Szymon SZYNKOWSKI vel SĘK: Strategia w czasach początku dekadencji postpolityki

Strategia w czasach początku dekadencji postpolityki

Photo of Szymon SZYNKOWSKI vel SĘK

Szymon SZYNKOWSKI vel SĘK

Poseł na Sejm, były minister spraw zagranicznych i minister ds. Unii Europejskiej w rządzie Mateusza Morawieckiego.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Dzisiaj potrzeba nam wizji, programu, osób, które zaprezentują strategię dla Polski na lata, a nie takich, które „błysną” w mediach społecznościowych radykalną tezą czy ciętą ripostą, żyjącą w mediach pół dnia. Profesjonalistów, specjalistów i wizjonerów, a nie celebrytów, influencerów i happenerów. Prawdziwych wojowników idei, a nie politycznych freak fighterów, którzy na chwilę przykują uwagę publiczności – pisze Szymon SZYNKOWSKI vel SĘK

Pozorne apogeum postpolityki

Obserwując ramy dyskusji polityczno-społecznej prowadzonej w mediach klasycznych i społecznościowych, można by dojść do wniosku, że padają kolejne rekordy polaryzacji, manipulacji i powierzchownej dyskusji opartej na emocjach, spychającej na margines jakiekolwiek elementy merytoryczne. W monochromatycznym świecie zero-jedynkowych diagnoz i rozwiązań nie tylko wyborcom, ale także coraz częściej osobom zaangażowanym aktywnie w życie publiczne niełatwo dostrzec bardziej skomplikowany krajobraz, nie mówiąc już o wyzwaniu wypełniania go propozycjami zawierającymi bardziej złożoną paletę barw. 

Mocne i proste tezy ujęte w kilkudziesięciosekundowej „rolce” w mediach społecznościowych, kontrowersyjna, dobrze cytowana puenta w programie publicystycznym czy pobudzający emocje happening zawładnęły sercami wielu polityków, dla wielu z nich stając się jedynym pomysłem na polityczną aktywność. Środki te nie wymagają najczęściej wielkiego przygotowania, namysłu i wiedzy, a gwarantują popularność i docieralność – słynne „zasięgi”, które stały się niemal bożkiem współczesnej polityki, nazywanej przez niektórych trafnie ze względu na swoją jałowość „postpolityką”.

Nie zamierzam w pełni deprecjonować powyższych form przekazu. W odpowiedzi na powstanie nowych kanałów dotarcia do wyborców oraz zapotrzebowanie opinii publicznej na bardziej zwięzłe i zrozumiałe komunikaty warto także po nie sięgać – sam to robię. Problem powstaje wtedy, gdy narzędzia te wypełniają całokształt lub przeważającą część aktywności politycznej danej osoby, a poprzez swoją skalę zaczynają rządzić całą sceną polityczną. Nie jest bowiem żadnym odkryciem, że najbardziej „zasięgowe” wpisy i rolki to najczęściej wcale nie te najbardziej trafne czy proponujące najlepsze rozwiązania, lecz te budzące największe emocje, kontrowersyjne, czasem skandalizujące. Takimi wpisami politycy często sami generują sobie osobistą popularność, mobilizując tzw. „bazę”, czyli najbardziej radykalny, oczekujący emocji elektorat. Nie dodają jednak popularności swojej formacji politycznej, której większość zwolenników ma inne oczekiwania, nie mówiąc już o przyciąganiu nowych wyborców. 

O ile jeszcze czasem emocjonalne wpisy mogą być pomocne w naświetleniu diagnozy problemu, uwidocznieniu go dzięki dotarciu do szerszej grupy odbiorców, o tyle niemal nie zdarza się, aby przyczyniły się do skutecznego poszukiwania rozwiązań i odpowiedzi na wyzwania i problemy funkcjonowania państwa, których wypracowywanie i stosowanie jest przecież zasadniczym zadaniem klasy politycznej. Politycy oczywiście muszą zabiegać o głosy wyborców, bo zasady demokracji od poparcia obywateli uzależniają to, czy będą oni dysponowali narzędziami do wpływu na rzeczywistość. Problem pojawia się w momencie, gdy osoby pełniące odpowiedzialne funkcje publiczne zamieniają się wyłącznie w influencerów, którzy za główne zadanie stawiają sobie budowanie popularności i wpływanie na korzystne dla siebie decyzje wyborców, zapominając, że ich zadaniem jest także diagnozowanie problemów, proponowanie rozwiązań i podejmowanie decyzji w imieniu i w interesie obywateli.

Jak wygrywaliśmy i rządziliśmy?

Nieco ponad dziesięć lat temu, w roku 2015, zaprojektowana przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego synergia dobrze przygotowanej oferty programowej – dzięki kilkuletniej pracy zespołu prof. Piotra Glińskiego w ramach cyklu konferencji „Alternatywa”, skonkludowanej znakomitym kongresem programowym PiS w Katowicach w 2015 r., w połączeniu z dobrą kampanią wyborczą i skutecznym zdiagnozowaniem nastrojów i emocji oraz optymalizacją przekazu w nowoczesnych mediach dzięki pracy grupy prowadzonej przez Pawła Szefernakera – dała spektakularne zwycięstwo Prawu i Sprawiedliwości.

Wprowadzenie szeregu reform w funkcjonowaniu państwa w latach 2015–2019 przez rządy Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, a następnie utrzymanie i kontynuacja rządów Zjednoczonej Prawicy po roku 2019 nie byłyby możliwe, gdyby nie fachowo przygotowany wówczas plan rządzenia. Pozwolił on – oczywiście nie bez błędów i potknięć – na realizację większości obietnic wyborczych i przede wszystkim połączenie dwóch niezwykle trudnych wyzwań: stymulowanie wysokiego wzrostu gospodarczego przy jednoczesnym wprowadzaniu solidarnościowych programów społecznych w wielkiej skali. Już po 2019 r. pozwolił także na odpowiedzialne zarządzanie państwem w czasie potężnych kryzysów, jak pandemia COVID-19 czy agresja Rosji na Ukrainę. 

Postpolityka jeszcze wygrywa…

Szczególna odpowiedzialność za zachowanie balansu między komunikacją i tzw. PR-em a strategią i zarządzaniem sprawami państwa spoczywa na rządzących, którzy pozyskali zaufanie i mandat wyborców i których zadaniem jest udźwignięcie odpowiedzialności nie tylko za diagnozę problemów, ale przede wszystkim za znalezienie i właściwe zastosowanie odpowiedzi dzięki narzędziom władzy, którymi dysponują. 

Dzisiaj w oczywisty sposób rząd nie jest w żaden sposób zainteresowany reformowaniem państwa czy też spełnianiem obietnic złożonych wobec obywateli. Zachęcona sukcesem wielkiej manipulacji pod hasłem „100 konkretów” Koalicja Obywatelska, a także w jakiejś mierze jej partnerzy uznali, że realne prace programowe można z powodzeniem zastąpić złożeniem w kampanii miałkiej listy obietnic bez pokrycia. Dzisiaj nikt nie słyszy, by w łonie partii rządzących – w przeciwieństwie do największej partii opozycyjnej – toczyły się jakiekolwiek prace programowe. Co gorsza, grubo za półmetkiem kadencji nie widać także żadnej ambicji ani strategii w rządzeniu państwem. Jedynym pomysłem zdaje się niezbyt wysokich lotów autopromocja i propaganda połączona z utrzymywaniem emocji wyborców wokół „ścigania PiS”, a więc wykorzystywania, często bezprawnego, całego aparatu państwa do zwalczenia konkurencji politycznej. 

No dobrze – może powiedzieć bardziej wprawny obserwator polskiej sceny politycznej śledzący sondaże – tylko że to działa! Istotnie, Koalicja Obywatelska utrzymuje w średniej sondażowej poparcie przekraczające 30 procent, a więc wyższe niż w wyborach z 2023 r., a Prawo i Sprawiedliwość pozostaje co najmniej kilka punktów procentowych w tyle, notując znacząco niższe poparcie niż w ostatnich wyborach. Dziś bowiem, powie ktoś, polityka to kulminacja postpolityki – liczą się tylko emocje, „viralowe” rolki w „socialach”, zasięgi i ostre tezy, skompromitowanie przeciwnika, a nie szlachetna walka na programy i argumenty; ten świat już przeminął i nie wróci!

I znów – autor takich słów będzie miał sporo racji! Przecież udany kongres programowy PiS „załatwiła” wrzutka o „działce CPK” (o obydwu – nomen omen – w dzisiejszym postpolitycznym tempie mało kto pamięta). Przecież merytoryczne konferencje programowe PiS regularnie „przykrywają” PR-owe festiwale – a to ścigania Zbigniewa Ziobry, a to – dla odmiany – zbierania grzybów przez Donalda Tuska. Kiedy trzeba, można nawet powołać komisję do badania akt Epsteina. To wszystko skutecznie odciąga uwagę opinii publicznej od istoty rzeczy – ten rząd nie chce i nie potrafi rządzić. Nie ma to znaczenia. Postpolityka wygrywa, a z nią wygrywa Koalicja Obywatelska.

Dziwny przypadek Karola Nawrockiego

Skoro jest więc tak, że Donald Tusk zdobył i dumnie dzierży postpolityczny, skuteczny klucz do serc wyborców, dlaczego z rąk wymknęła mu się arcyważna wygrana w wiosennych wyborach prezydenckich roku 2025? Czy był to jedynie przypadek, błąd postpolitycznego Matrixa, czy jednak szersze zjawisko zapowiadające głębsze zmiany na scenie politycznych dyskusji i wyborów w kolejnych latach. Śmiem twierdzić, że to drugie. 

Nadzwyczajny talent samego Karola Nawrockiego, w połączeniu z legendarnym już politycznym „czuciem” prezesa Jarosława Kaczyńskiego, były niewątpliwie niezbędnymi zapalnikami tego spektakularnego zwycięstwa. Mam tutaj niekłamaną osobistą satysfakcję, ponieważ samego Karola Nawrockiego mam zaszczyt znać od 8 lat i po raz pierwszy o jego nadzwyczajnych cechach, predysponujących go do ewentualnej walki o funkcję Prezydenta RP, miałem okazję rozmawiać z moim kolegą posłem Marcinem Horałą (który zna go jeszcze dłużej i z którym wspólnie mamy zaszczyt zasiadać w Radzie Parlamentarzystów przy Prezydencie RP) w drodze na Forum Ekonomiczne w Karpaczu jesienią 2021 r. (!). W kolejnych latach, a w szczególności w miesiącach i tygodniach poprzedzających wybór kandydata popieranego przez PiS, byłem aktywnym zwolennikiem jego kandydatury. 

Sama trafna decyzja i cechy kandydata nie przesądzały jeszcze jednak ostatecznego zwycięstwa. Kolejnymi ważnymi komponentami były kampanijna, mordercza praca samego kandydata oraz działania dobrze dobranego sztabu pod wodzą ponownie, a jakże, niezawodnego i zwycięskiego architekta kampanijnego Pawła Szefernakera. Śmiem jednak twierdzić, że i to mogłoby się okazać niewystarczające, gdyby nie nowy „nastrój”, specyficzne i nowe w swoim rodzaju nasycenie płytkim przekazem, swoisty początek dekadencji postpolityki…

Spójrzmy bowiem, jaka była kampania Karola Nawrockiego i jaki był sam kandydat…

To człowiek z krwi i kości, nie produkt marketingowy. Na początku, kiedy zaprezentował swoje cele i wizję, narzekano, że jest „drewniany” i nie porywa swą osobowością. Następnie, kiedy ćwiczył na siłowni i biegał – co było w jego przypadku autentyczne, a nie jedynie wizerunkowe – wskazywano, że to tanie PR-owe chwyty. W dalszej kolejności, gdy zaprezentował 21 punktów programu swojej prezydentury w ponaddwugodzinnym przemówieniu, utyskiwano, że propozycji jest zbyt wiele, a sam przekaz „przeintelektualizowany”. Istotniejsze jednak jest, z czym zmierzył się Karol Nawrocki. Konia z rzędem temu, kto przytoczy choć jedną merytoryczną propozycję z kampanii Rafała Trzaskowskiego. Pamiętamy za to doskonale festiwal zarzutów, oskarżeń i pomówień wobec Karola Nawrockiego, do czego w finalnej fazie premier polskiego rządu zaangażował nawet wątpliwej wiarygodności patocelebrytów. To było prawdziwe starcie postpolityki i PR-u, w tym tego najczarniejszego, z autentycznym człowiekiem i jego propozycją programową. Ku zadziwieniu wielu Rafał Trzaskowski przegrał tę bitwę, a wraz z nim przegrało postpolityczne natarcie.

Co więcej, polityczny „freak fight”, który był pomysłem na zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego i jego drużyny, został rozbrojony nie tylko przez autentyzm i merytoryczną postawę Karola Nawrockiego, odpowiadającą na oczekiwania wyborców. Okazało się, że inni kandydaci też nie zamierzają grać w patopolitycznym teatrze – począwszy od Szymona Hołowni, który zniszczył koncepcję dwójkowej pseudodebaty pod egidą TVP w likwidacji w Końskich, a skończywszy na Krzysztofie Stanowskim, którego długie wywiady z kandydatami, stanowiące zaprzeczenie postpolityki, budziły ogromne zainteresowanie i oglądalność.

Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie ewoluujące oczekiwania wyborców – okazało się bowiem, że powierzchowne zarządzanie emocjami i płytkim przekazem nie jest wystarczającym paliwem do zwycięstwa. Oczywiście emocje odgrywały istotną rolę w tej kampanii, jednak to autentyzm, merytoryczne propozycje i ciężka praca kandydata „dopalona” dobrą, ułożoną strategicznie kampanią okazały się kluczem do zwycięstwa.

Nadchodzący koniec politycznych „freak fightów”

Choć od zwycięstwa Karola Nawrockiego mija raptem dziewięć miesięcy, a jego prezydentura jest konsekwentną kontynuacją tego, co zapowiadał w kampanii – realizacją prezydentury niezwykle aktywnej, merytorycznej i sprawczej – można czasem odnieść wrażenie, że „postpolityczne życie” toczy się „po staremu”. Do roli rządowego spin doktora został zaprzęgnięty nowy rzecznik rządu Adam Szłapka, który spektakularnie „położył” polską prezydencję w UE i jest merytorycznie słaby, jednak całkiem sprawnie zarządza propagandowym, powierzchownym przekazem rządowym w mediach.

Pomysł, by budować popularność rządu na dwóch nogach – płytkim, lekkim postpolitycznym przekazie, luźno związanym z realnymi działaniami typu „robimy, nie gadamy”, oraz na ataku na popularnego prezydenta i „ściganiu PiS” – wydaje się na razie skuteczny.

Stawiam jednak tezę, że postpolityczne paliwo na polskiej scenie po prostu powoli się wyczerpuje. Sukces Karola Nawrockiego był jaskółką tej tendencji. Karmienie ludzi tymi samymi emocjami przez dłuższy czas sprawia, że ulegają one stopniowej inflacji. 

Ciekawe wnioski w tym kontekście przynoszą analizy naukowe innego przedziwnego polskiego fenomenu – popularności tzw. freak fightów, czyli walk celebrytów – opierającego się właśnie na nieustannym karmieniu publiczności płytkimi emocjami: awanturami, meandrami życia osobistego, kontrowersjami osób, które nie mają nic wspólnego z profesjonalnym sportem i które zestawia się na ringu, a następnie płaci się im sowite gaże za wzajemne okładanie się po twarzy. Ten pseudosport, od mniej więcej 2018 roku, zyskał wielką popularność, zostawiając w tyle klasyczne sporty walki bazujące na umiejętnościach sportowych. Jednak mniej więcej od przełomu lat 2024 i 2025 widoczne jest zatrzymanie wzrostu popularności tego typu „rozrywki”, co przypisuje się właśnie wysyceniu publiczności tanimi emocjami. Kiedy coś, co uchodziło za interesujące dziwactwo, staje się powszednie, zainteresowanie publiczności maleje i zwraca się w kierunku oczekiwania „czegoś bardziej poważnego”. Podobnie jest w polityce.

Uważam, że era postpolityki i politycznych „freak fightów” powoli się kończy. Ten proces potrwa raczej kilka lat niż kilka miesięcy, jednak najważniejsze jest to, że wiosną 2025 r. już się rozpoczął.  Dlatego polska prawica, która zwykle w ostatnich latach potrafiła „patrzeć dalej”, a nie tylko grzęznąć w bieżącym politycznym klinczu, także powinna odczytać to zjawisko.  Nie namawiam, broń Boże, do tego, by w bieżącym dyskursie politycznym odrzucić nowoczesne sposoby komunikacji, aktywność w social mediach itd. Sądzę jednak, że podążanie w rytm działań tych, których interesują wyłącznie „zasięgi w sieci”, jest ślepą uliczką.

.Dzisiaj potrzeba nam wizji, programu, osób, które zaprezentują strategię dla Polski na lata, a nie takich, które „błysną” w mediach społecznościowych radykalną tezą czy ciętą ripostą, żyjącą w mediach pół dnia. Profesjonalistów, specjalistów i wizjonerów, a nie celebrytów, influencerów i happenerów. Prawdziwych wojowników idei, a nie politycznych freak fighterów, którzy na chwilę przykują uwagę publiczności. 

Zmierzch postpolityki to dobra wiadomość i wielka szansa dla Polski. Czy ci, którym bliskie są idee wielkiej Polski, po prawej stronie, ale nie tylko, będą potrafili ją wykorzystać?

Szymon Szynkowski vel Sęk

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 17 lutego 2026