
„Porwanie Europy” Jarosława Marka Rymkiewicza Teatru Klasyki Polskiej
Inscenizacja Porwania Europy w reżyserii Jarosława Gajewskiego, zaprezentowana przez Teatr Klasyki Polskiej, znakomicie oddaje rymkiewiczowski spleen zanurzony w wesołości panicznej – pisze Antoni WINCH
.Z reguły przedstawiana jest na byku. Śnieżnobiałym, ponieważ w takiego przemienił się Zeus, by ją uwieść i uwieźć. Z Sydonu ruszył z nią przez morze ku Krecie. Tam posiadł ponętną niewiastę. Tak stała się matką Minosa, Radamantysa oraz, choć źródła nie są tu jednomyślne, Sarpedona. Tyle, w skrócie, o porwaniu Europy mit. Teraz Rymkiewicz.
Utwór nawiązujący do losów fenickiej królewny, w której gromowładny władca Olimpu zakochał się do tego stopnia, że dosłownie zbydlęciał, napisał autor Zachodu słońca w Milanówku w roku 1971. Dziewięć lat wcześniej Konstanty Puzyna wydał pierwszy po drugiej wojnie światowej (i, jakby nie patrzeć, w ogóle) zbiór dramatów Stanisława Ignacego Witkiewicza. W 1966 roku ukazała się Operetka Witolda Gombrowicza, przez co Sławomir Mrożek zamknął swojego Krawca w szufladzie na ponad dekadę. Opublikowany został dopiero w roku 1977. Wtedy też nakładem Wydawnictwa Łódzkiego do księgarń trafił tom – tomik właściwie – ze sztukami Jarosława Marka Rymkiewicza. Znalazł się w nim Król Mięsopust, a obok niego Porwanie Europy. Osobliwe zamknięcie tego piętnastolecia obfitującego w sztuki zwiastujące lub stwierdzające kryzys kultury Zachodu. Względnie jej ostateczny upadek. Co więcej, komunikowały go w bardzo zbliżony sposób.
Każdy z wymienionych wyżej autorów brał lęk – określmy go jako historiozoficzny – za wszarz i wpakowywał go na scenę podejrzanie mrocznego kabaretu, by na niej wykonywał swe szubieniczne gagi. Znak czasu śmiechu przez łzy. Pokazał on, że Melpomeny i Talii, parafrazując Księżną Himalaj, d… taka sama (W. Gombrowicz, Operetka). W nowoczesności muzy pozamieniały się strojami, jak Onucy z Ekscelencją w Krawcu, poprzebierały jedna za drugą i druga za pierwszą tak, że stały się nie do odróżnienia. W tym pomieszaniu z poplątaniem, budzącym zrazu zachwyt swą liminalną różnorodnością, na dłuższą metę zaś dojmujące wrażenie semantycznego kociokwiku, zaklęte jest straszliwe piękno naszej epoki. Krętą drogą prowadzi ono duszę człowieka. I diablo niebezpieczną. U jej kresu, jak zawsze, znajduje się urzeczenie. Jest ulga w dotarciu do niego, jest też niekiedy katharsis. Lecz czegoś w nim brakuje. Zdaje się – a jest to przeczucie graniczące z pewnością – że sensu. I jego córki. Nadziei.
Los bohaterów Porwania… stanowi tryumfalny pochód absolutnej nijakości, banalności, totalnego braku jakiejkolwiek tożsamości. Są oni zamknięci w czymś w rodzaju zapętlonej Operetkowej rewolucji Hrabiego Hufnagiela vel Józka i Profesora bez przełamującej jej inercyjny galopp an sichnagości Albertynki. Protagoniści Rymkiewicza to Mrożkowy Krawiec, który nie wpadł na ideę ludokrajania, skazany na ciągłe powtarzanie tego, co było, a że było już wszystko, to i repety te nudne, własny ogon goniące, dopadające go, połykające i krztuszące się nim z niesmakiem (zob. S. Mrożek, Krawiec). To wreszcie Paweł Bezdeka z Mątwy Witkiewicza zakiszony w swojej przeciętności na permanentną nijakość, zapomniany przez Hyrkana IV – jego jedynej szansy na wydobycie się z momentami uroczej, ale w ostatecznym rozrachunku boleśnie przewidywalnej i zabójczo monotonnej bylejakości Elli, jej matki i wujów (zob. S.I. Witkiewicz, Mątwa, czyli Hyrkaniczny światopogląd). Tak, Pompadury, Kiciowie, Europa, Kensington, Spirydon i rymkiewiczowska reszta tacy właśnie są – w pół dramaturgicznego ruchu zamarli, niesamodzielni, bezwładni, płynący z wartkim nurtem akcji i epoki… donikąd. Czyli tam, gdzie dramatis personae Witkacego, Gombrowicza i Mrożka. Ale inaczej. Jakoś tak mniej istotnie, chciałoby się rzec.
Niech nie zwiedzie nas jednak lekkość i pokraczność bytu protagonistów Porwania Europy. To ofiary sauvage à la moderne wyfioczonego w szaty apostoła cywilizacyjnego postępu – togę, garnitur, garsonkę – skrywające z reguły mundur ideologicznego czynownika, rzuconego na front walki o rząd dusz. Wydrenował postaci Rymkiewicza z tożsamości. Pląsają tedy po obwodzie tego samego kwadratowego koła, wykonując valse macabreanimul pozbawionych dusz. Tyle, zdaje się mówić Rymkiewicz, zostało z Europy, z jej kultury – kilka jeszcze powabnych figur. Wykonywanych bez końca i zbytniego przekonania. Mało jak na kilka tysięcy lat historii. Całkiem zresztą wspaniałej. Miało się przecież te Ateny, ten Rzym, miało się katedry, uniwersytety, Dantych, Michałów Aniołów, Brueglów, Mozartów i innych Shakespeare’ów. Tak, miało się. Jak znany skądinąd cham róg. Teraz ostał się z tego ino sznur. A może nawet i on już nie.
Inscenizacja Porwania Europy w reżyserii Jarosława Gajewskiego, zaprezentowana przez Teatr Klasyki Polskiej, znakomicie oddaje ten rymkiewiczowski spleen zanurzony w wesołości panicznej. Aktorzy dwoją się i troją, a nawet czworaczą się i piątaczą, grają szeroko, przerysowanie, jak to w farsie, ale w tym ich dynamizmie, tej nadaktywności, karykaturalności jest coś w żyłach mrożącego krew. Niepokój jakiś, bojaźń, histeria. Ich postacie im nie wierzą, bo nie wierzą w formę, w jakiej je umieszczono, chociaż bezustannie o niej mówią. A może raczej – właśnie dlatego, że bezustannie o niej mówią, to w nią nie wierzą. Zespół Teatru Klasyki Polskiej ciągle je do niej zagania – Małgorzata Mikołajczak zagania Europę, Leszek Zduń Kicia, Marta Dylewska Kiciową, Lidia Sadowa Pompadurę, Robert Latusek Pompadura, Filip Orliński Kensingtona, a Maciej Wyczański Spirydona zagania, a Europa, Kicio, Kiciowa, Pompadura, Pompadur, Kensington, Spirydon co i raz narowią im się i czmychają z ustalonych dla nich ram. A tamci znów ich gonią, by ci znów mogli uciec. A wszystko to przy akompaniamencie znakomitej muzyki skomponowanej przez Antoniego Wojnara.
Patrzy się na to zrazu zabawnie, ale dobry humor rychło się traci, jakby się go nigdy nie miało. Bo oto okazuje się, że z tej gonitwy nie ma ucieczki. Nic, tylko pogoń. Pogoń aż do zdechu. A i on niczego nie rozwiązuje. Jak tu bowiem umrzeć naprawdę, gdy umiera się na niby, bo na scenie? I czy dla śmiechu się tak umiera, nie umierając, czy dla tragedii? Ani dla tego, ani dla tamtego. Umiera się, nie umierając, dla teatru. To on decyduje o wartości tej śmierci-nieśmierci, o jej patosie lub o jego braku. A co jeśli nie chce zdecydować? Nie wie już, co to wzniosłość, a co proza? Albo gorzej – wie, lecz wzniosłość go śmieszy, trochę żenuje, a proza nie interesuje? W pierwszą nie umie, w drugą nie chce i tak dynda sobie między nimi, licząc na to, że co ma wisieć, nie utonie? Czy na pewno nie utonie? Może, wisząc, już się topi?
Warto zobaczyć Porwanie Europy Teatru Klasyki Polskiej, żeby zmierzyć się z tymi pytaniami.
Antoni Winch

