizelki na polskim żołnierzu. Pozostaje głównie spedycja cudzych produktów przez polskie terytorium. A spedycja państwowością nie jest.
III.
Żeby zrozumieć, co naprawdę zostaje zerwane, kiedy jeden statek z algierskim amoniakiem cumuje w porcie Mijanka, trzeba zobaczyć to, co przez niemal sto lat budowano. Łańcuch wartości, który wtedy pęka, prawie nie przenika do polskiego dyskursu publicznego.
Polska historiografia doskonale zna Piłsudskiego, Paderewskiego oraz Dmowskiego, zna nawet Eugeniusza Kwiatkowskiego. Znacznie gorzej zna ludzi, którzy postawili fabryki, bez których tamci czterej niewiele zdziałaliby. Nazwiska, oprócz jednego, znane są niemal wyłącznie specjalistom: Ignacy Mościcki, wybitny chemik i późniejszy prezydent Rzeczypospolitej, oraz Jan Prot.
To właśnie oni w latach dwudziestych skonstruowali techniczny łańcuch wartości, który potem pracował dla Polski przez niemal cały wiek. Eugeniusz Kwiatkowski jako minister sprawnie uporządkował i rozwinął to, co chemicy przygotowali dziesięć lat wcześniej.
Początek przypada na 1922 rok. Górnośląska część, która właśnie przyłączyła się do Polski po plebiscycie i powstaniach, zawierała w sobie największą polską fabrykę chemiczną, czyli Zakłady Azotowe w Królewskiej Hucie, dzisiejszym Chorzowie. Fabrykę wybudowali Niemcy w latach pierwszej wojny światowej specjalnie po to, żeby zaopatrywać armię cesarską w kwas azotowy na materiały wybuchowe po odcięciu od saletry chilijskiej. Wyposażona była w proces Habera-Boscha pod pełną niemiecką licencją. Kiedy w 1922 roku, na mocy traktatu genewskiego, fabryka przeszła pod polski zarząd, Niemcy zdjęli z niej wszystko, co dało się zdjąć: katalizatory, dokumentację techniczną, kadry inżynieryjne wyjeżdżające za zachodnią granicę. Zostały mury i rury, bez mózgu. Rządy przedmajowe stanęły przed problemem, którego rozwiązać nie umiały. Nie wiedziały, jak uruchomić instalację katalitycznej syntezy amoniaku bez niemieckiej licencji. Nie miały chemika, który by to potrafił.
Miały go, choć o tym nie wiedziały. Ignacy Mościcki, profesor Politechniki Lwowskiej, od 1912 roku kierownik Katedry Chemii Fizycznej i Elektrochemii Technicznej tej uczelni, autor oryginalnej polskiej metody wytwarzania kwasu azotowego z powietrza w łuku elektrycznym, posiadacz 45 patentów, współzałożyciel spółki chemicznej Metan we Lwowie, dysponował właśnie tym, czego nikt inny w Polsce nie miał, a mianowicie własną, niezależną od BASF, technologią syntezy azotowej. Rząd wezwał go w lipcu 1922 roku jako pełnomocnika do przejęcia zakładów chorzowskich. Mościcki przyjechał do Chorzowa ze swoim asystentem Janem Berlinerblauem-Protem, świeżym inżynierem chemikiem Politechniki Lwowskiej, oficerem Wojska Polskiego po Wyższej Szkole Wojennej. W trzy tygodnie uruchomili fabrykę. Nie wiadomo dokładnie, jak to zrobili; zachowane wspomnienia mówią o improwizacji, o własnej metodzie Mościckiego zastąpionej doraźnie zaadaptowanymi katalizatorami, o pracy dniem i nocą. Faktem jest, że Chorzów zaczyna produkować kwas azotowy jeszcze w 1922 roku, a Polska w tym samym roku ma swoją pierwszą działającą instalację Habera-Boscha. Państwo przedmajowe nie umie tego jeszcze docenić. Mościcki wraca do Lwowa, do założonego przez siebie Chemicznego Instytutu Badawczego utrzymywanego z jego własnych funduszy. Prot idzie do wojska, potem do fabryki materiałów wybuchowych Lignoza w Krywałdzie jako zastępca dyrektora. Łańcuch został położony, Warszawa o tym jeszcze nie wie.
Była to pierwsza decyzja rządów przedmajowych. Miały być i inne. Pionki, pod nazwą Zagożdżon, powstają jako Państwowa Wytwórnia Prochu i Materiałów Kruszących w tymże 1922 roku, a więc decyzja ministerialna, działka wydzielona z dóbr rządowych, plany budowy, pierwsze budynki. Gdynia, decyzja o budowie portu z 1922 roku. Centralny Instytut Badawczy, projekt z lat 1922–1923. Wszystko to zaczyna się przed zamachem majowym i wszystko idzie wolno, ponieważ rządy przedmajowe są rządami uchwałodawczymi, a nie wykonawczymi: decyzje inwestycyjne rozpraszają się między niestabilnymi gabinetami, skonfliktowanymi resortami, interesami prywatnymi, co w praktyce uniemożliwia ich realizację w krótkim horyzoncie. W 1926 roku projekt Pionek ma zamiast fabryki prochu pole buraków cukrowych i kilka niedokończonych magazynów. Gdynia w 1926 ma drewniane nabrzeża, jeden basen portowy w budowie, rybacką przystań służącą jednocześnie jako tymczasowy port wojenny. Nie jest to jeszcze wielki port, lecz plac budowy z ambicjami. Chorzów w 1926 produkuje amoniak w jednej trzeciej projektowanej mocy. Powód jest prosty: stara instalacja wytwarza go za mało, by w pełni zasilić rozbudowę linii produkujących azotany i nawozy.
W maju 1926 roku odbywa się zamach, który polska historiografia nazywa majowym. Ignacy Mościcki, chemik z Politechniki Lwowskiej, obejmuje urząd prezydenta w trybie konstytucyjnie wątpliwym. Mościcki został prezydentem dlatego, że Piłsudski nim być nie chciał. Piłsudski szukał kogoś, kto będzie autorytetem technicznym, państwowotwórczym, niepowiązanym z dawnymi frakcjami parlamentarnymi. Znalazł chemika, który już raz uratował polski przemysł azotowy. Od tej chwili Polska ma prezydenta, który wie, czym jest kwas azotowy, jak działa reaktor Habera, jaki katalizator gdzie kupić i ile on kosztuje; prezydenta, który pisze listy do Kwiatkowskiego o stopniach konwersji w drugiej instalacji Mościc; prezydenta, dla którego polska państwowość jest materiałem chemicznym, który trzeba umieć wytworzyć, a nie abstrakcją ustrojową.
18 stycznia 1930 roku otwarto Państwową Fabrykę Związków Azotowych w Mościcach pod Tarnowem. Fabryka zbudowana w dwa i pół roku od decyzji rządu z 12 marca 1927 roku, na polskiej ziemi, z polskich materiałów, według polskiej metody, była pierwszą w Europie fabryką azotową opartą wyłącznie na procesie rodzimym. Otwierał ją prezydent Mościcki osobiście, stojąc w kasku i fartuchu laboratoryjnym. Fabryka przyjęła potem jego nazwisko; nazywała się Mościce. 1 kwietnia 1927 roku, blisko trzy lata wcześniej, Jan Prot objął stanowisko dyrektora naczelnego Państwowej Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących w Zagożdżonie, czyli Pionkach. Trzy lata budowy po obu stronach, jeden łańcuch wartości. Mościce wytwarzają amoniak i kwas azotowy. Pionki biorą kwas azotowy i robią z niego nitrocelulozę, trotyl, pentryt. Od chwili uruchomienia pełnej produkcji w Mościcach Polska azotowa i polska prochowa stają się jedną materią przemysłową, jednym państwowym łańcuchem. Amoniak i kwas azotowy z Mościc jeżdżą koleją do Pionek, gdzie powstają prochy i materiały wybuchowe dla Wojska Polskiego.
Prot w Pionkach rozbudowuje skalę. W 1935 roku przejmuje i modernizuje wytwórnię stężonego kwasu siarkowego, oleum, w Kielcach, potrzebnego do nitrowania trotylu. W 1937 roku otwiera filię Pionek w Niedomicach koło Tarnowa, czyli Fabrykę Celulozy, żeby nie kupować celulozy nitracyjnej od Szwedów, lecz wytwarzać ją z własnego drewna świerkowego z Bieszczad. W latach 1937–1939 buduje filię w Krajowicach koło Jasła, gdzie w październiku 1939 roku miała ruszyć produkcja prochów nitroglicerynowych nowej generacji. Instytut Chemii Przemysłowej, przeniesiony ze Lwowa do Warszawy, którego pierwszym dyrektorem pozostawał Mościcki, pracuje wówczas, jak zapisał później kronikarz, „prawie wyłącznie dla przemysłu wojskowego”. Politechnika Warszawska urzymuje z funduszy Państwowej Wytwórni Prochu pełną katedrę materiałów wybuchowych. Tak wygląda sprzężenie państwa, nauki i produkcji, kiedy państwem kieruje chemik.
Centralny Okręg Przemysłowy, ogłoszony w 1937 roku, jest z perspektywy chemicznej koronacją całego łańcucha. W trójkącie bezpieczeństwa między Wisłą, Sanem i górami w zaledwie dwa lata wyrasta nowe polskie zagłębie przemysłowe. Stalowa Wola jako centrum hutnicze, Rzeszów jako ośrodek produkcji silników lotniczych, Mielec jako centrum konstrukcji samolotów oraz produkcji amunicji, Sandomierz jako ośrodek koordynacyjny, Krajowice, Niedomice i Pionki jako ośrodki chemiczno-prochowe, a Mościce jako azotowe serce okręgu. Wszystko połączone nowymi liniami kolejowymi i zasilane energią z rozbudowywanego kombinatu hydroelektrowni w Rożnowie. Jeden materialny łańcuch na ponad 500 kilometrów. Nic podobnego nie powstało w żadnym innym państwie Europy Środkowej w okresie międzywojennym.
Było to polskie osiągnięcie cywilizacyjne, wyrażone nie w retoryce, lecz w realnych instalacjach chemicznych i zbrojeniowych działających według polskiej dokumentacji technicznej.
Wrzesień 1939 roku. Pionki zbombardowane 2 września, Mościce przejęte przez Niemców w całości pod nazwą Stickstoffwerke Moscice, Chorzów wraca pod kontrolę IG Farben. Łańcuch nie zostaje rozbity, zostaje przejęty. Prot zdołał uciec przez Węgry do Francji, pracował u Joliot-Curie w Laboratorium Chemii Jądrowej, potem w Anglii w fabryce amunicji. Zmarł w Londynie w 1957 roku, jako nauczyciel fizyki i chemii w emigracyjnym Kolegium Świętego Michała. Mościcki wyjechał w nocy z 17 na 18 września 1939 roku przez Zaleszczyki, zrzekł się prezydentury w Paryżu, zmarł w Szwajcarii w 1946 roku, pochowany w Versoix pod Genewą. Dwaj chemicy, którzy zbudowali polski łańcuch azotowy, skończyli na emigracji, poza Polską, która bez ich pracy istnieć nie mogła.
Po 1945 roku łańcuch nie został zlikwidowany. Został przejęty i rozbudowany przez PRL, w innej ramie ustrojowej, na inne potrzeby, w tej samej logice technologicznej. Mościce wróciły jako Zakłady Azotowe Tarnów, Chorzów jako Zakłady Azotowe Chorzów. Doszły do nich w kolejnych dekadach Puławy, uruchomione w 1961 roku jako największy polski kombinat azotowy, pierwszy oparty na amerykańskiej licencji Kelloga w czasie odwilży gomułkowskiej, dalej Kędzierzyn (przebudowane poniemieckie Stickstoffwerke Heydebreck) oraz Police, budowane od 1964 roku, otwarte w 1969. Cztery główne zakłady azotowe, łączna produkcja amoniaku w szczycie PRL sięgająca 2,5 miliona ton rocznie. PRL, pomimo całego swego odmiennego ustroju, odziedziczyła po Drugiej Rzeczypospolitej rozumienie, że państwo, które chce się nazywać państwem, musi amoniak wytwarzać samo. Działała tu zresztą i druga siła, której nie sposób przemilczeć. Sowieci dysponowali własnym, rozległym przemysłem azotowym, od Stalinogorska oraz Dnieprodzierżyńska zbudowanych w latach trzydziestych po wielkie kombinaty Tolatti, Niewinnomyska i Salawatu z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, sami amoniaku im więc nie brakowało. Brakowało im natomiast tego, czego brakuje każdemu imperium operującemu na rubieżach, czyli krótkiego łańcucha dowozu na flankę. Materiały wybuchowe dla armii Układu Warszawskiego trzeba było wytwarzać bliżej linii konfrontacji niż w głębi Rosji, ponieważ w scenariuszu wojennym tysiąckilometrowa kolej z Wołgi i Donbasu pod uderzeniem lotnictwa NATO byłaby pierwszą rzeczą, która by się rozpadła. PRL wraz z Czechosłowacją oraz NRD pełniły zaplecze chemiczno-prochowe sojuszu, dostarczając trotyl, heksogen oraz prochy nitrocelulozowe na potrzeby armii rozmieszczonych od Łaby po Bug. Dlatego Moskwa dawała licencje, kredyty inwestycyjne oraz dostęp do technologii, czasem wprost amerykańskich, jak w przypadku Kelloga w Puławach, na które Sowieci zgodzili się wbrew własnej doktrynie autarkii technologicznej, a polski przemysł azotowy rósł w tempie, którego sam by nie utrzymał. Dwa motywy zbiegły się więc w jednym łańcuchu: pamięć państwowotwórcza poskich inżynierów po Mościckim oraz sowiecki rachunek strategiczny na zachodniej flance imperium.
Linia prochowa odnowiła się w nowym miejscu. Zachem w Bydgoszczy, zbudowany przez Niemców w 1939 roku jako DAG Fabrik Bromberg, filia koncernu Nobla, został do 1945 roku w całości wywieziony do Związku Sowieckiego przez Komisję Trofeów Wojennych. Pozostawały mury, jak w Chorzowie w 1922 roku. Pierwszymi pracownikami, którzy w Łęgnowie pod Bydgoszczą wznawiali produkcję, byli dawni pracownicy Pionek, którzy przeżyli wojnę i okupację. 4 grudnia 1948 roku ruszyła w Zachemie pierwsza polska instalacja trotylu po wojnie. W 1950 roku doszedł heksogen. W 1976 roku zakład zatrudniał 7278 pracowników, zajmował 484 hektary, miał 120 kilometrów dróg wewnętrznych oraz 70 kilometrów torów kolejowych. Produkowano tam 80 ton materiałów wybuchowych dziennie. Polski trotyl i polski heksogen szły na potrzeby Układu Warszawskiego, do Chin; eksport stanowił 25% sprzedaży. Maszyny były polskie, technologia polska, surowiec, czyli kwas azotowy, szedł z Puław i Tarnowa. Łańcuch Mościcki–Prot trzymał się w innej konfiguracji geograficznej i ustrojowej, w tej samej jednak istocie materialnej.
W 1992 roku Zachem został podzielony na dwa podmioty: Nitro-Chem, kontynuujący produkcję materiałów wybuchowych, oraz Zachem cywilny, który skurczył się i utracił dawną pozycję. Nitro-Chem wszedł do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Wytwarza dziś 10 tysięcy ton trotylu rocznie, jest największym producentem TNT w NATO, ma wieloletnie kontrakty z armią amerykańską (ATK, potem kolejni integratorzy) i włoską (RWM Italia z grupy Rheinmetall), elaboruje bomby lotnicze Mk 82 dla F-16; ostatni kontrakt z 2026 roku obejmuje dostawy trotylu dla rządu Stanów Zjednoczonych na lata 2027–2029. Firma w Bydgoszczy o powierzchni 150 hektarów, podlega specjalnym procedurom NATO. W dokumentacji korporacyjnej spółki Nitro-Chem Bydgoszcz pisze się, że jest strategicznym producentem dla rynku sojuszu północnoatlantyckiego. Każdy trotyl, który z tej fabryki wychodzi, jest nitrowany kwasem azotowym. Każdy kwas azotowy pochodzi z amoniaku. W tym właśnie miejscu odsłania się rzecz, której pominąć nie sposób: każdy amoniak do 2025 roku pochodził z Polic, Puław, Tarnowa i Kędzierzyna, czyli z łańcucha, który Mościcki zbudował 95 lat wcześniej. Od 2025 roku zaczyna pochodzić z Algierii.
Tak wygląda to, co kończy się w Mijance w lutym 2025 roku. Nie chodzi o jedną inwestycję ani o jedną firmę. Chodzi o zerwanie łańcucha wartości, który Polska trzymała w całości przez 95 lat: poprzez Drugą Rzeczpospolitą, niemiecką okupację (w trybie wywłaszczenia, jednak z zachowaniem instalacji), PRL, transformację, IIIRP, do końca drugiej dekady XXI wieku. W każdej z tych konfiguracji ustrojowych wiedziano, że amoniak robi się w Polsce, ponieważ tylko wtedy można w Polsce robić trotyl, a bez trotylu nie ma polskiej armii. Było to przekonanie pozaideologiczne, wiedza chemiczna wpisana w instytucje. Utracono ją w pokoleniu, które przejęło kierownictwo państwowych spółek w drugiej dekadzie obecnego wieku, w pokoleniu, dla którego amoniak jest linijką w tabeli kosztów, a nie materialnym warunkiem istnienia państwa. Ostatnim, który wiedział, był Ignacy Mościcki, chemik z Politechniki Lwowskiej, prezydent Rzeczypospolitej, autor patentów na produkcję tego, czym państwo żyje. Jego następcy nie potrafią dziś nawet odczytać tego, co napisał.
IV.
Powstaje pytanie, które w polskim dyskursie w tej formie pada rzadko. Dlaczego oni tego nie wiedzą. Ludzie, o których mowa, nie są ani głupsi, ani gorzej wykształceni od swoich poprzedników. Wielu skończyło dobre uczelnie, wielu zarządza spółkami notowanymi na giełdzie, wielu zasiada od dekad w radach nadzorczych. A nie widzą tego, co widział chemik z Politechniki Lwowskiej w 1922 roku. Idzie tu o strukturę instytucjonalno-dyskursywną, w której ci ludzie pracują, czyli o strukturę neutralizującą myślenie strategiczne, wypierającą kategorię suwerenności surowcowej, ośmieszającą skalę, unieważniającą łańcuch wartości. Konstrukcję zbudowaną w tym właśnie celu, działającą w Polsce od 37 lat poprzez maszynę medialną, która stała się jej wykonawczym ramieniem.
Żeby zobaczyć tę maszynę w działaniu, warto prześledzić cztery przypadki z ostatnich 15 lat. Wszystkie dotyczą polskich inwestycji strategicznych; wszystkie te inwestycje zostały zatrzymane albo zredukowane przez to samo oprzyrządowanie dyskursywne; w żadnym z nich argument, który inwestycję zatrzymał, nie był argumentem materialnym; stosowano argumenty retoryki politycznej, moralnej ekspozycji oraz ekonomizmu wyrażającego wartość strategiczną w kategoriach zwrotu kapitału prywatnego.
Gaz łupkowy
W szczycie boomu łupkowego w latach 2011–2012 Polska miała 115 koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego, wydanych przez rząd Platformy Obywatelskiej. Premier Donald Tusk zapowiadał, że polski gaz z łupków uczyni Polskę niezależną energetycznie na dekady. Na koncesjach pracowały ExxonMobil, Chevron, Marathon Oil, BNK Petroleum, Lane Energy, San Leon i największe firmy naftowe świata. Przez cztery lata, od 2011 do 2015 roku, polskie media publikowały setki artykułów o ekologicznych zagrożeniach frakingu, o zatruwaniu wód podziemnych, o sejsmiczności wywoływanej szczelinowaniem, o tym, że amerykańskie koncerny wywożą z Polski gaz, a zostawiają odpady. Narracja była skoordynowana, zawierała niemal zawsze te same cztery elementy, przywoływała nieodmiennie przykład wsi Żurawlów w województwie lubelskim jako symbol ekologicznej katastrofy. Jako pierwszy z wielkich koncernów ExxonMobil wycofał się z Polski już w 2012, potem Chevron w 2015, San Leon natomiast jako jeden z ostatnich w grudniu 2017. Ze 115 koncesji zostało 20, później kilka, w końcu żadna.
Dziś gazu z łupków w Polsce nikt nie wydobywa. Polska kupuje gaz od Amerykanów ze statków LNG, po cenie rynkowej, zawsze wyższej od ceny gazu z własnego podłoża, gdyby Polska go wydobywała. Propaganda w Polsce i propaganda rosyjska stały w tej sprawie po tej samej stronie i mówiły to samo, w nieco innych słowach. Różnica polegała na tym, że rosyjska propaganda miała świadomy interes w zablokowaniu polskiego gazu łupkowego. Pytanie czy propaganda obecna w polsce nie widziała, w czyim interesie mówiła.
Mierzeja Wiślana
Inwestycja, która uwalniała Polskę od zależności od rosyjskiej Cieśniny Piławskiej. Polskie służby specjalne w 2020 roku udokumentowały skoordynowaną rosyjską kampanię propagandową przeciw inwestycji. Raport Stanisława Żaryna zidentyfikował cztery linie narracyjne: bezsens ekonomiczny, katastrofa ekologiczna, militaryzacja NATO, nielegalność wobec Unii. Te same linie podjęły polskie media opozycyjne oraz politycy Koalicji Obywatelskiej. Szymon Hołownia nazwał przekop „po prostu idiotyzmem”, twierdząc, że zwróci się po 450 latach. Rafał Trzaskowski domagał się, żeby „zatrzymać i opóźnić”. Barbara Nowacka na konferencji na Mierzei mówiła o „wyrżniętym bezmyślnie lesie, bo Kaczyński obiecał”. Polityka.pl pisała o „chybionej inwestycji”. Po wyborach 2023 roku Najwyższa Izba Kontroli ogłosiła w listopadzie tegoż roku „ekonomiczną porażkę”. Koszty rzeczywiście wzrosły z 880 milionów do 1,98 miliarda złotych, otwarcie 17 września 2022 (rocznica sowieckiej inwazji na Polskę) dowodzi jednak, że to, co się wydarzyło, nie miało wymiaru zwrotu finansowego, lecz wymiar zwrotu cywilizacyjnego.
Dochodzi do tego wymiar techniczno-militarny, o którym rzadko się mówi głośno. Kanał zaprojektowano z parametrami (szerokość śluzy 25 metrów, głębokość kanału 5 metrów), które umożliwiają przeprawę jednostek desantowych LCU, zarówno mniejszych, o nośności około 60 ton ładunku, jak i większych, zdolnych do transportu nawet kilkuset ton. Z punktu widzenia logiki wydarzeń oraz parametrów technicznych kanału w razie konfliktu Polska uzyskuje możliwość szybkiego rozwinięcia frontu logistycznego i desantowego na Zalewie Wiślanym w kierunku Obwodu Kaliningradzkiego, bez potrzeby przechodzenia przez kontrolowaną przez Rosję Cieśninę Piławską. Być może podczas projektowania nikt świadomie nie myślał o tych konkretnych wielkościach, tak się jednak złożyło, że większe jednostki NATO (z wyjątkiem poduszkowców) przez ten kanał nie przejdą. Jest to interpretacja faktów wynikająca z logiki wydarzeń oraz z możliwości, jakie dają parametry infrastruktury.
Dlaczego Elbląg, a nie Gdańsk, skoro Gdańsk ma większy port i lepszą infrastrukturę? Odpowiedź wymaga znowu geografii. Gdańsk leży nad Zatoką Gdańską, czyli na otwartym Bałtyku, z którego trzeba dopiero wejść na Zalew, a samo to wejście podlega w scenariuszu wojennym blokadzie z powietrza, morza i spod wody. Elbląg leży wewnątrz Zalewu. Jest polskim portem osłoniętym Mierzeją. Od Elbląga do obwodu kaliningradzkiego idzie się samym Zalewem, bez wychodzenia na wody otwarte. Do Elbląga od głębi Polski idzie się natomiast drogą lądową i koleją, korytarzem biegnącym od bazy Powidz w Wielkopolsce, gdzie znajduje się infrastruktura APS-2 z magazynem brygady pancernej wojsk amerykańskich oraz około 85 czołgami Abrams, przez Toruń i Iławę, do samego Elbląga. Korytarz ten przewozi sprzęt ciężki z głębi Polski na linię Zalewu w ciągu 3–4 godzin transportu drogowego. Gdańsk takiej linii zaopatrzeniowej do Zalewu nie ma; między nim a Zalewem stoi Mierzeja, której ciężkim sprzętem pokonać się nie da. Elbląg jest więc, z punktu widzenia sojuszniczej logistyki, jedynym punktem, w którym spotykają się droga lądowa z głębi Polski oraz droga wodna do Kaliningradu. Kanał przez Mierzeję dopełnia tego systemu, ponieważ pozwala także jednostkom wychodzącym z Gdyni albo z Gdańska dołączyć na Zalew bez Piławy. Powstaje w ten sposób układ dwukierunkowy, w którym Zalew Wiślany przestaje być pułapką bez wyjścia i staje się polskim wewnętrznym akwenem operacyjnym z dwoma polskimi wlotami oraz jednym polskim portem wejściowym.
Wymiar dodatkowy, w polskim dyskursie nieartykułowany, dotyczy samego Elbląga. W mieście tym znajduje się siedziba Dowództwa Wielonarodowej Dywizji Północny-Wschód sojuszu, jednego z czterech dowództw szczebla korpusowego NATO na wschód od Łaby. Sąsiedztwo portu i dowództwa nie jest przypadkowe. Dowództwo szczebla operacyjnego wymaga w scenariuszach konfliktu bezpiecznej drogi zaopatrzeniowej, której nie można zamknąć uderzeniem z powietrza w jeden most albo jeden węzeł kolejowy. Port rzeczny w mieście sztabowym daje tę elastyczność, kanał w Mierzei przedłuża ją do morza, korytarz Powidz–Elbląg uzupełnia z głębi Polski. Całość jest najważniejszym elementem infrastruktury obronnej sojuszu w regionie bałtyckim po bazach w Niemczech. W polskim języku polityki nie istniało ani jedno słowo, które by powiedziało, że kanał łączy polski port wewnętrzny z dowództwem szczebla korpusowego sojuszu oraz z magazynami brygady pancernej wojsk amerykańskich, a poprzez nie z jedyną akwenową drogą do Kaliningradu spoza kontroli rosyjskiej. Była tylko zwracalność po 450 latach i wycięte sosny.
Olefiny III
Dnia 11 grudnia 2024 roku, w środę rano, portal Wirtualna Polska publikuje reportaż Łukasza Frątczaka oraz Szymona Jadczaka pod tytułem „Ciało obce”. Tekst ujawnia, że Orlen w czasie prezesury Daniela Obajtka wydzielił z terenu budowy Olefin III działkę, którą wydzierżawił na 31 lat spółce Synthos Michała Sołowowa, tracąc kosztem 3,7% całej inwestycji wyłączną kontrolę nad instalacją butadienową. O godzinie 10:00 tego samego dnia pyły prezes Orlenu, Daniel Obajtek publikuje wpis na Iksie, w którym protestuje. O godzinie 14:00 rada nadzorcza Orlenu, pod uchwałą zarządu, zatwierdza zatrzymanie inwestycji.
Między publikacją a decyzją korporacyjną upływają cztery godziny. Zewnętrzny obserwator nie jest w stanie wyobrazić sobie scenariusza, w którym rada nadzorcza zwołana w trybie zwyczajnym zdąży przeczytać śledztwo dziennikarskie, zweryfikować jego ustalenia, przeprowadzić konsultacje prawne i ekonomiczne oraz wydać uchwałę w ciągu czterech godzin.
Scenariusz był inny: decyzja zarządu była gotowa wcześniej, a reportaż „Ciała obcego” stanowił pretekst polityczny, który tę decyzję legitymizował wewnętrznie. Synchronizacja ujawnia strukturę, w której redakcja medialna i zarząd spółki państwowej pracują w tym samym rytmie, na tym samym materiale informacyjnym, w tym samym celu. Mówić o spisku byłoby przesadą. Idzie raczej o instytucjonalną symbiozę polskiej elity administracyjno-medialnej, w której rozróżnienie między redakcją a zarządem traci znaczenie operacyjne.
Tego samego dnia prezes Ireneusz Fąfara nazywa Olefiny III „monumentalną, niepotrzebną, źle przygotowaną, kompletnie irracjonalną inwestycją”. Następnie ogłasza projekt Nowa Chemia, który w swojej zredukowanej wersji nadal pochłonie około 34 miliardów złotych. Ta sama kategoria wydatku, mniejsza skala, tyle że już pod inną nazwą i już bez kontekstu strategicznego. Polska schodzi z poziomu szóstego największego producenta polietylenu w Europie.
Centralny Port Komunikacyjny
Tu dyskurs okazał się najbardziej pouczający, ujawnił bowiem coś, czego cztery lata wcześniej się nie rozumiało.
CPK nie był projektem lotniska, był projektem zmiany paradygmatu zarządzania transportem w skali państwa. Polska od 1989 roku funkcjonuje w systemie silosów resortowych: kolejnictwo jako zamknięta kasta zawodowo-związkowa z monopolem na decyzje o sieci, taborze i gruntach; transport lotniczy w osobnym silosie; drogi w kolejnym. Integracja tych silosów była od wewnątrz niemożliwa. Spółka CPK z własnymi prerogatywami ustawowymi oraz pełnomocnikiem rządu była jedynym sposobem wyjścia ponad silosy.
Skala projektu (sześć peronów, dwanaście torów, 2000 kilometrów kolei dużych prędkości) nie była megalomanią; była minimalną masą krytyczną konieczną, by opór kasty przełamać. Gdyby ją zmniejszono, silos kolejowy wchłonąłby projekt i zredukował go do kolejnej regionalnej linii. Dalszy plan, publicznie wymieniany rzadko, obejmował uwolnienie tysięcy hektarów uzbrojonych terenów kolejowych w polskich miastach, dotąd martwych, pod zabudowę mieszkaniową oraz funkcje miejskie. Była to operacja na fundamencie polskiej gospodarki przestrzennej, nieporównanie większa niż sam terminal lotniskowy. Dlatego też intensywność ataku musiała być taka, jaka była.
Krzysztof Boczek w miesięczniku „Press” (numer 7–8 z 2024 roku) udokumentował mechanizm. Spółka CPK wydała przez cztery lata 27,6 miliona złotych na kampanie reklamowe oraz artykuły sponsorowane w mediach: w 2021 roku 2,4 miliona, w 2022 roku 7,4 miliona, w 2023 roku 14,2 miliona. Po przegranej wyborów 2023 roku strumień pieniędzy wysechł. Te same redakcje, które wcześniej brały od CPK pieniądze za promocję projektu, zaczęły następnie zapraszać jako „ekspertów krytycznych” lobbystów konkurencyjnych projektów oraz wewnątrzsilosowych przeciwników CPK, głosów rzeczywiście kompetentnych nie dopuszczając.
Rząd Tuska zmienił nazwę na „Port Polska”, zapowiedział audyt oraz redukcję skali. Redukcja skali w praktyce oznaczała wchłonięcie projektu z powrotem do silosów, z których miał on wyjść. Retoryka „gigantomanii” odegrała w tej kampanii rolę centralną, ponieważ trzeba było zabić samą skalę jako kategorię polityczną. Skala była warunkiem powodzenia zmiany. Jeżeli można zdyskredytować każdy projekt przez to, że jest „za duży”, polskie państwo nigdy nie przekroczy horyzontu silosowego zarządzania.
.Wspólne w tych czterech przypadkach jest coś, czego polski czytelnik często nie dostrzega, ponieważ także lewicowy krytyk polskiego kapitalizmu oraz konserwatywny obrońca państwa narodowego patrzą na te wydarzenia przez okulary tej samej konstrukcji. Żaden z argumentów, które te cztery inwestycje zatrzymały, nie dotyczył wewnętrznej logiki problemu materialnego. Nie prowadzono debaty o łańcuchu surowcowym gazu, o bilansie strategicznym bazy Powidz oraz portu Elbląg, o sześciu sektorach krytycznych polietylenu, o integracji międzyresortowej jako warunku modernizacji państwa. Były polityczne binaria typu „obsesja PiS”, „gigantomania”, „zwracalność po 450 latach”, „zbrodnia korporacyjna”; była polemika moralna wobec osób.
Maszyna medialna Trzeciej Rzeczpospolitej neutralizuje same kategorie myślenia strukturalnego: skalę, suwerenność surowcową, integrację silosów, długoterminowe inwestycje państwowe. Po 2015 roku państwo, które próbowało wrócić do myślenia Mościckiego, napotkało konstrukcję dyskursywną, w której takie myślenie jest z definicji niepoprawne. Rząd, który je podjął, okazał się na to zbyt kruchy; albo wstrzymał się sam przed zmianą władzy, albo został rozbrojony propagandą przed nią, albo uderzono w niego nazajutrz po niej.
Przyczyna sprawczą tej sytuacji jest peryferyjność jako doktryna. Jest to najgłębsza cecha , bez której nazwania reszta tego wywodu pozostanie opisem objawów. W modelu, w którym Polska funkcjonuje od 2004 roku, z wyjątkiem okresu 2015–2023, choć i tu nie do końca, pytanie o łańcuch chemiczny w granicach kraju jest niepoprawne politycznie. Obowiązująca doktryna głosi, że suwerenność surowcowa jest przestarzała, że wspólny rynek ją zastępuje, że zależność od partnerów handlowych jest zjawiskiem korzystnym. Doktryny tej nie zapisano w żadnym oficjalnym dokumencie, ponieważ doktryn peryferyjnych się nie zapisuje. Działa przez habitusurzędniczy, dobór kadry, prestiż zachodnich kwalifikacji oraz dyskredytację rodzimych, finansowanie zachodnich think tanków oraz głodzenie polskich, system stypendialny, awanse i zwolnienia. Maszyna medialna opisana w czterech przypadkach jest operacyjnym ramieniem tej doktryny. Gdyby urzędnik wysokiego szczebla stawiał pytanie Smilowskie (czy Polska może wytwarzać własny amoniak), zostałby przesunięty do obsługi dziennika podawczego.
Kiedy minister decyduje o rozbudowie Puław, zostaje przedstawiony w portalu wielkozasięgowym jako człowiek „gigantomanii, kompleksów oraz bizancjum”. Merytorycznej oceny decyzji nikt nie przeprowadza; w obowiązującej doktrynie peryferyjnej decyzja taka była od początku niedozwolona. Peryferyjność, żeby się utrzymać, musi zabraniać myślenia innego niż peryferyjne. Polski system dyskursywny pełni tę funkcję sprawnie, codziennie, automatycznie, z udziałem większości osób, które same sobie tego nie uświadamiają.
V.
Istnieje w języku polskim figura, której zobaczyć nie sposób bez pewnego wysiłku semantycznego, ponieważ polszczyzna wytarła ją w potoczności. Jest nią człowiek prywatny. Nie prywatny przedsiębiorca, nie osoba fizyczna w rozumieniu kodeksu cywilnego, lecz człowiek, dla którego całość spraw, którymi się zajmuje, mieści się w obrębie jego własnych zainteresowań, czyli kariery, majątku, pozycji, grupy interesów, frakcji, układu osobistego. Rzeczy wspólne, czyli to, na czym opiera się państwo jako materialna całość, nie są dla człowieka prywatnego przedmiotem troski, lecz kontekstem okazjonalnym, w którym urządza on swoje życie. Grecy nazywali takiego człowieka idiōtēs, od idios, co znaczy własny, prywatny. Chodziło im o brak udziału w polis jako przedmiocie myślenia oraz działania, nie zaś o brak inteligencji.
Stąd bierze się diagnoza, która dla polskiego ucha brzmi obco, podstawowa jednak: państwo Drugiej Rzeczypospolitej przed 1926 rokiem było przede wszystkim strukturalnie niewykonalne, a nie jedynie skorumpowane, jak się o nim dziś najczęściej mówi. Korupcja bywa naprawialna dekretem oraz wymianą kadr. Niewykonalności strukturalnej dekretem się nie leczy, siedzi ona bowiem w samym rozkładzie kompetencji, w relacjach między gabinetami, resortami i kapitałem prywatnym, w trybie podejmowania decyzji wykluczającym ich wykonanie. Tę właśnie niewykonalność zamach majowy zawiesił na 13 lat, czyli wystarczająco długo, by zbudować Gdynię, Mościce oraz ruszyć z Centralnym Okręgiem Przemysłowym. I tę samą niewykonalność, w innej już konfiguracji ustrojowej, z nowymi aktorami i nowymi mechanizmami blokady, państwo polskie odtworzyło po 1989 roku.
Klęska wrześniowa nie obala tej diagnozy, lecz pokazuje jej granicę. Po śmierci Piłsudskiego w 1935 roku sanacja sama zaczęła popadać w nową postać niewykonalności: rozpad obozu na walczące frakcje, opóźniona i chaotyczna mobilizacja, błędy operacyjne dowództwa, fatalne zaniedbania w aparacie wywiadowczym. Afera Sosnowskiego, niezniszczone i nieewakuowane archiwum Oddziału II w Forcie Legionów, „leśni dziadkowie” uciekający przez Zaleszczyki, to nie były przypadkowe wpadki. To była biurokracja wojskowa i państwowa, która w momencie próby okazała się równie sparaliżowana co sejmokracja lat 20.
Większość polskiej klasy politycznej drugiej dekady XXI wieku to klasa ludzi prywatnych w tym właśnie greckim sensie. Nie idzie o indywidualne talenty, których niektórym z nich nie brakuje i którzy mają kariery międzynarodowe, publikacje, szkoły zagraniczne, kompetencje językowe. Idzie o to, że polis rozumiana jako wspólnota, dla której bilans amoniakalny, łańcuch wartości w chemii, polietylen w kamizelce żołnierza na Podlasiu są ważne, w Polsce oficjalnej, z wyjątkiem wąskiego kręgu suwerenistycznego, nie znajduje się w ich polu widzenia. Nie idzie tu o indywidualną ignorancję, ale o strukturę, w której funkcjonują, czyli o strukturę wykluczającą polis materialną jako kategorię, którą wypadałoby w ogóle poważnie traktować. W Atenach człowiek prywatny był wyjątkiem. W polskiej polityce XXI wieku stał się większością obsadzoną na stanowiskach, otoczoną maszyną dyskursywną, która represjonuje każde odejście od prywatności w stronę myślenia o wspólnym.
Istnieje w literaturze polskiej figura, która stanowi ważny kontrapunkt wobec idiōtēs. Tam, gdzie idiōtēs zajmuje się wyłącznie swoimi sprawami i w budowaniu polis jako materialnej całości udziału nie bierze, ten bohater jest człowiekiem, który tę całość rozumie i potrafi ją stworzyć.
W Ziemi obiecanej z 1899 roku Reymont, pisząc w Łodzi, w wielkim przemysłowym mieście, w którym polska gospodarka już istniała, choć polskiego państwa jeszcze nie było na mapie, dał Karola Borowieckiego.
Borowiecki nie jest bohaterem pozytywnym w sensie sentymentalnym. Kłamie, zdradza Ankę, doprowadza do ruiny swojego przyszłego teścia Müllera, w końcu żeni się z kobietą, której nie kocha, by zdobyć kapitał pod fabrykę. Reymont dał mu jednak coś, czego Prus odmówił Wokulskiemu, czyli realną zdolność budowania. Borowiecki razem z Żydem Morycem Weltem oraz Niemcem Maxem Baumem stawia tkalnię, ponieważ rozumie, że polski przemysł rodzi się w trójkącie kulturowym, a nie w romantycznej samotności. Rozumie, skąd płynie bawełna, dokąd idzie tkanina, ile kosztuje węgiel do maszyny parowej oraz na jakich warunkach bank udzieli kredytu. Pieniądze są dla niego funkcją materii w ruchu, niczym więcej i niczym mniej.
Tej postaci polska inteligencja przez 120 lat wybaczyć nie umiała. Polska szkoła literacka wolała Wokulskiego, romantyka, który robi fortunę na dostawach wojennych dla rosyjskiej armii, czyli na peryferyjności, a nie na jej przełamaniu; który fabryki nie zbudował, w końcu zaś próbował popełnić samobójstwo (według jednej z plotek wysadził się w powietrze) dla idei. Wokulski był Polakiem takim, jakiego polska inteligencja chciała mieć, Borowiecki Polakiem takim, jakiego polska gospodarka potrzebuje. Różnica między nimi jest różnicą między państwem a jego brakiem.
Mościcki nie był postacią literacką. Dokonał tego, co Borowiecki w powieści Reymonta mógł jedynie zapowiadać. Syn ziemianina urodzony w Mierzanowie pod Ciechanowem, student Politechniki Ryskiej, emigrant polityczny od 1892 roku, w Szwajcarii od 1897, chemik i elektrochemik w Fryburgu, gdzie przed 1910 rokiem opracował oryginalną metodę wytwarzania kwasu azotowego w łuku elektrycznym, której patent sprzedał szwajcarskiej firmie Aluminium Industrie A.G. Neuhausen, w 1912 roku przybył do Lwowa, objął katedrę chemii fizycznej i elektrochemii technicznej Politechniki Lwowskiej, w 1916 roku założył spółkę Metan, w 1922 przekształcił ją w Chemiczny Instytut Badawczy utrzymywany z własnych funduszy, ponieważ państwo nie miało na niego pieniędzy, napisał 45 patentów, wychował Prota, w 1922 w trzy tygodnie uruchomił Chorzów, w 1930 otworzył Mościce. Postulował publicznie, że polski przemysł chemiczny musi być oparty na surowcach rodzimych, musi być własnością państwową, musi mieć własne zaplecze badawcze. Rządy przedmajowe postulatów tych nie podjęły. Mościcki zaczął je realizować przed państwem, jako prywatny uczony z publicznym programem, z własnych patentów, za pieniądze spółki Metan, we Lwowie, gdzie polska nauka organizowała się szybciej, niż państwo zdążyło zbudować dla niej zaplecze w Warszawie. Dopiero Chorzów w 1922 roku zwrócił uwagę ministrów. Dopiero Mościce 1930 roku zwróciły uwagę narodu. Mościcki był państwem, zanim państwo zorientowało się, że jest państwem.
W czerwcu 1926 roku Mościcki został prezydentem Rzeczypospolitej. W tym punkcie tkwi drażliwy węzeł, którego w tych rozważaniach pominąć nie sposób. Mościcki objął urząd w trybie konstytucyjnie wątpliwym. Wybrało go Zgromadzenie Narodowe, Zgromadzenie zebrało się jednak już po zamachu majowym, w warunkach, w których Piłsudski usunął legalną władzę siłą, co było aktem bezprawnym i stanowiło ranę zadaną polskiemu konstytucjonalizmowi, niezależnie od późniejszych dokonań gospodarczych obozu pomajowego. Dopiero po tym polska zdolność wykonawcza w chemii znalazła drogę do pełnej ekspresji. Samym źródłem tej zdolności zamach jednak nie był; zdolność istniała wcześniej, w osobie Mościckiego oraz w jego patentach, a wydarzenia 1926 roku usunęły jedynie bariery instytucjonalne, które wcześniej blokowały jej ujawnienie.
Z tego epizodu wynika coś ogólniejszego, co wymaga ścisłego sformułowania oraz ścisłego ograniczenia. Polski parlamentaryzm pierwszej połowy lat 20., z całym swoim chaosem koalicyjnym, nie zdołał zbudować ani jednego dużego zakładu przemysłu strategicznego. Mościcki zrobił to prywatnie, przed państwem i obok państwa, posługując się własnymi patentami oraz własnymi pieniędzmi spółki Metan. Diagnoza ta dotyczy konkretnej polskiej sytuacji w konkretnej dekadzie i nie poddaje się żadnemu uogólnieniu na temat ustrojów. Zamach stanu jako metoda rozwiązywania trudności gospodarczych jest złem niezależnie od skutków, które bywają mu przypisywane, a historia XX wieku dostarcza dość kontrprzykładów, by każdy taki zabieg myślowy uznać za fałszywy.
W latach 1926–1939 Polska była państwem autorytarnym. W tym samym okresie zbudowano w niej najbardziej suwerenny przemysł chemiczny w jej historii. Te dwa fakty współistnieją w czasie, nie pozostają jednak w stosunku przyczynowości; autorytaryzm nie był warunkiem rozwoju chemii, nie był jej źródłem i nie należy go z tym rozwojem łączyć w sposób, który sugerowałby jego instrumentalną użyteczność. Po 1989 roku Polska ten przemysł stopniowo oddaje. Przyczyny są znane oraz wielokrotnie opisane: decyzje prywatyzacyjne kolejnych rządów, polityka energetyczna Unii Europejskiej, presja konkurencji globalnej, struktura polskiego rynku kapitałowego. Pytanie, które tu stawiam, dotyczy nie samej demokracji jako formy ustrojowej, lecz konkretnych instytucji państwa polskiego ostatnich trzech dekad oraz ich zdolności do formułowania i realizowania długofalowej polityki przemysłowej. Jest to pytanie, które polska debata publiczna powinna umieć zadać sobie sama, w trybie analitycznym, nie polemicznym, w odniesieniu do mechanizmów decyzyjnych, nie do samego ustroju, który pozostaje wartością niepodlegającą dyskusji.
.Trzeba przy tym od razu powiedzieć coś, co historia międzywojnia, zostawiona sama sobie, mogłaby sugerować, a sugerować nie powinna. Wykonalność państwa zamachu nie wymaga, autorytaryzm zaś nie jest naturalnym środowiskiem wykonalności. Da się ją zorganizować w demokracji, pod jednym wszelako warunkiem: że obywatele oraz politycy uzgadniają wspólny cel.
Celem tym w przypadku Polski jest utrzymanie niepodległości, zachowanie integralności terytorialnej, ciągłość Polski jako wspólnoty politycznej i kulturowej. Są to trzy rzeczy materialne, nie retoryczne. Wymagają fabryk, armii, szkół, instytucji, ciągłości pokoleniowej, języka własnego, własnej nauki, własnego kapitału. Kiedy obywatele i politycy są co do nich zgodni, demokracja potrafi być wykonawcza równie dobrze co autorytaryzm, przy tym trwalej, bez ceny ustrojowej, której Polska w 1926 i 1939 roku zapłaciła dwie raty. Kiedy tej zgody brak, kiedy polityka organizuje się wokół sporów partyjnych, frakcyjnych, pokoleniowych, tożsamościowych, a rzeczy materialne pozostają na marginesie uzgodnionej uwagi, demokracja staje się uchwałodawcza bez wykonania. Wówczas albo wykonalność przychodzi w kanale pozaparlamentarnym, jak w 1926 roku, albo państwo coraz wyraźniej traci zdolność podejmowania wiążących decyzji jako całość.
Polska w 2026 roku stoi dokładnie na rozwidleniu tej drogi. Albo polityczna i obywatelska większość odzyska uzgodnienie, że utrzymanie niepodległego państwa polskiego jest celem nadrzędnym, od którego wywodzą się wszystkie inne cele, albo będzie zdolność istnienia jako państwa realnego powoli tracić. Nie jutro, nie dramatycznie, nie w trybie, który polski czytelnik rozpoznałby z podręcznika historii. Traciłaby ją przez erozję łańcucha za łańcuchem, kompleksu chemicznego za kompleksem chemicznym, aż zostałoby terytorium, przez które ktoś inny przewozi swoje filary; terytorium, dla którego nikt już nie pamięta, po co miało być państwem.
[***]
.Idiōtēs, człowiek prywatny, nie wie, że chleb zaczyna się od amoniaku w Puławach oraz gazu z Kataru. Nie wie, że pocisk 155 mm z Mesko do haubicy Krab zaczyna się od amoniaku z tych samych Puław. Nie wie, że kamizelka kuloodporna polskiego żołnierza, rura wodociągowa w jego mieście oraz kabel wysokiego napięcia z przyszłej elektrowni jądrowej na Pomorzu są jedną i tą samą sprawą, czyli polietylenem z krakera parowego, którego Polska właśnie postanowiła nie budować.
Nie wie, że rezygnacja Grupy Azoty z własnej produkcji amoniaku na rzecz importu z Afryki Północnej oraz decyzja Orlenu o rezygnacji z budowy pełnego krakera parowego i redukcji Olefin III do okrojonej „Nowej Chemii” nie są dwoma odrębnymi wydarzeniami biznesowymi. Stanowią jedno wydarzenie ustrojowe: demontaż dwóch z czterech filarów cywilizacji przemysłowej według Vaclava Smila w polskiej geografii.
Albo wie, ale brak mu języka, żeby to wypowiedzieć. Albo ma język, brak mu jednak uprawnień, ponieważ w polskiej strukturze władzy nikt nie jest odpowiedzialny za całość. Nie istnieje bowiem publicznie dostępny bilans amoniakalny, bilans polietylenowy, żaden systemowy bilans substancji strategicznych w układzie: produkcja krajowa, import, konsumpcja, rezerwa. Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych kataloguje i gromadzi rezerwy paliw, żywności, leków oraz sprzętu medycznego, ustawa o rezerwach strategicznych z 2020 roku tak konsekwentnie jednak wyłącza te dane z jawności (z powołaniem się na bezpieczeństwo narodowe), że nawet sejmowa komisja obrony narodowej poznaje jedynie fragmenty obrazu. Bilansu surowcowego państwa, w którym amoniak, kwas azotowy, trotyl, etylen, polietylen, stal konstrukcyjna, cement portlandzki oraz miedź elektrolityczna występowałyby w jednej tabeli, z producentami, importerami, zdolnościami produkcyjnymi, kierunkami dostaw oraz scenariuszami kryzysowymi, IIIRP nigdy nie sporządziła.
Tym samym w polskiej strukturze władzy całość nie istnieje jako przedmiot zarządzania. Ten zaś, kto próbuje ją opisać i wyciągnąć wnioski, wie, że pierwsza taka próba skończy się tytułami o gigantomanii.
Borowiecki, gdyby żył dziś, najprawdopodobniej próbowałby zbudować ten kraker parowy w Płocku. Rozumiałby, że jest potrzebny, zaciągnąłby kredyt i ruszyłby produkcję, zanim mechanizmy medialne zdążyłyby go zatrzymać. Mościcki napisałby patent na polską metodę wytwarzania polietylenu ultrawysokomolekularnego, powołałby spółkę z polskim kapitałem obronnym oraz uruchomiłby ją w rok, a potem poszedłby do ministerstwa tłumaczyć, że polska technologia balistyczna musi być polska, ponieważ od tego zależy życie żołnierza na wschodzie.
Obaj zostaliby w dzisiejszym polskim dyskursie natychmiast zaatakowani. Borowiecki jako „aferzysta kreatywnie księgujący”, Mościcki jako „narcyz gigantomanii”. I bardzo prawdopodobne, że żaden z nich by nie wygrał. Nikt działający w trybie polskiej struktury z 1930 roku, kiedy otwierano Mościce, nie miałby dziś realnych szans w starciu z maszyną medialną oraz z instytucjonalną niewykonalnością zainstalowaną w Polsce po 1989 roku. Chociaż trzeba przyznać że w Drugiej Rzeczypospolitej krytyka budowy Gdyni bardzo przypominała póżniejsze o sto lat dokonania maszyny medialnej w IIIRP.
Osobną figura jest w tym miejscu jest postać, której w polskim dyskursie publicznym niemal nie ma. Nie idiōtēs, nie Borowiecki, nie Mościcki. Ten, kto wie i milczy.
Polski inżynier chemik z Puław, który doskonale rozumie, co oznacza zastąpienie krajowego amoniaku importem z Algierii, lecz nie publikuje tekstu na ten temat, ponieważ wie, że redakcje go nie wezmą, a spółka może go zwolnić. Polski wojskowy, który wie, że kamizelki kuloodporne polskiego żołnierza powinny być z polskiego UHMWPE, jednak do prasy o tym nie pisze, ani nie zabiorze głosu w Internecie, ponieważ „nie taka jego ranga”, a chce spokojnie dotrwać do emerytury. Polski urzędnik, który widzi cały łańcuch i zna bilans, ma jednak świadomość, że jeśli powie publicznie, co widzi, nazajutrz urzędnikiem już nie będzie.
To jest wielka liczba ludzi. W polskiej inteligencji technicznej takich osób są tysiące. Człowiek prywatny (idiōtēs) nie stanowi w Polsce większości, jest mniejszością obsadzoną na kluczowych stanowiskach, otoczoną maszyną medialną, która skutecznie zabrania reszcie zabierać głos.
Polis polska istnieje w umysłach oraz w wiedzy tysięcy kompetentnych Polaków, którzy widzą łańcuch wartości. Jako przedmiot publicznego dyskursu jednak to nie istnieje, ponieważ cały dyskurs jest zorganizowany tak, by ta polis nie miała gdzie się wypowiedzieć. Oto istota sprawy polskiej w 2026 roku. Nie brakuje wiedzy. Brakuje języka oddającego rzeczywistość. Pozostaje tylko medialny taniec chochołów.
VI.
Wyobraźmy sobie na chwilę coś, czego w Polsce nie ma, a co w każdym państwie o dojrzałej doktrynie bezpieczeństwa istnieje od dziesięcioleci. Nazwijmy to roboczo corocznym raportem o bilansie substancji strategicznych. Dokument opublikowany przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, pod pieczęcią Rady Bezpieczeństwa Narodowego, zatwierdzony przez sejmową komisję obrony, liczący może sto stron i zawierający kilkanaście tabel.
W kolumnach: nazwa substancji, zdolność produkcji krajowej, rzeczywista produkcja roczna, konsumpcja wewnętrzna, import, eksport, rezerwa strategiczna, liczba dostawców, koncentracja geograficzna dostaw, scenariusze konfliktowe. W wierszach: amoniak, kwas azotowy, nitroceluloza, nitrogliceryna, trotyl, heksogen, oktogen, etylen, polietylen wysokiej oraz niskiej gęstości, UHMWPE, stal konstrukcyjna, stal pancerna, miedź elektrolityczna, aluminium, tytan, krzem metalurgiczny i elektroniczny, pallad, neodym, grafit, saletra amonowa, mocznik.
Dokument tego rodzaju w Niemczech istnieje jako Rohstoffstrategie, w Stanach Zjednoczonych jako raporty Defense Logistics Agency, we Francji jako elementy Plan de Résilience Sekretariatu Generalnego Obrony Narodowej, w Japonii pod egidą JOGMEC oraz METI, w Korei Południowej pod auspicjami Ministerstwa Handlu. Polska takiego dokumentu nie ma. Żaden rząd go nie sporządził, żaden parlament się go nie domagał, żaden dziennikarz poważnie o niego nie zapytał. Obawa, że jawny bilans „zdradziłby nasze słabości” Rosji, jest iluzją. Rosja nasze zależności i tak doskonale zna. Nie wie natomiast, czy my sami je znamy oraz czy mamy wolę, żeby je usuwać.
Przyjrzyjmy sie takiej tabeli.
Kolumna pierwsza, azotowa
Polska klasa polityczna nie pyta, jaka jest krajowa zdolność produkcji amoniaku w tonach rocznie ani jaka część tej zdolności jest faktycznie wykorzystywana, a jaka stoi odłogiem. Nie pyta, ile amoniaku Polska zużywa rocznie, w rozbiciu na sektor nawozowy, chemiczny i obronny, ani ile importuje, z jakich krajów, przez jakie porty. Nie zadaje pytania o to, jaki procent konsumpcji amoniaku na cele obronne jest po 2025 roku zabezpieczony produkcją krajową. Nie domaga się odpowiedzi na pytanie o horyzont, w którym Grupa Azoty planuje całkowite wygaszenie produkcji amoniaku w Policach, Puławach, Kędzierzynie i Tarnowie. Nie pyta o implikacje tego horyzontu dla Mesko, Dezametu oraz Nitro-Chemu. Nie wie, ile ton trotylu wyprodukowano w polskich zakładach w ostatnim roku, ile z tego trafiło do Wojska Polskiego, ile wyeksportowano. Nie wie, ile pocisków 155 mm do haubic Krab wyprodukowano, ile zamówiono, ile dostarczono na Ukrainę, ile trafiło do zapasu operacyjnego Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej. Nie sprawdza, czy te liczby wystarczą na 30 dni intensywnego konfliktu, na 60, na 90. Pytań tych sobie nie zadaje, ponieważ w języku publicznym nie ma miejsca, w którym mogłaby je zadać.
Kolumna druga, polietylenowa
Brakuje rachunku ton polietylenu wysokiej gęstości zużytych w Polsce w ostatnim roku na budowę sieci wodociągowej, gazowej i kanalizacyjnej. Brakuje rachunku ton polietylenu sieciowanego wbudowanego w polskie kable wysokiego napięcia w ramach programu modernizacji krajowej sieci przesyłowej. Brakuje rachunku ton polietylenu ultrawysokomolekularnego, który trafił do polskich zakładów produkujących kamizelki kuloodporne i panele balistyczne. Z tego polskiej produkcji jest zero, reszta to import, z którego nikt opinii publicznej nie raportuje, z jakich krajów. Nie wiadomo, w jakim horyzoncie Orlen planuje całkowite zamknięcie produkcji polietylenu w Płocku. Nie wiadomo, jakie będą polskie koszty transformacji energetycznej mierzone w tonach importowanego polietylenu, w sytuacji gdy kraj ten polietylenu nie wytwarza. Nie wiadomo, ile polskich elektrowni wiatrowych zostanie zbudowanych z niemieckimi kablami, ile z koreańskimi, ile z chińskimi. Nie wiadomo, który z tych trzech dostawców w scenariuszu konfliktu z Rosją zawiesi dostawy pod presją polityczną państwa, w którym ma fabrykę. Pytania tego typu polskie ministerstwa stawiają sobie w trybie zamkniętym, jeżeli w ogóle, na roboczych nasiadówkach w Warszawie, w prezentacjach PowerPoint, które nikogo do niczego nie zobowiązują i nikogo nie obchodzą. Publicznie polska opinia dowiaduje się o bilansie polietylenowym z komunikatu Orlenu o zatrzymaniu Olefin III z ktorych media zrobiły aferę, ze sprawozdania finansowego na GPW , z rubryki biznesowej gazety albo portalu.
Kolumna trzecia, kadrowa
Powinna była zostać zapełniona danymi o liczbie polskich inżynierów chemików wykształconych na polskich politechnikach w ostatnim roku, o tym, ilu z nich znalazło pracę w polskim przemyśle chemicznym, ilu zaś wyemigrowało do Niemiec, Holandii, Korei Południowej. Powinna była zawierać dane na temat tego, jaka część kadry zarządzającej polskimi spółkami państwowymi z sektora chemicznego ma dyplomy kierunkowe, a jaka dyplomy menedżerskie ze szkół zachodnich o profilu wyłącznie biznesowym. Odpowiedź na to ostatnie pytanie jest już dostępna i warto ją przytoczyć, ponieważ ujawnia skalę problemu lepiej niż jakakolwiek analiza strukturalna.
W radach nadzorczych pięciu polskich spółek, które wspólnie decydują o losie krajowej produkcji amoniaku (Grupy Azoty S.A. jako holdingu, Orlenu oraz trzech spółek zależnych Grupy Azoty w Puławach, Policach i Kędzierzynie), zasiada łącznie około 30 osób. Z tych 30 osób w chwili pisania niniejszego tekstu zaledwie jedna jest inżynierem chemikiem z doktoratem z inżynierii procesowej, wieloletnim autorem patentów syntezy amoniaku, byłym wieloletnim dyrektorem instytutu badawczego specjalizującego się w tej syntezie. Zasiada w radzie nadzorczej jednej z trzech spółek zależnych, nie zaś w radzie holdingu ani w radzie Orlenu. Pozostałych 29 członków rad to prawnicy, ekonomiści, menedżerowie, specjaliści HR, absolwenci szkół biznesowych, urzędnicy administracji publicznej, przedstawiciele związków zawodowych, inżynierowie innych specjalności, czyli klasyczny skład nadzorczy nowoczesnej spółki giełdowej. W radzie holdingowej Grupy Azoty S.A. w Tarnowie, która zatwierdza strategię całej grupy, nie zasiada ani jeden inżynier chemii rozumiejący proces Habera-Boscha na poziomie technologicznym. Nie zasiada w radzie Orlenu, która w grudniu 2024 roku zatwierdziła zatrzymanie Olefin III. Nie zasiada w radzie Polic, która sprawuje nadzór nad portem w Mijance oraz tamtejszymi instalacjami amoniakalnymi. Nie zasiada w radzie Kędzierzyna, skądinąd historycznie pierwszego polskiego zakładu azotowego po przejęciu Heydebrecku w 1945 roku. Na 20 kilka wierszy hipotetycznego bilansu substancji strategicznych oraz na pięć spółek państwowych decydujących o jednym z dwóch filarów polskiej chemii w sensie Smila przypada zaledwie jeden inżynier z autentycznymi kompetencjami procesowymi. Kiedy Mościcki w 1930 roku otwierał Mościce, w zarządzie Państwowej Fabryki Związków Azotowych siedzieli sami inżynierowie chemicy z doktoratami i doświadczeniem procesowym, ponieważ inaczej tego stanowiska piastować po prostu nie było sposobu. Dziewięćdziesiąt pięć lat później polska struktura nadzorcza odeszła od tej zasady tak daleko, że wszyscy ci inżynierowie mieszczą się w jednej osobie. Który scenariusz bardziej przypomina państwo zdolne do utrzymania suwerenności surowcowej, komentarza nie wymaga.
Pytania o zaplecze badawcze są równoległe. Brakuje rachunku procentu instytutów Polskiej Akademii Nauk prowadzących badania stosowane w zakresie syntezy amoniaku, katalizatorów niskotemperaturowych, polimeryzacji etylenu, modyfikacji polietylenu na cele balistyczne. Brakuje rachunku finansowania tych badań w porównaniu z finansowaniem badań humanistyczno-społecznych. Pytań tych nikt w Polsce systematycznie nie zadaje, ponieważ ich zadanie zakłada istnienie podmiotu odpowiedzialnego za odpowiedź. Podmiotu takiego polskie państwo po 1989 roku nie powołało. Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych istnieje, jej ustawowy mandat obejmuje jednak rezerwy, a więc magazynowanie, nie strategię surowcową państwa.
Kolumna czwarta, finansowa
Najbardziej niewygodna i dlatego najważniejsza. Ile kosztowałoby odtworzenie w Polsce pełnej zdolności produkcji amoniaku do poziomu 3 milionów ton rocznie w horyzoncie 10 lat. Podam tu odpowiedź przybliżoną, z rzędu wielkości: budowa nowej instalacji Habera-Boscha o zdolności 1,2 miliona ton kosztuje dziś w Europie, z pełną infrastrukturą towarzyszącą, 2,5–3 miliardów euro. Potrzebna rozbudowa polskich zakładów wraz z modernizacją starej bazy mieściłaby się w granicach 8–10 miliardów euro rozłożonych na dekadę. Ile kosztowałoby utrzymanie w Polsce produkcji polietylenu wysokiej gęstości na poziomie samowystarczalności krajowej, czyli około 1,5 miliona ton rocznie? Kraker parowy nowej generacji to dziś w Europie 6–8 miliardów euro, z petrochemią towarzyszącą 15–18 miliardów.
Łączny rachunek dwóch filarów Smila, które Polska właśnie oddaje, wynosi 20 kilka miliardów euro w dekadę. 2,5 miliarda euro rocznie. Dla porównania: polski budżet obronny w 2026 roku wynosi 187 miliardów złotych, czyli około 43 miliardów euro. Samowystarczalność chemiczna kosztowałaby zatem niespełna 6% jednego rocznego budżetu obronnego, rozłożonych na 10 lat. Sam program F-35 pochłonie 68% tej kwoty. Pieniądze są. Brakuje czego innego, mianowicie zrozumienia, że broń zaczyna się od substancji, z której się ją wytwarza, nie od kontraktu na jej zakup. Polska kupuje haubice Krab w Hucie Stalowa Wola oraz pociski 155 mm w Dezamecie, Mesko i Nitro-Chemie, wytwarza je jednak ze stali sprowadzanej z Niemiec i Francji, korpusy dopiero zaczynają powstawać w kraju. Od 2025 roku materiał wybuchowy nitrowany jest algierskim amoniakiem. Fabryk amoniaku, Polska budować i modernizować nie zamierza. Rachunek prowadzi się od końca łańcucha, nie zaś od jego początku. Broń bez substancji jest scenografią.
Rachunek ten musi zresztą mieć gdzieś swoje miejsce, czyli urząd, w którym jest prowadzony, ministra, który go podpisuje, zespół, który go aktualizuje. Ministerstwo Gospodarki zlikwidowano w 2015 roku z inicjatywy rządu Platformy Obywatelskiej, zastępując je Ministerstwem Rozwoju o wyraźnie przedsiębiorczo-innowacyjnym profilu. W kolejnych latach resort ewoluował w Ministerstwo Rozwoju i Technologii, by w lipcu 2025, już w rządzie Donalda Tuska, zostać ostatecznie wchłoniętym przez Ministerstwo Finansów i Gospodarki. Obok niego nadal funkcjonuje Ministerstwo Aktywów Państwowych, odpowiedzialne za nadzór właścicielski nad spółkami Skarbu Państwa, w tym Grupą Azoty oraz Orlenem. W efekcie Polska od 11 lat nie ma ministerstwa, którego podstawowym zadaniem byłaby kompleksowa polityka przemysłowa, surowcowa oraz technologiczna w wymiarze strategicznym. Rada Bezpieczeństwa Narodowego przy Prezydencie Rzeczypospolitej w swoich strategiach i raportach bezpieczeństwa od blisko 20 lat analizuje zagrożenia hybrydowe, cyberbezpieczeństwo oraz energetykę gazową i naftową, chemii syntezowej jako odrębnego, kluczowego wymiaru bezpieczeństwa narodowego jednak nie odnotowuje.
Cztery kolumny tego mentalnego raportu (azotowa, polietylenowa, kadrowa, finansowa) układają się w jeden obraz. Polska wie, ile haubic Krab ma na stanie, nie wie jednak, ile dni intensywnego konfliktu wytrzyma jej zapas amunicji. Wie, ile kilometrów wodociągów wybudowała w ostatnim roku, nie wie zaś, ilu producentów polietylenu na świecie może w ciągu tygodnia odciąć jej dostawy. Wie, ile spółek Skarbu Państwa nadzoruje, nie wie jednak, ilu inżynierów chemików zasiada w ich radach nadzorczych. Wie, ile kosztuje program F-35, nie wie zaś, ile kosztowałaby polska samowystarczalność w substancjach, z których ten program robi się materialnie wykonalny. Brak tej wiedzy nie jest przypadkiem ani niedopatrzeniem. Wynika z braku miejsca w polskiej strukturze państwa, w którym ta wiedza miałaby zostać zebrana, opublikowana oraz wykorzystana. Miejsca tego polskie państwo po 1989 roku nie utworzyło, w ostatniej dekadzie likwidując systematycznie nawet jego namiastki.
VII.
Wróćmy do nabrzeża portu Mijanka w Policach, do lutego 2025 roku, do statku, który dobijał tam między godziną 14:00 a 17:00. Nie dorzucę fotografii, której nie zrobiono, komentarza, którego minister nie wypowiedział, depeszy, której biuro prasowe nie rozesłało. Ciszy, w której się to wydarzyło, cofnąć nie sposób. Można jedynie zrozumieć, że ta cisza nie była przypadkiem. Była akustyką państwa, które przestało rozpoznawać swoją własną substancję. Amoniak, który tego dnia wszedł do Polski na statku z Afryki Północnej, w polskim dyskursie materią polityczną nie jest. Jest dostawą. Żeby stał się materią polityczną, potrzebny byłby język, w którym dostawa, od jakiej zależy polski chleb i polska amunicja, brzmi jak to, czym jest, czyli jak początek konfiguracji zależności, jak linia biegnąca przez każde pole polskiego zboża i każdy pocisk polskiej artylerii. Takiego języka nie ma. Jest rubryka branżowa, optymalizacja kosztowa, AZOTY BUSINESS.
Sprawa polska w XIX wieku była wezwaniem do odzyskania państwa jako przestrzeni politycznej. W 2026 roku sprawa polska jest wezwaniem do odzyskania państwa jako substancji. Zadanie to nie jest mniejszego kalibru niż tamto; jest kalibru tego samego, wykonywane w innym materiale. W XIX wieku trzeba było wywalczyć prawo, żeby być państwem. W XXI trzeba wywalczyć zdolność, żeby nim pozostać. Oba wezwania dotyczą tej samej sprawy, ponieważ państwo bez substancji jest tym samym, czym państwo bez prawa, czyli istnieje na mapie, w rzeczywistości jednak nie. Polska, która w lutym 2025 roku straciła zdolność wytwarzania własnego amoniaku, a w grudniu 2024 zdecydowała, że nie będzie już wytwarzała polietylenu dla siebie, jest Polską, która w tych dwóch decyzjach, obu opakowanych w formuły biznesowe, dokonała wyboru między byciem państwem a byciem korytarzem. Wybór takiego kalibru przed 1795 rokiem byłby dyskutowany sejmowo, w kołach poselskich, prasą ulotną, pamfletami. W 2024 i 2025 dyskutowany nie był wcale.
Języka strategicznego, którego Polska dziś potrzebuje, nie trzeba odtwarzać od zera; kiedyś go miała. Miał go Mościcki, miał Prot, mieli go inżynierowie Centralnego Okręgu Przemysłowego. Miała go również kadra budująca w czasach PRL Puławy, Police, Kędzierzyn, Zachem oraz Nitro-Chem. Inżynierowie ci doskonale rozumieli łańcuch wartości, bilans materiałowy oraz znaczenie suwerenności surowcowej. Język ten nie zniknął, został jedynie wypchnięty z przestrzeni decyzyjnej. Wiedza istniała, brakowało jej jednak politycznego upoważnienia.
Tysiące polskich inżynierów, wojskowych, urzędników oraz naukowców wciąż ten język znają. Polis jako bilans materialny istnieje w ich umysłach, w kartotekach technicznych, w projektach oraz opracowaniach branżowych. Nie istnieje jedynie w przestrzeni, w której podejmuje się decyzje państwa. Tam zastąpił go język optymalizacji kosztowej, w którym amoniak jest pozycją w tabeli arkusza kalkulacyjnego, a polietylen segmentem biznesowym o niskiej marży.
Z tego języka żadna strategia suwerenności nie wyjdzie. Wyjdzie z niego tylko kolejne dobijanie statku do polskiego portu, obok fabryki, która przestała być miejscem produkcji, stając się miejscem przetwarzania importowanych substratów.
Stan ten jest aktywnie utrzymywany. Medialni agresorzy pełnią rolę strażników. Każda próba myślenia w kategoriach materialnej wielkości Polski piętnowana jest natychmiast jako „gigantomania”, „populizm” albo „nacjonalizm gospodarczy”. Państwo bowiem, które zaczyna traktować siebie jako materialną całość, staje się groźne, nie jako źródło zależności dla innych, lecz jako kraj, który przestaje być posłusznym ogniwem w łańcuchu zależności Europy Środkowo-Wschodniej od Niemiec oraz Rosji. Groźne, ponieważ zaczyna się wyrywać z roli peryferyjnego rynku zbytu i importera, przejmując fragmenty łańcucha wartości, który Niemcy i Rosja chcą kontrolować. I tego właśnie nie chcą dopuścić.
.Wyjście z tej pułapki nie jest zadaniem jednego rządu, jednej partii, jednego pokolenia polityków. Jest zadaniem polskiej wspólnoty politycznej jako całości, czyli obywateli, polityków, mediów, akademii, instytutów badawczych, izb branżowych, związków zawodowych, inżynierów, wojskowych, kupców, przedsiębiorców. Wymaga uzgodnienia, którego w polskiej demokracji ostatnich dwudziestu lat prawie nie widać; uzgodnienia, że utrzymanie niepodległości, integralności terytorialnej oraz ciągłości Polski jako wspólnoty politycznej i kulturowej jest celem nadrzędnym, od którego wywodzą się wszystkie inne cele, w tym cele partyjne, ideowe, pokoleniowe i tożsamościowe. Bez tego uzgodnienia każdy z pozostałych celów staje się nieistotny, ponieważ traci swój kontekst materialny. Można się spierać o podatki, o szkoły, o sądy, o Unię Europejską, o prawa mniejszości, o historię, o kulturę; można i trzeba, demokracja polega bowiem właśnie na tym, żeby się o te rzeczy spierać. Spierać się o nie można jednak tylko wtedy, kiedy państwo, w którym się o nie spiera, ma zdolność istnienia. Państwo, które oddaje substancję, zdolność tę traci. Wszystkie spory, które się w nim prowadzi, stają się wówczas teatrem wystawianym dla widowni, która będzie się bawiła do końca, ponieważ nie zauważy, że scena, na której występuje, jest właśnie wynoszona z budynku.
Polska w 2026 roku stoi przed wyborem, którego polityczna większość jeszcze nie dostrzegła. Wyborem tym nie jest wybór między partiami, ustrojami ani modelami gospodarczymi. Jest wyborem między dwiema odpowiedziami na pytanie, które Grecy postawili 2,5 tysiąca lat temu i które od tamtej pory każde państwo cywilizacji przemysłowej stawia sobie raz na pokolenie: czy chcemy być polis, czy zbiorem ludzi prywatnych. Polis wytwarza własny amoniak, własny polietylen, własny trotyl, własne kable wysokiego napięcia, własne kamizelki kuloodporne. Zbiór ludzi prywatnych kupuje to wszystko od innych polis, licząc, że inne polis zawsze będą mu chciały sprzedać. Polis myśli w pokoleniach, zbiór ludzi prywatnych myśli w kwartałach. Polis buduje Mościce; zbiór ludzi prywatnych zamyka Olefiny III pod nazwą „Nowa Chemia”. Polis ma na szczycie władzy ludzi, którzy rozumieją stopnie konwersji w reaktorze syntezy amoniaku; zbiór ludzi prywatnych ma prezesów spółek giełdowych, dla których amoniak jest pozycją w sprawozdaniu finansowym za trzeci kwartał.
.Pytanie to nie zostanie zadane publicznie, jeżeli polski dyskurs pozostanie taki, jaki jest. Zostanie zadane wówczas, kiedy znajdą się ci, którzy mają jeszcze polską polis w umysłach, i znajdą dla niej upełnomocniony język. Tych ludzi jest w Polsce tysiące; ci, którzy wiedzą i dziś milczą; ci, którzy patrzą na Mijankę z pełną wiedzą o tym, co zeszło ze statku i dokąd ten amoniak teraz pójdzie. Pójdzie z Polic przez Puławy do Nitro-Chemu w Bydgoszczy, dalej do Mesko w Skarżysku, skąd wróci do polskiego żołnierza stojącego na ścianie wschodniej jako pocisk, który polskie państwo wystrzeli w obronie siebie, nie wiedząc, że pocisk ten zaczął się w Algierii.
Ten esej recepty nie daje, recepty są bowiem zadaniem polityki, nie eseju. Stawia pytanie i podaje materiał, z którego pytanie to trzeba zadać. Materiał jest tym, co czytelnik przeczytał: dwie osie chemii syntezowej, cztery filary Smila, 95 lat łańcucha Mościcki–Prot, cztery przypadki maszyny neutralizacji, rachunek 20 kilku miliardów euro w dekadę. Pytanie brzmi: czy Polska chce być państwem, czy terytorium. Czy zostawia po sobie pole, na którym następne pokolenia będą się spierały o jego kształt, czy zostawia teren, przez który ktoś inny przewozi swoje filary.
Kiedy ci, którzy dziś milczą, się odezwą, sprawa polska powróci, nie hasłem, lecz bilansem. Bilansem, którego dziś nie ma, bez którego Polska będzie się powoli zwijała, aż zostaną Mijanka, nabrzeże, statek oraz portowe służby celne pilnujące, żeby cudzy amoniak bez zakłóceń szedł cudzą instalacją do cudzej produkcji wykonywanej w państwie, które będzie się nazywało Polską jeszcze jakiś czas, zanim nie zauważy, że już się tak nie nazywa.
Maciej Świrski

