Prima Aprilis, rytuał chaosu [Beata MAKSYMIUK]

Maksymiuk

Prima aprilis to nie tylko niewinne żarty, lecz element głęboko zakorzenionych praktyk kulturowych. Jak wyjaśniła Beata Maksymiuk, kulturoznawca z UMCS, to rytuał „odwróconego świata”, który pozwala ludziom rozładować napięcie i symbolicznie rozpocząć nowy cykl.

Mira Suchodolska: Przygotowując się do rozmowy o prima aprilis, natrafiłam na wiele sprzecznych źródeł jego pochodzenia – od starożytnego Rzymu po reformę kalendarza we Francji. Która z tych teorii jest najbardziej prawdopodobna?

Dr Beata Maksymiuk: Myślę, że najuczciwszą odpowiedzią jest: nie wiemy. I to wcale nie jest słabość nauki, tylko dowód na to, jak złożone są zjawiska kulturowe. Te wszystkie hipotezy – zarówno rzymskie święto Hilaria, poświęcone frygijskiej bogini płodności Kybele, jak i zmiana kalendarza we Francji w 1564, kiedy początek roku przeniesiono z początku kwietnia na 1 stycznia – są wiarygodne, ale żadna nie wyjaśnia wszystkiego.

Z perspektywy kulturoznawczej prima aprilis najlepiej rozumieć jako część szerszego zjawiska. W wielu kulturach, niezależnie od siebie, pojawiały się rytuały związane z końcem zimy i nadejściem wiosny. Towarzyszył im śmiech, chaos i odwrócenie norm. Dobrym przykładem jest choćby indyjskie Holi czy europejski karnawał.

To były momenty, kiedy można było „na chwilę zawiesić świat” – pozwolić sobie na coś, co na co dzień byłoby niedopuszczalne. I właśnie w tym sensie prima aprilis jest rytuałem przejścia: z zimy do wiosny, z porządku do chwilowego chaosu.

Czyli to coś więcej niż tylko zwyczaj przeniesiony do Polski w XVI w. z Zachodu?

Dr Beata Maksymiuk: Zdecydowanie tak. Oczywiście do Polski dotarł on z Europy Zachodniej, ale przyjął się dlatego, że odpowiadał na uniwersalną potrzebę kulturową.

To potrzeba śmiechu, zabawy, ale też integracji społecznej. Ludzie zawsze potrzebowali momentu, w którym można „rozładować napięcie”. I właśnie dlatego podobne zwyczaje pojawiały się w różnych częściach świata niezależnie od siebie.

Warto tu dodać jeszcze jeden ciekawy wątek europejski – francuski zwyczaj tzw. „kwietniowej ryby” (poisson d’avril). We Francji do dziś praktykuje się przypinanie komuś na plecach papierowej ryby jako żartu. Jedna z interpretacji wiąże ten zwyczaj z okresem Wielkiego Postu, kiedy ryby były podstawowym pożywieniem, a także z początkiem kwietnia jako czasem łatwego połowu młodych, „naiwnych” ryb. W sensie metaforycznym „złapana ryba” to ktoś, kto dał się nabrać – „łyka coś jak młody karp” – i ten obraz bardzo dobrze wpisuje się w logikę prima aprilis, jako dnia kontrolowanej iluzji.

A jak wyglądały żarty naszych przodków? Czym różniły się od dzisiejszych pranków?

Dr Beata Maksymiuk: Przede wszystkim były bardziej kameralne. Działy się w bezpośredniej relacji – między sąsiadami, na dworze, wśród znajomych. Ich celem nie była spektakularność, tylko reakcja drugiej osoby.

Na przykład wysyłano kogoś z pilnym „zadaniem”, które od początku było niemożliwe do wykonania. Taka osoba chodziła od drzwi do drzwi, coraz bardziej się angażując – i stawała się częścią żartu. Stąd wziął się związek frazeologiczny „chodzić po próżnicy”.

Mamy też bardzo barwne przykłady literackie. W jednej z fraszek opisanej przez Zbigniewa Kuchowicza w „Dziejach obyczajów polskich” opisane jest, jak to dama wysyłała kawalerowi pudełko z żywą pchłą, a w odpowiedzi otrzymała skorupki jaj z ptaszkami w środku. To pokazuje, że humor był kreatywny, ale też oparty na relacji i kontekście.

Czyli mniej widowiskowo niż dziś?

Dr Beata Maksymiuk: Zdecydowanie. Dzisiejsze pranki są często tworzone „pod kamerę”, z myślą o zasięgu w mediach społecznościowych. Dawniej chodziło raczej o wspólny śmiech niż o publiczność.

Istniała też wyraźna granica – dobry żart nie powinien nikogo krzywdzić. To była niepisana zasada.

Dlaczego w ogóle sprawia nam przyjemność nabieranie innych?

Dr Beata Maksymiuk: Bo to gra społeczna. Żart działa tylko wtedy, gdy istnieje między ludźmi zaufanie. Nabieramy raczej tych, z którymi mamy relację i wiemy, że się nie obrażą.

Sukces żartu daje poczucie sprawczości – że potrafimy wpłynąć na czyjąś percepcję rzeczywistości. A śmiech, który pojawia się później, działa „naprawczo” – przywraca równowagę i potwierdza, że relacja jest bezpieczna.

Prima aprilis zostawił też ślad w języku. Oprócz wspomnianego już „chodzenia po próżnicy” czy „młodych karpi”, które „łykają” wszystkie niesprawdzone wiadomości, mamy też powiedzenia typu „nie wierz – bo się dowiesz”?

Dr Beata Maksymiuk: To bardzo ciekawe, bo język nie tylko opisuje zwyczaj, ale go współtworzy. Takie powiedzenia uczą nas, że 1 kwietnia trzeba być ostrożnym poznawczo.

To dzień, w którym standardowe reguły interpretowania rzeczywistości przestają działać. Innymi słowy: świat może nas „oszukać”, więc musimy czytać go inaczej niż zwykle.

W materiałach o prima aprilis, które czytałam, czasem pojawia się też wątek Judasza – czy ma on coś wspólnego z tym zwyczajem?

Dr Beata Maksymiuk: Jeśli już, to raczej symbolicznie niż historycznie. Nie ma dowodów, że 1 kwietnia to jego dzień urodzin, ta data nie występuje w tradycji religijnej.

To raczej późniejsza interpretacja ludowa. Judasz – jako symbol zdrady i pozoru – dobrze pasuje do dnia, w którym rzeczywistość bywa iluzją. To przykład, jak kultura „dopowiada” sens istniejącym zwyczajom.

A co z antydatowaniem dokumentów – czy rzeczywiście unikano daty 1 kwietnia?

Dr Beata Maksymiuk: Takie przypadki są znane. Na przykład sojusz Jana III Sobieskiego z cesarzem Leopoldem I z 1683 roku, który stał się fundamentem późniejszej odsieczy wiedeńskiej, został formalnie zapisany jako zawarty 31 marca.

To pokazuje, że 1 kwietnia był postrzegany jako dzień „zawieszenia norm” – a więc nie do końca odpowiedni dla poważnych decyzji. Może w grę wchodziła także obawa, żeby druga strona nie wycofała się z umowy tłumacząc podpisane jej „żartem”.

W wielu krajach media publikują tego dnia fałszywe informacje. Czy to nowy zwyczaj?

Dr Beata Maksymiuk: Nie – już od dawna gazety prześcigały się w absurdalnych doniesieniach i ogłoszeniach. Na przykład w „Kurierze Porannym” – jednym z najpopularniejszych dzienników w międzywojennej Polsce – 1 kwietnia 1925 roku poinformowano o metodzie „fujarek” do wywabiania szczurów z miast.

Był to bardzo sugestywnie opisany „wynalazek”: specjalne piszczałki, których dźwięk miał działać na szczury jak magnes. Według ogłoszenia gryzonie, „pobudzone” dźwiękiem, masowo opuszczały swoje kryjówki i gromadziły się wokół grającego. W tym momencie rozsypywano trutkę, którą szczury – rzekomo zahipnotyzowane – zjadały z niezwykłą łapczywością, ginąc niemal natychmiast.

Co więcej, całość była uwiarygodniona dodatkowymi szczegółami: informowano, że pierwsza partia urządzeń została już zamówiona przez władze miejskie, a właścicielom posesji obiecywano nawet konkretne korzyści – np. zwolnienie z opłat komunalnych dla tych, którzy „wykażą się” wybiciem określonej liczby szczurów.

To pokazuje, jak działał dobry żart prasowy: był szczegółowy, osadzony w realiach i odpowiadał na realny problem społeczny – w tym przypadku plagę szczurów w miastach. Dzięki temu wiele osób mogło uznać go za wiarygodny.

Dziś zmieniła się tylko skala. Internet sprawia, że żarty rozchodzą się błyskawicznie – i czasem trudniej je odróżnić od prawdy.

Czy to znaczy, że prima aprilis jest dziś bardziej niebezpieczny?

Dr Beata Maksymiuk: Może być. Dlatego coraz częściej podkreśla się, że nie powinno się żartować z tematów poważnych – zdrowia, bezpieczeństwa czy polityki.

Ale jednocześnie potrzeba żartu pozostaje niezmienna. To stały element kultury – zmieniają się tylko narzędzia. Nie zapomnę, jak w jednym z kościołów w Lublinie, ogłoszono parę lat temu po mszy, że organizowana jest pielgrzymka do Ziemi Świętej na bardzo atrakcyjnych finansowo warunkach. Zastrzeżenie było jedno – zapisywać się na nią można było tylko w dniu ogłoszenia, 1 kwietnia. To bardzo dobry przykład mechanizmu skutecznego primaaprilisowego żartu, który musi być realistyczny, dotykać ważnej potrzeby, tu religijnej, oraz zawierać element presji czasu.

Prima aprilis przetrwa?

Dr Beata Maksymiuk: Zdecydowanie. Bo dopóki istnieje potrzeba śmiechu, dystansu i wspólnoty – dopóty będzie istniał także dzień, w którym możemy „oszukać świat”, a świat może oszukać nas.

Rozmawiała: Mira Suchodolska/PAP

„Wiosenne widokówki”

.Już dawno nie czekałem na wiosnę tak bardzo jak w tym roku. I nie chodzi o tę kalendarzową, ale tę piękną – prawdziwie polską, z której wspomnienia chcielibyśmy przenieść na obraz i powiesić na ścianie.

Żadna inna pora roku nie jest tak dynamiczna jak wiosna. Nie zapewnia nam tak wielu wrażeń, tak barwnej kolorystyki. Widać to zwłaszcza na wsi: pola „zalane” żółtym rzepakiem, za zakrętem piękna rzeka, dalej zielone łąki, kwitnące kasztany, czy zieleniący się bukowy las, na modrzewiach w równych szeregach czerwienią się szyszki… po prostu chce się żyć!

Do tego śpiew ptaków! W ciągu dnia drozd, wieczorem żółtodzioby kos. Człowiek siedzi z kubkiem herbaty i słucha, a to wszystko na wyciągnięcie ręki. Nad wodą szaleją jaskółki, a pliszki odpoczywają po godowych emocjach.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jacek-staszczuk-wiosenne-widokowki-ze-wsi/

PAP/Mb

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 1 kwietnia 2026