
Laïcité do negocjacji
Możliwe, że niemal niezauważenie z powodu ogólnego zachwytu tłumami na ulicach francuskiej stolicy Leon XIV dotknął w Paryżu jednej z najczulszych zasad francuskiej republiki. Zrobił to spokojnie, z dyplomatycznym wyczuciem, przypominając, że laickość powinna chronić wolność również tych, którzy wierzą – pisze Michał KŁOSOWSKI
.Trudno we Francji o zasadę otaczaną większą republikańską czcią niż laïcité. Rok 1905 nie rozpala wyobraźni tak mocno jak 1789, jednak jego dziedzictwo pozostaje jednym z fundamentów współczesnego państwa. Ustawa o rozdziale Kościołów i państwa określiła porządek, do którego Francuzi odwołują się przy kolejnych sporach o religię, szkołę, tożsamość i granice wspólnego życia. Jej pierwszy artykuł zapewnia wolność sumienia i gwarantuje swobodę sprawowania kultu, z ograniczeniami wynikającymi z ochrony porządku publicznego. Już ta kolejność zasługuje na uwagę. Na początku znajduje się wolność, liberté!
Właśnie dlatego tak interesujące było wystąpienie Leona XIV w Pałacu Elizejskim [„Pokój nie jest równowagą sił”]. Papież przemawiał w obecności Emmanuela Macrona do przedstawicieli władz, społeczeństwa obywatelskiego i korpusu dyplomatycznego, ale sens jego słów wykraczał poza ramy protokołu. Dotyczył sposobu, w jaki republika rozumie samą siebie oraz miejsce obywateli, których przekonania wyrastają z wiary. „Właściwa laickość nie polega na wykluczaniu religii z przestrzeni publicznej” — powiedział Leon XIV. To zdanie można usłyszeć jako uprzejme przypomnienie znanego stanowiska Kościoła, ale również warto dostrzec w nim pytanie skierowane w samo serce francuskiego projektu nowoczesności: czy państwo potrafi pozostać bezstronne wobec przekonań swoich obywateli, pozwalając im zarazem wybrzmieć?
Sądzę, że na tym polegała siła papieskiej interwencji. Leon odwołał się do obietnicy, którą republika składa wszystkim. Człowiek wierzący należy do wspólnoty politycznej z taką samą pełnią praw jak niewierzący i na odwrót. Jego obecność, głos i gotowość uczestniczenia w debacie zasługują na poważne potraktowanie. Przekonania religijne mogą podlegać krytyce, podobnie jak każde inne. Samo ich pochodzenie nie powinno jednak odbierać im prawa do wysłuchania. Spór, ta istota demokracji, zaczyna się jednak wówczas, gdy neutralność instytucji staje się oczekiwaniem niewidoczności wierzących i gdy od obywatela wymaga się, aby na próg wspólnej przestrzeni wnosił tylko tę część siebie, którą inni uznają za wygodną. W takiej sytuacji warto zapytać, kto właściwie wyznacza warunki uczestnictwa i czy zasada mająca służyć wszystkim nie staje się narzędziem przewagi jednej wrażliwości?
To pytanie dotyczy katolików, ale jego konsekwencje są szersze.
Wolność sumienia zachowuje sens wtedy, gdy obejmuje również przekonania, których nie podzielamy. Republika musi umieć pomieścić różnice, wyznaczając im wspólne ramy prawa; inaczej bowiem jej uniwersalizm zaczyna się kurczyć do obyczajów i języka tych, którzy akurat mają największy wpływ na debatę. Leon XIV poruszył tę kwestię w szczególnym momencie. Francja zbliża się do wyborów prezydenckich, a dyskusja o jej przyszłości nabiera politycznej ostrości. W takich warunkach każde słowo o tożsamości łatwo zamienić w deklarację przynależności do jednego z obozów. Leon wybrał język, który pozwala postawić wymagające pytanie bez zamykania rozmowy.
.Na tym polega dyplomacja najwyższej próby: rozmówca otrzymuje możliwość ponownego przemyślenia własnej zasady bez konieczności jej publicznego odrzucenia. Francja może pozostać wierna laickości, a jednocześnie zastanowić się, czy każda praktyka podejmowana w jej imieniu rzeczywiście służy wolności. Przywiązanie do fundamentu nie zwalnia przecież z badania sposobu, w jaki na nim budujemy.
Tłumy towarzyszące papieżowi w Paryżu i Lourdes nadały temu pytaniu widzialny wręcz wymiar. Religijna Francja pokazała swoją obecność pośród współczesnego społeczeństwa. Ludzie modlący się na stadionie czy w centrum Paryża są zarazem obywatelami republiki, a ich wiara, choć coraz częściej mniejszościowa, współtworzy życie kraju, podobnie jak ich praca, odpowiedzialność za rodziny i zaangażowanie społeczne. Czy zatem da się negocjować laïcité? Czy mogą to zrobić katolicy? Dyskutować można i trzeba przecież o jej interpretacji, granicach oraz konsekwencjach. Zasada, która ma organizować wolność, wymaga żywej refleksji, bo otoczona zakazem pytań łatwo zamienia się w formułę, której powtarzanie zastępuje namysł.
Już podczas pierwszego wystąpienia w Paryżu Leon XIV uruchomił właśnie taką rozmowę. Co dalej? Warto słuchać jej echa. Czy jego słowa rozniosą się po Francji jak dźwięk dzwonu, skłaniając do zatrzymania się i skupienia uwagi tak, jak nad Paryżem biły dzwony starej Notre Dame i innych świątyń, witając głowę Kościoła nad Sekwaną? Czy pozostaną jedynie uprzejmie odnotowanym fragmentem przemówienia, do którego potulnie kiwał głową prezydent Emmanuel Macron, raz po raz spoglądając w kamery ze srogą miną? Nie wiadomo. Faktem jest jednak, że Republika szczycąca się odwagą myślenia ma okazję potraktować poważnie również to pytanie, które stawia jej papież. Kto ma uszy, niechaj słucha.
Michał Kłosowski
Paryż, Lourdes

