Maciej ŚWIRSKI: O kryminalizacji kryptoaktywów 

O kryminalizacji kryptoaktywów 

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Gdyby w 1996 roku polski Sejm uznał, że internet to infrastruktura przestępcza, że trzeba chronić obywateli, że uczelnie nie powinny nauczać czegoś, co służy oszustom i pornografom. Gdyby kryminalizował komercyjne wykorzystanie protokołu HTTP, gdyby wprowadził kary więzienia dla osób oferujących usługi w domenach z rozszerzeniem pl. Co byśmy mieli dziś? Polska 2026 roku byłaby cyfrową prowincją Niemiec, Czech i Estonii – pisze Maciej ŚWIRSKI

.W polskiej branży internetowej krąży od trzydziestu lat pewna anegdota, do której, jak to z dobrymi anegdotami bywa, kilku ludzi rości sobie prawo bycia naocznym świadkiem. Rok 1999, warszawska restauracja w Hotelu Victoria przy Placu Piłsudskiego. Albo w Hotelu Warszawa w budynku Prudentialu, na ostatnim piętrze, z widokiem na panoramę miasta nadal noszącego blizny po wojnie. Programiści z polskiego startupu spotykają się na lunchu z amerykańskimi inwestorami z Doliny Krzemowej, którzy przylecieli rozmawiać o rundzie finansowania. Bańka internetowa puchnie, każdy miesiąc przynosi nowe spółki o dziwnych nazwach zaczynających się na e- albo i-, wycenione na kwoty, jakich wcześniej w polskiej gospodarce nie było. Lunch ciągnie się od godziny, na talerzach resztki schabowego, bo Amerykanie chcieli spróbować polskiej kuchni, na obrusie laptopy IBM ThinkPad, wówczas jeszcze rzadkość, narzędzie pracy zaawansowanej, które zdumiona kelnerka obchodziła z daleka.

Przy sąsiednim stoliku towarzystwo zupełnie innej proweniencji. Łańcuchy na szyjach, sygnety wielkości orzecha włoskiego, kark szerszy od głowy. Klasyczna warszawska sceneria końca lat 90., kiedy grupy pruszkowska i wołomińska jeszcze nie zostały rozbite, a swoje porachunki załatwiały publicznie, w eleganckich miejscach, żeby wszyscy widzieli. Hotele były ich naturalnym terytorium reprezentacyjnym, podobnie jak biznesmenów, dyplomatów i przyjezdnych Amerykanów odkrywających Dziki Wschód.

W pewnym momencie w kieszeni programisty dzwoni telefon komórkowy. Motorola StarTAC, ostatni krzyk mody, telefon kosztował wówczas tyle, co używana Toyota Corolla. Przy stolikach zapada cisza, jak to wtedy bywało, gdy telefon dzwonił w miejscu publicznym; telefon komórkowy w restauracji był jeszcze wydarzeniem, na które wszyscy zwracali uwagę. Programista odbiera w tej ciszy i mówi z nonszalancją zawodowca: „No co tam z tym procesem? Aha. Aha. No dobra, to zabij go”. Odkłada słuchawkę, wraca do schabowego, kontynuuje rozmowę z Amerykanami o architekturze platformy. Amerykanie nie zwracają uwagi, polskiego nie znają. Z sąsiedniego stolika natomiast, po sekundzie pełnej napięcia, dobiega niski głos jednego z karków: „Szacuneczek!”.

Anegdota ma swoją pointę w pomyłce kategorialnej, której nie da się ani wyjaśnić, ani odkręcić. W świecie programisty „proces” to wątek wykonawczy programu w pamięci komputera, jednostka operacyjna systemu operacyjnego. „Zabić proces” znaczy zakończyć jego działanie poleceniem systemowym „kill”, najczęściej z powodu zawieszenia albo zużycia zbyt dużej ilości pamięci. Czynność codzienna, neutralna jak zamknięcie okna w przeglądarce, wykonywana setki razy dziennie. W świecie człowieka z sąsiedniego stolika „proces” oznacza sprawę sądową ze świadkiem, a „zabij go” znaczy dokładnie to, co znaczy. Brzmi tak samo. Znaczy diametralnie różnie. I właśnie ta różnica, niewidoczna dla obu stron, jest najlepszą ilustracją tego, co dzieje się dziś w polskiej debacie publicznej wokół kryptoaktywów.

Zanim pójdziemy dalej, trzeba powiedzieć krótko i zrozumiale, czym jest blockchain, ponieważ od rozumienia tego słowa zależy wszystko, co napiszę poniżej. Blockchain nie jest bitcoinem. Bitcoin jest jednym z tysięcy zastosowań blockchainu, mniej więcej tak jak Allegro jest jednym z milionów zastosowań internetu. Mylenie jednego z drugim jest tym samym błędem, który popełniłby ktoś, kto słysząc słowo „internet”, myślałby tylko o serwisach pornograficznych i na tej podstawie chciał kryminalizować TCP/IP (czyli podstawową zasadę działania internetu).

.Blockchain jest rozproszoną księgą wieczystą, której nikt nie kontroluje i którą wszyscy widzą. Wyobraźmy sobie tysiąc komputerów rozsianych po sześciu kontynentach. Każdy z nich trzyma identyczną kopię tej samej księgi zapisów. Gdy chcemy dodać nowy zapis, musi się on pojawić jednocześnie we wszystkich tysiącu kopiach, a każdy zapis jest matematycznie połączony z poprzednim w sposób, który czyni późniejszą zmianę technicznie niewykonalną. Żaden rząd, żadna korporacja, żaden haker nie może wejść do tej księgi i zmienić zapisu z poprzedniego tygodnia, ponieważ musiałby jednocześnie przejąć ponad połowę tysiąca komputerów rozsianych po świecie, co jest fizycznie niewykonalne. Tym właśnie różni się blockchain od polskiego ZUS-u, polskich ksiąg wieczystych prowadzonych w sądach rejonowych, polskich archiwów państwowych, w których wpis można zmienić wstecz przez dostęp do bazy danych. Blockchain rozwiązuje matematycznie problem zaufania, którego polska administracja przez trzy stulecia rozwiązać nie umiała.

Co z tym można zrobić? Można zapisywać kontrakty, które wykonują się same, bez notariuszy i komorników, ponieważ kod komputerowy zastępuje papier. Można rejestrować pochodzenie polskiej żywności, polskiej miedzi, polskiego węgla koksowego w sposób, którego nie da się sfałszować na granicy. Można prowadzić księgi wieczyste, akty stanu cywilnego, rejestry przedsiębiorstw w sposób odporny na manipulację urzędniczą. Można cyfrowo poświadczyć dokumentację każdego polskiego zabytku tak, żeby za sto lat dało się ją zweryfikować bez polskiego państwa, polskich serwerów, polskiego prądu w gniazdku. Można też, owszem, prowadzić handel bitcoinem, czyli spekulować cyfrową walutą. Lecz handel bitcoinem jest dla blockchainu tym, czym dla internetu jest pornografia. Pierwszą, prymitywną falą zastosowań, którą widać najlepiej, ponieważ jest najgłośniejsza i najbardziej kontrowersyjna. Drugiej, trzeciej, dziesiątej fali zastosowań tego, co naprawdę zmieni polskie życie, jeszcze prawie nikt nie widzi, bo dopiero nadchodzą.

Polski poseł, który składa projekt kryminalizujący „kryptoaktywa”, popełnia ten sam błąd, który popełniłby polski poseł, gdyby w 1996 roku składał projekt kryminalizujący „internet”, ponieważ „w internecie jest pornografia”. Pornografia rzeczywiście tam była. Stanowiła wówczas wyraźną większość ruchu. Ale internet nie był pornografią, tylko warstwą techniczną, na której pornografia była jednym z możliwych zastosowań. Tę różnicę polska klasa polityczna lat 90. zrozumiała. Klasa polityczna roku 2026 najwyraźniej już tego nie rozumie.

.Słowo „kryptoaktywa” funkcjonuje w polskim dyskursie jak telefon programisty w tamtej restauracji. Ludzie mający jakie takie rozeznanie wymawiają je, mając na myśli pewien zdefiniowany obszar techniczny, określoną klasę zapisów cyfrowych zabezpieczonych kryptografią. Słuchacze, czyli politycy, dziennikarze i opinia publiczna, słyszą coś diametralnie innego. Słyszą bitcoina, spekulację, naciągaczy w drogich garniturach, piramidy finansowe pożerające oszczędności emerytów. Słyszą Amber Gold rozszerzone o nowy wymiar techniczny. I reagują tak, jak zareagowałby siedzący przy sąsiednim stoliku gość, gdyby usłyszał, że programista właśnie z niezachwianym spokojem zlecił morderstwo przez telefon, z restauracji. Wzbudza to mieszankę przerażenia i zawodowego respektu. Reakcja zupełnie racjonalna z punktu widzenia tego, co usłyszano i po swojemu zrozumiano. Tyle że usłyszano coś innego, niż zostało powiedziane.

W anegdocie z 1999 roku konsekwencje były ograniczone do mikrosytuacji towarzyskiej. Programista mógł co najwyżej przeprosić, wyjaśnić, że chodziło o oprogramowanie, i pożegnać z szacunkiem mafiosa, który nigdy nie zrozumie, dlaczego ktoś żałuje takiej reputacji. W polityce konsekwencje są kosztowne i sięgają daleko poza salę sejmową. Na podstawie dokładnie tej samej pomyłki kategorialnej grupa siedemnastu posłów polskiego parlamentu złożyła 11 maja 2026 roku projekt ustawy kryminalizującej całą branżę kryptoaktywów w Polsce. Kara od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności, przy mieniu znacznej wartości – do dziesięciu. Spółki dostają dwa miesiące na likwidację działalności. UOKiK i ABW uzyskują uprawnienia do blokowania kont bankowych podejrzanym podmiotom. Operatorzy telekomunikacyjni zobowiązani są do blokowania dostępu do serwisów kryptowalutowych na poziomie infrastruktury sieciowej.

Projekt nie ma żadnych szans uchwalenia w obecnej kadencji. Sprzeczny z rozporządzeniem MiCA, którego Polska jest stroną. Sprzeczny z zasadą swobody przepływu kapitału w traktatach europejskich. Sprzeczny z aktualnym stanem prawnym w obszarze regulacji finansowych, gdzie kryptoaktywa są od dwóch lat klasą prawnie uznaną. Sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem ekonomicznym, który podpowiada, że kryminalizacja całej branży zamiast jej regulacji jest narzędziem nieproporcjonalnym, gospodarczo samobójczym i prawnie nie do obronienia. PiS jest dziś w opozycji, koalicja rządząca ma stabilną większość, projekt skończy w archiwum sejmowym jeszcze przed wakacjami. I właśnie dlatego jest niebezpieczny.

.Niebezpieczeństwo tego projektu nie polega na jego uchwaleniu. Polega na samym fakcie, że został złożony. Sygnał polityczny działa wyprzedzająco, niezależnie od dalszego losu dokumentu legislacyjnego. Każdy polski programista pracujący w branży blockchainowej, czytając tekst projektu, robi natychmiast prosty rachunek prawdopodobieństwa. Skoro w polskim parlamencie istnieje formacja polityczna gotowa kryminalizować jego pracę (dziesięć lat więzienia), a formacja ta ma realne szanse powrotu do władzy w 2027 albo 2028 roku, to jego osobiste bezpieczeństwo zawodowe wymaga zmiany lokalizacji. Nie czeka, aż projekt zostanie uchwalony. Nie czeka, aż formacja ta wróci do władzy. Działa wyprzedzająco, bo tak działa każdy człowiek o zdrowym instynkcie samozachowawczym.

Polska firma kryptograficzna podejmuje tę samą decyzję w przyspieszonym tempie. Estoński e-Residency umożliwia założenie spółki technologicznej online w jeden dzień. Czeska regulacja kryptowalutowa jest stabilna i przyjazna, oparta na implementacji MiCA bez dodatkowych obciążeń krajowych. Litwa wydaje licencje finansowe w trzy miesiące, z gwarancjami stabilności regulacyjnej na minimum dekadę. Każde z tych państw od lat aktywnie zabiega o polskich specjalistów blockchainowych, oferując zezwolenia na pracę, ulgi podatkowe, dotacje na rozruch, mieszkania służbowe w cenach symbolicznych. Sygnał polityczny z Polski przesuwa decyzję inwestycyjną o jedno spotkanie zarządu firmy. Nie potrzeba ustawy. Wystarczy projekt, który zostanie złożony i odnotowany w mediach branżowych całej Europy Środkowej w ciągu 48 godzin od skierowania do laski marszałkowskiej.

Polski inwestor analizujący decyzję o finansowaniu projektu blockchainowego myśli w horyzoncie siedmio- albo dziesięcioletnim. W tej perspektywie projekt złożony w maju 2026 r. staje się ryzykiem politycznym, którego żaden rozsądny zarząd funduszu inwestycyjnego nie zignoruje. Lepiej włożyć kapitał w firmę zarejestrowaną w Tallinie, gdzie ryzyko regulacyjne jest skalkulowane na zero, niż brać polityczną niewiadomą polską jako składową stopy zwrotu. Polskie startupy w branży blockchainowej już dziś, w czerwcu 2026 r., raportują wzrost trudności w pozyskiwaniu kapitału krajowego o 30–40 proc.

.Mechanizm jest precyzyjny i bezlitosny. Kapitał ludzki w branżach technologicznych jest dziś tak mobilny jak kapitał finansowy w latach 90. Polski programista nie potrzebuje wizy do żadnego kraju Unii Europejskiej. Nie potrzebuje znajomości języka niemieckiego, żeby pracować w Berlinie, bo cały świat blockchainowy funkcjonuje po angielsku. Nie potrzebuje sieci kontaktów lokalnych, bo branża operuje na poziomie globalnym, w trybie zdalnym, w godzinach dostosowanych do amerykańskich rynków finansowych. Jedyne, co przywiązuje polskiego specjalistę do Polski, to rodzina, polski język i niższe koszty życia. Każdy z tych trzech czynników ma swoją cenę, którą można skalkulować. Sygnał polityczny zwiększa drugą stronę tej kalkulacji, ryzyko zawodowe, w sposób, który dla wielu osób przekracza wartość czynników utrzymujących. I wtedy następuje wyjazd.

Stawka tej decyzji nie zatrzymuje się na losach kilku tysięcy programistów, choćby ich praca była warta osiem miliardów złotych rocznie w polskim PKB. Sięga znacznie głębiej, w warstwę, której polski parlament w obecnym kształcie nie widzi i nie potrafi zobaczyć. Stawką tego sygnału politycznego nie są spekulanci bitcoinem. Politycy używają tego słowa świadomie albo nieświadomie, jak dzwonka Pawłowa, który u przeciętnego Polaka uruchamia natychmiast odruch: oszustwa, spekulacja, naciągacze, piramidy finansowe. Polak, słysząc „kryptoaktywa”, przestaje myśleć i zaczyna kojarzyć. Mechanizm semantyczny, którego skuteczność polega na zastąpieniu rozumienia odruchem.

Chodzi o coś znacznie ważniejszego niż potoczne skojarzenia. Chodzi o postęp techniczny i jego wpływ na nasze życie.

Gdy w 1996 roku zaczynałem pracę w pierwszej w Polsce firmie sprzedającej komercyjne technologie internetowe, jak się to wówczas nazywało, dla nas, pięcio-, sześcioosobowego działu Internet Komercyjny w Polsce w warszawskiej spółce ATM, cała ta technologia sprowadzała się do dostępu wdzwanianego przez telefon i konta pocztowego na naszym serwerze ikp.com.pl, wszystko za 250 ówczesnych złotych miesięcznie. A dwa lata później realizowałem pierwszą w Polsce i w tej części Europy profesjonalną transmisję streamingową całodobowego programu koncesjonowanej rozgłośni radiowej w oparciu o serwer Real Audio, architekturę sprzętową Silicon Graphics i łącze do Stanów Zjednoczonych o przepustowości 300 megabitów na sekundę.

W 1996 roku nikt z nas nie wiedział, co będzie za rok ani za dwa lata. Wiedzieliśmy tylko, że ten internet, którym dziennikarze straszyli czytelników jako siedliskiem oszustów, pornografów i piramid finansowych, zmienia się eksponencjalnie i że my jesteśmy w środku tej zmiany. Dziś nie wiemy, co będzie za rok ani za dwa z technologią, która powierzchownie zorientowanym kojarzy się z oszustwami, dokładnie tak samo, jak wtedy kojarzył się internet.

Pojawiały się wówczas głosy, że internet należałoby ograniczać albo wręcz go zakazać, ponieważ ludzie są przez niego oszukiwani. Polska klasa polityczna miała dosyć rozsądku, żeby tych głosów nie posłuchać. Polska 2026 roku ma jedne z najmocniejszych kompetencji blockchainowych w Europie właśnie dlatego, że 30 lat temu nie było biurokratycznej lękowej ingerencji w technologię, której nikt nie rozumiał. Zaufano ludziom, którzy to rozumieli, przede wszystkim fizykom, bo na wydziałach fizyki rodził się polski internet. Dziś kompetencje w zakresie technologii blockchain, które są kolejnym, pochodnym piętrem tego, co rozwinięto 30 lat temu, stają się zasobem zagrożonym. Mogą odpłynąć do Niemiec, Czech, Estonii, wszędzie tam, gdzie państwo nie tworzy ryzyka regulacyjnego. Powtarzam: nie chodzi o spekulację bitcoinem. Chodzi o technologie kryptograficzne i ich przyszłe zastosowania, których jeszcze nie potrafimy sobie wyobrazić, tak jak w 1996 roku mało kto rozumiał, że „faks bez papieru” stanie się fundamentem współczesnej cywilizacji technicznej.

.Stawką jest pytanie, na które polska klasa polityczna odpowiada, nie wiedząc, że je sobie zadała. Czy Polska w 2050 roku będzie niemieckim skansenem turystycznym, krainą atrakcyjnych ruin, do której niemieccy emeryci jeżdżą za niewielkie pieniądze podziwiać zabytki w stanie postępującego rozpadu, czy pierwszą cywilizacją w historii świata zdolną strukturalnie przetrwać każdą kolejną katastrofę. Czy nasze wnuki, stając kiedyś przed gruzami kolejnej polskiej Warszawy, będą umiały odbudować polskie kościoły, zamki, archiwa, biblioteki, muzea, parafie, pomniki z pełną precyzją molekularną, na podstawie zachowanej kryptograficznie dokumentacji infrastrukturalnej, czy zostanie im tylko to, co pokoleniu naszych dziadków zostało po 1945 roku: fotografie, pamięć ocalałych, spekulatywna rekonstrukcja oparta na fragmencie i intuicji.

Zadaję te pytania, pozornie odległe od obecnej dyskusji o kryptoaktywach, choć są one bezpośrednio z nimi związane. Mogą one brzmieć abstrakcyjnie tylko dla kogoś, kto nigdy nie myślał o polskim doświadczeniu historycznym w kategoriach strukturalnych. Dla kogoś, kto nigdy nie zadał sobie pytania, dlaczego polskie cykle katastrof cywilizacyjnych powtarzają się mniej więcej co stulecie. Potop szwedzki, trzeci rozbiór, Powstanie Warszawskie i wywózki sowieckie, peerelowska likwidacja pamięci. Żaden inny naród europejski nie stracił swojej kultury materialnej tyle razy, w tak skoncentrowanych odstępach, w sposób tak skoordynowany. Każda z tych katastrof odbierała Polakom konkretne archiwa, biblioteki, kolekcje, dokumentację instytucjonalną, której nigdy w pełni nie odzyskano. I każda nauczyła nas, że następna nadejdzie, choć nie wiadomo kiedy ani skąd.

Pokolenie naszych dziadków i pradziadków, stając w 1945 roku przed gruzami Warszawy, podjęło decyzję bez precedensu w historii świata. Postanowili odbudować miasto z fotografii, z obrazów Canaletta, z planów, z pamięci ocalałych, z fragmentów dokumentów wydobytych spod ruin. Sztab pod kierownictwem Jana Zachwatowicza, Biuro Odbudowy Stolicy, tysiące architektów, konserwatorów, rzemieślników. Pracy nie liczono w latach, lecz w dekadach. Warszawa była nie do uratowania w sensie materialnym, 65 proc. budynków zniszczonych w stopniu uniemożliwiającym jakikolwiek remont konserwatorski. Stare Miasto wyburzone systematycznie po Powstaniu, ulica po ulicy, kamienica po kamienicy, według niemieckiego planu likwidacji polskiej stolicy. Pałac Saski wysadzony w grudniu 1944 roku, Zamek Królewski wysadzony we wrześniu 1939 i ponownie w 1944, kościół św. Jana wysadzony Goliatem 17 sierpnia 1944, w przeddzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

A jednak Polacy Warszawę odbudowali. UNESCO w 1980 roku wpisało Stare Miasto w Warszawie na listę światowego dziedzictwa właśnie dlatego, że jest odbudowane. Dokument UNESCO mówi o wyjątkowym przykładzie niemal całkowitej rekonstrukcji obejmującej historię miasta od XIII do XX wieku. Pierwszy i przez długi czas jedyny taki wpis na świecie. Polska wówczas zmieniła doktrynę światową w sprawie autentyczności. Pokazała, że substancja cywilizacyjna nie kończy się tam, gdzie kończy się oryginalny kamień. Można zachować ciągłość historyczną przez akt świadomej rekonstrukcji, jeśli jest ona precyzyjna, podjęta w duchu wierności oryginałowi, zaakceptowana przez wspólnotę, która korzysta z odbudowanego obiektu jako swojego.

Kościół św. Jana, wysadzony w 1944 r. i odbudowany w gotyku wiślano-bałtyckim w latach 1948–1956, konsekrowany ponownie w 1960 roku, jest kościołem św. Jana, tym samym, w którym odprawiano uroczyste nabożeństwo z okazji uchwalenia Konstytucji 3 maja. Polacy modlą się tam od 80 lat, polskie pary biorą tam śluby, polscy biskupi celebrują tam msze pontyfikalne, polskie pogrzeby państwowe odbywają się przy tym ołtarzu. Każdy z tych aktów potwierdza tożsamość obiektu przez ciągłość funkcji, intencji, wspólnoty, sakramentu, choć każdy kamień jest nowy. Tomistyczne pojęcie substancji, która trwa, gdy zmienia się jej materialne podłoże, znalazło w Polsce 1945 roku swoje praktyczne zastosowanie na skalę nieznaną wcześniej w żadnej kulturze. Mamy doktrynę, mamy precedensy, mamy 80 lat doświadczenia, mamy wpis UNESCO. Inne narody europejskie dopiero zaczynają stawiać sobie pytanie, czy odbudowana Notre-Dame będzie nadal Notre-Dame, czy katedra po pożarze 2019 roku zachowa swoją tożsamość duchową. My rozstrzygnęliśmy tę kwestię w gruzach Starego Miasta, decyzją bezprecedensową w historii cywilizacji ludzkiej. Jaki to ma związek z kryptoaktywami i blockchainem?

Odbudowa, której dokonał Zachwatowicz, była heroiczna i strukturalnie niepełna. Wiele detali rekonstruowano według wiedzy konserwatorów, nie według precyzyjnej dokumentacji oryginału. Kolory tynków, dokładne profile gzymsów, geometria wewnętrznych ścian zakrytych przez kolejne remonty XIX wieku, wszystko to musiało być zrekonstruowane na podstawie pośrednich źródeł, czasem konserwatorskiej intuicji. Pokolenie BOS-u robiło, co mogło, z fotografii, obrazów Canaletta i pamięci. Dziś można nieporównanie więcej. I właśnie ta różnica między tym, co miał Zachwatowicz, a tym, co mamy my, decyduje o stawce projektu poselskiego z 11 maja 2026 roku.

Notre-Dame jest pierwszym wielkim przykładem cywilizacji, która tę lekcję odrobiła. Cztery lata przed pożarem 2019 roku Andrew Tallon, amerykański historyk sztuki, zeskanował katedrę laserowo z dokładnością milimetrową. Każdy kamień, każdy detal, każde sklepienie znalazły się w pamięci komputera w postaci punktów chmurowych o precyzji, jakiej żadna fotografia ani plan architektoniczny nie zapewnia. Bez tych skanów odbudowa katedry byłaby spekulacją artystyczną opartą na fotografiach z różnych dziesięcioleci, rysunkach z różnych stuleci, na pamięci konserwatorów, którzy widzieli pewne fragmenty z bliska, a innych nigdy. Z tymi skanami stała się precyzyjną rekonstrukcją, w której każda dziura w stropie zna swój kontekst, każda wypalona belka ma swoje miejsce, każdy fragment witraża swoją oryginalną geometrię.

CyArk, amerykańska organizacja non profit, od 2003 roku skanuje światowe dziedzictwo w ten sam sposób: Angkor Wat, Pompeje, Tikal, Mount Rushmore, dziesiątki obiektów na sześciu kontynentach. Luwr używa rutynowo skanowania hiperspektralnego, które identyfikuje materiały na poziomie pikseli; konserwatorzy wiedzą dokładnie, jakiego pigmentu użył dany malarz, jakiego kamienia konkretny kamieniarz, jakiej zaprawy konkretny mistrz murarski. Georadar mapuje to, czego nie widać: fundamenty pod Wawelem, pod Gnieznem, pod Tyńcem, pod każdym starszym kościołem polskim, jeśli ktoś tylko zechce go tam wysłać. Drukarki 3D pracujące w kamieniu, marmurze i betonie istnieją operacyjnie, holenderskie i niemieckie firmy mają je w fazie wdrożenia przemysłowego. Roboty murarskie układające cegły według wcześniej wczytanego wzorca istnieją od 2017 roku. Instytut Maxa Plancka pracuje od dwóch dekad nad syntezą chemiczną pigmentów historycznych. Wszystkie te technologie są dostępne komercyjnie albo akademicko. Brakuje tylko jednego – integracji w jeden system odbudowy z dokumentacji cyfrowej, działający na poziomie państwa.

.To kwestia dwóch albo trzech dekad. Polska może być pierwszym krajem, który ten system zbuduje. Albo pierwszym, który sobie tę możliwość odbiera projektem złożonym w maju 2026 roku. Pełna dokumentacja cyfrowa zabytku, choćby najprecyzyjniejsza, jest plikiem na dysku. Plik na dysku można sfałszować, zmanipulować, podmienić, utracić w wyniku awarii nośnika albo decyzji administracyjnej. Dopiero zapisanie matematycznego odcisku tego pliku w rozproszonej księdze blockchainu czyni dokumentację świadectwem, którego nie można podważyć, a wraz z nim odbudowę wiarygodną nawet po stu latach.

A teraz wyobraźmy sobie zamek w Chęcinach w roku 2096. Konkretny przykład, bo abstrakcja nas tu zawiedzie. Załóżmy, że w międzyczasie spotyka go to, co spotykało polskie obiekty regularnie przez ostatnie trzysta lat. Pożar, trzęsienie ziemi nietypowe dla regionu, konflikt zbrojny przebiegający przez Świętokrzyskie, cokolwiek z repertuaru, który polska historia podsuwa cyklicznie. Zamek w gruzach, jak Warszawa w 1945 r. Tylko że tym razem nie ma już nikogo, kto pamięta. Pokolenie świadków stanu zamku sprzed katastrofy dawno nie istnieje, bo od chwili wykonania dokumentacji w 2027 roku minęło niemal 70 lat. Nie ma świadków, którzy widzieli, jak wyglądał oryginał. Są tylko zdjęcia z internetu, każde w innym formacie pliku, z których połowa już nieczytelna, bo nośniki cyfrowe się rozpadły, a formaty wymarły razem z firmami, które je opracowały.

Co wtedy zostaje? Zostaje to, co Polska 2027 roku zdążyła zostawić swoim wnukom. Jeśli zdążyła zostawić. Skan georadarowy całego wzgórza chęcińskiego, pokazujący w ziemi linie fundamentów, podziemnych krypt, zasypanych studni, korytarzy, których dziś nikt nie zna, bo nigdy ich nie odkopano. Hiperspektralny zapis każdej powierzchni kamiennej zamku, identyfikujący chęciński wapień dewoński z konkretnego pokładu, marmur różowy z konkretnej żyły, dolomit z konkretnej warstwy geologicznej, każdy z osobnym widmem spektroskopowym, jak odcisk palca materiału. Profile chemiczne zapraw historycznych, ich zawartość węgla, krzemu, składu wapienno-piaskowego, dające specyfikację, którą maszyna przyszłości potrafi odtworzyć od nowa, atom po atomie, z surowca lokalnie dostępnego. I, co być może najważniejsze, choć dziś brzmi to jak science fiction, choć nim nie jest: widmo cząsteczkowe wapienia obecne w warstwach biologicznych wokół zamku. Pyłki kwiatów, które rosły u stóp murów przez sześć stuleci i absorbowały wapień z lokalnego podłoża, drobiny zachowane w torfowiskach świętokrzyskich, izotopy wapnia w szczątkach drobnej fauny żyjącej w sąsiedztwie, pierścienie roczne drzew rosnących na tych samych skałach. Każdy z tych nośników biologicznych zapisał w sobie chemiczną sygnaturę chęcińskiego wapienia w sposób, który dziś można odczytać spektrometrem masowym o rozdzielczości części na miliard. Wszystko to wykonane w jednej ekspedycji dokumentacyjnej w 2027 roku. Wszystko zhaszowane. Wszystko zarejestrowane w blockchainie. Wszystko zostawione tam na sto, dwieście, trzysta lat, niezależnie od tego, co się stanie z polskimi serwerami, polskimi archiwami państwowymi, polskim prądem w gniazdku.

Maszyna w 2096 roku, jeśli będzie istniała, a wiele wskazuje na to, że będzie i będzie zbudowana przez polskich inżynierów, o ile kolejna głupia ustawa ich z Polski nie wygna, będzie czerpać z tej dokumentacji jak Zachwatowicz czerpał z obrazów Canaletta, tyle że nieporównanie precyzyjniej. Nie będzie spekulować, jaki wapień tam był, bo będzie znać jego widmo cząsteczkowe z czterech niezależnych źródeł zarejestrowanych w 2027 roku: skanu powierzchniowego, profilu hiperspektralnego materiałów budowlanych, analizy chemicznej zapraw, sygnatury biologicznej z otaczającej zamek przyrody. Każde z tych źródeł potwierdza pozostałe. Każde podpisane kryptograficznie. Każde rozproszone w setkach tysięcy węzłów sieci blockchain na sześciu kontynentach, niezniszczalne przez żadną pojedynczą katastrofę, ponieważ wszystkie te dane są zreprodukowane w każdym z węzłów i usunięcie ich jest fizycznie niemożliwe. Odtwarzanie zniszczonego zamku chęcińskiego odbywa się z wykorzystaniem tych danych. Maszyna wytwarza wapień molekularnie identyczny z tym, którego użył kamieniarz w wieku XIV. Układa go robot murarski na fundamencie zlokalizowanym przez georadar z 2027 roku, w geometrii odtworzonej ze skanu trójwymiarowego z 2027 roku. Zamek staje od nowa, taki sam, nie kopia, nie rekonstrukcja, lecz ten sam zamek w sensie, w jakim odbudowane Stare Miasto jest tym samym Starym Miastem. Forma kontynuacji wystarcza.

To jest możliwe tylko wtedy, kiedy hash przetrwa. Kiedy przetrwają kompetencje dzisiejszych polskich inżynierów blockchainu, będą rozwijane i przekazywane dalej. A hash przetrwa, bo zasady matematyczne nie umierają. Konkretny plik cyfrowy może zginąć, format może wymrzeć, nośnik może się rozpaść, tak jak dyskietki trzy i pół cala z lat 90. są dziś prawie nieczytelne, jak taśmy DAT z pierwszych lat XXI w. wymagają specjalistycznego sprzętu, jak płyty CD-R zapisane dziesięć lat temu zaczynają tracić integralność. Ale matematyczny odcisk pliku, jego unikalny ślad obliczeniowy, pozostaje weryfikowalny przez każdą przyszłą technologię, która rozumie te same zasady matematyczne.

Funkcja skrótu SHA-256, którą dziś podpisujemy plik, będzie taka sama w 2096 roku jak dziś, bo matematyka się nie zmienia, niezależnie od tego, czy zmieniają się państwa, języki, technologie zapisu i odczytu. Polska, która dziś wykona pełną dokumentację swojego dziedzictwa i zabezpieczy ją kryptograficznie, gwarantuje wnukom, że po każdej przyszłej katastrofie odbudowa będzie precyzyjną rekonstrukcją molekularną, a nie artystyczną spekulacją zrobioną z pamięci i na przeczucie. W polskim kontekście historycznym to jest cecha egzystencjalna. Każda obca władza okupująca Polskę w ciągu ostatnich trzech stuleci próbowała ją zniszczyć przez kontrolę archiwów, bibliotek, dokumentacji państwowej. Blockchain jest pierwszą technologią w historii, która tworzy warstwę pamięci niedostępną dla żadnej władzy, dla żadnej okupacji, dla żadnego ataku zewnętrznego. Nie jest to abstrakcja techniczna, lecz strategiczna autonomia cywilizacyjna w warstwie matematycznej.

.I tu wracamy do projektu z 11 maja 2026 roku. Wracamy do siedemnastu posłów, którzy złożyli dokument legislacyjny kryminalizujący całą warstwę technologiczną, dzięki której polskie dziedzictwo mogłoby być zabezpieczone na poziomie nieznanym dotąd w historii cywilizacji. Wracamy do sygnału, który już dziś, w czerwcu 2026 roku, wywołuje skutki ekonomiczne, prawne i kompetencyjne, niezależnie od dalszego losu samej ustawy. Polskie rejestry publiczne odporne na manipulację, księgi wieczyste, akty stanu cywilnego, ewidencja gruntów, rejestry przedsiębiorstw – mogłyby wreszcie eliminować klasę patologii znaną z polskiej praktyki urzędniczej, w której wpis można zmienić wstecznie, akt sfałszować, rejestr zmanipulować przez dostęp do bazy danych. Z blockchainem manipulacja staje się matematycznie niemożliwa. Polskie łańcuchy dostaw o weryfikowalnym pochodzeniu mogłyby uczynić z polskiej żywności, surowców strategicznych, węgla koksowego, miedzi instrument suwerenności przemysłowej pierwszej klasy. Polska cyfrowa tożsamość obywatelska mogłaby być zarządzana przez samego obywatela, nie przez Google ani Facebooka, nie przez korporacje amerykańskie ani chińskie. Polskie inteligentne kontrakty mogłyby eliminować potrzebę pośredników w obrocie gospodarczym, redukując koszty transakcji o połowę albo więcej. Polska państwowa rezerwa strategiczna w aktywach cyfrowych mogłaby dorównać dwudziestu dziewięciu państwom świata, które już dziś budują takie rezerwy. Obywatelskie instrumenty inwestycyjne nowego typu mogłyby dawać Polakom udział w polskim dziedzictwie cywilizacyjnym, finansować jego ochronę i jego rozwój. Polskie ubezpieczenie cywilizacyjne przed kolejną katastrofą historyczną mogłoby być wreszcie zbudowane jako konkretny system kryptograficznego zabezpieczenia każdego polskiego artefaktu cywilizacyjnego, od Kościoła Mariackiego po archiwa parafialne wsi Wólka Małaszowska.

Wszystko to wymaga branży, kompetencji ludzkich, ekosystemu firm, akademickiej infrastruktury. Wszystko to znika w ciągu kwartału po sygnale kryminalizacyjnym. Każdy z tych obszarów wymaga ludzi, którzy rozumieją, jak działa blockchain, nie w teorii, lecz w codziennej praktyce wdrożeniowej. Bez tych ludzi żaden z tych systemów nie powstanie. Z tymi ludźmi za granicą każdy z nich zostanie zbudowany przez Niemców, Czechów, Estończyków, którzy potem sprzedadzą go Polakom w wersji okrojonej, dostosowanej do potrzeb klienta peryferyjnego.

Polska bez blockchainu w 2050 roku to kraj, który stracił swoją cywilizacyjną podmiotowość cyfrową. Niemcy mają licencje MiCA, mają normy europejskie wynegocjowane na warunkach niemieckich, mają branżę wartą setki miliardów euro. Polska kupuje od Niemiec rozwiązania, które sama mogłaby produkować, gdyby tylko nie wypchnęła swojej branży za granicę projektem z 11 maja 2026 roku. Polska płaci Niemcom za usługi, które sama mogłaby świadczyć, importuje to, co mogłaby eksportować, staje się skansenem turystycznym, krainą atrakcyjnych ruin, do której niemiecki emeryt przyjeżdża zobaczyć autentyczne polskie zabytki. Te, których nie zdigitalizowano w porę, bo polska klasa polityczna w 2026 roku uznała, że blockchain jest spekulacją z bitcoinem. Gdy te zabytki ulegną kolejnej katastrofie, pożarowi, powodzi, wojnie, okupacji, jakiejkolwiek z form zniszczenia, jakie polska historia uczyła nas oczekiwać co stulecie, nie będzie się dało ich odbudować. Polska digitalizacja zatrzyma się na poziomie 2026 roku, w fazie wstępnej, bez warstwy zaufania, która gwarantowałaby wierność zapisu w stuletniej perspektywie.

.Polska będzie muzealnym kuriozum, nie żywą cywilizacją. Niemcy będą sąsiadem, który zbudował przyszłość. My będziemy krajem, który ją sobie odebrał. I który odebrał ją sobie nie ustawą, lecz samym sygnałem politycznym, że taka ustawa jest do pomyślenia w polskim parlamencie w maju 2026 roku. Sygnał wystarczył. Polskie kompetencje już się pakują, polski kapitał już wybiera Tallin, polski startup już rejestruje siedzibę w Pradze. Polska gospodarka cyfrowa już za chwilę, w czerwcu 2026 roku, oddaje pozycje, które jeszcze w kwietniu wydawały się trwale zdobyte. Nie jest to scenariusz spekulatywny, lecz scenariusz, który realnie kreślimy w tej chwili. I nie ma tu przesady.

Polski parlament regularnie podejmuje decyzje, których konsekwencji technicznych jego członkowie nie rozumieją. Nie jest to oskarżenie wymierzone w żadną konkretną formację polityczną, lecz obserwacja struktury, która utrzymuje się od początku III Rzeczypospolitej i przechodzi z kadencji w kadencję niezależnie od barwy partyjnej rządzących.

Najświeższy z dowodów na to nosi nazwę Krajowy System e-Faktur. Ustawa z 5 sierpnia 2025 roku i rozporządzenie Ministra Finansów z 12 grudnia tegoż roku utworzyły system, w którym docelowo znajdzie się całość fakturowanego obrotu gospodarczego Rzeczypospolitej. Każda faktura wystawiona przez polskie przedsiębiorstwo, od jednoosobowej działalności po koncerny energetyczne, ma przechodzić przez centralną bazę państwową w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Od stycznia 2027 roku, na mocy artykułu 108g ustawy, numer każdej faktury w systemie będzie obowiązkowo podawany w tytule każdego przelewu bankowego, co pozwoli sprzęgnąć tę bazę z infrastrukturą płatniczą polskiej gospodarki. Po raz pierwszy w historii polskiej administracji jeden system informatyczny widzi pełną mapę relacji handlowych całego kraju i posiada narzędzie skorelowania jej z przepływami pieniężnymi.

Polska klasa polityczna, projektując ten system, nie zadała sobie pytania elementarnego: kto będzie miał techniczny wgląd w przepływającą przez niego komunikację. Odpowiedź odsłoniła się w fazie rozruchu w 2026 roku. Terminacja połączeń szyfrowanych w architekturze KSeF odbywa się przez zewnętrznego operatora bramki bezpieczeństwa należącego do międzynarodowej grupy technologicznej, podlegającego równolegle prawu amerykańskiemu, w tym ustawie CLOUD Act, dającej organom Stanów Zjednoczonych prawo żądania dostępu do danych przetwarzanych przez podmioty amerykańskie niezależnie od miejsca fizycznego położenia serwerów.

Metadane całej fakturowanej gospodarki polskiej, częstotliwości transmisji, identyfikatory podmiotów, sekwencje czasowe, wolumeny obrotu, struktura kosztów polskich przedsiębiorstw, zależności sektorowe w energetyce, telekomunikacji i paliwach, sieci powiązań kancelarii prawnych, redakcji prasowych i organizacji obywatelskich, łańcuchy dostaw polskiego przemysłu zbrojeniowego – przepływają przez infrastrukturę dostępną w trybie jurysdykcyjnym dla obcego państwa. Ministerstwo Finansów poinformowało równocześnie o ataku rozproszonej blokady usługi pochodzącym z siedemnastu państw, co potwierdza, że obcy aktorzy traktują KSeF jako cel rozpoznania od pierwszego dnia jego działania. Żaden z analizowanych systemów porównawczych – włoski, francuski, indyjski, meksykański, brazylijski, koreański, chilijski, turecki – nie zawiera ustawowego sprzężenia faktur z płatnościami; żaden nie powierza terminacji szyfrowania operatorowi spoza krajowej jurysdykcji.

Polska klasa polityczna oddała pełną mapę gospodarczą Rzeczypospolitej do wglądu wywiadom państw, których jurysdykcja obejmuje operatora infrastruktury komunikacyjnej KSeF, i uczyniła to nie aktem zdrady ani decyzją niejawną, lecz w pełnym świetle dziennika ustaw, w ramach projektu prezentowanego opinii publicznej jako narzędzie uszczelnienia VAT. Trudno o czystszy przypadek pomyłki kategorialnej. Ten sam parlament, w którym dziś znajduje się propozycja kryminalizacji technologii umożliwiającej rozproszone, niezależne od jakiejkolwiek pojedynczej jurysdykcji szyfrowanie polskich danych, własnoręcznie zaprojektował system wystawiający te dane pod cudzą jurysdykcję, ponieważ nie odróżnia jednego od drugiego.

.Projekt z 11 maja 2026 roku jest kontynuacją dokładnie tego samego mechanizmu. Polityka traktuje technologię jako problem retoryczny, do którego można podejść narzędziami publicystycznymi. Inżynieria traktuje technologię jako problem techniczny, do którego trzeba podejść narzędziami inżynierskimi. Te dwa rodzaje myślenia rzadko spotykają się w jednym mózgu, a polskie wykształcenie polityczne ich nie łączy.

Polski poseł, niezależnie od partii, jest po studiach prawniczych, ekonomicznych, czasem historycznych. Mało który ma za sobą choćby semestr informatyki teoretycznej, kryptografii, projektowania systemów rozproszonych. Mało który rozumie, co to znaczy, że „protokół” nie oznacza zapisu przesłuchania i jest osobnym bytem od jego zastosowania, że istnieje różnica między warstwą infrastrukturalną a warstwą aplikacyjną. A nieznajomość tej różnicy w XXI wieku oznacza katastrofę legislacyjną.

Diagnoza ta jest bezbolesna dla każdej partii rozpatrywanej z osobna. Każda popełniła swoje pomyłki techniczne, każda ma w swoim dorobku katastrofę legislacyjną wynikającą z technicznej ignorancji, każda może udawać, że tym razem to są tamci, a nie my. Diagnoza staje się bolesna dopiero wtedy, kiedy patrzy się na polską klasę polityczną jako całość, jako zbiorowość, jako pokolenie. Wówczas widać, że problem jest systemowy, a nie jednostkowy. Nie chodzi o jedną złą partię, lecz o cały sposób, w jaki polski system polityczny rekrutuje, kształci i promuje swoje kadry. Dopóki ten sposób się nie zmieni, dopóty co kilka lat będzie się pojawiał kolejny projekt z 11 maja, kolejne OFE, kolejny Polski Ład, kolejna ustawa, którą trzeba będzie korygować pod presją rzeczywistości.

Mechanizm pomyłki kategorialnej, który widzieliśmy w anegdocie z restauracji w Hotelu Victoria, działa w polskiej debacie publicznej z bezlitosną regularnością. Słowo „kryptoaktywa” funkcjonuje jak narzędzie wyłączenia myślenia. Polityk je wymawia, polski czytelnik gazety, polski wyborca, polski słuchacz radia natychmiast uruchamia odruch warunkowy: oszustwa, spekulacja, bańka spekulacyjna, naiwne ofiary obietnic. Polak przestaje myśleć i zaczyna kojarzyć. Jest to dokładnie ten sam mechanizm, który 27 lat temu wytworzył pierwsze fale paniki internetowej, gdy media donosiły o pedofilach czyhających w czatach, o oszustach kradnących numery kart kredytowych, o piramidach finansowych operujących przez stronę WWW. Statystyki były wówczas jednoznaczne: większość ówczesnego ruchu internetowego była komercyjnie wątpliwa albo wprost przestępcza. Pornografia, hazard, pirackie kopie oprogramowania, prymitywne oszustwa. Internet wyglądał wówczas dokładnie tak, jak dziś wygląda branża kryptowalutowa oglądana z perspektywy polskiego posła, jako chaos przestępczy i którego logicznym rozwiązaniem jest zakaz.

W 1996 roku polski parlament nie podjął tej logicznej decyzji. Polska klasa polityczna lat 90. miała rozliczne wady, ale w sprawie internetu zachowała się rozsądnie. Krzysztof Heller, Andrzej Wierzbicki, kolejni ministrowie nauki zrozumieli, że internet jest infrastrukturą, a nie zbiorem zastosowań. Że TCP/IP to protokół, czyli umowa techniczna o tym, jak komputery mają się ze sobą komunikować, a nie konkretna zawartość, która tym protokołem płynie. Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa NASK uzyskała finansowanie. Akademia Górniczo-Hutnicza, Politechnika Warszawska, Uniwersytet Warszawski rozpoczęły systematyczne nauczanie technologii internetu. Powstały Wrocławski Węzeł Internetu, Akademickie Centrum Komputerowe Cyfronet w Krakowie, Polska Optyczna Sieć Naukowa PIONIER. Polacy nauczyli się internetu, zanim ten zaczął zarabiać.

I dlatego dziś polska branża informatyczna generuje w polskim PKB 80 miliardów złotych rocznie. CD Projekt Red sprzedaje gry komputerowe na całym świecie, Allegro jest największą polską spółką giełdową, Asseco eksportuje oprogramowanie do kilkudziesięciu krajów, Comarch obsługuje systemy bankowe w połowie Europy, polskie zespoły programistów piszą krytyczne fragmenty kodu dla Google, Microsoftu, Amazona, Mety. Wszystkie te firmy są możliwe, bo polski parlament w 1996 roku nie podjął decyzji, która z dzisiejszej perspektywy wydaje się oczywiście idiotyczna, a która wówczas miała pełne uzasadnienie statystyczne i emocjonalne.

Wyobraźmy sobie scenariusz alternatywny. Gdyby w 1996 roku polski Sejm uznał, że internet to infrastruktura przestępcza, że trzeba chronić obywateli, że uczelnie nie powinny nauczać czegoś, co służy oszustom i pornografom. Gdyby zakazał wprowadzania TCP/IP do polskich sieci, gdyby kryminalizował komercyjne wykorzystanie protokołu HTTP, gdyby wprowadził kary więzienia dla osób oferujących usługi w domenach z rozszerzeniem pl. Co byśmy mieli dziś? Polska 2026 roku byłaby cyfrową prowincją Niemiec, Czech i Estonii. Nie byłoby polskiego CD Projektu, nie byłoby Allegro. Polski internet, gdyby w ogóle powstał, byłby kupiony w pakiecie od T-Mobile albo Vodafone jako produkt zagraniczny dostarczany do polskich gospodarstw domowych. Polskie umiejętności programistyczne byłyby na poziomie Mołdawii. Polski potencjał technologiczny byłby porównywalny z białoruskim. Dziesiątki miliardów złotych, które dziś polska gospodarka czerpie z branży informatycznej, zostałyby wytworzone gdzieś indziej, w jakimś innym kraju, którego klasa polityczna w połowie lat 90. okazała się mądrzejsza od naszej.

.W 1996 roku nie zakazano internetu. Polska klasa polityczna lat 90. wpuściła protokół, otworzyła uczelnie, pozwoliła uczyć. Dziś, 30 lat później, 17 polskich posłów składa projekt, by zakazać blockchainu. To jest dokładnie ta sama pomyłka kategorialna, tyle że odwrócona w czasie. Posłowie są gotowi popełnić błąd, odbierając następnemu pokoleniu Polaków kompetencje, które mogłyby decydować o cywilizacyjnej pozycji Polski w drugiej połowie XXI wieku.

Tu trzeba sformułować rzecz, której polscy parlamentarzyści w obecnym kształcie nie rozumieją albo nie chcą rozumieć. Kryminalizacja branży nie likwiduje technologii. Wypycha z kraju ludzi, którzy tę technologię znają. Blockchain będzie istnieć dalej. Łańcuchy bloków będą się rozwijać w Niemczech, Estonii, Szwajcarii, Singapurze, Stanach Zjednoczonych. Hashe będą generowane, inteligentne kontrakty pisane, tokeny emitowane, cały świat będzie z tego korzystał. Polska kryminalizacja nie zatrzyma globalnego postępu technologicznego ani o godzinę. Zatrzyma tylko jedno: rozwój Polski, bo nie będzie Polaków umiejących z blockchainem pracować.

A to jest kategoria diametralnie różna od samej technologii. Kompetencje to nie są pliki na dysku, które można pobrać z internetu albo skopiować z biblioteki. Kompetencje to są ludzie z dziesięcioletnim doświadczeniem zawodowym, którzy widzieli implementacje udane i nieudane, którzy znają pułapki, którzy mają intuicję, jakiej nie da się przekazać przez podręcznik. Kompetencje to zespoły, które przepracowały ze sobą setki projektów, firmy, które przeszły przez kryzysy i uczyły się z nich, profesorowie, którzy szkolą następne pokolenie, studenci, którzy widzą branżę jako sensowną drogę życiową, sieci kontaktów międzynarodowych, reputacje budowane przez dekadę, zaufanie inwestorów, którzy raz zainwestowali i są skłonni zainwestować ponownie. Wszystko to znika w ciągu kwartału po sygnale kryminalizacyjnym. Programiści wyjadą fizycznie. Firmy zarejestrują się w Tallinie i Pradze. Profesorowie zmienią specjalizację albo wyemigrują razem ze swoimi laboratoriami. Studenci wybiorą inne kierunki, bo polski parlament dał im sygnał, że ta dziedzina nie ma w Polsce przyszłości.

Najgorsze jest to, że kompetencji nie da się odbudować na zawołanie. Jeśli za pięć albo dziesięć lat polska klasa polityczna się ocknie i powie, że jednak chcemy mieć infrastrukturę kryptograficzną, jednak chcemy pełnej digitalizacji dziedzictwa, jednak chcemy konkurować z Niemcami w sektorze finansowym nowej generacji, nie będzie z kim. Polscy programiści blockchainowi będą mieszkać w Niemczech, w Estonii, w Singapurze. Wracać nie będą, bo zarobią tam wielokrotnie więcej, będą mieli tam zbudowane życie, dzieci w tamtejszych szkołach. Polskie firmy będą tam płacić podatki. Polska będzie kupować swoje własne kompetencje z powrotem od Niemiec jako konsultacje, jako licencje, jako produkty. Dokładnie tak, jak dziś kupuje technologie wojskowe od Stanów Zjednoczonych, bo własnego przemysłu zbrojeniowego nie odbudowała przez trzydzieści lat. Państwa, które wcześniej zakazały internetu albo go ignorowały, Korea Północna, Birma, niektóre afrykańskie reżimy, są dziś technologicznymi pustyniami. W roku 1996 Polska nie chciała być pustynią. Polska nie powinna chcieć być pustynią również dziś.

.Polska klasa polityczna, niezależnie od partii, musi w końcu zrozumieć rzecz dotąd niezauważoną, choć narzucającą się z każdym kolejnym pokoleniem rządzących. Technologie nie są tematem do gry politycznej. Są fundamentami cywilizacyjnymi, na których stoi wszystko inne, łącznie z samą polityką. Decyzje o technologiach wymagają zrozumienia, a nie odruchów, wymagają obeznania, nie improwizacji, wymagają kompetencji, której polska klasa polityczna w obecnym kształcie strukturalnie nie ma i której nie zdobędzie sama z siebie, bo nie ma w niej mechanizmu, który by ją do zdobycia tej kompetencji zmuszał.

Każda polska partia ma w swojej trzydziestoletniej historii własne błędy techniczne kosztujące Polskę miliardy złotych. Buzek z emeryturami. Tusk z OFE. Prawo i Sprawiedliwość z Polskim Ładem. Wszystkie partie z KSeF na każdym kolejnym etapie wdrażania. Jest to wspólna polska wada strukturalna, a nie problem jednej formacji politycznej. Dopóki będzie ona traktowana jako wada poszczególnych ekip, dopóty nie zostanie usunięta, bo poszczególne ekipy będą się nawzajem wytykać palcami, każda twierdząc, że ona akurat tym razem zrobiła wszystko dobrze, a winni są tamci, ci poprzedni, ci następni, ci obok.

Lekarstwo nie jest polityczne. Jest edukacyjne i instytucjonalne. Polski parlament powinien mieć dostęp do stałej rady eksperckiej złożonej z technologów, kryptografów, projektantów systemów rozproszonych, inżynierów oprogramowania, którzy oceniają każdy projekt legislacyjny pod kątem jego skutków technicznych jeszcze przed zgłoszeniem do laski marszałkowskiej. Polskie partie polityczne powinny mieć w swoich klubach parlamentarnych stałych doradców technologicznych o mandacie niezależnym, niepodporządkowanym dyscyplinie partyjnej, z prawem otwartego sygnalizowania, że konkretny projekt jest technicznie błędny i jego uchwalenie wywoła konsekwencje sprzeczne z deklarowanym celem. Polskie media powinny systematycznie szkolić swoich dziennikarzy w odróżnianiu technologii od jej zastosowań, protokołu od konkretnej aplikacji, infrastruktury od konkretnego użycia. Polskie uczelnie powinny prowadzić obowiązkowe wprowadzenia do podstaw technologii cyfrowej dla wszystkich studentów prawa, ekonomii i politologii, którzy w przyszłości znajdą się w polskim parlamencie, w polskich ministerstwach, w polskich redakcjach prasowych.

Bez takiej reformy strukturalnej każda kolejna kadencja polskiego parlamentu będzie przynosić kolejny projekt typu kryminalizacji kryptoaktywów. W jednej kadencji od jednej partii, w następnej od innej, w trzeciej znów od pierwszej w nowym składzie. A koszty zawsze będzie ponosić Polska, niezależnie od tego, która formacja w danym momencie akurat rządzi i która jest w opozycji. Polska gospodarka będzie wybiegać do Tallina, Pragi, Berlina za każdym razem, gdy któryś polski poseł postanowi się wykazać czujnością wobec kolejnej nowej technologii, której nie rozumie. A polskie społeczeństwo będzie się dziwić, dlaczego sąsiedzi dorabiają się fortun na technologiach, które wymyślili Polacy, opracowali Polacy, zbudowali Polacy, ale wdrożyli już za granicą, bo w Polsce groził za to wyrok więzienia.

Pozostaje jednak coś więcej niż diagnoza politycznej dysfunkcji. Pozostaje horyzont, który ta diagnoza otwiera, gdy spojrzeć poza bieżące spory parlamentarne, poza ten konkretny projekt z 11 maja 2026 roku, poza tę konkretną pomyłkę kategorialną wokół słowa „kryptoaktywa”. Horyzont, na którym widać Polskę, jaką polska cywilizacja może się stać, jeśli polska klasa polityczna nie wytnie sobie do niej drogi własnym sygnałem politycznym.

Wymaga to jednej rzeczy elementarnej. Żebyśmy nie skryminalizowali infrastruktury, która to wszystko umożliwia. Żebyśmy nie wpadli w pułapkę psa Pawłowa, gdy ktoś wymawia słowo „kryptoaktywa”. Żebyśmy zachowali rozróżnienie między spekulacją bitcoinem a kryptograficzną warstwą zaufania cywilizacyjnego. Rozróżnienie, które w 1996 roku z trudem, ale skutecznie poczyniliśmy w sprawie internetu. Rozróżnienie, które w 2026 roku znowu należy uczynić, by nie zaprzepaścić szans Polski. Powtarzam – nie wiemy, jakie technologie i rozwiązania techniczne powstaną na bazie sieci blockchain, która działa na bazie internetu, tak jak nie wiedzieliśmy w 1996 roku, jakie usługi i serwisy będą możliwe dzięki internetowi za 30 lat.

.Polska klasa polityczna musi się tego rozróżnienia nauczyć, zanim sama, z dowolnej strony sceny politycznej, w dowolnej kadencji, pod dowolnymi sztandarami partyjnymi, wytnie Polsce drogę do tego, czym Polska mogłaby się stać. Krajem odpornym na strukturalne katastrofy historyczne. Pierwszą cywilizacją w historii świata zdolną przetrwać każdą kolejną okupację, każdą kolejną wojnę, każdy kolejny pożar Warszawy. Albo skansenem turystycznym dla niemieckich emerytów, którzy będą przyjeżdżać oglądać autentyczne polskie ruiny, autentyczne polskie zaniedbania, autentyczne polskie zaniechania historyczne.

Trzeciej opcji nie ma.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 12 maja 2026