Kim był Gary Moore, wirtuoz gitary elektrycznej?

Łącząc rockową moc z bluesową wrażliwością,Gary Moore stworzył styl rozpoznawalny, oryginalny i głęboko osobisty – powiedział dziennikarz muzyczny Jan Chojnacki. 6 lutego 2011 r. zmarł Gary Moore, brytyjski kompozytor i wokalista, a przede wszystkim wirtuoz gitary.

„Lekko zachrypnięty i pełen napięcia wokal idealnie współgrał z gitarą”

.Gary Moore był jednym z najbardziej wyrazistych gitarzystów swojej generacji, artystą o nieposkromionej ekspresji i rzadkiej emocjonalnej szczerości – powiedział dziennikarz muzyczny Jan Chojnacki. – Karierę zaczynał w świecie hard rocka i rocka progresywnego, współtworząc m.in. grupy Thin Lizzy oraz Colosseum II, gdzie wykuwał technikę opartą na szybkości i agresji. Z biegiem lat zmierzał ku ekspresji bluesa, który pozwalał mu mówić prostszym językiem, ale z większym ładunkiem uczuć – tłumaczył Chojnacki.

Przełomem dla Moore’a było pełne zanurzenie się w blues-rocku na przełomie lat 80. i 90., gdy świadomie porzucił gitarową ekwilibrystykę na rzecz frazy i przestrzeni. Jego styl gry stał się znakiem rozpoznawczym: długa fraza, szerokie vibrato i długie, śpiewne dźwięki, które brzmiały jak przedłużenie głosu. Lekko zachrypnięty i pełen napięcia wokal idealnie współgrał z gitarą. W wydaniu Moore’a to była prawdziwa rozmowa twórcy z instrumentem – podkreślił dziennikarz. – W jego brzmieniu wyraźnie słychać było duchową nić prowadzącą do Petera Greena, zwłaszcza w melancholii fraz i oszczędności środków. Łącząc rockową moc z bluesową wrażliwością, stworzył styl rozpoznawalny, oryginalny i głęboko osobisty – oceniał. – Choć od śmierci Gary Moore’a minęło 15 lat, jego muzyka wciąż brzmi świeżo, przypominając, że technika ma sens tylko wtedy, gdy służy emocjom – podkreślił Chojnacki.

Gary Moore urodził się 4 kwietnia 1952 r. w Belfaście. Grą na gitarze zainteresował się w połowie latach 60., po odkryciu takich mistrzów jak Eric Clapton, Jimi Hendrix i Peter Green z Fleetwood Mac. Po przeprowadzce do Dublina, pod koniec lat 60. dołączył do lokalnej grupy rockowej Skid Row, gdzie spotkał Phila Lynotta, późniejszego założyciela i lidera Thin Lizzy. W 1972 r. Moore odszedł z Skid Row i założył własny zespół – Gary Moore Band. Grupie nie udało się jednak przebić i Moore dołączył do Thin Lizzy. Grę w tym zespole przez lata przeplatał z karierą solową, w międzyczasie grał też w zespole Colosseum II.

Gary Moore w historii muzyki zapisał się na trzy sposoby, ze względu na to, że zupełnie inaczej funkcjonował w kolejnych okresach swojej kariery. – Zaczynał w zespole z Skid Row, później rozwinął się współpracując z Thin Lizzy, Colosseum II i działając jako artysta solowy, hard rockowy czy nawet heavy metalowy. Po tym przyszła faza, która przyniosła mu największą popularność i pomnikowe miejsce w historii muzyki, czyli Gary Moore bluesman – powiedział Zbigniew Zegler, dziennikarz muzyczny Polskiego Radia. – Moore słynął jako muzyk, który bez względu na to, w którym z tych trzech obszarów funkcjonował, miał umiejętność grania bardzo intensywnie gitarowych riffów. Miał najdłuższy sustain, czyli potrafił bardzo długo trzymać dźwięk, w czym pomagały mu też charakterystyczne gitary, których używał. Potrafił brzmieć bardzo długo, dużo dłużej niż inni gitarzyści. Na koncertach to robiło piorunujące wrażenie – podkreślał Zegler.

Gary Moore w historii muzyki zapisał się na trzy sposoby, ze względu na to, że zupełnie inaczej funkcjonował w kolejnych okresach swojej kariery

.W 1990 r. zmęczony już mocnym rockiem, Moore powrócił do bluesa. Wtedy powstała „Still Got the Blues”, najbardziej znana i najlepiej sprzedająca się płyta tego artysty. Własne kompozycje gitarzysty przeplatały się na niej z interpretacjami bluesowych standardów. W 1991 r. ukazało się polskie wydanie tej płyty.

W kolejnych latach powstały następne bluesowe płyty Moore’a. W 1995 r. nagrał album w hołdzie dla Petera Greena „Blues for Greeny”. Mimo bluesowego okresu w jego karierze, od czasu do czasu, grał też mocnego rocka i eksperymentował z nowymi stylami. Gary Moore nagrał ponad 30 autorskich płyt. Brał też udział, jako gitarzysta, w nagraniach płyt kilku innych zespołów. Materiał ten posłużył też do wydania kilkudziesięciu singli i płyt z kompilacjami utworów.

Gary Moore zmarł 6 lutego 2011 r. podczas wakacji w Hiszpani.

„Geniusz Moore’a tkwił nie tylko w sposobie gry, ale także w tym, co decydował się przekazać każdą nutą” – napisano na portalu bluesrockreview.com. „To, co sprawia, że jego geniusz rezonuje w 2025 r., to jego szczerość. W erze, w której muzyka jest w dużej mierze dopracowana i algorytmiczna, surowa ekspresja Moore’a wydaje się ważniejsza niż kiedykolwiek. Nie grał dla lajków ani trendów. Grał, bo miał coś do powiedzenia. A każda zagrana nuta przekazywała coś wartego uwagi. Ten rodzaj emocjonalnej prawdy pozostaje rzadkością, co sprawia, że jego kunszt jest dziś jeszcze bardziej istotny” – podkreślono. 

Teologia muzyki popularnej – rekonesans

.Czy muzyka popularna może poprowadzić nas w głąb siebie? Czy można dzięki niej spotkać Boga? Czy popowe piosenki mogą być źródłami teologicznymi? – pyta Dominik DUBIEL SJ.

Tworząc projekt „Posłuchaj uważnie. Głębszy poziom popkultury”, przyjęliśmy twierdzące odpowiedzi na te pytania jako oczywiste. Jak zresztą przystało na ludzi kierujących się ignacjańską zasadą „szukać i znajdować Boga we wszystkich rzeczach”. W niniejszym tekście postaram się jednak zarysować teologiczne podstawy niniejszych twierdzeń. 

radycja chrześcijańska dość zgodnie uznaje, że cała rzeczywistość została stworzona przez Boga z niczego (creatio ex nihilo). Cokolwiek istnieje, istnieje dlatego, że jest ciągle stwarzane przez Boga (creatio continua). Gdyby Bóg przestał chcieć jakiejkolwiek rzeczy, przestałaby ona istnieć. 

Choć tworzenie muzyki nie jest tym samym, co boskie creatio ex nihilo, to w obrębie ludzkich aktywności jest być może działaniem najbardziej do tego aktu zbliżonym. W Liście do artystów Jan Paweł II pisał:  „Nikt nie potrafi zrozumieć lepiej niż wy, artyści, genialni twórcy piękna, czym był ów pathos, z jakim Bóg u świtu stworzenia przyglądał się dziełu swoich rąk. Nieskończenie wiele razy odblask tamtego doznania pojawiał się w waszych oczach, artyści wszystkich czasów, gdy zdumieni tajemną mocą dźwięków i słów, kolorów i form podziwialiście dzieła swego talentu, dostrzegając w nich jakby cień owego misterium stworzenia, w którym Bóg, jedyny Stwórca wszystkich rzeczy, zechciał niejako dać wam udział”.

Jest to intuicja dobrze ugruntowana w historii myśli chrześcijańskiej. U św. Augustyna możemy znaleźć przekonanie, że kompozycja muzyczna jest w pewien sposób wejściem w komunię z aktywnością stwórczą Ojca. św. Jan Chryzostom uważał zaś muzykę za wynalazek niebios i „objawienie Ducha Świętego”, którego w starożytnym hymnie nazywamy wprost Duchem Stworzycielem. Zatrzymajmy się zatem na chwilę nad samym aktem stworzenia świata przez Boga, będącego źródłem i pierwowzorem każdej ludzkiej twórczości. 

Jak zauważa w swoim tekście Creazione ex nihilo o ex trinitate? Dariusz Kowalczyk SJ, stworzenie z niczego (ex nihilo) w teologii chrześcijańskiej jest ostatecznie stworzeniem mającym swe źródło w samej istocie Trójcy Świętej (ex trinitate). Przed stworzeniem świata nie istniało nic poza Bogiem. Jednak rzeczywistość stworzona, mimo swej zależności od Stwórcy, nie jest Jego częścią, lecz ma swoją autonomię. Jak to możliwe? Piękne (nawet jeśli filozoficznie nie do końca satysfakcjonujące) wyjaśnienie proponuje myśl kabalistyczna. Luriańska teoria cimcum oznacza „skurczenie się” Boga, Jego wycofanie się z doskonałej pełni swojego bytu, by „zrobić miejsce” dla mającego powstać świata. Bóg zatem, wycofując się, tworzy „przestrzeń”, do której wraca przez akt stworzenia autonomicznego świata i przez Objawienie. Cimcum jest ograniczeniem się Boga także w znaczeniu nałożenia więzów zasad i praw na świat nieograniczonych możliwości.

Obraz Boga, który ogranicza samego siebie z myślą o innych, jest jednym z najważniejszych obrazów w teologii trynitarnej. Wszak do istoty miłości przynależy „robienie miejsca dla Drugiego”, a jak zapewnia nas Nowy Testament, „Bóg jest miłością”. W Bogu, który jest Jeden w Trzech Osobach, owa „nicość” (powstająca z „miejsca”, jakie Kochający robi dla Ukochanego) jest samym centrum i źródłem twórczej miłości, z której powstał świat. 

Każdy akt tworzenia muzyki, nawet bardzo prostej, odzwierciedla w mniejszej lub większej mierze ten boski dynamizm. Przede wszystkim każdy utwór jest nowym bytem zawdzięczającym swe istnienie aktywności twórcy. Jednocześnie pozostaje autonomiczny względem kompozytora, zaczyna „żyć własnym życiem”, o czym świadczą choćby różne interpretacje odbiorców, które niekoniecznie muszą się zgadzać z intencją twórcy. W końcu każdy akt kompozytorski zawiera w sobie ów element kenotycznego samoograniczenia, widoczny zarówno w kabalistycznej teorii cimcum, jak i w chrześcijańskiej teologii trynitarnej. Kompozytor, decydując się na napisanie danego utworu, już w punkcie wyjścia przyjmuje pewne założenia tematyczne, formalne, muzyczne itd. Rezygnuje w ten sposób ze wszystkich innych, niemal nieograniczonych możliwości twórczych.

We współczesnej muzyce popularnej element pewnej „ascezy” środków stricte muzycznych (funkcjonowanie zasadniczo w obrębie klasycznego systemu dur-moll, regularność rytmiczna, melodia jako istotny element kompozycji etc.) wydaje się dużo bardziej wyrazisty niż we współczesnej muzyce akademickiej, poniekąd z założenia transgresywnej.  W tej perspektywie każda twórczość muzyczna staje się symbolem (w źródłowym tego słowa znaczeniu) boskiej stwórczości. 

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/dominik-dubiel-sj-teologia-muzyki-popularnej-rekonesans/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 lutego 2026