Czy spadające satelity zagrażają samolotom? Nowe wyzwanie dla lotnictwa XXI wieku

Czy spadające satelity zagrażają samolotom

Każdego dnia nad naszymi głowami przecinają się dwie niewidoczne autostrady. Pierwszą tworzą samoloty pasażerskie i transportowe, które przewożą miliony ludzi oraz ogromną część światowego handlu. Drugą – satelity krążące wokół Ziemi z prędkością przekraczającą 27 tysięcy kilometrów na godzinę. Przez dziesięciolecia oba światy funkcjonowały niemal niezależnie od siebie. Lotnictwo cywilne rozwijało się w atmosferze, eksploracja kosmosu – setki kilometrów wyżej. Dziś ta granica staje się coraz mniej wyraźna.

.W dziejach transportu każda epoka miała swoją dominującą przestrzeń. Najpierw były nią morza i oceany, później sieci kolejowe, następnie drogi i autostrady, a w XX wieku – przestrzeń powietrzna. XXI wiek otwiera kolejny rozdział tej historii. Coraz większa część infrastruktury współczesnego świata znajduje się bowiem nie na powierzchni Ziemi, lecz setki kilometrów nad nią. Satelity stały się elementem codziennego funkcjonowania gospodarki, administracji, finansów i bezpieczeństwa państw. Wraz z ich gwałtownym przyrostem pojawia się jednak nowe wyzwanie: jak bezpiecznie zarządzać przestrzenią pomiędzy lotnictwem a kosmosem.

Nigdy wcześniej ludzkość nie umieściła na orbicie tylu obiektów co obecnie. Nigdy wcześniej nie wykonywano również tak wielu lotów pasażerskich każdego dnia. Oba systemy rozwijają się równolegle i w niezwykłym tempie. O ile jeszcze dwie dekady temu zakończenie misji satelity było wydarzeniem stosunkowo rzadkim, dziś powroty obiektów z orbity stają się codziennością. Większość z nich kończy się całkowitym spaleniem w atmosferze, jednak nie wszystkie. Niektóre elementy konstrukcji docierają do powierzchni Ziemi, a zanim to nastąpi, muszą przelecieć przez wysokość, na której odbywa się światowy ruch lotniczy.

Jeszcze niedawno pytanie o możliwość zderzenia fragmentu satelity z lecącym samolotem należało przede wszystkim do świata rozważań teoretycznych. Dziś coraz częściej staje się przedmiotem analiz prowadzonych przez specjalistów zajmujących się bezpieczeństwem lotnictwa, agencje kosmiczne i instytucje odpowiedzialne za monitorowanie ruchu orbitalnego. Nie oznacza to, że katastrofa jest prawdopodobna. Oznacza natomiast, że rozwój gospodarki kosmicznej stworzył nowy rodzaj ryzyka, którego wcześniej praktycznie nie było.

Nie jest to historia o spektakularnej katastrofie ani o pojedynczym incydencie. Jest to opowieść o przemianie cywilizacyjnej. W XXI wieku przestrzeń powietrzna i przestrzeń kosmiczna przestają być odrębnymi obszarami działalności człowieka. Coraz częściej tworzą jeden wspólny system, którego bezpieczeństwo zależy od współpracy państw, organizacji międzynarodowych, operatorów satelitarnych i przewoźników lotniczych.

Nad Ziemią robi się coraz ciaśniej

Pierwsze dekady ery kosmicznej charakteryzowały się stosunkowo niewielką liczbą satelitów. Każde wyniesienie było wydarzeniem o znaczeniu strategicznym, a obiekty pozostające na orbicie można było liczyć w setkach. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Rozwój prywatnych przedsiębiorstw kosmicznych, spadek kosztów wynoszenia ładunków oraz rosnące zapotrzebowanie na usługi satelitarne sprawiły, że liczba obiektów na niskiej orbicie okołoziemskiej rośnie szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Według aktualnych danych na orbicie znajduje się już około dwunastu tysięcy aktywnych satelitów, a kolejne tysiące są planowane w ramach wielkich konstelacji budowanych przez przedsiębiorstwa i państwa. Sam system Starlink liczy już kilka tysięcy satelitów i ma być dalej rozbudowywany. Amazon rozwija projekt Kuiper, Europa przygotowuje własną konstelację IRIS², a Chiny inwestują w wielotysięczne sieci satelitarne przeznaczone do komunikacji i obserwacji Ziemi. Jeszcze nigdy historia eksploracji kosmosu nie rozwijała się z taką dynamiką.

Tempo zmian najlepiej pokazują liczby. Jeszcze na początku XXI wieku na orbicie pracowało zaledwie około tysiąca aktywnych satelitów. Obecnie jest ich już około dwunastu tysięcy, a według planów największych operatorów w najbliższych latach liczba ta może wzrosnąć do kilkudziesięciu tysięcy. Równocześnie systemy monitorowania przestrzeni kosmicznej śledzą ponad czterdzieści tysięcy większych obiektów orbitalnych, a liczba mniejszych fragmentów śmieci kosmicznych liczona jest w milionach. Nigdy wcześniej przestrzeń wokół Ziemi nie była tak intensywnie wykorzystywana.

Każdy satelita ma jednak ograniczoną żywotność. Po kilku lub kilkunastu latach kończy swoją misję. Jeżeli znajduje się na niskiej orbicie okołoziemskiej, prędzej czy później zaczyna stopniowo obniżać wysokość lotu i wchodzi w atmosferę. W większości przypadków jest to proces kontrolowany. Operatorzy starają się sprowadzić satelitę nad obszary oceaniczne lub doprowadzić do jego całkowitego spalenia. Nie zawsze jednak jest to możliwe. Awarie, utrata łączności lub specyfika konstrukcji powodują, że część obiektów wraca na Ziemię w sposób niekontrolowany.

To właśnie ten etap budzi coraz większe zainteresowanie ekspertów od bezpieczeństwa. Zanim fragmenty satelity wyhamują i spłoną, przecinają kolejne warstwy atmosfery. Jedną z nich jest wysokość przelotowa samolotów pasażerskich. Przez bardzo krótki czas oba światy – ruch orbitalny i ruch lotniczy – znajdują się w tej samej przestrzeni.

Jeszcze dwadzieścia lat temu podobnych sytuacji było niewiele. W nadchodzących latach ich liczba będzie jednak rosła niemal automatycznie. Nie dlatego, że satelity stały się mniej bezpieczne, lecz dlatego, że jest ich coraz więcej. Każdy nowy satelita wyniesiony na orbitę będzie kiedyś musiał ją opuścić. Im większa stanie się infrastruktura kosmiczna ludzkości, tym częściej będziemy obserwować powroty obiektów z kosmosu do atmosfery.

To oznacza, że pytanie postawione w tytule nie dotyczy jednego spektakularnego przypadku. Dotyczy trwałej zmiany skali zjawiska. Bezpieczeństwo lotnictwa będzie w coraz większym stopniu zależało nie tylko od tego, co dzieje się w atmosferze, lecz również od tego, co dzieje się setki kilometrów ponad nią.

Nigdy wcześniej na świecie nie latało tyle samolotów

Rozwój gospodarki kosmicznej zbiegł się z innym zjawiskiem o historycznej skali – bezprecedensowym wzrostem światowego ruchu lotniczego. Według danych organizacji lotniczych każdego dnia na świecie wykonywanych jest ponad sto tysięcy lotów pasażerskich i towarowych. W rekordowych okresach z usług linii lotniczych korzysta nawet kilkanaście milionów pasażerów dziennie. Nad Europą, Ameryką Północną i Azją niemal nieustannie przemieszczają się tysiące samolotów, których trasy przecinają się w najbardziej uczęszczanych korytarzach powietrznych świata.

Światowy ruch lotniczy również osiągnął skalę, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawała się niewyobrażalna. Każdego dnia wykonywanych jest ponad sto tysięcy lotów cywilnych, a w ciągu roku linie lotnicze przewożą ponad pięć miliardów pasażerów. Nad najbardziej uczęszczanymi regionami świata jednocześnie znajdują się tysiące samolotów. Każdy z nich korzysta z precyzyjnie wyznaczonych korytarzy powietrznych, których bezpieczeństwo należy do najlepiej zorganizowanych elementów współczesnej infrastruktury.

Dla pasażerów lot trwa zwykle oznacza kilka godzin spędzonych na wysokości około dziesięciu lub jedenastu kilometrów. Z punktu widzenia bezpieczeństwa jest to jednak jeden z najbardziej precyzyjnie kontrolowanych obszarów współczesnej cywilizacji. Każda zmiana wysokości, kursu czy prędkości odbywa się pod nadzorem kontroli ruchu lotniczego. Samoloty zachowują ściśle określone separacje, a ich położenie jest monitorowane niemal w czasie rzeczywistym. Przez dziesięciolecia system ten rozwijał się z myślą o zagrożeniach występujących w atmosferze: pogodzie, awariach technicznych, ruchu innych statków powietrznych czy aktywności wulkanicznej. Powroty obiektów z orbity praktycznie nie odgrywały w tych analizach większej roli.

Tymczasem nad tym uporządkowanym światem znajduje się drugi, znacznie mniej widoczny system komunikacyjny. To tysiące satelitów poruszających się po orbitach z prędkością blisko ośmiu kilometrów na sekundę. Dzięki nim działają systemy nawigacji satelitarnej, prognozy pogody, telekomunikacja, transmisje telewizyjne, internet satelitarny czy obserwacja Ziemi. Coraz większa część światowej gospodarki zależy od infrastruktury orbitalnej, choć większość ludzi nie dostrzega jej na co dzień.

Jeszcze dwadzieścia lat temu oba światy pozostawały praktycznie od siebie niezależne. Obecnie rozwijają się równolegle w tempie niespotykanym w historii. To właśnie ich jednoczesna ekspansja sprawia, że specjaliści zaczynają patrzeć na przestrzeń nad Ziemią jako na jeden wspólny system wymagający nowego sposobu zarządzania.

Gdzie spotykają się orbita i lotnictwo

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że satelity i samoloty dzielą ogromne odległości. Większość satelitów działa bowiem na wysokości od około 300 do ponad 1000 kilometrów nad powierzchnią Ziemi, podczas gdy samoloty pasażerskie utrzymują wysokość przelotową między dziewięcioma a dwunastoma kilometrami. W rzeczywistości oba światy spotykają się w jednym bardzo szczególnym momencie – podczas powrotu satelity do atmosfery.

Każdy obiekt schodzący z orbity musi przejść przez kolejne warstwy atmosfery. Początkowo porusza się z prędkością orbitalną przekraczającą 27 tysięcy kilometrów na godzinę. Tarcie o coraz gęstsze warstwy atmosfery powoduje gwałtowne nagrzewanie się konstrukcji. Większość elementów ulega zniszczeniu, jednak proces ten nie następuje natychmiast. Przez pewien czas fragmenty satelity lub członu rakiety przemieszczają się przez wysokości, na których odbywa się normalny ruch lotniczy.

To właśnie ten krótki etap budzi zainteresowanie naukowców. Nie chodzi o sytuację, w której samolot mógłby przez dłuższy czas znajdować się w pobliżu spadającego obiektu. Przejście przez wysokość przelotową trwa zaledwie sekundy. Jednak przy ogromnej prędkości nawet niewielki fragment konstrukcji posiada energię wystarczającą do spowodowania katastrofalnych uszkodzeń. Ryzyko dla pojedynczego lotu pozostaje niezwykle małe, ale w analizach bezpieczeństwa bierze się pod uwagę cały światowy ruch lotniczy, obejmujący dziesiątki milionów operacji wykonywanych każdego roku.

W praktyce oznacza to, że obiekt wracający z orbity nie spada pionowo niczym kamień. Nadal porusza się z ogromną prędkością po bardzo wydłużonej trajektorii. Zanim całkowicie wyhamuje lub ulegnie zniszczeniu, przecina kolejne warstwy atmosfery na przestrzeni setek, a czasem nawet tysięcy kilometrów. To właśnie dlatego określenie miejsca i czasu wejścia dużego obiektu w atmosferę należy do najbardziej wymagających zadań współczesnej mechaniki orbitalnej.

W przeciwieństwie do ptaków, dronów czy zjawisk atmosferycznych pilot praktycznie nie miałby możliwości zauważenia takiego obiektu i wykonania manewru omijającego. Fragment satelity porusza się wielokrotnie szybciej od samolotu i przecina jego potencjalną trasę w czasie liczonym w ułamkach sekundy. O bezpieczeństwie nie decydują więc refleks załogi ani możliwości samego samolotu, lecz zdolność wcześniejszego przewidzenia miejsca i czasu wejścia obiektu w atmosferę.

To właśnie dlatego coraz większego znaczenia nabierają systemy śledzenia ruchu orbitalnego. Ich zadaniem nie jest jedynie ochrona satelitów przed kolizjami na orbicie, lecz również dostarczanie informacji pozwalających odpowiednio wcześnie ostrzec służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo lotnictwa. Wraz ze wzrostem liczby satelitów rośnie znaczenie współpracy pomiędzy agencjami kosmicznymi, wojskiem, operatorami satelitarnymi i instytucjami zarządzającymi ruchem lotniczym. Jeszcze niedawno były to dwa niemal odrębne światy. Dziś coraz częściej muszą działać jako elementy jednego systemu bezpieczeństwa.

Najważniejsza zmiana ma jednak charakter statystyczny. Sam fakt, że ryzyko pojedynczego zdarzenia pozostaje bardzo niewielkie, nie oznacza, iż można je ignorować. Im więcej satelitów trafia na orbitę, tym więcej będzie ich kiedyś wracało na Ziemię. Im więcej samolotów każdego dnia przecina światowe korytarze powietrzne, tym większa staje się liczba potencjalnych punktów przecięcia obu systemów. Właśnie dlatego pytanie o bezpieczeństwo lotnictwa w epoce gwałtownego rozwoju gospodarki kosmicznej przestaje być zagadnieniem wyłącznie akademickim. Staje się jednym z nowych wyzwań infrastrukturalnych XXI wieku.

Jak wyglądałby taki incydent?

Choć możliwość zderzenia fragmentu satelity z lecącym samolotem pozostaje niezwykle mało prawdopodobna, specjaliści zajmujący się bezpieczeństwem lotnictwa i monitorowaniem przestrzeni kosmicznej analizują takie scenariusze z dużą dokładnością. Nie dlatego, że spodziewają się ich często, lecz dlatego, że właśnie na tym polega współczesne zarządzanie ryzykiem. Bezpieczeństwo transportu buduje się nie dopiero po wystąpieniu katastrofy, ale znacznie wcześniej – poprzez przewidywanie zdarzeń, które mogą nigdy nie nastąpić.

Początek takiego scenariusza nie miałby miejsca w kokpicie samolotu, lecz setki kilometrów nad Ziemią. Operator satelity utraciłby możliwość wykonania planowanego manewru deorbitacyjnego albo doszłoby do awarii dużego członu rakiety pozostającego na orbicie. W pierwszej chwili nie oznaczałoby to jeszcze żadnego zagrożenia dla ludzi. Oznaczałoby natomiast rozpoczęcie intensywnego monitorowania trajektorii przez systemy obserwacji przestrzeni kosmicznej.

Dziś takie możliwości posiadają przede wszystkim wyspecjalizowane instytucje państwowe oraz agencje kosmiczne. Wykorzystując radary, teleskopy i modele mechaniki orbitalnej, potrafią one z dużą dokładnością określać położenie obiektów krążących wokół Ziemi. Znacznie trudniejsze okazuje się jednak przewidzenie dokładnego miejsca wejścia dużego obiektu w atmosferę. Wystarczy niewielka zmiana gęstości atmosfery, aktywności słonecznej czy orientacji obracającego się satelity, aby prognoza przesunęła się o setki kilometrów. Z tego powodu kolejne komunikaty stają się coraz dokładniejsze dopiero w ostatnich godzinach przed wejściem w atmosferę.

Jeżeli analizy wskazywałyby, że trajektoria może przeciąć intensywnie wykorzystywane korytarze lotnicze, informacje zostałyby przekazane instytucjom odpowiedzialnym za bezpieczeństwo ruchu lotniczego. Rozpoczęłaby się procedura dobrze znana z innych sytuacji wymagających ograniczenia ruchu w przestrzeni powietrznej. Kontrolerzy ruchu lotniczego oraz służby planowania operacji analizowaliby, czy istnieje potrzeba czasowego zamknięcia fragmentu przestrzeni powietrznej, zmiany tras przelotu lub opóźnienia wybranych startów.

W praktyce piloci otrzymaliby odpowiednie informacje za pośrednictwem systemu NOTAM, czyli oficjalnych komunikatów ostrzegających o zagrożeniach mogących mieć wpływ na bezpieczeństwo lotów. Dla pasażerów sytuacja mogłaby pozostać całkowicie niezauważalna. Samolot otrzymałby po prostu inną trasę albo kilka minut późniejszą zgodę na start. Właśnie w ten sposób funkcjonuje współczesne lotnictwo – potencjalne zagrożenia eliminuje się na długo przed tym, zanim mogłyby stać się realnym problemem.

Najbardziej dynamiczna faza rozpoczęłaby się w chwili wejścia obiektu w atmosferę. Satelita lub człon rakiety poruszałby się nadal z prędkością liczonych w kilometrach na sekundę. Tarcie o coraz gęstsze warstwy atmosfery powodowałoby gwałtowne nagrzewanie konstrukcji i jej stopniową dezintegrację. Większość elementów spłonęłaby na wysokościach znacznie przekraczających poziom lotu samolotów pasażerskich. Jedynie większe fragmenty mogłyby kontynuować opadanie, stopniowo tracąc prędkość i energię.

To właśnie dlatego eksperci podkreślają, że największym wyzwaniem nie jest samo zjawisko fizyczne, lecz zarządzanie niepewnością. W ostatnich godzinach przed wejściem w atmosferę nie da się wskazać jednego punktu, w którym znajdzie się obiekt. Można jedynie stopniowo zawężać obszar prawdopodobnego przelotu. Z perspektywy lotnictwa oznacza to konieczność podejmowania decyzji z odpowiednim wyprzedzeniem, często przy niepełnych jeszcze danych. To sytuacja dobrze znana specjalistom od bezpieczeństwa – podobnie postępuje się podczas erupcji wulkanów, silnych burz czy innych zjawisk, których przebieg również zmienia się wraz z napływem nowych informacji.

Warto zauważyć, że w takim scenariuszu kluczową rolę odgrywa współpraca wielu instytucji. Dane zbierają systemy monitorowania przestrzeni kosmicznej, prognozy przygotowują eksperci od mechaniki orbitalnej, decyzje dotyczące przestrzeni powietrznej podejmują służby lotnicze, a przewoźnicy dostosowują do nich swoje operacje. Żaden z tych elementów nie funkcjonuje samodzielnie. Bezpieczeństwo zależy od sprawnego przepływu informacji pomiędzy światem astronautyki i światem lotnictwa.

Paradoksalnie właśnie to jest najważniejszym wnioskiem płynącym z takiego scenariusza. Nie pokazuje on słabości współczesnych systemów bezpieczeństwa, lecz ich ewolucję. Jeszcze kilkanaście lat temu podobna współpraca była potrzebna niezwykle rzadko. Dziś staje się jednym z naturalnych elementów funkcjonowania świata, w którym przestrzeń kosmiczna przestaje być odległym miejscem eksploracji, a staje się częścią codziennej infrastruktury współczesnej cywilizacji.

Naukowcy policzyli ryzyko. Problem przestaje być wyłącznie teoretyczny

Jeszcze do niedawna pytanie o możliwość zderzenia spadającego obiektu kosmicznego z samolotem pojawiało się przede wszystkim podczas dyskusji prowadzonych przez specjalistów od bezpieczeństwa lotniczego i inżynierów zajmujących się projektowaniem satelitów. Brakowało jednak analiz, które próbowałyby odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy wraz z gwałtownym wzrostem liczby satelitów ryzyko pozostaje praktycznie zerowe, czy też zaczyna osiągać poziom wymagający nowych procedur bezpieczeństwa?

Odpowiedzi zaczęły przynosić dopiero badania opublikowane w ostatnich latach. Ich autorzy nie analizowali pojedynczego lotu ani pojedynczego satelity. Zamiast tego zestawili ze sobą dwa zbiory danych: światowy ruch lotniczy oraz prognozowane trajektorie niekontrolowanych wejść obiektów kosmicznych w atmosferę. Dopiero takie spojrzenie pozwala zrozumieć skalę zjawiska. Ryzyko dla konkretnego samolotu pozostaje niezwykle małe, lecz światowe lotnictwo wykonuje każdego roku dziesiątki milionów operacji. W takiej skali nawet bardzo rzadkie zdarzenia przestają być statystycznie nieistotne.

Badacze zwracają uwagę na jeszcze jeden element. Większość satelitów kończy swoją misję w sposób kontrolowany lub ulega niemal całkowitemu spaleniu w atmosferze. Problemem są przede wszystkim obiekty, nad którymi operator utracił kontrolę, oraz duże elementy rakiet nośnych i satelitów, których konstrukcja zwiększa prawdopodobieństwo przetrwania wejścia w atmosferę. To właśnie one mogą dotrzeć do wysokości, na której odbywa się ruch lotniczy, zanim ulegną całkowitemu zniszczeniu lub spadną do oceanu bądź na ląd.

W analizach naukowych szczególnie interesujące jest to, że nie koncentrują się one na prawdopodobieństwie katastrofy jednego samolotu. Znacznie większe znaczenie przypisuje się konsekwencjom dla całego systemu transportowego. Jeżeli istnieje choćby niewielkie prawdopodobieństwo przejścia dużego obiektu przez intensywnie wykorzystywany korytarz powietrzny, służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo mogą zdecydować o czasowym zamknięciu fragmentu przestrzeni powietrznej, zmianie tras lotów lub opóźnieniu startów. W praktyce oznacza to, że skutki niekontrolowanego powrotu satelity mogą być odczuwalne nawet wtedy, gdy żaden fragment nie zbliży się do lecącego samolotu.

To zmienia sposób myślenia o bezpieczeństwie. Przez dziesięciolecia zarządzanie ruchem lotniczym opierało się przede wszystkim na zjawiskach zachodzących w atmosferze. Dziś coraz częściej uwzględnia się również procesy rozpoczynające się setki kilometrów nad Ziemią. Dane orbitalne stają się jednym z elementów planowania operacji lotniczych, podobnie jak prognozy pogody, aktywność burzowa czy informacje o erupcjach wulkanów.

Najważniejszy wniosek płynący z tych badań jest jednak inny. Problem nie wynika z pogorszenia jakości współczesnych satelitów ani z większej liczby awarii. Jest konsekwencją sukcesu całego sektora kosmicznego. Im więcej urządzeń człowiek umieszcza na orbicie, tym więcej będzie musiał ich kiedyś bezpiecznie z niej usunąć. Wraz z rozwojem megakonstelacji telekomunikacyjnych liczba powrotów do atmosfery będzie rosła niemal z roku na rok. To oznacza, że zarządzanie ruchem orbitalnym i zarządzanie ruchem lotniczym będą coraz silniej powiązane.

Kiedy teoria spotkała się z praktyką

Dla wielu ekspertów momentem przełomowym nie była jednak publikacja kolejnych analiz naukowych, lecz seria wydarzeń związanych z chińską rakietą Long March 5B. To właśnie one pokazały, że problem niekontrolowanych powrotów dużych obiektów z kosmosu przestał być wyłącznie przedmiotem symulacji komputerowych i stał się realnym wyzwaniem dla służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.

Long March 5B jest jedną z najpotężniejszych rakiet wykorzystywanych przez Chiny do wynoszenia dużych modułów orbitalnych. W przeciwieństwie do większości współczesnych konstrukcji jej główny człon po wykonaniu zadania nie był kierowany do kontrolowanego wejścia nad wyznaczonym obszarem oceanu. Pozostawał na orbicie i po kilku dniach lub tygodniach wracał do atmosfery w sposób trudny do precyzyjnego przewidzenia. Każdy taki powrót oznaczał konieczność śledzenia kilkudziesięciotonowej konstrukcji przemieszczającej się z prędkością orbitalną wokół całej planety.

To właśnie ta niepewność wywołała międzynarodową debatę. Nie dlatego, że rakieta uderzyła w samolot. Nie dlatego nawet, że spowodowała ofiary na ziemi. Powodem była świadomość, że przez wiele godzin nie można było z pełną dokładnością wskazać miejsca jej wejścia w atmosferę. Oznaczało to konieczność przygotowania różnych scenariuszy bezpieczeństwa zarówno dla służb odpowiedzialnych za ochronę ludności, jak i dla instytucji zarządzających ruchem lotniczym.

Seria powrotów rakiet Long March 5B zwróciła uwagę świata na problem, który wcześniej pozostawał głównie domeną specjalistów od mechaniki orbitalnej. Po raz pierwszy w tak wyraźny sposób okazało się, że decyzje podejmowane podczas projektowania systemów kosmicznych mogą mieć bezpośredni wpływ na funkcjonowanie infrastruktury znajdującej się tysiące kilometrów niżej. W XXI wieku bezpieczeństwo przestrzeni kosmicznej i bezpieczeństwo lotnictwa przestają być odrębnymi zagadnieniami. Coraz częściej stają się dwoma elementami tego samego globalnego systemu.

Chińskie rakiety Long March 5B zmieniły sposób myślenia o bezpieczeństwie

Pierwszy głośny przypadek miał miejsce w maju 2020 r., kiedy po wyniesieniu nowej generacji chińskiego statku kosmicznego na orbitę główny człon rakiety Long March 5B rozpoczął niekontrolowany powrót na Ziemię. Konstrukcja ważyła około dwudziestu ton i przez kilka dni okrążała planetę, podczas gdy agencje kosmiczne oraz wojskowe systemy monitorowania przestrzeni kosmicznej próbowały coraz dokładniej określić miejsce jej wejścia w atmosferę. Ostatecznie większość rakiety spłonęła nad Oceanem Atlantyckim, jednak sam fakt, że przez wiele godzin nie można było z dużą precyzją wskazać miejsca upadku, wywołał międzynarodową dyskusję.

Szczególne zainteresowanie wzbudziła masa samego obiektu. Główny człon Long March 5B ważył ponad dwadzieścia ton, co czyniło go jednym z największych elementów konstrukcyjnych powracających na Ziemię w sposób niekontrolowany od wielu lat. W przeciwieństwie do większości współczesnych rakiet nie został skierowany na kontrolowaną trajektorię prowadzącą nad odległe obszary oceaniczne. Przez kolejne dni okrążał Ziemię mniej więcej co dziewięćdziesiąt minut, a z każdą orbitą prognozy miejsca wejścia w atmosferę ulegały zmianie.

Rok później sytuacja powtórzyła się po wyniesieniu pierwszego modułu chińskiej stacji kosmicznej Tiangong. Ponownie ogromny człon rakiety pozostawał na orbicie i dopiero po kilku dniach rozpoczął niekontrolowane wejście w atmosferę. Światowe media codziennie publikowały nowe prognozy, ponieważ przewidywany punkt wejścia zmieniał się wraz z każdym kolejnym okrążeniem Ziemi. Ostatecznie szczątki spadły nad Oceanem Indyjskim, lecz do ostatnich godzin nie było pewności, gdzie dokładnie zakończy się lot.

Podobny scenariusz powtórzył się także w 2022 r. po wyniesieniu kolejnego modułu stacji Tiangong. Ponownie uwaga świata skupiła się nie tyle na samych Chinach, ile na problemie, który okazał się znacznie szerszy. Jeżeli pojedynczy obiekt o masie kilkudziesięciu ton może przez wiele dni pozostawać poza pełną kontrolą podczas powrotu na Ziemię, to wraz z rozwojem światowej infrastruktury kosmicznej podobnych sytuacji będzie przybywać.

Właśnie dlatego przypadki Long March 5B wywołały zdecydowane reakcje części społeczności międzynarodowej. Przedstawiciele amerykańskiej agencji NASA podkreślali, że państwa prowadzące działalność kosmiczną powinny projektować swoje systemy w sposób umożliwiający kontrolowane sprowadzenie dużych elementów rakiet nad bezpieczne obszary oceaniczne. Europejscy eksperci zwracali uwagę, że odpowiedzialne projektowanie misji staje się jednym z podstawowych elementów bezpieczeństwa przestrzeni kosmicznej. Sama dyskusja pokazała jednak coś jeszcze – świat nie dysponuje jednolitymi, powszechnie obowiązującymi standardami dotyczącymi sposobu zakończenia misji wszystkich dużych obiektów orbitalnych.

Dla światowego lotnictwa najważniejsza była jednak nie sama rakieta, lecz konsekwencje organizacyjne. Instytucje odpowiedzialne za monitorowanie przestrzeni kosmicznej musiały na bieżąco przekazywać prognozy służbom lotniczym. Po raz pierwszy na taką skalę okazało się, że decyzje podejmowane podczas projektowania rakiety mogą wpływać na funkcjonowanie ruchu lotniczego po drugiej stronie globu. Był to symboliczny moment narodzin nowego rodzaju współzależności pomiędzy lotnictwem i astronautyką.

Dlaczego podobnych sytuacji będzie coraz więcej

Najważniejszym powodem nie jest wzrost liczby awarii. Paradoksalnie współczesne satelity są coraz bardziej niezawodne, a możliwości monitorowania ich położenia są nieporównywalnie większe niż jeszcze kilkanaście lat temu. Problem wynika z prostego faktu: świat rozpoczyna największą w historii rozbudowę infrastruktury orbitalnej.

Jeszcze na początku XXI wieku na orbitę trafiało stosunkowo niewiele satelitów. Dziś każdego roku wynoszone są ich tysiące. Megakonstelacje telekomunikacyjne budowane przez prywatne przedsiębiorstwa i państwa zmieniają skalę całego przedsięwzięcia. Każdy z tych satelitów ma jednak określony czas eksploatacji. Po jego zakończeniu będzie musiał zostać bezpiecznie usunięty z orbity.

Oznacza to, że liczba wejść w atmosferę będzie rosła niemal proporcjonalnie do liczby wynoszonych satelitów. W większości przypadków będą to operacje kontrolowane, niewidoczne dla opinii publicznej. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet niewielki odsetek obiektów powracających w sposób niekontrolowany będzie oznaczał większą liczbę sytuacji wymagających monitorowania przez służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo lotnicze.

Na tym nie kończy się jednak transformacja przestrzeni kosmicznej. W najbliższych latach coraz większą rolę będą odgrywały statki wielokrotnego użytku, pojazdy przeznaczone do serwisowania satelitów na orbicie, kapsuły transportujące ludzi i ładunki oraz nowe generacje rakiet nośnych. Do tego dochodzą projekty związane z rozwojem prywatnych stacji orbitalnych i komercyjnych misji załogowych. Wszystkie te elementy będą zwiększały intensywność ruchu pomiędzy Ziemią a orbitą.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu przestrzeń kosmiczna była domeną kilku państw i kilkudziesięciu misji rocznie. Dziś staje się miejscem regularnej działalności gospodarczej. Wraz z tą zmianą rośnie znaczenie pytania nie tylko o to, jak bezpiecznie wynosić obiekty na orbitę, lecz także jak odpowiedzialnie sprowadzać je z powrotem. To właśnie dlatego problem spadających satelitów przestaje być ciekawostką z pogranicza astronautyki. Staje się zagadnieniem dotyczącym bezpieczeństwa transportu, funkcjonowania państw i odpowiedzialności międzynarodowej.

Kto odpowiada za szkody wyrządzone przez satelitę?

Rozwój gospodarki kosmicznej sprawia, że pytania jeszcze niedawno należące do świata rozważań akademickich zaczynają nabierać bardzo praktycznego znaczenia. Jedno z nich wydaje się szczególnie istotne. Kto poniósłby odpowiedzialność, gdyby fragment satelity lub członu rakiety uszkodził samolot pasażerski? Odpowiedź nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.

Intuicyjnie można byłoby uznać, że odpowiedzialność spoczywa na przedsiębiorstwie, które zbudowało satelitę albo na operatorze zarządzającym jego pracą. Tymczasem fundamenty międzynarodowego prawa kosmicznego powstały w czasach, gdy działalność poza atmosferą była niemal wyłącznie domeną państw. Do dziś właśnie państwo pozostaje podstawowym podmiotem odpowiedzialnym za działalność prowadzoną w przestrzeni kosmicznej.

Podstawę stanowi Układ o przestrzeni kosmicznej z 1967 r., uznawany za swoistą konstytucję międzynarodowego prawa kosmicznego. Dokument ten ustanowił zasady pokojowego wykorzystywania przestrzeni kosmicznej, ale jednocześnie przesądził, że państwa odpowiadają za narodową działalność kosmiczną, niezależnie od tego, czy prowadzą ją agencje rządowe, czy przedsiębiorstwa prywatne. Oznacza to, że rozwój komercyjnego sektora kosmicznego nie zwolnił państw z odpowiedzialności za misje realizowane pod ich jurysdykcją.

Jeszcze dalej idzie Konwencja o międzynarodowej odpowiedzialności za szkody wyrządzone przez obiekty kosmiczne z 1972 r. Wprowadziła ona pojęcie „państwa wynoszącego”, czyli państwa, które wystrzeliło obiekt kosmiczny, zleciło jego wyniesienie albo z którego terytorium lub infrastruktury nastąpił start. To właśnie ono ponosi odpowiedzialność za szkody wyrządzone przez taki obiekt na powierzchni Ziemi lub statkom powietrznym znajdującym się w locie.

W praktyce oznacza to, że odpowiedzialność może mieć charakter znacznie bardziej złożony niż w klasycznym prawie lotniczym. Satelita może zostać zaprojektowany przez przedsiębiorstwo z jednego państwa, należeć do operatora z drugiego, zostać wyniesiony rakietą zbudowaną w trzecim kraju, a sam start może odbyć się z kosmodromu położonego na terytorium czwartego państwa. Ustalenie odpowiedzialności wymaga wówczas zastosowania mechanizmów przewidzianych w prawie międzynarodowym oraz zawartych wcześniej umów pomiędzy uczestnikami przedsięwzięcia.

Rozwój prywatnego sektora kosmicznego dodatkowo komplikuje ten obraz. Coraz większą rolę odgrywają przedsiębiorstwa dysponujące własnymi rakietami, konstelacjami satelitarnymi i systemami komunikacyjnymi. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego działalność ta nadal pozostaje jednak związana z odpowiedzialnością państwa, które udzieliło odpowiednich zezwoleń i sprawuje nad nią nadzór. Państwa wymagają od operatorów wysokich sum gwarancyjnych i ubezpieczeń, lecz nawet najbardziej rozbudowane mechanizmy komercyjne nie eliminują odpowiedzialności przewidzianej przez obowiązujące traktaty.

Na razie przepisy te nie były poddawane próbie w sytuacji tak spektakularnej, jak uszkodzenie samolotu pasażerskiego przez fragment powracającego satelity. Nie oznacza to jednak, że problem pozostaje wyłącznie hipotetyczny. Wraz z gwałtownym wzrostem liczby obiektów umieszczanych na orbicie coraz częściej pojawiają się pytania, czy regulacje tworzone ponad pół wieku temu odpowiadają rzeczywistości zdominowanej przez komercyjne megakonstelacje i setki startów rakiet każdego roku.

Im większa staje się gospodarka kosmiczna, tym mniej problem spadających obiektów przypomina zagadnienie inżynieryjne. Coraz częściej staje się przedmiotem decyzji politycznych, negocjacji międzynarodowych oraz dyskusji o odpowiedzialności państw i przedsiębiorstw. Tak jak rozwój lotnictwa wymusił stworzenie prawa lotniczego, tak rozwój działalności orbitalnej prowadzi do stopniowego kształtowania nowego ładu prawnego poza atmosferą.

Czy prawo kosmiczne nadąża za nową epoką?

Twórcy międzynarodowego prawa kosmicznego wykazali się dalekowzrocznością. Dzięki traktatom przyjętym w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych udało się stworzyć podstawowe zasady odpowiedzialności oraz pokojowego wykorzystywania przestrzeni kosmicznej. Trudno jednak oczekiwać, aby autorzy tych dokumentów mogli przewidzieć skalę przemian, jakie nastąpią w pierwszej połowie XXI wieku.

W chwili podpisywania Układu o przestrzeni kosmicznej świat znajdował się w samym środku zimnej wojny. Liczbę satelitów można było liczyć w dziesiątkach, a działalność kosmiczną prowadziło zaledwie kilka państw. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Na orbicie pracują tysiące satelitów należących do przedsiębiorstw prywatnych, a kolejne konstelacje liczące po kilka czy nawet kilkanaście tysięcy urządzeń znajdują się w fazie budowy lub planowania.

Zmienia się również charakter samej działalności kosmicznej. Orbita okołoziemska przestaje być wyłącznie miejscem prowadzenia badań naukowych i realizacji prestiżowych programów państwowych. Staje się elementem światowej infrastruktury gospodarczej. Od satelitów zależą dziś systemy nawigacji, synchronizacja sieci energetycznych, funkcjonowanie rynków finansowych, telekomunikacja, logistyka, rolnictwo precyzyjne, prognozowanie pogody i bezpieczeństwo państw.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której satelita należący do prywatnego operatora ze Stanów Zjednoczonych zostaje wyniesiony europejską rakietą z kosmodromu w Gujanie Francuskiej, a po zakończeniu misji jego fragment uszkadza samolot należący do japońskich linii lotniczych lecący nad Oceanem Indyjskim. Tego rodzaju scenariusz jeszcze niedawno wydawał się czystą teorią. Dziś mieści się już w granicach technicznych możliwości współczesnej gospodarki kosmicznej. To pokazuje, jak skomplikowane mogą być kwestie odpowiedzialności oraz dochodzenia ewentualnych roszczeń.

To sprawia, że dyskusja o odpowiedzialności za obiekty kosmiczne przestaje być problemem prawników zajmujących się wyspecjalizowaną dziedziną prawa międzynarodowego. Coraz częściej staje się częścią debaty o bezpieczeństwie infrastruktury krytycznej współczesnego świata. Im większa będzie gospodarka kosmiczna, tym większe znaczenie będą miały zasady regulujące odpowiedzialność za zdarzenia, które jeszcze niedawno wydawały się niemal niemożliwe.

Nieprzypadkowo coraz częściej mówi się więc nie tylko o nowych technologiach, lecz również o potrzebie stopniowej aktualizacji międzynarodowych regulacji. Rozwój przestrzeni kosmicznej postępuje bowiem znacznie szybciej niż proces tworzenia prawa. To napięcie pomiędzy tempem innowacji a tempem zmian legislacyjnych będzie jednym z najważniejszych wyzwań nadchodzących dekad.

Czym jest Space Traffic Management?

Przez większą część historii lotnictwa bezpieczeństwo ruchu powietrznego zależało od tego, co działo się w atmosferze. Kontrolerzy ruchu lotniczego analizowali położenie samolotów, warunki meteorologiczne, aktywność lotnisk i ograniczenia przestrzeni powietrznej. Dane pochodzące z orbity były wykorzystywane przede wszystkim do nawigacji satelitarnej, prognozowania pogody czy łączności. Dziś ta sytuacja zaczyna się zmieniać. Informacje o ruchu obiektów kosmicznych stają się kolejnym elementem wpływającym na bezpieczeństwo lotnictwa.

Nie oznacza to oczywiście, że kontrolerzy ruchu lotniczego śledzą każdy satelita znajdujący się na orbicie. Rolę tę pełnią wyspecjalizowane systemy monitorowania przestrzeni kosmicznej rozwijane przez agencje kosmiczne, wojsko i operatorów komercyjnych. Ich zadaniem jest obserwacja dziesiątek tysięcy obiektów krążących wokół Ziemi, przewidywanie możliwych kolizji oraz określanie czasu i miejsca wejścia wybranych konstrukcji w atmosferę.

Jeżeli prognozy wskazują, że duży obiekt może przejść nad intensywnie wykorzystywanym obszarem, informacje trafiają do instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo ruchu lotniczego. W zależności od poziomu ryzyka możliwe jest wydanie ostrzeżeń dla załóg, czasowe wyłączenie fragmentu przestrzeni powietrznej z użytkowania, zmiana tras lotów lub opóźnienie startów. Takie decyzje nie należą do codzienności, jednak w ostatnich latach zdarzały się już sytuacje, w których niekontrolowane wejścia dużych obiektów z orbity wymagały ścisłej współpracy pomiędzy służbami kosmicznymi i lotniczymi.

Eksperci podkreślają, że podobnych przypadków będzie przybywać. Nie dlatego, że przestrzeń kosmiczna staje się mniej bezpieczna, lecz dlatego, że gwałtownie rośnie liczba obiektów wymagających monitorowania. W najbliższych latach na orbicie znajdą się kolejne megakonstelacje satelitarne, nowe prywatne stacje orbitalne, statki przeznaczone do serwisowania satelitów, kapsuły transportujące ludzi oraz rakiety wielokrotnego użytku wykonujące regularne loty. Wszystkie te elementy będą zwiększały intensywność ruchu pomiędzy powierzchnią Ziemi a przestrzenią kosmiczną.

W odpowiedzi na te zmiany coraz większego znaczenia nabiera koncepcja określana mianem Space Traffic Management, czyli zarządzania ruchem kosmicznym. Nie chodzi wyłącznie o zapobieganie kolizjom pomiędzy satelitami. Celem jest stworzenie systemu pozwalającego przewidywać ruch wszystkich istotnych obiektów, koordynować działania różnych operatorów oraz zapewnić bezpieczne funkcjonowanie infrastruktury znajdującej się zarówno na orbicie, jak i w atmosferze. Wielu specjalistów porównuje ten proces do narodzin współczesnej kontroli ruchu lotniczego w połowie XX wieku. Wówczas również gwałtowny wzrost liczby samolotów wymusił stworzenie nowych zasad organizacji przestrzeni powietrznej.

Nie istnieje dziś jedna światowa instytucja pełniąca funkcję odpowiednika międzynarodowej kontroli ruchu kosmicznego. Poszczególne państwa rozwijają własne systemy monitorowania, a coraz większą rolę odgrywa również współpraca pomiędzy agencjami kosmicznymi, organizacjami międzynarodowymi i sektorem prywatnym. W praktyce oznacza to, że świat znajduje się w okresie przejściowym. Dysponuje coraz bardziej zaawansowanymi technologiami obserwacji orbity, lecz jednocześnie dopiero poszukuje modelu zarządzania odpowiadającego skali zmian zachodzących w przestrzeni kosmicznej.

W perspektywie kolejnych dekad znaczenie takiego systemu będzie prawdopodobnie rosło. Coraz częściej mówi się o regularnych lotach załogowych wykonywanych przez przedsiębiorstwa prywatne, rozwoju komercyjnych stacji orbitalnych, pojazdach serwisujących satelity na orbicie, a także o pierwszych lotach pasażerskich wykorzystujących technologie hipersoniczne lub suborbitalne. Granica pomiędzy klasycznym lotnictwem a działalnością kosmiczną będzie stopniowo się zacierać. Oznacza to, że bezpieczeństwo obu tych obszarów będzie musiało być planowane wspólnie, a nie – jak dotąd – oddzielnie.

Rozwój światowej gospodarki kosmicznej stawia więc przed państwami wyzwanie wykraczające daleko poza kwestie technologiczne. W najbliższych latach równie ważne jak budowa nowych rakiet czy satelitów stanie się stworzenie skutecznych zasad współpracy pomiędzy operatorami, agencjami kosmicznymi i służbami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo ruchu lotniczego. To właśnie od tej współpracy będzie zależało, czy dynamiczny rozwój działalności na orbicie pozostanie równie bezpieczny, jak rozwój światowego lotnictwa w drugiej połowie XX wieku.

Coraz częściej eksperci podkreślają, że zarządzanie ruchem kosmicznym może w przyszłości przypominać rozwój współczesnej kontroli ruchu lotniczego. Początkowo również wydawała się ona rozwiązaniem przeznaczonym dla niewielkiej liczby lotów. Dopiero gwałtowny wzrost ruchu lotniczego uczynił z niej jeden z fundamentów bezpieczeństwa współczesnego transportu. Podobna ewolucja może czekać systemy monitorowania przestrzeni kosmicznej.

Niebo staje się nową infrastrukturą cywilizacji

Przez większą część swojej historii człowiek postrzegał niebo przede wszystkim jako przestrzeń, którą należy zdobyć. Najpierw nauczył się latać, później wysłał pierwsze satelity, a następnie ludzi na Księżyc. Kolejne etapy rozwoju techniki polegały na przekraczaniu granic wyznaczanych przez naturę. Dziś stoimy przed wyzwaniem innego rodzaju. Nie chodzi już wyłącznie o to, jak dotrzeć do przestrzeni kosmicznej. Coraz ważniejsze staje się pytanie, jak bezpiecznie zorganizować ruch w przestrzeni rozciągającej się od pasa startowego lotniska aż po orbitę okołoziemską.

Jeszcze niedawno zagrożenia dla lotnictwa kojarzono przede wszystkim z burzami, oblodzeniem, erupcjami wulkanów czy kolizjami z ptakami. W XXI wieku do tej listy dołącza nowa kategoria zjawisk wynikających z rozwoju gospodarki kosmicznej. Ryzyko uderzenia fragmentu satelity w lecący samolot pozostaje bardzo niewielkie i nic nie wskazuje na to, aby miało stać się codziennym zagrożeniem dla pasażerów. Sam fakt pojawienia się takiego pytania pokazuje jednak, jak głęboko zmienił się świat w ciągu zaledwie jednego pokolenia.

Jeszcze trzydzieści lat temu liczba satelitów była niewielka, a ich wykorzystanie ograniczało się do kilku wyspecjalizowanych zastosowań. Dziś od infrastruktury orbitalnej zależy funkcjonowanie światowej gospodarki, systemów finansowych, nawigacji, telekomunikacji, prognozowania pogody, zarządzania kryzysowego oraz bezpieczeństwa państw. W nadchodzących latach znaczenie tej infrastruktury będzie nadal rosło. Równocześnie coraz więcej obiektów będzie kończyło swoją służbę i wracało do atmosfery. To naturalna konsekwencja rozwoju technologicznego, a nie oznaka jego kryzysu.

Historia nowoczesnych społeczeństw pokazuje, że każda nowa przestrzeń wykorzystywana przez człowieka z czasem wymaga stworzenia własnych zasad bezpieczeństwa. Tak było na oceanach, gdzie rozwój żeglugi doprowadził do powstania międzynarodowego prawa morskiego. Tak było również w lotnictwie, które wraz z gwałtownym wzrostem liczby samolotów wymusiło stworzenie jednolitych procedur kontroli ruchu powietrznego. Dziś podobny proces rozpoczyna się w odniesieniu do przestrzeni kosmicznej.

Pytanie postawione w tytule tego artykułu nie dotyczy więc wyłącznie bezpieczeństwa pojedynczego lotu. W rzeczywistości prowadzi do znacznie szerszej refleksji nad sposobem funkcjonowania współczesnej cywilizacji. Po raz pierwszy w historii człowiek stworzył dwa równolegle działające systemy transportu i infrastruktury – jeden w atmosferze, drugi na orbicie okołoziemskiej. Ich wzajemne oddziaływanie będzie w najbliższych dekadach coraz większe.

Być może za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat pytanie o możliwość kolizji spadającego satelity z samolotem będzie wydawało się równie oczywiste, jak dzisiejsze pytania o zasady ruchu lotniczego czy bezpieczeństwo żeglugi morskiej. Nie dlatego, że zagrożenie stanie się powszechne, lecz dlatego, że świat nauczy się skutecznie nim zarządzać. Tak wygląda historia większości przełomów technologicznych – najpierw pojawia się nowa przestrzeń działalności człowieka, później powstają instytucje, procedury i prawo, które czynią ją bezpieczną.

Pytanie o możliwość kolizji spadającego satelity z samolotem nie oznacza, że świat stoi w obliczu nowego powszechnego zagrożenia. Jest natomiast pierwszym sygnałem, że gwałtowny rozwój działalności orbitalnej zaczyna wywoływać skutki odczuwalne również na Ziemi. W podobny sposób przed dziesięcioleciami rozwój lotnictwa wymusił stworzenie nowych systemów bezpieczeństwa, procedur i instytucji. Historia pokazuje, że postęp technologiczny niemal zawsze wyprzedza prawo i organizację. Dopiero później powstają rozwiązania, które czynią go bezpiecznym.

Przestrzeń pomiędzy Ziemią a orbitą okołoziemską przestaje być pustką oddzielającą lotnictwo od kosmosu. Staje się kolejnym elementem infrastruktury współczesnego świata. Od tego, jak dobrze nauczymy się nią zarządzać, będzie zależało bezpieczeństwo milionów ludzi korzystających każdego dnia zarówno z transportu lotniczego, jak i z usług opartych na satelitach. W tym sensie pytanie o spadające satelity nie jest opowieścią o odległej przyszłości. To jedno z pierwszych pytań, jakie stawia przed nami nowa epoka rozwoju cywilizacji.

Sebastian Nizio

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 lipca 2026