Prof. Kazimierz DADAK: Polska gospodarka rośnie, lecz pieniądze płyną za granicę

Polska gospodarka rośnie, lecz pieniądze płyną za granicę

Photo of Prof. Kazimierz DADAK

Prof. Kazimierz DADAK

Profesor ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia w USA.

Hiszpania czy Włochy mają sektor publiczny bardziej zadłużony niż my, ale ich rządy są zadłużone we własnych bankach (a nie zagranicznych), sektor prywatny zaś ma dużo lepszą międzynarodową pozycję inwestycyjną netto. Stąd np. pieniądze płyną zza granicy do Włoch, a nie na odwrót, jak jest w przypadku Polski – pisze prof. Kazimierz DADAK

.Członkostwo w G-20 napawa Polaków dumą i radością. Te uczucia byłyby jeszcze głębsze, gdyby nie to, że nasza wysoka pozycja nie tyle wynika ze znakomitych zarobków statystycznego rodaka, ile z innych powodów. Pierwszym powodem jest stosunkowo wysoka liczba ludności. O 20. miejsce współzawodniczymy ze Szwajcarią (9 mln ludności), a po piętach depcze nam Tajwan (23 mln). Drugim jest statystyka; pod uwagę bierze się całkowity Produkt Krajowy Brutto, a nie PKB na mieszkańca. I tu dochodzimy do interesującej nas sprawy: dlaczego to, że jesteśmy w elitarnej grupie, nie całkiem przekłada się na poziom zadowolenia wśród rodaków?

Produkt a dochód  

.PKB stanowi wartość wszystkich dóbr i usług wytworzonych w danym kraju w ciągu jednostki czasu (roku). Wskaźnik ten mówi o tym, jak bardzo Polacy się „napocili” w danym roku, ale nie daje pojęcia, ile zarobili. Tę drugą wartość mierzy dochód narodowy, najczęściej liczony w formie brutto (DNB). Do DNB wlicza się dochody podmiotów (osób fizycznych i prawnych) z danego kraju, w tym rozchody i wpływy z zagranicy. Jeśli jakieś państwo jest dłużnikiem netto w stosunku do zagranicy, to jednostki mające siedzibę w takim kraju wytwarzają więcej, niż otrzymują dochodu (w postaci płac, oprocentowania, dywidend itd.).

Tak jak każda zadłużona osoba, tak i państwo będące dłużnikiem netto musi przeznaczyć część swego PKB na spłatę oprocentowania i rat kapitałowych, czyli ma do dyspozycji mniej, niż wypracuje. Polska jest właśnie w takiej sytuacji – jesteśmy poważnie zadłużeni w stosunku do obcych podmiotów. Mówiąc fachowo, międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto (MPIN) jest ujemna. Jak podaje NBP, na koniec 2025 r. ta ujemna wartość wyniosła 1,15 bln zł.

Ten niekorzystny stan rzeczy jest wynikiem kilku czynników. Pierwszy to forma transformacji gospodarczej po 1989 r. Każdy chyba pamięta, jak ówczesny guru rodzimych ekonomistów prof. Leszek Balcerowicz zachwalał prywatyzację państwowych zakładów pracy z udziałem zagranicznego kapitału. Wtórowała mu prasa zagraniczna, gdzie między wierszami można było wyczytać, że zachodnie koncerny robią w naszym regionie świetne interesy, kupując za bezcen wartościowe przedsiębiorstwa. Teraz te fabryki przynoszą spore zyski i część tych zarobków jest transferowana za granicę. Drugim czynnikiem była polityka NBP, który także był przez długie lata pod nadzorem wspomnianego profesora. Na skutek wysokiej stopy procentowej kurs złotego był zawyżony i notowaliśmy ogromne deficyty w obrotach zagranicznych, co w praktyce oznaczało, że pożyczaliśmy pieniądze od obcych.

Stąd, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko sektor prywatny, to na koniec 2025 r. saldo inwestycji bezpośrednich (czyli udział w fabrykach, nieruchomościach i instrumentach dłużnych) wynosiło minus 1,3 bln zł, a inwestycji portfelowych kolejne minus 459 mld zł. Ten nadzwyczaj niekorzystny obraz poprawiają rezerwy walutowe posiadane przez NBP, ale te aktywa na ogół przynoszą niski dochód.

Tym sposobem w zeszłym roku z Polski wypłynęły ponad 144 mld zł (ok. 3,8 tys. zł na statystycznego Polaka). Nasz kraj ma niedobory kapitału finansowego, ale wskutek poważnego zadłużenia od wielu lat jest jego pokaźnym eksporterem – w dekadzie 2016–2025 w sumie dobrze ponad 1 bln zł. Stąd, patrząc na PKB na mieszkańca, w istotny sposób zawyżamy dochody i stopę życiową polskiego społeczeństwa.

Ranking DNB

.Dla obywatela wartość całkowitego PKB i nasz ranking w tym zakresie może przyczyniać się do lepszego samopoczucia, ale ten wskaźnik nie pozwala porównać naszej stopy życiowej do obcokrajowców.

Jeśli popatrzymy na statystyki dochodu (a nie produktu) narodowego brutto na mieszkańca publikowane przez Bank Światowy, to okaże się, że do zasobnych społeczeństw bardzo nam daleko. Warto podkreślić, że w tym porównaniu posługujemy się wartościami liczonymi wg cen porównawczych, czyli eliminujemy różnice w cenach między krajami. W tym rankingu mieścimy się w piątej dziesiątce – dokładne miejsce zależy od tego, czy wliczamy państwa w rodzaju Monako i Lichtensteinu.

Miejsce w szeregu nie byłoby przygnębiające, gdyby różnice dzielące nas od bogatych były nieduże, ale tak, niestety, nie jest. Ponownie podkreślmy, że do dochodu narodowego wlicza się przychód z zagranicznych inwestycji. Ponieważ jesteśmy płatnikiem netto (ujemny dochód), nasze wyniki są dużo słabsze niż w przypadku danych na temat PKB na mieszkańca. Z tego względu nasz DNB na mieszkańca jest ponad dwukrotnie niższy niż przeciętna dla Unii i niemal trzykrotnie niższy niż np. w Niderlandach. Pod względem DNB na mieszkańca dużo lepiej wypadają Portugalia i Słowenia, nie mówiąc o Hiszpanii i Włoszech, podczas gdy różnice w zakresie PKB na obywatela są dużo mniejsze. Niektóre z powyższych państw mają sektor publiczny bardziej zadłużony niż my, ale ich rządy są zadłużone we własnych bankach (a nie zagranicznych), sektor prywatny zaś ma dużo lepszą międzynarodową pozycję inwestycyjną netto. Stąd np. pieniądze płyną zza granicy do Włoch, a nie na odwrót, jak jest w przypadku Polski.

Dogonić bogatszych

.Perspektywy w tym zakresie nie są najlepsze. Aby można było o tym marzyć, musielibyśmy w istotny sposób zmniejszyć poziom naszego zadłużenia zagranicznego, czyli poważnie zmniejszyć ujemną wartość MPIN. Ten cel można osiągnąć przez uzyskanie nadwyżek w handlu zagranicznym, ale do tego konieczne jest zwiększenie gospodarczej konkurencyjności na światowych rynkach, co nie jest możliwe bez ogromnej poprawy w zakresie wydajności pracy.

W obecnej dobie wydajność pracy nie zależy od szybkości, z jaką pracownik np. macha łopatą, ale w wielkim stopniu od wartości kapitału ludzkiego przez niego posiadanego. Biorąc pod uwagę spadający ranking naszych uniwersytetów, ten cel jest bardzo odległy. Musielibyśmy dokonać ogromnego skoku w zakresie kształcenia młodych kadr, efektywności pracy w ośrodkach badawczo-rozwojowych i organizacji pracy w przedsiębiorstwach. Trudno zauważyć świadomość tych potrzeb, nie mówiąc o podejmowaniu kroków niezbędnych do podniesienia polskiej gospodarki na istotnie wyższy poziom rozwoju technicznego.

Mówiąc obrazowo, młodzi Polacy mogą kształcić się w kierunku pracownika budowlanego zarabiającego nawet 10 tys. zł miesięcznie netto, albo np. w kierunku projektanta układów scalonych zarabiającego kilka razy więcej. Im większa proporcja będzie zmierzać w tym drugim kierunku, tym lepsze prognozy wzrostu gospodarczego i poważnej poprawy DNB na mieszkańca.

Zewnętrzne uwarunkowania

.Oprócz braku długofalowej strategii rozwoju Polska także boryka się z zewnętrznymi uwarunkowaniami. Większość rodaków nadal bardzo korzystnie postrzega nasze uczestnictwo w UE, tymczasem Bruksela rzuca kłody pod nogi nie tylko nam, ale również Niemcom. W obliczu Zielonego Ładu nawet znakomite przedsiębiorstwa znad Renu nie wytrzymują konkurencji z chińskimi firmami, a niebawem przegrają też z amerykańskimi. Niemieckie koncerny przenoszą moce produkcyjne do państw, gdzie koszty energii są dużo niższe, w tym do USA. Polityka klimatyczna niszczy nie tylko tradycyjne przemysły przetwórcze, ale i najnowsze technologie. Na przykład centra obliczeniowe potrzebują ogromnych ilości energii i przy cenach prądu w UE tego typu przedsięwzięcia są nieopłacalne.

Gospodarka niemiecka w XIX w. wysunęła się na czoło dzięki ogromnym zasobom węgla kamiennego (Zagłębie Ruhry i Górny Śląsk). Obecnie energia jest nadal niesłychanie ważnym czynnikiem wzrostu i „religia klimatyczna” grzebie perspektywy rozwoju w całej Unii. Ponieważ polska gospodarka jest ściśle powiązana z niemiecką – głównym zagranicznym inwestorem są przedsiębiorstwa niemieckie – to stagnacja, jeśli nie regres w Niemczech ujemnie odbije się także na szybkości rozwoju nad Wisłą.

Do tego, abyśmy utrzymali się w G-20, potrzebny będzie niemały wysiłek finansowy i organizacyjny. Oby polskim elitom nie zabrakło siły i wiedzy, co trzeba czynić, żeby utrzymać się wśród najlepszych.

Kazimierz Dadak
Tekst pierwotnie ukazał się w 1078 numerze tygodnika ”Idziemy” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 6 sierpnia 2026