
Czarna pestka. O tym, co widzimy w sztuce
Na sztukę patrzymy także tym, czego jeszcze o sobie nie wiemy. Obraz potrafi ominąć porządek rozumu i poruszyć coś, co dotąd nie miało nazwy: dawny lęk, poczucie utraty, gniew, którego nie pozwalaliśmy sobie czuć, albo pragnienie ukryte tak głęboko, że przestaliśmy je rozpoznawać jako własne. Czasem dopiero reakcja na dzieło uświadamia nam, co naprawdę nosimy w sobie – pisze Anna BIAŁOSZEWSKA
.Może właśnie dlatego warto sięgać po sztukę. Pozwala spotkać się z własną historią, zanim zdążymy ją opowiedzieć, a uczuciom, które bez niej pozostałyby niepokojem albo ciężarem, nadaje kształt. Sztukę przez duże „S” poznaję zaś po tym, że przyjmuje wszystkie nasze osobiste odczytania, ale nie daje się do żadnego z nich sprowadzić. Pozwala odnaleźć w sobie coś własnego, a jednocześnie pozostaje od nas większa. Nie odbija nas posłusznie niczym lustro. Zmienia kąt, pod którym zaczynamy patrzeć na samych siebie.
Kiedyś chorowałam na depresję. Wyleczyłam się, chociaż słowo „wyleczyłam” brzmi w tym przypadku zbyt definitywnie, niemal urzędowo: choroba była, leczenie zakończono. Tymczasem depresja nie odchodzi bez śladu. Zmienia sposób odczuwania świata, a chyba także sposób patrzenia. Kto raz znalazł się po innej stronie własnego życia, nie wierzy już bez zastrzeżeń w trwałość tego, co widzi. Pod gładką powierzchnią przeczuwa pęknięcie, w ciszy słyszy napięcie, a światło odbiera jako coś chwilowego i przez to tym bardziej intensywnego.
Moja depresja tkwi we mnie jak czarna pestka w słodkim granacie. Niewielka, porowata i pobrużdżona, twarda, obca wobec soczystości owocu, a jednak będąca jego częścią. Na co dzień jej nie czuję. Żyję, działam, śmieję się, złoszczę się i zachwycam się. Ale wiem, że pestka istnieje. Czuję jej ciężar i fakturę. Nie dominuje nad resztą owocu, lecz zmienia sposób, w jaki odczuwam jego smak.
.Depresja nie zawsze jest bólem. Czasem ból byłby nawet ulgą, bo oznaczałby jeszcze jakąś więź ze światem. Najgorsze jest odrętwienie: stan, w którym człowiekowi staje się obojętne, czy żyje, czy nie, a ta obojętność nie przeraża, lecz kusi spokojem. Nie chce się umrzeć w sposób dramatyczny. Nie chce się właściwie niczego. Chce się tylko pozostać w szarej strefie poza pragnieniem i lękiem, gdzie życie przestaje boleć, ponieważ przestaje mieć smak.
Pamięć tego stanu pozostaje w umyśle i w ciele. Jest czymś więcej niż lękiem przed nawrotem. Staje się czułym miejscem, którym później dotyka się świata. Być może dlatego w sztuce tak szybko rozpoznaję pustkę, zawieszenie, samotność i ślad po czymś utraconym. Czasem widzę je tam, gdzie nie ma ani czerni, ani rozpaczy: w nadmiarze pustej przestrzeni, w zachwianej proporcji, w linii urwanej odrobinę za wcześnie, w kolorze zbyt chłodnym albo zbyt gwałtownym na tle reszty obrazu.
Depresja pozbawiła mnie złudzenia, że samo istnienie jest czymś oczywistym. Pokazała, jak krucha może być więź łącząca człowieka ze światem i jak łatwo rzeczy znajome stają się obce. Wszystko może pozostać na swoim miejscu, a jednak utracić znaczenie. Stół nadal jest stołem, okno oknem, światło przesuwa się po ścianie jak zawsze, lecz nic z tego nie dociera już do człowieka. Świat istnieje, ale przestaje wołać.
Po takim doświadczeniu nie wraca się do dawnej niewinności patrzenia. Nie oznacza to jednak, że wszędzie widzi się ciemność. Przeciwnie, kruchość życia wyostrza odczuwanie jego intensywności. Skoro światło może zgasnąć, każda jego smuga nabiera znaczenia. Kolor staje się bardziej nasycony, obecność bardziej konkretna, a piękno mniej dekoracyjne. Nie jest już obietnicą trwałości. Jest chwilą, która wydarza się pomimo nietrwałości.
To jest mój bagaż, z którym staję przed obrazem. Nie mogę zostawić go w szatni, bo nie istnieje czyste, bezosobowe patrzenie. Oglądamy dzieło pamięcią ciała, temperamentem, lękami i pragnieniami. Ono jednak nie jest białą ścianą, na której dowolnie wyświetlamy własne życie. Ma formę, materię, własny opór i napięcie czające się tuż pod powierzchnią. Znaczenie rodzi się pomiędzy nim a nami w spotkaniu dwóch rzeczywistości, z których żadna nie wychodzi całkiem niezmieniona.
Psychologia nazywa część tego procesu projekcją. Słowo brzmi trochę podejrzanie, jakbyśmy zasłaniali obraz sobą i zamiast niego oglądali własne wnętrze. Tymczasem dzieło pozwala zobaczyć przeżycie poza sobą: już nie jako bezkształtną masę, lecz jako kolor, linię, światło i przestrzeń. To, co dotąd było tylko napięciem w ciele albo niejasnym smutkiem, otrzymuje formę. Można się do tego zbliżyć, a potem odsunąć. Rama staje się cichą umową pomiędzy patrzącym a artystą: wolno podejść bardzo blisko, ale nadal można odejść.

.Sztuka nie leczy w prostym sensie. Obraz nie jest terapią oprawioną w ramę. Może jednak pomieścić emocje, które w życiu bywają zbyt intensywne albo zbyt niejasne. Nie usuwa lęku, gniewu czy pustki, lecz pozwala je przeżyć, nie oddając im całej przestrzeni. Czasem nawet przywraca nam dostęp do uczucia, które wydawało się utracone, i pozwala ponownie rozpoznać je jako własne.
Nie szukam więc w sztuce łatwego pocieszenia. Nie potrzebuję obrazów zapewniających, że świat jest piękny i wszystko będzie dobrze. Takie obietnice wydają mi się podejrzanie gładkie. Szukam dzieł zdolnych pomieścić jednocześnie życie i jego kruchość, zachwyt i niepokój, światło oraz możliwość jego zniknięcia. Takich, które nie rozwiązują tego napięcia, lecz pozwalają w nim pozostać.
Bardzo wyraźnie odczuwam ten rodzaj mroku w obrazach Olgi Szerstobitow. Nie zawsze jest ciemny. Czasem ma barwę gwałtownej czerwieni, chłodnego błękitu albo różu, który zamiast łagodzić, drażni jak odsłonięty nerw. W jej postaciach nie czuję zagrożenia, które nadchodzi z zewnątrz. Raczej ślad czegoś, co od dawna pracuje w środku i powoli narusza ich kształt. Nadal są, ale jakby mniej całe.
Patrząc na nie, myślę o implozji — nie o wybuchu, który rozrzuca odłamki i zmusza świat do reakcji, lecz o cichym zapadaniu się w siebie. Uczucia, które nie znalazły wyjścia, zawracają i krążą pod skórą, aż zaczynają zatruwać miejsce, z którego wyrosły. Lęk, gniew, rozpacz — wszystko pozostaje wewnątrz, gęstnieje, odbiera kształtom pewność. Nawet obecność drugiego człowieka nie gwarantuje spotkania. Można być przy kimś i nadal pozostawać nieosiągalnym we własnym wnętrzu.
Znam ten ruch. Depresja też nie zawsze odbiera człowieka światu gwałtownie. Czasem robi to po cichu, cofając go coraz głębiej, aż obecność staje się jedynie zewnętrznym faktem. Dlatego w pracach Szerstobitow nie oglądam cudzego mroku. Czuję raczej, że obraz dotknął we mnie miejsca, które pamięta moje własne zapadanie się.

.W „Ścięciu św. Jana Chrzciciela” Caravaggia rozpoznaję mrok inny niż zwykły smutek. Smutek wciąż jest uczuciem, a więc pozostaje jakąś formą więzi ze światem. Ten mrok jest obojętnością. Nie rozpacza, nie protestuje i niczego nie wyjaśnia. Istnienie może zostać przerwane, a świat nie zatrzyma się nawet na chwilę.
To doświadczenie jest mi bliskie, ponieważ depresyjne odrętwienie także nie ma w sobie dramatyzmu. Nie przypomina burzy, lecz wycofanie znaczenia. Wszystko nadal istnieje, ale przestaje dotyczyć człowieka. Patrząc na Caravaggia, czuję tę niepokojącą możliwość: życie może utracić sens, chociaż żadna zewnętrzna rzecz nie zmieniła swojego miejsca.
Jego ciemność mnie nie przygniata. Odsłania raczej coś, o czym zwykle nie chcemy wiedzieć: świat nie daje gwarancji, że cierpienie zostanie wyjaśnione, niewinność ocalona, a życie ułożone w moralnie satysfakcjonującą opowieść o tym, że dobro zawsze zwycięża. Światło Caravaggia nie zwycięża mroku. Jest miejscowe i chwilowe. Właśnie dlatego jego obecność staje się tak przejmująca. Nie jest oczywistością, lecz zdarzeniem.
Depresja odbiera nie tylko radość. Odbiera również gniew, sprzeciw i poczucie wpływu. Energia, która mogłaby zostać skierowana na zewnątrz, zapada się do środka. Człowiek nie mówi już światu „nie”. Judyta Artemisii Gentileschi jest zaprzeczeniem tego stanu. Nie czeka na ratunek ani na przywrócenie porządku. Nie otrzymuje gotowego sensu, lecz nadaje go temu, co robi. Wybiera i działa, a jej wybór ma ciężar. Patrząc na nią, widzę siłę potrzebną do obrony własnych granic — energię, która pozwala odsunąć od siebie to, co obezwładnia, i odzyskać własne „nie”. Dla kogoś innego ten sam obraz może opowiadać o zemście, okrucieństwie albo zwycięstwie. Dla mnie staje się spotkaniem z siłą, którą depresja kieruje do wewnątrz, a sztuka pozwala na chwilę skierować ku życiu.
Pomiędzy tymi obrazami mieści się jedno z podstawowych napięć istnienia: nie mamy obietnicy ocalenia, a jednak pozostaje nam wybór, co zrobimy z własną obecnością.
Zupełnie inne doświadczenie przyniosły mi czarno-czarne obrazy Marka Rothki. Wciągnęły mnie jak otchłań. Nie przedstawiały właściwie niczego, za czym wzrok mógłby się schronić. Patrząc na nie, traciłam pewność, czy czerń znajduje się jeszcze na powierzchni płótna, czy już otwiera się w głąb. W tym spotkaniu szczególnie wyraźnie czułam, jak wiele do obrazu wnosi sam patrzący. Rothko nie daje postaci, wydarzenia ani opowieści. Pozostawia przestrzeń, którą psychika natychmiast próbuje wypełnić. Oko szuka granic, a pamięć podsuwa własną pustkę. Nie wiem, czym te obrazy były dla Rothki, i nie chcę sprowadzać ich do jego depresji ani śmierci. Sztuka traci, gdy staje się ilustrowaną dokumentacją medyczną autora.
Wiem natomiast, co robiła ze mną. Miałam wrażenie, że stoję na krawędzi czegoś znajomego. Nie było tam gwałtownej grozy, lecz spokojne przyciąganie pustki, która niczego nie żąda i właśnie dlatego wydaje się niebezpieczna. Przypominała tamto odrętwienie: przestrzeń bez bólu, ale również bez powodu, żeby z niej wracać.
A jednak czerń Rothki nigdy nie pozostawała całkiem czarna. Im dłużej patrzyłam, tym więcej pojawiało się w niej tonów, granic i ledwie uchwytnych różnic. Otchłań okazywała się niejednorodna. Zaczynała oddychać. Przypominała depresję, ale nie była depresją. Miała krawędzie. Mogłam ją oglądać, zamiast w niej znikać. W tej różnicy mieści się chyba najgłębszy psychologiczny sens sztuki: pozwala stanąć naprzeciw własnego mroku i nadal pozostać tym, kto patrzy.
Jeszcze inaczej działa na mnie czerń Anisha Kapoora. Jego niemal doskonała czerń onieśmiela i fascynuje, ponieważ przestaje zachowywać się jak kolor. Odbiera wzrokowi punkty oparcia. Przedmiot istnieje, a jednocześnie wymyka się widzeniu. Rozum zapewnia, że nadal znajduje się przede mną jakaś materialna forma, ale oko przestaje mu wierzyć.
Kapoor potrafi być dosłowny, cielesny i bezwstydnie fizjologiczny. Jego realistyczne flaki przypominają o mięsie, krwi i śmiertelności ciała. Są drastyczne, lecz w pewnym sensie łatwiejsze do przyjęcia. Ciało, nawet rozcięte i zdeformowane, pozostaje czymś znajomym. Potrafię nazwać to, co widzę, i rozumiem własną odrazę. Jego czerń jest bardziej niepokojąca. Flaki wywołują odruch, czerń wywołuje pytanie. Nie pokazuje śmierci ani rozpadu. Nie pokazuje właściwie niczego. Dotyka nie tyle lęku przed zniszczeniem ciała, ile czegoś bardziej podstawowego: możliwości totalnej nieobecności.
Dla człowieka, który doświadczył depresji, znikanie może być bardziej znajome niż umieranie. Depresja nie zawsze podsuwa myśl: „Nie chcę żyć”. Czasem szepcze: „Nie chcę być obecna”. Nie chcę czuć, pragnąć, odpowiadać światu ani zajmować w nim miejsca. Kapoor nadaje tej nieobecności niemal fizyczną postać, a właściwie odbiera postaci fizyczność. Patrzę na jego czerń z fascynacją podszytą lękiem, jak na materializację czegoś, co z samej natury nie powinno stanowić materii.

.Nie mam w domu obrazów słodkich. Nie mam też obrazów czarnych. Czerni unikam, chociaż właśnie ona potrafi działać na mnie z największą siłą. Nie chcę z nią mieszkać, ale od czasu do czasu czuję, że muszę się z nią spotkać. Mrok nie potrzebuje jednego koloru — może mieszkać w pustej przestrzeni, złamanej linii, niespokojnej czerwieni, chłodnym błękicie albo w jasnej plamie wyglądającej jak wspomnienie czegoś utraconego. Potrzebuję cienia, lecz takiego, który pozostaje w relacji ze światłem. Lubię abstrakcję i prace podszyte szorstkością. Takie, które nie opowiadają gotowej historii, lecz otwierają we mnie przestrzeń dla własnych znaczeń. Są mi bliskie przez swoją niepewność. Nie machają palcem przed nosem i nie podsuwają gotowej odpowiedzi na pytanie, co artysta chciał powiedzieć. Nie obiecują sensu i nie próbują uporządkować świata za mnie. Pozwalają mu pozostać niejednoznacznym.
Sztuka nie rozwiązuje problemu istnienia. Nadaje mu formę, dzięki której można przy nim przez chwilę wytrzymać. Nie usuwa pustki, ale wyznacza jej krawędzie; nie odbiera cierpieniu ciężaru, lecz pozwala spojrzeć na nie z miejsca, w którym nadal pozostaje się sobą.
Być może dlatego otaczam się obrazami. Nie po to, by uciec od mroku, ale by nadać mu kształt i granice. Nie po to, żeby go unicestwić, lecz żeby przestał zajmować cały świat. Czarna pestka nadal we mnie jest. Nie próbuję już udawać, że można ją wyjąć bez naruszenia reszty owocu. Jest częścią mojej historii, ale nie jej całością. Wokół niej wciąż znajduje się miąższ: słodki, cierpki, soczysty.
To, co widzę w pracach Szerstobitow, Caravaggia, Artemisii Gentileschi, Rothki czy Kapoora, nie jest jedyną prawdą o ich dziełach. Jest odpowiedzią, jakiej udziela im moja własna historia. Ktoś inny zobaczy coś odmiennego i właśnie dlatego wielka sztuka nie wyczerpuje się nigdy. Nie mówi nam, kim jesteśmy, lecz stawia nas przed czymś, od czego nie możemy odwrócić wzroku, i czeka, aż sami usłyszymy pytanie.
A co właśnie patrzy w tobie?
Anna Białoszewska

