Kim była Liliane BETTENCOURT [Isabelle Huppert]

Im bardziej niejednoznaczną rolę mam do zagrania, tym lepiej. Bohaterka „Najbogatszej kobiety świata” też jest zniuansowana – powiedziała Isabelle Huppert. Film z jej udziałem trafi do kin 13 marca. 8 marca zaplanowano pokaz przedpremierowy z okazji Dnia Kobiet w warszawskiej Lunie.

Ekscytują mnie niewiadome. Nie muszę znać od razu odpowiedzi na wszystkie pytania [Isabelle Huppert]

.Fabuła w reżyserii Thierry’ego Klify została luźno zainspirowana losami spadkobierczyni koncernu L’Oréal Liliane Bettencourt i jej kontrowersyjną relacją z fotografem, któremu przekazała majątek o łącznej wartości blisko miliarda euro. Grana przez Huppert Marianne Farrere jest właścicielką kosmetycznego imperium Windler, żoną senatora Guy (André Marcon), matką i babcią. Pewnego dnia współpracownicy przekonują ją, że udzielenie wywiadu poczytnemu magazynowi mogłoby ocieplić jej wizerunek, a w konsekwencji przełożyć się na jeszcze większe zyski firmy. Rozmowie z dziennikarką towarzyszy sesja zdjęciowa, w trakcie której Marianne poznaje energicznego fotografa Pierre’a-Alaina (Laurent Lafitte). Nowa znajomość zapewnia kobiecie szczyptę szaleństwa i odskocznię od rutyny. Marianne wspiera młodego artystę, obsypuje go prezentami. W końcu zaprasza Pierre’a-Alaina i jego partnera do letniej rezydencji. Córka Marianne, Frédérique (Marina Foïs), jest zaniepokojona sytuacją. Nie ma wątpliwości, że mężczyzna wykorzystuje hojność i uprzywilejowaną pozycję jej matki. Bije się z myślami, czy powinna podjąć kroki prawne, czy uszanować wolę Marianne.

Daria Porycka : Podkreślasz w wywiadach, że od aktorstwa niczego nie oczekujesz. Lubisz być zaskakiwana. Teatr daje ci niespodzianki w najlepszym wydaniu. W ostatnich kilkunastu latach spotkałaś się m.in. z Ivo van Hove’em, Robertem Wilsonem, Tiago Rodriguesem, Romeo Castelluccim, Krzysztofem Warlikowskim i Cate Blanchett, z którą zagrałaś w „Pokojówkach” Geneta w reżyserii Benedicta Andrewsa. A czym zaskakuje cię kino?

Isabelle Huppert: Do kina przyciąga mnie dokładnie to samo co do teatru. Najważniejsza jest możliwość spotkania z konkretnymi reżyserami oraz intuicja, że historie, które chcą opowiedzieć, pasują do mnie. Każdy film traktuję jak podróż. Muszę mieć poczucie, że jestem we właściwym miejscu i towarzystwie, że pracuję z dobrym scenariuszem i mam coś ciekawego do zagrania. Trudno oddać słowami, skąd wiem, że jedna postać jest dla mnie, a inna nie. To coś tak nieuchwytnego… Jednak gdybym miała stworzyć taką definicję na potrzeby naszej rozmowy, powiedziałabym, że być może najlepsze role to te, które dają mi poczucie, że trafią do wrażliwości widzów i zainteresuję ich fabułą. Potrzebny jest szósty zmysł, który pomaga podjąć decyzję, że warto zagrać daną bohaterkę.

Marianne, którą wykreowałaś w „Najbogatszej kobiecie świata”, postrzega biznes jako grę, zagadkę, w której liczą się przede wszystkim wizja i umiejętność przewidywania. Gdybyś miała sformułować najważniejsze zasady, którymi kierujesz się w swojej pracy, co by to było?

Isabelle Huppert: Robić to, czego pragnę – w miarę możliwości, oczywiście. To jedyna słuszna droga. Podejmować decyzje artystyczne, nie myśląc o tym, czy przedsięwzięcie zostanie pozytywnie odebrane, czy nie. Wiedzieć, dlaczego zależy mi na udziale w projekcie. Mieć poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie chcę, że wykonuję takie zadania, jakich bym sobie życzyła. Uważam, że to wielki przywilej.

Zastanawiałaś się, dlaczego twoja bohaterka – kobieta doświadczona, spełniona, która może pozwolić sobie dosłownie na wszystko – potrzebuje do szczęścia właśnie Pierre’a-Alaina?

Isabelle Huppert: Uważam, że ona od początku miała przestrzeń na tę relację. Pierre-Alain potrafi ją rozbawić, a to jest bardzo ważne. Oczywiście bywa dziwny. Czasami przesadza, mówi rzeczy, których ona nie przywykła słyszeć. Kiedy tak się dzieje, Marianne zbywa to śmiechem. Ten mężczyzna bardzo ją pociąga. Nie jest tak, że musi błagać o jej uwagę. Od razu zostaje jej przyjacielem, ponieważ ma w sobie mnóstwo uroku. Jest inteligentny, dowcipny, całkiem przystojny. Potrafi uwodzić.

Emblematyczna jest sekwencja, w której Pierre-Alain zabiera Marianne do klubu i przedstawia ją Betsy – dojrzałej modelce, która porzuciła luksusowe życie u boku szanowanego lekarza na rzecz młodzieńczych marzeń. Podobno reżyser chciał zrezygnować z tego fragmentu?

Isabelle Huppert: Zaznaczę tylko, że nie chodziło o wycięcie tej sceny. Mieliśmy problem z jej nakręceniem, ponieważ kończył nam się okres zdjęciowy. Thierry Klifa poważnie rozważał, czy nie odejść od tego pomysłu. Dyskusje z producentami trwały kilka godzin. Oczywiście w głębi serca wiedzieliśmy, że sekwencja klubowa musi się znaleźć w filmie. Dzięki niej widz może lepiej zrozumieć moją bohaterkę, szczerze poruszoną śpiewem Betsy. To jeden z tych momentów, które najlepiej obrazują zmianę zachodzącą w życiu Marianne, przybliżają jej inne oblicze. A wszystko to niemal bez słów.

To, że film został zainspirowany prawdziwą historią, miało dla ciebie znaczenie?

Isabelle Huppert: Najlepiej ujął to reżyser, mówiąc, że wszyscy słyszeli zakończenie tej historii, ale nikt nie znał początku. Zamiast otworzyć na oścież wrota skandalu, który opinia publiczna obserwowała z daleka, skupić się na manipulacji i rzekomym szaleństwie dojrzałej kobiety, Thierry postanowił tylko odrobinę uchylić drzwi, przez szczelinę w nich pokazać, jak zaczęła się relacja Marianne i Pierre’a-Alaina. Dzięki temu, że film sięga wielu lat wstecz, możemy lepiej pojąć istotę ich uczucia. Widzimy, jak kobieta zostaje uwiedziona przez fotografa. Wiemy, że ekstremalna, niekiedy wręcz wulgarna osobowość mężczyzny intryguje ją. Pierre-Alain sprawia, że Marianne odżywa, zyskuje nową energię. Wcześniej ciągle coś jej dolegało. Cierpiała na potworne migreny, bolały ją plecy.

Twoja bohaterka ujmuje to bez ogródek: „czuję się, jakbym wstała z sarkofagu”. W innym fragmencie stwierdza, że kierując firmą, nie podąża za trendami, lecz kreuje je. Przekładając tę dewizę na pracę aktorską, z czego jesteś najbardziej dumna?

Isabelle Huppert: Nie mogę powiedzieć tego samego co Marianne. Ona obraca się w świecie kapitalizmu, wielkiego biznesu. Doskonale wie, jakie zasady rządzą tym środowiskiem. Jeżeli zainwestuje pieniądze w odpowiednim momencie, pomnoży fortunę. W kinie lub jakiejkolwiek innej dziedzinie sztuki jest zupełnie inaczej. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy film odniesie sukces. Dzisiaj mogę powiedzieć, że „Najbogatsza kobieta świata” cieszy się powodzeniem wśród widzów, ale czy ktokolwiek mógł wiedzieć, że tak będzie? Nie. My, aktorzy, możemy polegać wyłącznie na swojej intuicji, przyjmować te propozycje, które naprawdę nas interesują. I muszę przyznać, że zazwyczaj instynkt mnie nie myli. Ostatecznie jednak to reakcje publiczności przesądzają o losie dzieła.

Smykałkę do interesów Marianne ma po ojcu. Pamiętając, ile mu zawdzięcza, dba, by wszyscy udziałowcy kultywowali wartości założyciela koncernu. Bezwzględnej wierności w biznesie oczekuje także od swojej córki, co jest zarzewiem ich kolejnego konfliktu. Temat dziedzictwa jest ci bliski?

Isabelle Huppert: Każdemu z nas jest. Niezależnie od tego, czy to wiemy, czy odsuwamy od siebie tę myśl, pochodzenie określa naszą tożsamość, buduje system wartości. W filmie jest bardzo trudny moment, w którym Frédérique uświadamia sobie, że dziedzictwo kształtuje nie tylko jej teraźniejszość, lecz także przyszłość. Uważam, że najbardziej przełomowa sekwencja to ta, w której Marianne finalizuje z Pierre’em-Alainem sprawę kolejnej darowizny, sądząc, że córka się o tym nie dowie. Od tego momentu historia nabiera jeszcze bardziej dramatycznego charakteru, a napięcie między bohaterkami wzrasta.

Jeden z reżyserów powiedział, że lubisz stworzyć cały świat wokół postaci, które grasz. „Najbogatsza kobieta świata” też tego wymagała?

Isabelle Huppert: Nie było długich przygotowań. Najbardziej konkretną częścią tego procesu były przymiarki kostiumów. Niektórzy filmowcy lubią pracować z aktorami w taki sposób jak reżyserzy teatralni – organizują przesłuchania, próby stolikowe. Częściej zdarza się to w Stanach Zjednoczonych niż w Europie. Niedawno poproszono mnie, żebym poprowadziła rozmowę z Rose Byrne, która otrzymała Złoty Glob za rolę w „Kopnęłabym cię, gdybym mogła”. Zgodziłam się, ponieważ bardzo podobał mi się film. Rose opowiadała, że próby do tego projektu trwały pięć tygodni. Pamiętam, że sama też spędziłam tyle czasu, przygotowując się do występu w „Amatorze”. Jednak we Francji to dość rzadka praktyka. Zwykle nie ma miejsca na zgłębianie stanów psychologicznych i emocjonalnych postaci. Wiadomo, wszystko zależy od reżysera. Dla mnie nie ma to większego znaczenia. Jestem otwarta na różne metody pracy.

Masz status królowej francuskiego kina. W swojej profesji osiągnęłaś wszystko. Zastanawiam się, czy jest coś, czego nie potrafiłabyś zagrać, bo nie byłabyś wiarygodna?

Isabelle Huppert: Oczywiście. Nie jestem w stanie wskazać teraz konkretnego przykładu. Ale zapewniam, że istnieją role, w których… może nie tyle byłabym niewiarygodna, ile nie postrzegano by mnie tak, jak bym chciała. Weźmy choćby zbyt sentymentalne bohaterki albo postacie definiowane przez inne cechy, których nie lubię. To czysto intuicyjna kwestia. Najkrócej mówiąc, im bardziej złożoną, niejednoznaczną rolę mam do zagrania, tym lepiej. Marianne też jest zniuansowana. Nie można powiedzieć, że padła ofiarą Pierre’a-Alaina. Wprawdzie zostaje przez niego uwiedziona, ale niezupełnie zmanipulowana, ponieważ wciąż odnosi korzyści, czerpie przyjemność z tej relacji. Role, które mnie interesują, wykraczają poza definicje takie jak „ofiara”, „nie ofiara”, „szczęśliwa”, „nieszczęśliwa”, „zabawna” czy „niezabawna”. Za każdym razem chodzi o to, by oderwać łatki, przenieść film w bardziej nieoczekiwane miejsce.

Po ponad pięciu dekadach w branży co napędza cię do dalszej pracy?

Isabelle Huppert: Ekscytują mnie niewiadome. Nie muszę znać od razu odpowiedzi na wszystkie pytania. Uważam, że sztuka wie więcej niż ja. Jestem na tyle pewna siebie, że wiem, iż dzień po dniu, godzina po godzinie, film ujawni mi wszystko na swój temat. Lubię ten proces. Dzięki niemu każdego dnia na planie czuję, że żyję. Wrócę do metafory, której użyłam na początku. Film jest jak podróż. Kiedy przemieszczasz się z miejsca na miejsce, nie możesz przewidzieć, co zobaczysz. Istotę podróży stanowi odkrywanie tego, co nieznane.

Kto zdobędzie Oscara 2026? Elegia czy bunt?

.W 2025 roku na ekrany trafiły dwa filmy, które na odmienne sposoby mierzą się z amerykańskim mitem tożsamościowym. Oba walczą w tym roku o Oscary. Jeden – cichy, medytacyjny, niemal biblijny w swojej powściągliwości. Drugi – głośny, chaotyczny, napędzany wściekłością. „Sny o pociągach” Clinta Bentleya i „One Battle After Another” Paula Thomasa Andersona, o którym już pisałam [LINK], stały się mimowolnymi zwierciadłami dwóch Ameryk: tej, która próbuje zrozumieć swoje korzenie, i tej, która chce je spalić – pisze Margot ROUSSEAU.

ięcej Oscarów pewnie dostanie Anderson, bo amerykańskie elity dziś chłoszczą własny naród. Ja wolę “Sny o pociągach”.

„Sny o pociągach” opowiadają historię Roberta Grainiera (Joel Edgerton) – zwykłego drwala i robotnika kolejowego na przełomie XIX i XX wieku, w lasach Idaho. Osierocony w dzieciństwie, Grainier buduje tory i mosty, żeni się, zakłada rodzinę, a następnie traci wszystko w pożarze. Żyje dalej w samotnej chacie pośród drzew, starzeje się, spotyka wilki i duchy przeszłości, aż w końcu wsiada do małego samolotu, by spojrzeć na własne życie z góry. To nie jest film o wielkich wydarzeniach. To opowieść o jednym człowieku, który stał się częścią mitu frontieru – i został przez ten mit wchłonięty.

„One Battle After Another” to z kolei historia wypalonego lewicowego radykała (Leonardo DiCaprio), byłego członka fikcyjnej organizacji terrorystycznej z lat 70., który po dekadach ukrywania się wraca do walki przeciwko rzekomo faszystowskiemu państwu. Flanelowa koszula, broda, kubek latte, paranoja, córka i permanentny stan rewolucyjnej gotowości. Film PTA jest mieszanką czarnej komedii, kina akcji i psychodelii, w której dawni bojownicy Weather Underground stają naprzeciw ICE, chrześcijańskiego nacjonalizmu i „białej supremacji”.

Różnica między tymi dwoma obrazami nie ma jedynie charakteru estetycznego. To różnica ontologiczna.

„One Battle After Another” próbuje przeszczepić na amerykański grunt europejską lewicową postawę: permanentną rewolucję, nienawiść do „systemu”, gloryfikację zbrojnego oporu. Efekt jest groteskowy: rewolucjonista o wizerunku hipsterskiego lumbersexuala nienawidzi własnego narodu, gardzi „zwykłymi Amerykanami” i walczy w imię abstrakcyjnych idei, które w praktyce oznaczają pogardę dla mitu stworzonego przez ten naród. To film o elitach oderwanych od rzeczywistości, które importują europejski antyfaszystowski radykalizm i wtłaczają go w amerykański kontekst, kończąc na karykaturze: flanela, latte i niechęć do flagi.

„Sny o pociągach” wypływają z zupełnie innego źródła – z głębokiej, organicznej miłości do Ameryki. Grainier nie jest rewolucjonistą. Jest mitem wcielonym: drwal karczujący las, budowniczy torów, pionier wierzący w postęp. A jednak ten sam postęp go niszczy. Film nie oskarża i nie krzyczy. Pokazuje cenę – rasizm wobec chińskich robotników, pożary, samotność, przemijanie – lecz czyni to z szacunkiem i melancholią. Nie atakuje mitu frontieru, lecz podejmuje jego hermeneutykę. To interpretacja podszyta miłością.

I właśnie dlatego „Sny o pociągach” stają się wielką epicką opowieścią.

Opowiadają o milionach takich Grainierów, na których zbudowana jest amerykańska tożsamość. O ludziach, którzy walczyli z naturą, budowali kraj własnymi rękami, a potem zostali sami na peronie, gdy pociąg postępu odjechał dalej. Film pokazuje paradoks mitu: człowiek jest jednocześnie panem i ofiarą – aktywny w karczowaniu lasu, a bezradny wobec śmierci, czasu i natury. Grainier nie buntuje się i nie nienawidzi. On trwa. W tym trwaniu, w samotności lasu, w locie samolotem nad własnym życiem, odnajduje coś, co można nazwać jedynie świętością zwykłego istnienia. To pogodzenie z losem – nie kapitulacja, lecz dojrzała akceptacja. Amerykańska w swojej najczystszej postaci: introspekcja zamiast destrukcji.

„One Battle After Another” proponuje przeciwieństwo: wieczny bunt, który w istocie przybiera formę auto-nienawiści. Europejska lewica w amerykańskim przebraniu kreuje groteskowego rewolucjonistę, który nienawidzi narodu, z którego wyrósł. To nie jest refleksja nad tożsamością. To wojna z nią.

Wzderzeniu tych dwóch sposobów opowiadania o tożsamości widać wyraźnie dwa porządki myślenia. Jeden film patrzy na Amerykę z miłością i melancholią – nawet gdy odsłania jej brutalność i kruchość mitu. Drugi patrzy z pogardą i dąży do rozbicia. Jeden buduje ciągłość: „to było nasze życie, było warte przeżycia”. Drugi chce ją zerwać: „to wszystko było kłamstwem, spalmy to”.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/margot-rousseau-kto-zdobedzie-oscara-2026-sny-o-pociagach/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 marca 2026