
Reguły rozłamów. Gdy obediencja zastępuje credo
Struktura, której nie można podzielić, dubluje się zamiast dzielić. Gdy nie ma różnicy w treści, obie strony zaczynają dowodzić swojej prawdziwości pochodzeniem – pisze Maciej ŚWIRSKI
.Jesienią 1407 roku dwaj papieże ruszyli ku sobie, żeby się nie spotkać.
Benedykt XIII wypłynął z prowansalskiego wybrzeża, na którym mieszkał od czasu ucieczki z oblężonego pałacu w Awinionie, przybił do Savony dwudziestego czwartego września i popłynął jeszcze kawałek dalej, do Portovenere pod La Spezią, żeby skrócić rywalowi drogę. Grzegorz XII opuścił Rzym dziewiątego sierpnia, uchodząc przed własnym kondotierem, przystanął w Viterbo, we wrześniu dotarł do Sieny, a zimą do Lukki i tam się zatrzymał. Przysłał stamtąd wiadomość, że dalej ruszyć nie może, i wyliczył dwadzieścia powodów: pieniądze, bezpieczeństwo i osiemnaście innych.
Jeden nie chciał zejść z pokładu, drugi nie chciał wejść na statek. Zbliżali się do siebie miesiącami, a przez całą wiosnę 1408 roku dzieliło ich niespełna sześćdziesiąt kilometrów wybrzeża, każdy okopany we własnym żywiole. Tak już zostało.
Obaj duchowni byli głowami tego samego Kościoła powszechnego. Obaj zostali wybrani przez kardynałów. Obaj odprawiali tę samą Mszę, w tym samym języku, według tej samej księgi. Obaj powoływali się na tego samego świętego Piotra, na te same sobory i na to samo prawo. Obaj mieli po swojej stronie świętych, prawdziwych, kanonizowanych później przez ten sam Kościół. Gdyby zamienić ich miejscami w środku nabożeństwa, żaden wierny nie zauważyłby zmiany.
Nie dzielił ich żaden artykuł wiary. Dzieliło ich to, kto ma prawo występować jako jej ostateczny strażnik. Przez trzydzieści dziewięć lat, od 1378 do 1417 roku, chrześcijańska Europa miała dwóch papieży naraz, a przez ostatnie osiem lat tego okresu trzech, choć nikt z uczestników wydarzeń nie umiałby wskazać zdania o wierze, w którym by się różnili.
Pierwszy odruch jest zawsze taki sam: to niemożliwe, musieli się czymś różnić, tylko my tego nie widzimy. Wtedy szukano przez trzydzieści dziewięć lat i nie znaleziono. Uniwersytet Paryski wystawił na początku 1394 roku skrzynię, do której jego mistrzowie i uczniowie składali pisemne zdania o sposobie zakończenia sporu, i zebrał ich ponad dziesięć tysięcy. Nie wyszła z tego żadna różnica doktrynalna, bo jej nie było. Wyszły trzy pomysły, wszystkie proceduralne i wszystkie o tym, kto miałby rozstrzygnąć.
Bo szło tylko o to. Trzysta lat wcześniej, przy schizmie wschodniej, spierano się o artykuły wiary; tutaj o prawo do powiedzenia ostatniego słowa. A ponieważ ostatnie słowo jest jedno i nie da się go przepołowić, dwóch ludzi tej samej wiary musiało utrzymywać dwie kurie, dwa komplety biskupów, dwa zestawy poborców i dwie armie, przez cztery dekady, w poprzek całej Europy.
Dla kogoś, kto w sporze nie brał udziału, znaczyło to rzecz następującą. Chłop spod Tuluzy i kupiec z Gdańska byli obaj wyklęci, pierwszy przez Rzym, drugi przez Awinion, w zależności od tego, gdzie leżała ich parafia. Jeśli ksiądz udzielający komuś namaszczenia chorych albo rozgrzeszenia przyjął święcenia od biskupa mianowanego przez tego z papieży, który okaże się fałszywy, to czy sakrament był ważnie udzielony? Czy małżeństwo zawarte w takim kościele było małżeństwem? Odpowiedzi teologów pojawiały się i mnożyły, tyle że każdą z nich druga obediencja mogła odrzucić. Ludzie umierali codziennie. Rozstrzygnięcia nie znał nikt, ponieważ nie było nikogo, kto miałby prawo je wydać.
Kosztowało to tyle, ile kosztuje wojna, i trwało dłużej niż większość wojen. Wszystko zaczęło się od tego, że pewnej grupie ludzi nie spodobał się człowiek, którego sami wybrali.
Dwudziestego siódmego marca 1378 roku, w sobotę, umarł w Rzymie Grzegorz XI, siódmy i ostatni z papieży rezydujących w Awinionie w trakcie tak zwanej „niewoli awiniońskiej”. To on przeniósł dwór z powrotem, wjeżdżając do Rzymu siedemnastego stycznia 1377 roku, po blisko siedemdziesięciu latach nieobecności papiestwa w mieście. Przeżył w nim jeszcze czternaście miesięcy. Nazajutrz po jego śmierci przypadała czwarta niedziela Wielkiego Postu, ta, którą od pierwszego słowa introitu nazywa się Laetare: wesel się.
Nie było wcale pewne, że powrót jest trwały, i o tym trzeba pamiętać przez resztę tej historii. Dziesięć lat wcześniej próbował tego samego Urban V: zamieszkał w Watykanie w październiku 1367 roku, wytrzymał niecałe trzy lata i wrócił nad Rodan, bo z Awinionu łatwiej mu było negocjować z królami toczącymi wojnę. Sam Grzegorz XI zapowiadał zresztą, że wróci tam po świętach wielkanocnych 1378 roku. Umarł trzy tygodnie przed nimi. Dla wielu kardynałów Awinion pozostawał miejscem, do którego raz już wrócono.
Kolegium kardynalskie, które miało wybrać następcę, ukształtowało się przez te lata i było w większości francuskie. Rzym o tym wiedział. Pod pałacem, w którym zamknęli się kardynałowie, stanął tłum żądający papieża Rzymianina albo przynajmniej Włocha i żądał tego głośno, przez kilka dni, z bronią.
Konklawe obradowało w Watykanie od siódmego do dziewiątego kwietnia 1378 roku i było pierwszym od 1159 roku odbytym przy grobie świętego Piotra, bo wcześniejsze elekcje rzymskie odprawiano na Lateranie. Wzięło w nim udział szesnastu spośród dwudziestu trzech kardynałów, a ósmego kwietnia wybrali arcybiskupa Bari, Bartłomieja Prignana, który przyjął imię Urbana VI. Był Włochem i nie był kardynałem, więc nie należał do żadnego ze stronnictw wewnątrz kolegium; okazał się zarazem szóstym i ostatnim w dziejach papieżem wziętym spoza tego grona. Koronację odprawiono osiemnastego kwietnia, w Niedzielę Wielkanocną. Nazajutrz kardynałowie rzymscy wyprawili do tych, którzy zostali w Awinionie, list obwieszczający i elekcję, i koronację.
Konflikt zaczął się od charakteru nowego papieża. Urban VI, wyniesiony niespodziewanie, zaczął zachowywać się wobec swoich elektorów tak, jak nie zachowywał się przedtem nikt. Publicznie ich upokarzał, wypominał zbytek, odbierał dochody, w ich obecności wygłaszał kazania o chciwości kardynałów. Ludzie, którzy uczynili go papieżem, doszli w ciągu kilku miesięcy do wniosku, że popełnili omyłkę, której nie da się naprawić żadną znaną procedurą, ponieważ takiej procedury nie było. Papieża nie odwołuje nikt.
Znaleźli inną drogę. Wyjechali z Rzymu w maju, pod pozorem ucieczki przed upałem, zebrali się w Anagni i dziewiątego sierpnia 1378 roku ogłosili listem, że kwietniowa elekcja była nieważna od początku, bo dokonano jej pod przymusem rzymskiego tłumu, a wybór wymuszony jest nieważny. Dwudziestego września, już w Fondi, wybrali drugiego papieża: Roberta z Genewy, który przyjął imię Klemensa VII, a po klęsce swoich wojsk pod Marino i pobycie w Neapolu wjechał dwudziestego czerwca 1379 roku do Awinionu.
Robert z Genewy nie był człowiekiem z zewnątrz. W wojnie, którą Grzegorz XI prowadził przeciwko Florencji i sprzymierzonym z nią miastom, był jego legatem w Romanii i dowodził papieskim wojskiem: dziesięcioma tysiącami najemników bretońskich i Białą Kompanią Johna Hawkwooda, angielskiego łucznika spod Poitiers, którego Włosi zwali Giovannim Acutem.
Zimą 1377 roku bretońska załoga Ceseny zaczęła rekwirować żywność bez płacenia, a mieszczanie chwycili za broń. Robert z Genewy przysiągł im łaskę na swój kardynalski kapelusz i na dowód dobrej woli zwolnił zakładników, których wcześniej zażądał. Gdy mieszkańcy złożyli broń, ściągnął kompanie z pobliskich kwater i kazał zabijać wszystkich, a wahającym się powtarzał: sangue et sangue, krwi i jeszcze krwi. Rzeź trwała trzy doby, od trzeciego lutego, przy zamkniętych bramach miasta. Zginęło od dwóch do pięciu tysięcy ludzi; fosy zapełniły się ciałami tych, którzy próbowali uciec.
Współcześni nazwali go rzeźnikiem Ceseny. W chwili elekcji na papieża, rok i siedem miesięcy później, przydomek ten był w Europie powszechnie znany. Drugie papiestwo nie stanęło przeciw pierwszemu aparatowi. Wyszło z niego.
Kardynałowie wybrali Urbana VI w kwietniu. Ogłosili wybór, odprawili koronację, rozesłali listy. Przez cztery miesiące żaden z nich nie napisał ani nie powiedział, że wybierał pod przymusem. Dopiero w sierpniu, gdy nowy papież okazał się nie do zniesienia, przypomnieli sobie o tłumie pod pałacem.
Tłum rzeczywiście stał. Nikt go nie zmyślił. Ale gdyby to przymus był powodem, powód istniałby w kwietniu. W kwietniu nie istniał, ponieważ w kwietniu nikt go nie zgłosił.
Powód, dla którego rozłam wybuchł, nie był więc powodem, który podano. Podany powód dotyczył trybu, bo tylko taki dawał się w ogóle sformułować. Nie było procedury pozwalającej usunąć papieża za to, że jest nieznośny; była natomiast możliwość podważenia sposobu, w jaki go wybrano. Stąd pierwsza reguła rozłamów o kompetencję: Rozłam nie zaczyna się od tego, od czego pozornie się zaczyna, a podany powód jest zawsze późniejszy od sporu i dotyczy trybu, o treści zaś milczy. Uczestnicy przy tym nie kłamią. Po prostu gdy nie ma instancji przyjmującej zarzuty innego rodzaju, da się postawić tylko zarzut proceduralny.
.Nasuwa się w tym miejscu wyjaśnienie znacznie efektowniejsze i trzeba je odrzucić od razu, żeby nie zawadzało dalej. Brzmiałoby tak: rozłam wybucha, gdy władza słabnie. Ładne i fałszywe. Urban VI nie był słaby. Był agresywny. To jego napór wywołał reakcję. Rozłam wywołało wzmocnienie zwierzchnictwa w wykonaniu człowieka, który nie miał nad sobą nikogo. Wyjaśnienie to odrzucam.
Europa dzieliła się kilkanaście lat i tu zaczyna się rzecz najbardziej zastanawiająca.
Francja opowiedziała się za Awinionem jeszcze pod koniec 1378 roku, a za nią poszły Szkocja, Sabaudia i Neapol królowej Joanny. Kastylia namyślała się dwa lata i ogłosiła uznanie Klemensa w maju 1381 roku, Aragonia trwała w neutralności do śmierci Piotra IV i przeszła na stronę Awinionu dopiero za Jana I w 1387 roku, Nawarra przeszła na stronę Awinionu około 1390 roku. Przy Rzymie stanęły Anglia, Cesarstwo, Węgry, Polska, kraje skandynawskie i większość państw włoskich, a w 1381 roku dołączyła do nich Portugalia, która najpierw skłaniała się w drugą stronę.
Kto zna mapę ówczesnej Europy, rozpozna ten układ natychmiast, bo nie jest to mapa wyznaniowa. To jest mapa sojuszy wojny stuletniej. Francja i jej sprzymierzeńcy po jednej stronie, Anglia i jej sprzymierzeńcy po drugiej, Szkocja tam, gdzie zwykle bywała, czyli przeciw Anglii. Podział Kościoła powielił podział polityczny, który istniał wcześniej, i powielił go niemal co do państwa, choć niejednemu dworowi zajęło to lata. Zwłoka Kastylii i Aragonii nie brała się z rozterki teologicznej, ponieważ obie czekały, aż stanie się widoczne, po czyjej stronie leży korzyść.
Skoro nie było w czym wybierać pod względem wiary, wybierano według tego, po czyjej stronie już się stało. Papież stał się w tej wojnie zasobem jak każdy inny.
Podwojeniu uległo natomiast wszystko. Dwie kurie, dwa kolegia kardynalskie, dwa komplety urzędów, dwa zestawy nadań i dochodów. W jednym biskupstwie bywało dwóch biskupów, z których każdy miał ważną, jak sądził, nominację, i każdy domagał się tych samych dziesięcin. Uniwersytety wzywano, by ogłosiły, przy kim stoją, i to ogłaszały. Powstało pojęcie, którego wcześniej nie było potrzeby wymyślać: obediencja, czyli deklarowana przynależność, po której poznawano, kto do kogo należy.
Zachowanie tego układu przeczy temu, czego oczekiwalibyśmy po jakimkolwiek znanym sporze. Spór o majątek kończy się podziałem: wspólnicy dzielą firmę, dziedzice dzielą spadek. Spór o prawdy wiary kończy się uznaniem czyjejś argumentacji albo wyrokiem, bo jest komu go wydać. Tutaj nie stało się ani jedno, ani drugie. Wszystko postawiono podwójnie, za podwójną cenę, choć obie strony były u kresu wypłacalności.
Powód jest jeden i wynika z natury spornej rzeczy. Ostatniego słowa nie da się podzielić. Ziemię, dochody i urzędy podzielić można. Połowy prawa do rozstrzygania mieć nie sposób, bo połowa takiego prawa nie rozstrzyga niczego. Skoro zaś przedmiot sporu jest niepodzielny, to strony nie mogą się podzielić; mogą się jedynie zdublować, każda odtwarzając całość u siebie.
Tym rozłam różni się od wyjścia. Kto wychodzi, zakłada własne i zostawia tamtym ich; obie rzeczy mogą stać obok siebie i żadna nie musi zniknąć, żeby druga istniała. Kto rozłamuje, twierdzi, że tamten siedzi na jego miejscu. Awinion nie ogłosił nowego Kościoła obok rzymskiego. Ogłosił, że jest tym samym Kościołem, a tamten jest niczym. Dlatego wyjście kończy się w miesiąc, a rozłam nie ma jak się skończyć, dopóki jedna ze stron nie zniknie.
Bywa przypadek trzeci, najbardziej mylący, bo z zewnątrz wygląda jak wyjście, a kosztuje jak rozłam. Zdarza się wtedy, gdy odchodzący nie roszczą sobie prawa do cudzej tożsamości, a własnej treści nie mają, i wychodzą, nie umiejąc powiedzieć, w czym mieliby myśleć inaczej, bo istotnie nie myślą inaczej. Zwykłe wyjście jest tanie, ponieważ wychodzący zabiera swoje: inny pogląd, inny zamiar, inną robotę do wykonania. Tu nie ma czego zabrać poza sobą samym, sporna jest bowiem pozycja, a pozycja podzielić się nie daje, więc obie strony muszą utrzymywać całość aparatu przy połowie zasobu, tak samo jak przy rozłamie, choć żadna nie odmawia drugiej prawa do istnienia. Przypadku takiego schizma zachodnia nie dostarcza i nie wywodzę go z niej.
Skutek jest za każdym razem ten sam. Skoro nie ma różnicy w treści, obie strony zaczynają dowodzić swojej prawdziwości pochodzeniem, a pytanie, czego kto chce, ustępuje pytaniu, skąd kto przyszedł i przy kim stał wcześniej. Wraca obediencja bez rozłamu: nie sprawdza się już, kto ma rację, tylko kto należy. A ponieważ takiego sprawdzianu nie da się przegrać ani wygrać na dobre, spór o przynależność nie kończy się nigdy. Ustaje dopiero wtedy, gdy przestaje mieć znaczenie, bo obie strony zeszły poniżej progu, przy którym ktokolwiek pyta je o cokolwiek. Stąd reguła druga: Rozłam wybucha wtedy, gdy dwie strony sięgają po to samo prawo rozstrzygania, którego podzielić się nie da; struktura, której nie można podzielić, dubluje się zamiast dzielić. Koszt rośnie sam z siebie, a różnica poglądów nie musi rosnąć razem z nim.
.Jak dalece nie musi, widać najlepiej na ludziach, których Kościół uznał później za świętych. Tych akurat trudno podejrzewać o wyrachowanie.
Przy Rzymie stała Katarzyna ze Sieny, ta sama, która wcześniej namawiała Grzegorza XI do powrotu z Awinionu. Do trzech kardynałów włoskich, którzy elekcji Klemensa VII ani nie poparli, ani się jej nie sprzeciwili, napisała list z wyrzutem, że stali obok, gdy wcielone diabły wybierały diabła. Przy Rzymie stała także Katarzyna Szwedzka, córka Brygidy.
Przy Awinionie stał Wincenty Ferreriusz, dominikanin nazywany aniołem apokalipsy, spowiednik i teolog Benedykta XIII, przez lata jeden z najważniejszych ludzi awiniońskiej kurii. Odstąpił od niego dopiero szóstego stycznia 1416 roku, gdy z ambony w Perpignan ogłosił, że król Aragonii wypowiada Benedyktowi posłuszeństwo, w tym samym kazaniu powtarzając, że Benedykt jest prawowitym papieżem i tylko ustąpić nie chce. Przy Awinionie stali też błogosławiony Piotr z Luksemburga i święta Koleta z Corbie.
Kościół kanonizował jednych i drugich. Wersja obowiązująca dziś głosi, że prawowita była linia rzymska, a więc Wincenty Ferreriusz przez większość życia trwał przy fałszywym papieżu i mimo to jest świętym. Katarzyna miała rację i też jest świętą.
Wniosek stąd ostrzejszy, niż wygląda. Skoro dwoje ludzi wybitnej pobożności i nieprzeciętnego rozumu, mających dostęp do tych samych źródeł i tej samej nauki, zajęło stanowiska przeciwne, to pytanie, które ich dzieliło, nie było pytaniem o prawdę. Było pytaniem o kompetencję. A na pytanie o kompetencję świętość nie odpowiada. Odpowiada procedura, na którą obie strony zgodziły się wcześniej.
Takiej procedury nie było i szukano jej przez trzydzieści dziewięć lat.
Uniwersytet Paryski sprowadził swoje dziesięć tysięcy pism do trzech dróg i przedstawił je w czerwcu 1394 roku królowi Karolowi VI: niech ustąpią obaj, niech spór rozstrzygnie powołana do tego komisja albo niech zbierze się sobór.
Droga pierwsza wydawała się najprostsza i okazała się niewykonalna z jednego powodu. Ustąpić jako pierwszy znaczyło przyznać, że nigdy się papieżem nie było, bo prawdziwy papież ustępować nie musi. Każdy był gotów ustąpić jako drugi. Portovenere i Lukka są tego obrazem doskonałym.
Sam sposób, w jaki wybrano Benedykta XIII, mówi o tej bezradności więcej niż traktaty. Kardynałowie awiniońscy wybrali Piotra de Luna dwudziestego ósmego września 1394 roku pod warunkiem, że uczyni wszystko, by skończyć rozłam, z własną rezygnacją włącznie. Zgodził się na piśmie. Potem nie ustąpił przez dwadzieścia trzy lata, mimo nacisków Francji, Anglii i Cesarstwa, mimo że w lipcu 1398 roku król francuski zwolnił poddanych z posłuszeństwa wobec niego, i mimo pięcioletniego oblężenia pałacu awiniońskiego, z którego wymknął się nocą dwunastego marca 1403 roku.
To nie jest anegdota o upartym starcu. Obietnica została złożona przed objęciem urzędu i nie związała człowieka, który ten urząd objął. Był zapewne nieuczciwy, ale nie o to chodzi. Nie istniał nikt, kto mógłby go z obietnicy rozliczyć. Zobowiązanie bez instancji egzekwującej jest deklaracją, a deklaracje wiążą tak długo, jak długo składającemu jest z nimi wygodnie.
Droga druga, czyli rozjemstwo, odpadła z powodu jeszcze prostszego. Rozjemca musiałby stać nad obydwoma, a nad papieżem nie stoi nikt. Kto miałby go ustanowić i skąd wziąłby prawo?
Została droga trzecia. Kardynałowie obu obediencji, znużeni własnymi papieżami, dogadali się latem 1408 roku, gdy siedmiu ludzi Grzegorza wymknęło się potajemnie z Lukki, i zwołali sobór do Pizy. Zebrał się dwudziestego piątego marca 1409 roku, piątego czerwca osądził obu jako krzywoprzysięzców i sprawców rozłamu i złożył ich z urzędu, a dwudziestego szóstego czerwca wybrał nowego papieża, Aleksandra V.
Żaden ze złożonych nie uznał wyroku. Obaj mieli swoje obediencje, swoich władców i swoje dochody, a sobór pizański nie miał czym wyroku wykonać. Zamiast dwóch papieży chrześcijaństwo miało trzech.
To jest miejsce, w którym cała ta historia przestaje być opowieścią tylko o Kościele.
Sobór w Pizie zwołały strony sporu. Cała jego przewaga nad nimi brała się stąd, że same mu ją przyznały. A skoro same, to i cofnąć ją mogły w każdej chwili, i cofnęły, gdy wyrok przestał im odpowiadać. Rozjemca, który czerpie władzę od tych, których ma sądzić, rozjemcą nie jest. Jest jeszcze jedną stroną w cudzym kapeluszu, a strona dołożona do sporu spór powiększa. Następny sobór w Konstancji udał się i różnica jest jedna. Zgromadzenie z 1414 roku zwołał wprawdzie Jan XXIII, ale pod naciskiem Zygmunta Luksemburskiego, króla rzymskiego, czyli siły spoza układu. Szóstego kwietnia 1415 roku sobór ogłosił dekret Haec sancta, w którym stwierdził, że sobór władzę ma wprost od Chrystusa i że w sprawach wiary, zakończenia rozłamu i naprawy Kościoła w głowie i członkach posłuszny jest mu każdy, papieża nie wyłączając. Było to zdanie, którego w Pizie zabrakło: rozjemca oświadczał, że swojego prawa nie bierze od stron. Stąd reguła trzecia: Rozłam trwa tak długo, dopóki nie pojawi się rozjemca stojący wyżej niż sporne miejsce w hierarchii. Powołany przez tych, którzy o to miejsce się spierają, wyżej nie stoi, choćby się tak nazywał, więc spór powiększa, zamiast go kończyć.
.Regułę tę trzeba trzymać krótko, bo przy nieuwadze obraca się ona w rozumowanie wsteczne: Piza przegrała, więc widocznie wyżej nie stała, Konstancja wygrała, więc widocznie stała. Czym innym jest deklarowane źródło prawa, czym innym uznanie rozjemcy przez strony, a czym innym zdolność wykonania wyroku.
Haec sancta samym brzmieniem nadrzędności soboru nie ustanowiło; było roszczeniem do niej, które utrzymało się dlatego, że stała za nim siła króla rzymskiego, wyczerpanie obediencji i biskupi gotowi wyrok wykonać. Od Pizy odróżnia je wskazanie innego źródła prawa, a resztę dopisały okoliczności. Sam dekret zapadł zresztą na sesji zwołanej jeszcze mocą Jana XXIII. Gdy czwartego lipca Grzegorz XII, uznawany dziś za prawowitego papieża, kazał zwołać sobór na nowo w swoim imieniu, jego pełnomocnik upoważnił dalsze akty zgromadzenia, a wcześniejszych nie unieważnił; z tej właśnie chronologii późniejsza wykładnia wyprowadziła odmowę uznania Haec sancta za wiążące orzeczenie soborowe. Granicę stawiano zresztą w różnych miejscach, jedni na sesji czternastej, inni znacznie później. Artykuły sesji piątej nie doczekały się papieskiego zatwierdzenia nigdy, a Marcin V odrzucił prawo odwołania od Stolicy Apostolskiej do przyszłego soboru już dziesiątego marca 1418 roku, cztery miesiące po własnej elekcji. Rozjemca zamknął więc rozłam roszczeniem, którego strona zwycięska nie zamierzała uznać za trwałą zasadę ustrojową, a skutek mimo to się utrzymał. Reguła mówi zatem, czego bez rozjemcy z zewnątrz na pewno nie będzie, i nie obiecuje, że sama jego obecność wystarczy.
Łatwo odczytać tę regułę jako zarzut wobec uczestników: że zabrakło im dobrej woli albo pomysłowości. Ani jedno, ani drugie. Wyjścia szukano przez cztery dekady, a dziesięć tysięcy pism złożonych w paryskiej skrzyni świadczy, że pomysłów było aż nadto. Brakowało rzeczy, której żaden z nich nie mógł ani wymyślić, ani przynieść ze sobą: kogoś, do kogo dałoby się odwołać. Odwołanie potrzebuje adresu, a adresu w tej sprawie nie było, i to jest jedyny powód, dla którego czterdzieści lat rozumu i uczciwości nie dało nic. Są to dzieje ludzi szukających trzeciej możliwości tam, gdzie jej nie było.
Albert Hirschman, ekonomista badający kraje rozwijające się, wyprowadził kiedyś z nigeryjskich kolei, które woziły źle i nie poprawiały się, bo niezadowoleni klienci przesiadali się na ciężarówki, zamiast się skarżyć, książkę o tym, co robi człowiek w psującej się organizacji. Wyliczył dwie możliwości: wyjście i głos. Lojalność, dołożona jako pojęcie trzecie, osobną drogą nie jest, bo tylko opóźnia wyjście i wzmacnia głos. Drogi trzeciej, czyli pójścia do kogoś, kto stoi nad zarządem, nie wymienił i podejrzewam, że nie z przeoczenia, ponieważ w większości organizacji jej po prostu nie ma. Kardynałowie z 1378 roku wypróbowali obie, które im zostały, i przekonali się, że żadna nie kończy sporu o to, kto ma rozstrzygać. Tam, gdzie trzeciej nie ma, spór taki ciągnie się przez pokolenia, aż strony wykrwawią się nawzajem albo zjawi się ktoś z zewnątrz, komu chce się go uciąć.
Po Haec sancta poszło szybko, choć każdy z trzech papieży skończył inaczej i te trzy końce są pouczające.
Jan XXIII, następca wybranego w Pizie Aleksandra V, uciekł z Konstancji w przebraniu w nocy z dwudziestego na dwudziesty pierwszy marca 1415 roku; sprowadzono go z powrotem i sobór złożył go z urzędu.
Grzegorz XII, papież rzymski, ustąpił czwartego lipca, ale postawił warunki, które zdradzają, o co przez trzydzieści dziewięć lat szła gra. Sesji, która miała przyjąć jego rezygnację, nie mógł przewodniczyć nikt z ludzi Jana XXIII, więc zasiadł na niej w królewskich szatach Zygmunt Luksemburski. Najpierw odczytano bullę mianującą pełnomocnikami Karola Malatestę i kardynała Jana Dominiciego, potem Dominici zwołał zgromadzenie na nowo w imieniu Grzegorza, a dopiero wtedy Malatesta wygłosił w jego imieniu abdykację. Zwoływał więc Grzegorz sobór po to, by móc przed nim ustąpić jako papież, a nie jako pretendent. Uzyskał, czego chciał: sobór przyjął jego kardynałów, zatwierdził jego akta i uczynił go kardynałem biskupem Porto, pierwszą osobą w Kościele po papieżu — przy nieobsadzonym wówczas urzędzie papieskim. Dziś za prawowitą uchodzi właśnie jego linia. Umarł w Recanati osiemnastego października 1417 roku, trzy tygodnie przed wyborem następcy.
Benedykt XIII nie ustąpił. Siedział już wtedy od dwóch lat w zamku Peñíscola na wybrzeżu aragońskim; dwudziestego szóstego lipca 1417 roku sobór złożył go zaocznie, a on mieszkał tam do śmierci w otoczeniu garstki wiernych, ogłaszając bulle, których poza tą garstką nie czytał nikt. Mianował też kardynałów, i to nie było gestem pustym, choć tak wygląda. Kardynałowie wybierają następcę, więc człowiek pozbawiony obediencji, dochodów i posłuchu robił jedyną rzecz, jaka mu została: rozstrzygał o tym, kto po nim będzie prawowity. Tego prawa, w odróżnieniu od reszty, nikt mu odebrać nie mógł, bo dotyczyło czasu, w którym jego samego już nie będzie.
Jedenastego listopada 1417 roku dwudziestu trzech kardynałów i trzydziestu delegatów wyznaczonych przez nacje, po sześciu z każdej, wybrało Oddona Colonnę, który przybrał imię Marcina V, ponieważ na dzień jego elekcji przypadało święto świętego Marcina z Tours. Wybrali człowieka, który odstąpił niegdyś od Grzegorza XII, zasiadał w Pizie i brał udział w elekcji obu papieży pizańskich. Rozłam się skończył. I tu wypada wyciągnąć regułę czwartą, bo widać ją dopiero z tego miejsca. Rozłam prawie nigdy nie znosi zwierzchnictwa. Przenosi je. Trzydzieści dziewięć lat sporu nie skończyło się tym, że Kościół nauczył się obywać bez ostatniego słowa. Skończyło się tym, że ostatnie słowo przeszło gdzie indziej: na sobór.
.Kto szuka tej reguły poza Kościołem, znajdzie ją tam, gdzie znalazł ją Tocqueville: w rewolucji francuskiej, która zniosła tron i postawiła w jego miejsce wolę powszechną, równie jedyną i równie nieomylną.
Zostaje jeszcze pytanie, kto miał rację, i odpowiedź na nie jest osobnym pouczeniem. Z czasem uznano, że prawowity był Urban VI, a więc linia rzymska. Awiniońskich nazwano antypapieżami i tak są dziś liczeni. Nazwy tej w chwili sporu nie było i być nie mogło. Nadaje się ją po fakcie — przegranemu. Wincenty Ferreriusz nie wiedział, że służy antypapieżowi. Nie wiedział tego nikt, bo nie było jeszcze możliwości zdobycia tej wiedzy.
Jak dalece jest to kwalifikacja następcza, widać po drobiazgu. Imię Jana XXIII, noszone przez papieża wybranego w Pizie, uznano ostatecznie za niebyłe. W 1958 roku było więc wolne i wziął je Angelo Roncalli.
Cztery reguły to niewiele i wyprowadzono je z jednego przypadku. Zanim więc będzie mowa o tym, gdzie zawodzą, trzeba powiedzieć, czym są.
Nie są prawem dziejowym. Nie mówią, co musi nastąpić, ani nie pozwalają niczego przepowiedzieć, bo historia się nie powtarza. Idzie o rzecz skromniejszą: liczba sposobów, na jakie ludzie rozstrzygają, kto ma prawo rozstrzygać, jest skończona i niewielka, więc te same układy wracają, choć wypełnia je za każdym razem inna treść.
Służą do patrzenia, a rachować nimi nie sposób. Powstały przez odłożenie pytania, kto miał rację, przy zachowaniu wszystkich imion. Gdy przestaje się pytać, po czyjej stronie była prawda, widać układ, w którym obaj stali. Układ ten jest konstrukcją zbudowaną po fakcie i jak każda konstrukcja tego rodzaju bywa mylony z rzeczą samą. Kto zechce, dopasuje go do wszystkiego, i wtedy przestanie cokolwiek znaczyć. Reguła, która tłumaczy każdy przypadek, nie tłumaczy żadnego.
Dlatego pokazuję niżej, gdzie zawodzą, i podaję warunek, który by je obalił.
Pojawia się tu rzecz niewygodna. W sporze z lat 1378 do 1417 obie strony miały identyczną budowę. Rzym i Awinion nie różniły się poglądem na to, skąd bierze się prawo do rozstrzygania; różniły się poglądem na to, gdzie ono akurat siedzi. Obie uważały, że spływa z jednego źródła w dół i że niższy ma je o tyle, o ile uczestniczy w wyższym. Spór toczył się więc między dwoma zwierzchnictwami o to samo miejsce, a zwierzchnictwo z wolnością nie zmierzyło się w nim ani razu. Strona, która twierdziłaby, że prawo do rozstrzygania nie ma jednego źródła, że powstaje w toku sprawdzania i nie da się go umieścić w żadnej osobie, wystąpiła raz i na krótko, w zdaniu z Konstancji o władzy zgromadzenia.
Uczestnikom rozłam przedstawia się zawsze jako starcie prawdy z błędnym jej rozumieniem. Widziany po latach okazuje się starciem dwóch uzurpacji o to samo, zbudowanych identycznie. Rozłamy rzadko więc cokolwiek zmieniają, choć kosztują tyle, ile kosztują.
Zawodzą zaś te reguły w dwóch miejscach i oba dotyczą stulecia następnego.
Reguła pierwsza nie obowiązuje przy rozłamie w XVI wieku. Zaczął się on wprawdzie od sporu o kompetencję, bo od prawa do udzielania odpustów, ale na tym się nie skończył: różnica doktrynalna narastała i po kilkunastu latach stała się nieusuwalna, a około roku 1530 nikt już nie mógł twierdzić, że obie strony wierzą w to samo i kłócą się o tryb. Reguła trzecia trzyma się przy tym samym rozłamie mocno, bo rozjemcy nad papieżem nie było i spór skończył się podziałem terytorialnym, czyli rezygnacją z rozstrzygania w ogóle. Reguły nie stoją więc ani nie padają razem.
Poważniejsze jest drugie zastrzeżenie, ponieważ godzi w sam wniosek, który z tych reguł wyprowadziłem. Twierdziłem, że struktura, w której prawo rozstrzygania powstaje oddolnie, nie ma w rozłamie reprezentacji. Z rozłamu XVI wieku takie struktury wyszły: wspólnoty, w których rozstrzyga zgromadzenie wiernych i które nie uznają nad sobą żadnego źródła. Przykłada się do nich kryterium podane wyżej: nie twierdziły one, że są jedynym prawowitym Kościołem powszechnym, a tamten jest niczym, więc zakładały własne obok i wyszły, zamiast się rozłamać. Odpowiedź ta jest po części kolista, bo wyklucza kontrprzykład tym samym rozróżnieniem, które twierdzenie umożliwia. Kto chce je obalić, ma tędy najkrótszą drogę.
Zostaje próba cięższa. Reguły powstały z historii rozłamu i wypada je sprawdzić na tym, co po rozłamie następuje, gdy rozjemca zajmuje sporne miejsce i sam zaczyna go strzec. Ustalenia Konstancji przetrwały niecałe dwa pokolenia.
Sobór, który zebrał się w Bazylei w 1431 roku, potraktował je poważnie. Gdy papież Eugeniusz IV jeszcze w grudniu tego samego roku próbował go rozwiązać, odmówił posłuszeństwa; gdy konflikt narósł, dwudziestego piątego czerwca 1439 roku ogłosił złożenie papieża z urzędu, a piątego listopada wybrał własnego. Został nim Amadeusz VIII, książę Sabaudii, żyjący od kilku lat jako pustelnik nad jeziorem genewskim; przyjął imię Feliksa V, na decyzję kazał czekać do lutego 1440 roku i koronował się w lipcu. Rozjemca powołany po to, by rozstrzygać spory o źródło władzy, sam stał się drugim źródłem, czyli tym, czemu miał zapobiegać. Feliks V abdykował siódmego kwietnia 1449 roku, sobór się rozszedł, ruch soborowy wyczerpał się i nie podniósł się już nigdy. Feliks był ostatnim antypapieżem w dziejach.
Zwycięzca tego sporu zamknął go dziesięć lat później, przy okazji zupełnie innej sprawy. W Mantui odbywał się zjazd, który miał ogłosić krucjatę, bo sześć lat wcześniej Turcy zdobyli Konstantynopol.
Pius II wyjechał na ten zjazd z Rzymu w styczniu 1459 roku, zostawiając w mieście cały swój urząd i zabierając garstkę kardynałów. Jechał na północ cztery miesiące. Do Mantui wjechał dwudziestego siódmego maja jako gość Ludwika Gonzagi, pana tego miasta, a pierwszego czerwca otworzył obrady, na które wezwał władców chrześcijańskiej Europy.
Na wyznaczony dzień przyjechał sam. Nikt z liczących się nie zjawił się także później, a papież czekał do dwudziestego szóstego września, żeby wygłosić wielką mowę wzywającą do wyprawy. Wenecja zwlekała, bo bała się o swój handel z Turkami. Francja nie obiecała niczego, bo w sporze o tron Neapolu papież poparł innego kandydata niż król francuski. Niemcy przyrzekli wreszcie trzydzieści dwa tysiące piechoty i dziesięć tysięcy jazdy, których nigdy nie wystawili.
Polska przysłała poselstwo późną jesienią, z Jakubem z Sienna, prepozytem gnieźnieńskim, na czele. Nie przyjechało ono rozmawiać o Turkach. Król Kazimierz Jagiellończyk szósty rok prowadził wojnę z zakonem krzyżackim o Prusy i za tę wojnę ciążyła na nim klątwa rzucona przez Kaliksta III; posłowie mieli doprowadzić do jej zdjęcia. Dwunastego listopada Pius II zawiesił klątwę ciążącą na stanach pruskich, zaznaczając, że objęła ona swego czasu również króla i jego poddanych. Dwa dni później Jakub z Sienna przemawiał przed papieżem i wyliczał, ile Polska wydała w przeszłości na wojny z Turkami. Co do krucjaty Polacy mieli własną propozycję: wysłać na nią zakon krzyżacki, przenosząc go na wyspę Tenedos na Morzu Egejskim. Wystąpił przeciw niej prokurator zakonu i papież ją odrzucił.
Czternastego stycznia 1460 roku Pius II ogłosił krucjatę mimo wszystko, bullą Ecclesiam Christi: wojnę na trzy lata, z wymarszem wyznaczonym na pierwszego kwietnia. Cztery dni później, w przeddzień wyjazdu z Mantui, ogłosił bullę nazwaną od pierwszego słowa łacińskiego tekstu Execrabilis, czyli „godny potępienia”. Zakazywała ona odwoływania się od decyzji papieża do przyszłego soboru. Kto by się mimo zakazu odwołał, popadał w klątwę natychmiast, bez procesu i bez wyroku, samym czynem; zdjąć ją mógł już tylko papież, i to dopiero wtedy, gdy wyklęty był umierający. Nie chroniła żadna godność; bulla wymieniała z nazwy cesarską i królewską.
Niespełna osiem miesięcy przekonywania się, że nikt go nie słucha, papież zamknął więc aktem zakazującym odwoływania się od siebie.
W bulli nie ma słowa o wierze. Jest w niej mowa o trybie. Do stycznia 1460 roku ten, kto uważał decyzję papieża za bezprawną, miał się do kogo odwołać: do soboru, który kiedyś się zbierze. Sobory zwoływano rzadko i nigdy nie było wiadomo, kiedy zbierze się następny, ale samo prawo odwołania istniało, a to ono podniosło Konstancję i to ono niosło Bazyleę. Po ogłoszeniu bulli przestało istnieć. Odtąd decyzję wydawał i sprawdzał ten sam człowiek.
Alternatywy nie obalono. Alternatywa została zakazana.
Najdłużej w Europie broniło jej miasto, o którym w tym kontekście u nas się nie pamięta. Uniwersytet Krakowski był ostoją koncyliaryzmu, czyli tego samego poglądu, który wyłożono w Konstancji: że najwyższa władza w Kościele należy do soboru, że papież jest jego uchwałami związany i że sobór może go sądzić i złożyć z urzędu. Mistrzowie krakowscy jeździli do Bazylei jako delegaci i pisali tam traktaty, a biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki, który nominacji kardynalskiej od Eugeniusza IV nie przyjął, uznał Feliksa V i przyjął od niego nominację kardynalską, ogłoszoną dziewiętnastego listopada 1441 roku. Gdy reszta Europy dawno uznała papieża rzymskiego, w Krakowie wciąż odmawiano posłuchu legatowi, a stamtąd szły do innych uniwersytetów listy z prośbą, żeby nie ustępowały. Nie był to wybieg. Wynikało to z przekonania i z lektur.
Opór krakowski złamał ostatecznie własny król, i to zanim Rzym zdążył cokolwiek wymóc. Sposobność nadarzyła się sama. Dwudziestego trzeciego lutego 1447 roku umarł Eugeniusz IV, ten sam, którego sobór bazylejski złożył z urzędu, a dwa tygodnie później kardynałowie wybrali Tomasza Parentucellego, biskupa Bolonii i papieskiego dyplomatę, kardynała od niespełna trzech miesięcy, który przybrał imię Mikołaja V. Nie wybrano go po to, by cokolwiek w tej sprawie rozstrzygnąć. Wybrano go dlatego, że poprzednik umarł.
Widać stąd mechanizm sukcesji, którego nie nazywam regułą piątą, ponieważ nie ma on mocy poprzednich i jeden z głównych przypadków tej historii świadczy przeciw niemu. Brzmi tak: Rozłam o kompetencję rzadko kończy się rozstrzygnięciem. Kończy się wtedy, gdy sporne miejsce zajmuje ktoś, kto w sporze nie brał udziału i nie został na nie wprowadzony przez żadną ze stron. Wobec takiego człowieka da się ustąpić bez unieważnienia samego siebie.
.Sama nowość osoby nie wystarcza, o czym świadczą dwa przypadki opisane wyżej. Urban VI został wybrany właśnie dlatego, że stał poza stronnictwami kolegium, i rozłam wywołał. Aleksandra V wybrano w Pizie jako człowieka nieuwikłanego, a skutkiem było to, że zamiast dwóch papieży chrześcijaństwo miało trzech. Obu osadziła na spornym miejscu jedna ze stron, jako swój ruch w sporze, a to jest coś przeciwnego. O wszystkim rozstrzyga więc to, czyimi rękami człowiek został na sporne miejsce wprowadzony. Przypadkiem trudnym jest sam Marcin V, uczestnik aż nadto wyraźny: był kiedyś człowiekiem Grzegorza XII, potem od niego odstąpił, a w Pizie głosował za obydwoma tamtejszymi papieżami. Ratuje go to, że wybrało go zgromadzenie, którego prawa nie nadała żadna ze stron, a jest to ratunek połowiczny i dlatego mechanizm ów zostaje przy swojej skromniejszej randze.
Wynika stąd rzecz chłodna. Skoro nowy człowiek musi przyjść spoza maszynerii sporu, to najpewniejszym mechanizmem kończącym takie spory zostaje śmierć: nikt jej nie zaplanuje i nikogo nie da się oskarżyć o jej wyreżyserowanie. Grzegorz XII umarł trzy tygodnie po elekcji następcy, Benedykt XIII zestarzał się w Peñíscoli. Kraków ustąpił, bo umarł Eugeniusz IV.
Wobec nowego człowieka dało się ustąpić bez przyznawania, że w sprawie poprzedniego było się w błędzie. Szóstego lipca 1447 roku, gdy Mikołaj V był papieżem od czterech miesięcy, rada królewska postanowiła odstąpić od neutralności i złożyć mu obediencję. Tego dnia Kazimierz Jagiellończyk podpisał akta i listy zatwierdzające ten krok, wyznaczył też poselstwo do Rzymu, a nazajutrz przysięgę wierności nowemu papieżowi podpisali biskupi, z prymasem Wincentym Kotem, który zwrócił kapelusz wzięty od Feliksa V. Oleśnicki wysłał tego lata do Rzymu archidiakona z prośbą o potwierdzenie godności kardynalskiej i potwierdzenie dostał po dwóch latach. O tym, komu podlega Kościół w Polsce, rozstrzygnęła rada królewska. Biskupi dołączyli. Uniwersytet trwał przy swoim najdłużej i ustąpił dopiero wtedy, gdy w 1449 roku rozszedł się sam sobór bazylejski.
Trzynaście lat później, a rok po zjeździe w Mantui, ten sam król miał się przekonać, że rzecz ma drugą stronę.
Jakub z Sienna, ten sam, który prowadził poselstwo do Mantui i starał się tam o zdjęcie klątwy z króla, został dwudziestego czwartego listopada 1460 roku mianowany przez Piusa II biskupem krakowskim. Nominacja nastąpiła wbrew woli Kazimierza, który chciał na tym miejscu Jana Gruszczyńskiego, i wbrew kapitule, która wybrała Jana Lutka z Brzezia. Sakrę przyjął trzydziestego pierwszego maja 1461 roku w Pińczowie, z rąk sufragana krakowskiego. Drugiego czerwca papież obłożył klątwą wszystkich, którzy nie dopuszczają go do biskupstwa, nie wyłączając króla. Król odpowiedział, skazując na banicję nowego biskupa i tego, kto udzielił mu sakry, a kanonikom krakowskim odebrał dochody. Szesnastego stycznia 1462 roku papież nominację cofnął. W styczniu 1463 roku Jakub z Sienna ukorzył się przed królem na sejmie w Piotrkowie i biskupstwa się zrzekł.
Skutek okazał się trwalszy niż spór. Od tamtej pory żaden elekt kapituły w Koronie nie dostawał zatwierdzenia z Rzymu bez zgody króla polskiego. Ostatnie słowo w sprawach polskiego Kościoła zostało tam, gdzie zapadła decyzja o obediencji. Prawo obsadzania biskupstw nie zostało zniesione ani podzielone. Zostało przeniesione.
Wśród kanoników, którym król odebrał wtedy dochody, był Jan Długosz. On to spisał tę historię.
Maciej Świrski
Pisane w Warszawie i w Puszczy Augustowskiej w latach 2011–2026
Nota źródłowa: Przebieg rozłamu podaję za klasycznym dziełem Noëla Valois La France et le Grand Schisme d’Occident (Paryż 1896–1902) i za nowszymi pracami Joëlle Rollo-Koster, The Great Western Schism, 1378–1417 (Cambridge 2022) oraz tomem zbiorowym A Companion to the Great Western Schism, który wydała wraz z Thomasem Izbickim (Brill 2009). Rzeź w Cesenie poprzedza schizmę o rok z górą; okrzyk przypisywany legatowi, sangue et sangue, znany jest szerzej z Odległego zwierciadła Barbary Tuchman (1978), która nie wskazuje kronikarza, więc traktuję go jako tradycję, nie jako świadectwo. Spór o dekret Haec sancta przedstawiam za Brianem Tierneyem, Hermeneutics and History: The Problem of Haec Sancta (1969), i za Walterem Brandmüllerem, Das Konzil von Konstanz 1414–1418 (Paderborn 1991–1997). Sprawy polskie podaję za Thomasem Wünschem (Konziliarismus und Polen, 1998), Krzysztofem Ożogiem i Tomaszem Graffem, a wiek XV za Rocznikami Długosza, który w sporze o biskupstwo krakowskie był stroną.

