Jan ROKITA: Niebezpieczna populistka

Niebezpieczna populistka

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Nieszczęśni populiści, tacy choćby jak czołowa populistka na polskiej scenie – minister od socjalu, pani Agnieszka Bąk, nadal brną w przekonywanie ludzi, iż „zasługują na czterodniowy tydzień pracy”. Jeśli byłby w Polsce konkurs na najbardziej niedorzeczny projekt, jaki forsuje obecny rząd, to bez chwili wahania zgłosiłbym doń „eksperyment” wymyślony przez Bąk, wprowadzany właśnie w Polsce od 1 stycznia 2026 roku – pisze Jan ROKITA

.Kanclerz Friedrich Merz domaga się od Niemców, aby więcej pracowali. Ostatnio ostro potępił dwie niezwykle modne w Niemczech idee: pomysł na czterodniowy tydzień pracy oraz związane z nim hasło „równowagi pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym”. I wystąpił nawet z dwiema konkretnymi propozycjami: likwidacji prawa do pracy w niepełnym wymiarze godzin, gwarantowanego dotąd przez niemieckie ustawy, oraz nakłonienia pracowników, aby „także w czasie choroby przychodzili do pracy, zamiast brać zwolnienia lekarskie”.

Kanclerz Merz uważa, że produktywność niemieckiej gospodarki i dobrobyt kraju są nie do utrzymania, jeśli Niemcy nie będą więcej pracować. I zapewne ma całkowitą rację, zważywszy, że w unijnych statystykach Republika Federalna jest na trzecim miejscu od końca, gdy idzie o efektywny tygodniowy czas pracy, za to ma jedną z najwyższych w Unii liczbę godzin nieprzepracowanych przez pracownika z powodu zwolnień lekarskich. A jednocześnie niemiecka gospodarka tak naprawdę utrzymuje się już od paru lat w praktycznej recesji.

.Pamiętam, jak w latach 90. XX wieku Warszawę odwiedzał ówczesny chadecki premier Saksonii Kurt Biedenkopf, zaufany współpracownik kanclerza Kohla, a przy tym człowiek o rzadkich już w dzisiejszej polityce szerokich horyzontach myślowych. Parokrotnie miałem wtedy okazję go słuchać i uczestniczyć w dyskusjach z jego udziałem, które do dziś dnia pamiętam.

Biedenkopf już wówczas przekonywał, iż Europa Zachodnia, w której maleje chęć do pracy i trwa regres demograficzny, stoi u progu przemiany, której Europejczycy nie rozumieją i prawdopodobnie nie będą gotowi jej zaakceptować. Przemiany, której istotą będzie to, iż następne pokolenie Niemców, Francuzów, Anglików będzie musiało się pogodzić z tym, iż w sensie materialnym żyć będzie gorzej od swoich rodziców. Biedenkopf uważał, że ta odrzucana na razie przez wszystkich prawda wywołać musi poważne wstrząsy na zachodzie Europy, a być może nawet próby buntu przeciw powojennemu porządkowi liberalno-demokratycznemu. Dotąd bowiem (mowa cały czas o latach 90.) utrwaliła się pewność, iż istotą postępu gospodarczego całego Zachodu jest to, że od końca II wojny światowej każde kolejne pokolenie Europejczyków żyje lepiej od swoich rodziców, którzy z kolei też żyli lepiej od dziadków.

Dla młodego Polaka, jakim wtedy byłem, tamta diagnoza była w jakiś sposób odkrywcza, ale po zastanowieniu się również przekonująca. To wtedy nabrałem właśnie optymistycznego przekonania, że dogonienie zachodniego poziomu życia leży absolutnie w zakresie polskich możliwości, nie tylko dlatego, że po umownym „Balcerowiczu” staliśmy się wyraźnie bardziej konkurencyjni od zachodnich sąsiadów, ale również z tej racji, że właśnie sam zachód Europy przestał nam już tak szybko uciekać.

Od czasu tamtych warszawskich debat z nieżyjącym już od dawna Biedenkopfem upłynęły trzy dekady, w trakcie których stało się jasne, że ówczesny premier Saksonii wiedział i rozumiał więcej niźli większość jego kolegów-polityków. Wzrost gospodarczy skończył się przecież nie tylko w Niemczech, ale na dobrą sprawę w całej Europie Zachodniej, a niestety już niedługo skończy się pewnie także u nas. Po tych trzydziestu latach Friedrich Merz właśnie „odkrywa Amerykę”, że już nie tylko obecnemu pokoleniu Niemców żyje się gorzej niźli jego rodzicom, ale że to samo grozi kolejnym pokoleniom, jeśli jakimś cudem cały naród na powrót nie zabierze się do pracy.

Tyle tylko że dzisiejsi Niemcy, tak jak to przewidział Biedenkopf, ze złością odrzucają żądania Merza albo, nawet częściej, po prostu z nich sobie kpią. Niemiecka publiczna telewizja jako komentarz do żądań Merza przedstawia stare satyryczne filmiki Monty Pythona, każąc rycerzowi, który właśnie w bitwie stracił ręce, pokrzykiwać: „Mogę pracować jeszcze więcej!”. A slogan Merza, potępiający „styl życia w niepełnym wymiarze godzin” stał się internetowym memem, oczywiście odwracającym do góry nogami intencje kanclerza.

Czasem w Polsce można spotkać jeszcze takie prawdziwe dawnymi czasy przekonanie, że dla Niemców praca i oszczędność nadają moralny sens życiu. To samo zresztą udowadniał niegdyś w swej słynnej książce Max Weber, upatrujący w takiej postawie samego sedna etyki luterańskiego protestantyzmu. Ale to już jest przeszłość. Dzisiejsi Niemcy są tak samo zindoktrynowani lewicowo-liberalnym hedonizmem życiowym jak inne narody europejskie. Merz nawołuje do opamiętania, ale w życzliwych niemieckiej chadecji mediach jest tylko jedna na to reakcja: strach i przestrogi, iż przywódca nawołujący do cięższej pracy prowadzi swoją partię ku przegranej wyborczej. Spadające słupki chadecji w najbardziej konserwatywnej Badenii Wirtembergii, gdzie 8 marca mają się odbyć wybory, są przekonującym potwierdzeniem tych obaw.

Tu muszę się przyznać, że piszę ten felieton o Niemczech, ale tak naprawdę mam w nim na myśli Polskę. My ciągle jeszcze czerpiemy nasze przewagi nad Europą Zachodnią z liberalnych reform, jakie przeprowadziliśmy u końca XX wieku. Ale te przewagi także u nas się kończą. Na polskiej scenie politycznej w zasadzie tylko Konfederaci, a w praktyce jeden z ich liderów, Sławomir Mentzen, mógłby mieć odwagę polityczną, podobną do tej, jaką okazuje teraz Merz. Nieszczęśni populiści, tacy choćby jak czołowa populistka na polskiej scenie – minister od socjalu, pani Agnieszka Bąk, nadal brną w przekonywanie ludzi, iż „zasługują na czterodniowy tydzień pracy”. Jeśli byłby w Polsce konkurs na najbardziej niedorzeczny projekt, jaki forsuje obecny rząd, to bez chwili wahania zgłosiłbym doń „eksperyment” wymyślony przez Bąk, wprowadzany właśnie w Polsce od 1 stycznia 2026 roku, w ramach którego pani minister namówiła ponoć 900 firm, aby wprowadziły u siebie trzydniowy wolny weekend w zamian za dotację z budżetu mogącą sięgać miliona złotych.

.Przedsiębiorca – to z natury rzeczy człowiek umiejący liczyć pieniądze, więc jeśli państwo daje mu darmo gotówkę za to, aby nie pracował, zrobi to pewnie z ochotą i pojedzie sobie z rodziną na wakacje. Sam bym pewnie tak zrobił, gdybym był biznesmenem, myśląc sobie przy tym – cóż to za absurdalne i zdemoralizowane państwo!

Szkoda, że rząd, który – jeśli wierzyć upowszechnionej prawicowej retoryce – we wszystkim słucha ponoć niemieckiego kanclerza, tym razem nie chce się jednak niczego uczyć od Merza. Ja bym bez wahania posłał panią minister Bąk na choćby miesięczne szkolenie w berlińskim Kanzleramcie, przekonany, że dobrze posłużyłoby to polskim interesom. Bo Friedrich Merz nawołujący Niemców do pracy jest dziś w trudnym położeniu; Niemcy przegapiły bowiem już krytyczny moment, na który dawno temu wskazywał im Kurt Biedenkopf.

Na szczęście w Polsce jesteśmy w takim czasie, w którym owa hedonistyczna demoralizacja pracy dopiero zapuszcza swe korzenie w najmłodszym pokoleniu – tzw. „generacji Z”. A gros dorosłych Polaków nadal w ciężkiej pracy za przyzwoite pieniądze upatruje najważniejszej rzeczy w swoim życiu. Dlatego tym większa jest wina tych, którzy zabrali się właśnie do przyspieszania procesu demoralizacji polskiej pracy. Populistka Agnieszka Bąk stoi dziś na ich czele.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 lutego 2026
Fot. Aleksandra SZMIGIEL / Reuters / Forum