„Świat ulega prawu silniejszego” [Szef francuskiego MSZ]

Szef MSZ Francji Jean-Noel Barrot powiedział 4 stycznia, że Paryż w obliczu coraz częstszych naruszeń prawa międzynarodowego będzie bronić swych zasad. Zarazem, przygotowuje się na to, że świat będzie bardziej brutalny. Jean-Noel Barrot mówił o tym, pytany o stanowisko Francji ws. ataku USA na Wenezuelę.
„Świat ulega prawu silniejszego”
.Stanowisko Francji jest takie, że należy przede wszystkim powiedzieć, że Nicolas Maduro był dyktatorem bez skrupułów, który pozbawił Wenezuelczyków wolności i ukradł im wybory. Z tego powodu jego odejście jest dobrą wiadomością dla Wenezuelczyków – powiedział minister w telewizji France 2.
Zastrzegł jednak, że w ocenie Paryża metoda, której użyto, naruszała prawo międzynarodowe. – Użycie siły jest dozwolone w prawie międzynarodowym (…), jednak powinno być ono określone regułami. Bez takich reguł, świat ulega prawu silniejszego – mówił szef MSZ. Dodał następnie, że Francja „przygotowuje się” na taki świat i dlatego ważne jest m.in. szybkie przyjęcie budżetu wydatków na obronność. Przy czym, Paryż będzie „nadal bronić swoich zasad” – zapewnił Jean-Noel Barrot.
Naruszenia zasad prawa międzynarodowego coraz powszechniejsze
.Bronił komentarza z 3 stycznia prezydenta Emmanuela Macrona na temat sytuacji w Wenezueli, w którym szef państwa nie odniósł się do prawa międzynarodowego. Jean-Noel Barrot tłumaczył, że Emmanuel Macron wyraził „ambicje” Francji na temat dalszego rozwoju sytuacji i podkreślił, że taką ambicją jest pokojowa transformacja w Wenezueli. Przyznał ponownie, że naruszenia zasad prawa międzynarodowego i respektowania granic są „coraz liczniejsze”. Francja „przygotowuje się na świat surowszy, bardziej brutalny, by móc się (przed tym- przyp. red.) bronić” – powiedział szef MSZ.
Komentarz Emmanuela Macrona w sprawie Wenezueli został we Francji oceniony krytycznie m.in. przez byłego szefa MSZ Dominique’a de Villepina, który zarzucił prezydentowi, iż „podporządkowuje się” Stanom Zjednoczonym. Dominique Villepin wyraził przypuszczenie, że Emmanuel Macron „obawia się, by nie zirytować” prezydenta USA Donalda Trumpa, ponieważ ma poczucie, że ważniejsza jest teraz sprawa Ukrainy. Dominique Villepin uznał jednak, że te kwestie są związane i że „niereagowanie na to, co dzieje się w Wenezueli jest osłabianiem się w negocjacjach na temat Ukrainy”. Dominique Villepin pamiętany jest dotąd z wystąpienia na forum ONZ w 2003 roku, gdy sprzeciwił się interwencji amerykańskiej w Iraku.
Wenezuela. Wielka ucieczka z naftowego eldorado
.Zajęci w Europie własnymi problemami z imigrantami napływającymi z Afryki zdajemy się nie dostrzegać największego kryzysu migracyjnego w historii Ameryki Południowej. Kryzysu wywołanego nie wojną, ale katastrofą społeczno-ekonomiczną w Wenezueli. Dla innych krajów regionu to dziś wielki egzamin z gościnności i otwartości – pisze prof. Joanna GOCŁOWSKA-BOLEK w opublikowanym na łamach „Wszystko co Najważniejsze” tekście „Wenezuela. Wielka ucieczka z naftowego eldorado„.
Od 2014 roku Wenezuela pogrąża się w zapaści gospodarczej. W 2017 roku nastąpił spadek dochodu narodowego o 16%, a według różnych prognoz w bieżącym roku gospodarka skurczy się o dalsze 20–30%. Wskaźnik inflacji – czy raczej hiperinflacji – jest najwyższy na świecie, choć z braku oficjalnych statystyk trudny do ściślejszego oszacowania: według danych MFW w 2017 roku inflacja wyniosła 720%, a w 2018 może osiągnąć trudny do wyobrażenia poziom 1 mln %.
W sklepach brakuje żywności i lekarstw, magazyny z artykułami dotowanymi przez państwo pozostają od wielu miesięcy puste, większość zakładów przemysłowych wstrzymała produkcję i zwolniła pracowników, a państwo nie jest w stanie produkować ani importować potrzebnych społeczeństwu produktów. Z powodu braku lekarstw, strzykawek i środków opatrunkowych do szpitali nie są przyjmowani pacjenci, a jeśli nawet tam trafią, nie są poddawani leczeniu. Ceny żywności na czarnym rynku osiągają tak astronomiczny poziom, że większości Wenezuelczyków nie stać na kupno jedzenia. 87% gospodarstw domowych znalazło się poniżej granicy ubóstwa.
Wenezuelczycy w 2016 roku stracili średnio po 9, a w 2017 roku dalsze 11 kg wagi. Najtragiczniejsze w skutkach są niedożywienie dzieci oraz brak możliwości leczenia. Wskaźnik śmiertelności niemowląt wzrósł z 11% do 30%. Coraz częściej dokumentowane są przypadki śmierci z głodu lub z powodu chorób całkowicie uleczalnych. Nic dziwnego, że uciekając przed biedą, głodem i chaosem politycznym, Wenezuelczycy emigrują, głównie do sąsiednich Kolumbii i Brazylii, ale również do Peru, Argentyny czy Chile.
Za paradoks historii można uznać fakt, że jeszcze niedawno to Kolumbijczycy masowo emigrowali do sąsiedniej bogatej Wenezueli, uciekając przed wojną domową. Kilka dekad temu Wenezuela była jednym z najbogatszych krajów Ameryki Łacińskiej, cieszących się dobrobytem i wysokim poziomem życia. I to właśnie Wenezuela przez dziesięciolecia prowadziła wzorcową politykę migracyjną, z której korzystali zarówno imigranci, jak i kraj przyjmujący.
W 1945 roku Eduardo Mendoza, dziadek dzisiejszego przywódcy wenezuelskiej opozycji i najbardziej znanego więźnia politycznego Leopolda Lópeza, zresztą spokrewniony ze sławnym przywódcą walk wyzwoleńczych Simónem Bolívarem, został mianowany ministrem rolnictwa przez prezydenta Rómula Betancourta, obejmując swoją opieką także kwestie promowania imigracji w celu pobudzenia gospodarki. Stał się pomysłodawcą i twórcą otwartej i bardzo liberalnej polityki migracyjnej, na której wzorowały się później inne państwa latynoamerykańskie.
Co więcej, to właśnie Wenezuela była jednym z inspiratorów powołania Międzynarodowej Organizacji Uchodźców – prekursorki dzisiejszego Biura Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców – i jednym z pierwszych państw świata, które przyjęło i wdrożyło jej regulacje prawne. Wenezuela pozostała otwarta przede wszystkim na Europejczyków, szukających nowej ojczyzny po tragedii II wojny światowej, przyjmując z otwartymi ramionami dziesiątki tysięcy europejskich imigrantów.
Postępową politykę prezydenta Betancourta kontynuowały następne rządy, nawet za czasów dyktatury Marcosa Péreza Jiméneza w latach 50.; Wenezuela stała się magnesem dla imigrantów i sztandarowym przykładem udanej ich integracji. W latach 60. społeczeństwo Wenezueli współtworzyło 530 tys. obcokrajowców, stanowiąc około 7,5% ówczesnej populacji.
.Pochodzili oni głównie z Włoch, Hiszpanii i Portugalii, ale także z Niemiec, Węgier, Rumunii, Czechosłowacji czy Polski (na początku obecnego stulecia mieszkała tam blisko 4-tysięczna Polonia) oraz z Bliskiego Wschodu, głównie z Libanu i Syrii. Od połowy lat 70. gospodarka Wenezueli rozkwitała, a warunki życia i dostęp do usług publicznych były bardzo atrakcyjne w porównaniu z sąsiednimi państwami, co przyciągało licznych imigrantów z krajów Ameryki Łacińskiej, w tym z Argentyny, Kolumbii, Chile, Ekwadoru i Peru. Część z nich szukała po prostu lepszych warunków życia niż w krajach ojczystych, a część schronienia przed okrutnymi dyktaturami wojskowymi.
PAP/Anna Wróbel/MJ









