
Powrót atomowych Niemiec
Pod przywództwem Friedricha Merza Niemcy dobrze odrabiają lekcje przeszłości, szybko uczą się i – co najważniejsze – mają odwagę przyznawania się do własnych błędów. Energetyka jądrowa jest tu tylko jednym, ale za to wyrazistym przykładem – pisze Jan ROKITA
.To już po raz drugi, tym razem stanowczo i dobitnie, kanclerz Friedrich Merz potępia i odwołuje kluczowy punkt sławetnego programu „Energiewende” – likwidację niemieckiej energetyki jądrowej. Merz oskarża swoją poprzedniczkę Angelę Merkel (choć nie wymienia jej po nazwisku) o popełnienie „poważnego i strategicznego błędu” w roku 2011, gdy pod wpływem nastrojów wywołanych awarią japońskiej elektrowni w Fukushimie zdecydowała o wygaszeniu wszystkich niemieckich reaktorów jądrowych.
Była to decyzja skrajnie arbitralna, gdyż tradycyjnie niemiecka chadecja – w przeciwieństwie do socjalistów – aż do tamtego czasu mocno broniła energetyki atomowej, a sama Merkel, jako liderka opozycji przeciw rządowi Schroedera, krytykowała i odrzucała cały zielono-socjalistyczny program „Energiewende”, w tym także szybkie przechodzenie na wiatraki i fotowoltaikę.
Co gorsza, tamten nagły antyatomowy zwrot niemieckiej centroprawicy wziął się raczej z ówczesnej rozgrywki o władzę niźli z jakiejś racjonalnej strategii energetycznej rządu Merkel.
Badania opinii pokazywały, iż 90 proc. Niemców, zawsze zresztą chętnych do demonstrowania przeciw atomowi, tak w energetyce, jak i w produkcji broni, chciało w tamtych latach wygaszenia elektrowni atomowych, więc Merkel bała się, iż lewica i zieloni przejmą na swoją korzyść ów antynuklearny zapał w narodzie. A przy tym sądziła, iż tani import energii z Rosji jest bezpieczny, więc chadecja tym łatwiej może sobie pozwolić na tego rodzaju antyatomowy populizm.
Tamta decyzja, z jakimś dziwacznym, oślim uporem, została wyegzekwowana do samego końca przez kanclerza Olafa Scholza w roku 2023, gdy zgaszono ostatnie trzy sprawne bloki energetyczne, podczas gdy cała Europa doświadczała już skutków kryzysu energetycznego, wywołanego wojną na wschodzie. Dziś Merz rozsądnie zauważa, że to za sprawą własnej błędnej polityki Niemcy dochrapały się w Europie „najbardziej kosztownej transformacji energetycznej”.
.Wystąpienie Merza zapewne nie przypadkiem ma miejsce w Dessau (słynącym skądinąd z architektury Bauhausu), położonym w Saksonii Anhalt, gdzie 6 września 2026 roku odbędą się kluczowe dla całej niemieckiej sceny wybory, w których ogromne szanse na objęcie władzy ma Ulrich Siegmund, 35-letni przywódca tamtejszej AfD, utalentowana wschodząca gwiazda niemieckiej polityki. Byłby to precedens o dużym politycznym ciężarze, bo przełamujący sekciarską doktrynę izolowania prawicy od władzy, bezwzględnie obowiązującą dotąd na niemieckiej scenie politycznej.
AfD jest jak dotąd jedyną siłą polityczną w Niemczech, nie tylko sprzeciwiającą się polityce energetycznej denuklearyzacji kraju, ale i zgłaszającą w Bundestagu praktyczne projekty przywrócenia do życia celowo wygaszonych bloków atomowych, tam gdzie nawet za cenę wyłożenia dużych pieniędzy taki proces byłby jeszcze technologicznie możliwy. W Saksonii Anhalt Siegmund jest twarzą walki o energetykę jądrową, więc Merz usiłuje teraz coś urwać z jego popularności w rodzinnym landzie na rzecz tamtejszej, zepchniętej do defensywy chadecji.
Podążając ideowym tropem AfD, kanclerz nie tylko werbalnie potępia przeprowadzoną denuklearyzację, ale rysuje plan zdecydowanego od niej odwrotu. Rozwiązania mają tu być trojakiego rodzaju.
Po pierwsze – Merz zapowiada wsparcie rządu dla rozwoju małych reaktorów jądrowych (SMR) o mocy do 300 megawatów, czyli średnio trzy, czterokrotnie słabszych niźli klasyczne wielkie elektrownie. Kłopot tylko w tym, że na razie tego rodzaju reaktory są nadal względnie drogie. Jednak szef Międzynarodowej Agencji Energii (MEA) – turecki ekonomista Fatih Birol, który entuzjastycznie wspiera pronuklearny zwrot Merza, przewiduje (w wywiadzie udzielonym mediom Axel Springera), iż na początku lat 30. XXI wieku ich ceny spadną mniej więcej o 1/3.
Możliwe zatem, że w energetyce jądrowej już całkiem niedługo wygrywać będzie ten, kto dziś zdecyduje się na intensywny rozwój reaktorów SMR. Warto o tym pamiętać, bo dobrze by było, aby Polska nie pozostała w tyle za planowanym teraz postępem niemieckiej energetyki jądrowej.
.Druga część atomowego planu Merza – to żywcem przejęte przezeń żądania AfD, aby kilka możliwych jeszcze do uratowania bloków jądrowych przywrócić do życia, znosząc przy tym ustawowy zakaz komercyjnej produkcji energii jądrowej, wprowadzony w Niemczech w ramach poronionej „Energiewende”. I tu nie jest całkiem jasne, na ile kanclerz okaże się politycznie zdolny do przeprowadzenia takiego planu atomowego „cofnięcia czasu” w obecnej koalicji z socjalistami. Doktrynalni politycy niemieckiej lewicy, na przekór oczywistościom, nadal bronią dawnej antyatomowej polityki, a zwłaszcza były kanclerz Olaf Scholz – grabarz ostatnich niemieckich elektrowni, występuje jako zawzięty krytyk atomowych planów Merza. (Nawiasem mówiąc, ta koalicja jest generalnie piętą achillesową Merza, ilekroć rysuje on plany liberalizacji i ożywienia niemieckiej gospodarki).
No i po trzecie – Merz zdaje się wierzyć w szybki rozwój nowej technologii, opartej na fuzji jądrowej, w której jądra atomowe łączą się, w przeciwieństwie do dzisiejszej technologii rozszczepienia jąder. Jednak ten technologiczny zapał kanclerza studzi nieco szef MEA, mówiąc (we wspomnianym wywiadzie), iż „nie jest to rzeczywistość dnia dzisiejszego ani jutrzejszego”, ale raczej „piękne marzenie na pojutrze”.
Tak czy owak, jedno jest w tym wszystkim pewne. Pod przywództwem Friedricha Merza Niemcy dobrze odrabiają lekcje przeszłości, szybko uczą się i – co najważniejsze – mają odwagę przyznawania się do własnych błędów. Energetyka jądrowa jest tu tylko jednym, ale za to wyrazistym przykładem. Istnieją spore szanse na to, że nowy kierunek i impet, nadawany właśnie teraz niemieckiej polityce przez Merza, utrzyma się w Berlinie przez następne lata, bo – jak dobrze wiadomo – Niemcy potrafią być zapamiętali tak samo w popełnianiu wielkich błędów, jak i w ich naprawianiu.
.Wielki niemiecki liberalny boom, który zaczął się zaraz po upadku faszyzmu, tak w niemieckiej polityce, jak i gospodarce, jest tego najlepszym historycznym świadectwem. A jeśli taka prognoza miałaby i tym razem okazać się zasadna, to nie ma wątpliwości, że tempo odbudowy nadwątlonej ostatnimi laty pozycji i wpływów Niemiec w Europie może jeszcze nas mocno zaskoczyć.





