Maciej ŚWIRSKI: Gdy tarcza staje się mieczem

Gdy tarcza staje się mieczem

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Sprawa dwojga dzieci z warszawskiej Białołęki zaczęła się od sceny na ulicy, a zakończyła ich umieszczeniem w placówce i sądowym nakazem powrotu do rodziców. Maciej ŚWIRSKI pyta, jak działa państwo, gdy decyzja o użyciu przymusu wyprzedza ustalenie faktów, a urząd powołany do ochrony może stać się źródłem krzywdy. Zestawiając polski przypadek z doświadczeniami innych państw Europy, opisuje decyzjonizm i szuka reguł, które pozwoliłyby ochronie odzyskać jej pierwotny sens.

.W piątek 14 sierpnia 2026 roku na warszawskiej Białołęce matka szarpnęła dziecko i krzyknęła na nie. Tłumaczyła później, że znalazło się nagle przy jezdni i że zareagowała ze strachu, a sąd rodzinny, który miał potem tę chwilę oceniać, dostrzegł w jej zachowaniu odruch lęku o dziecko. Scen takich w każdym dużym mieście rozgrywają się codziennie setki i żadna nie ma dalszego ciągu. Ta miała, ponieważ jej świadkiem była Monika Horna-Cieślak, Rzecznik Praw Dziecka, która uznała ją za przemoc i zawiadomiła policję, uruchamiając ciąg zdarzeń zakończony zabraniem dwojga małych dzieci rodzicom.

Policjanci sprawdzili sytuację rodziny i dzieci nie odebrali. Jeszcze tego samego dnia pracownik Biura Rzecznika kontaktował się z sędzią dyżurnym w sprawie możliwości ich odebrania, co sama Rzecznik później potwierdziła, przedstawiając ten kontakt jako wykonywanie ustawowych obowiązków urzędu. Sąd rodzinny pieczy zastępczej nie zarządził i polecił przeprowadzić pilny wywiad środowiskowy, a kurator, który 15 sierpnia odwiedził rodzinę, według opublikowanych relacji również nie znalazł podstaw, by dzieci natychmiast z domu zabierać.

Policja, sąd i kurator doszli zatem niezależnie od siebie do tego samego wniosku, a mimo to sprawa nie została zamknięta. Tego samego dnia, choć było to święto, w Komendzie Stołecznej Policji na wniosek Rzecznika Praw Dziecka odbyło się spotkanie poświęcone tej rodzinie, w którym zdalnie uczestniczyli przedstawiciele innych instytucji. Czy brał w nim udział Komendant Stołeczny Policji, tego dziś przesądzić nie można: Zero.pl, powołując się na zeznania przytoczone w uzasadnieniu sądu, utrzymuje, że tak, Komenda Stołeczna zaś temu zaprzecza. Po spotkaniu policjantka wydała rodzicom nakaz opuszczenia mieszkania i zakaz zbliżania się do dzieci, choć, jak sama miała zeznać przed sądem, nie widziała przedtem ani rodziców, ani dzieci. Dzieci umieszczono w placówce opiekuńczo-wychowawczej.

Sąd rodzinny nakazał później ich natychmiastowy powrót do rodziców. W ujawnionych fragmentach uzasadnienia napisał, że machina państwowa i urzędowa została uruchomiona „w sposób rażąco nieproporcjonalny do zaistniałego zdarzenia”, a przebieg sprawy może nosić „wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej”. Zero.pl opisało sprawę 23 września. W następnych dniach Rzecznik broniła swoich działań, wskazując, że była bezpośrednim świadkiem zachowania, które uznała za przemoc wobec dziecka, że wobec podejrzenia krzywdzenia miała obowiązek reagować i że rodzina była już wcześniej znana służbom. Do Prokuratury Krajowej wpłynęło zawiadomienie o podejrzeniu przekroczenia uprawnień i fałszywego oskarżenia, które rozpozna Prokuratura Okręgowa w Szczecinie, co oczywiście nie przesądza ani o przestępstwie, ani o postawieniu komukolwiek zarzutów.

Sąd odniósł nieproporcjonalność do „zaistniałego zdarzenia”, a więc do samej sceny ulicznej, zanim obrosła ona urzędowymi interpretacjami, i w tym doborze słów mieści się ocena wszystkiego, co nastąpiło potem. Policjantka, która wydała nakaz, była ostatnim ogniwem łańcucha uruchomionego znacznie wyżej i wcześniej. Jeśli prawdą jest, że nie widziała przedtem nikogo z tej rodziny, to jej położenie odsłania rzecz bodaj najbardziej niepokojącą, mianowicie to, że przymus zastosował ktoś, kto w ustalaniu faktów nie brał udziału.

Gdy decyzja wyprzedza ustalenie faktów

Można w tej historii widzieć skandal wynikający z nadgorliwości jednego urzędu albo błędu jednej osoby, który się wyjaśnia, rozlicza i odkłada do akt. Sądzę, że odsłania ona coś trwalszego: sposób działania, który ma swoją nazwę i swoją budowę i który znamy także spoza Polski. Jest nim decyzjonizm.

Poznanie i rozstrzygnięcie mają swój naturalny porządek, w którym wpierw ustala się, co się stało, a dopiero potem postanawia, co należy zrobić. Decyzjonizm ten porządek odwraca: rozstrzygnięcie zapada na początku, a stan faktyczny, normę albo drogę urzędową dobiera się później do decyzji już powziętej. Na Białołęce przekonanie, że dzieci wymagają radykalnej interwencji, było gotowe od pierwszej chwili. Wszystko, co nastąpiło potem, czyli sprawdzenie policyjne, postanowienie sądu o wywiadzie i wizyta kuratora, było poznaniem, którego wynik powinien był skłonić urząd do ponownego rozważenia własnej oceny. Ponieważ wynik nie zgadzał się z decyzją, sięgano po następny kanał działania, aż znalazł się instrument pozwalający ją wykonać.

Decyzjonizm nie musi przy tym łamać prawa. Policja powinna mieć narzędzia natychmiastowej interwencji na wypadek bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia dziecka, bo zdarzają się sytuacje, w których czekanie na pełną procedurę oznaczałoby pozostawienie go w niebezpieczeństwie. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy narzędzie stworzone na okoliczność nadzwyczajną zostaje użyte tam, gdzie nadzwyczajności nikt nie potwierdził. Wada tkwi wówczas w sposobie użycia legalnego środka, toteż nie usunie jej samo wezwanie do przestrzegania prawa, które formalnie może być przestrzegane co do litery. Naruszona zostaje kolejność, w jakiej prawo ma działać, to znaczy najpierw fakt, potem ocena, a na końcu przymus, i kiedy przymus przychodzi pierwszy, fakt zaczyna służyć za jego uzasadnienie.

Dlatego sprawa jest poważniejsza od pytania, czy któryś funkcjonariusz poprawnie wypełnił formularz. Odebranie dzieci rodzicom należy do najgłębszych ingerencji państwa w życie obywatela i zostawia w rodzinie ślad widoczny nieraz po wielu latach, a władzę zdolną do takiej ingerencji musi krępować, poza przepisem, także proporcjonalność, kontrola i pokora wobec faktów. Jeżeli organ powołany do ochrony używa przewagi państwa nad obywatelem wbrew kolejnym sygnałom, że jego pierwsza ocena mogła być mylna, to takiego postępowania nie da się zbyć słowem o jednostkowej pomyłce, ponieważ jego źródło leży w samej konstrukcji działania państwa, i wtedy określenie, po które sięgnął sąd, przemoc instytucjonalna, przestaje brzmieć jak przesada.

Kiedy instytucja przestaje chronić

Ten sam obrót rzeczy, w którym urząd zwraca się przeciw temu, kogo miał chronić, a czyni to mocą decyzji oderwanej od faktów, daje się odnaleźć w kilku państwach Europy.

W Wielkiej Brytanii aparat państwa przez lata nie umiał ochronić dzieci padających ofiarą zorganizowanego wykorzystywania seksualnego. Raport Alexis Jay szacował ostrożnie, że w Rotherham między rokiem 1997 a 2013 skrzywdzono około 1400 dzieci, a niezależne dochodzenie w Telford doliczyło się ponad tysiąca ofiar na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Przedmiotem mojej uwagi jest tu zachowanie aparatu państwa i tylko ono, bez względu na to, kim byli sprawcy. Raporty i późniejsze dochodzenia wskazywały, że urzędy obawiały się oskarżeń o rasizm i że panowała w nich kultura administracyjna utrudniająca nazwanie przestępstwa po imieniu, tak że w wykorzystywanych dzieciach widziano nieraz osoby dokonujące złych życiowych wyborów i odmawiano im tym samym miana ofiar. Odwrócenie dokonało się tam przez zaniechanie: instytucja powołana do ochrony przestała chronić, ponieważ inna norma, polityczna albo kulturowa, wzięła górę nad rozpoznaniem faktów.

We Francji rzecz przybrała inną postać. W czasie protestów żółtych kamizelek, w latach 2018 i 2019, państwo użyło wobec własnych obywateli środków bardzo stanowczych: tysiące ludzi zatrzymano, tysiące skazano, a wielu odniosło ciężkie obrażenia. A przecież od dziesięcioleci toczy się tam debata o obszarach, na których to samo państwo z coraz większym trudem wykonuje swoje podstawowe funkcje. Pełnię siły okazuje ono obywatelowi, który trzyma się systemu i uznaje jego reguły, słabnie zaś tam, gdzie reguły te są otwarcie podważane.

W Niemczech odwrócenie ujawniło się na innym poziomie. Decyzje z 2015 roku otworzyły kraj dla bardzo wielkiej liczby migrantów i uchodźców, a spór o ich skalę, podstawę prawną i następstwa trwa do dziś. Dla mechanizmu, o którym piszę, liczy się w nich to, że państwo może uznać wartość moralną za nadrzędną wobec funkcji, dla której dana instytucja powstała, a wtedy ochrona granicy, bezpieczeństwo obywateli i władza nad własnym terytorium zostają podporządkowane normie wobec tych funkcji zewnętrznej. Empatia, która miała działanie państwa korygować, zajmuje wówczas miejsce jego pierwotnego celu.

W Hiszpanii podobna słabość wyszła na jaw w maju 2021 roku, kiedy Maroko złagodziło kontrolę graniczną i w ciągu dwóch dni do Ceuty przedostały się tysiące ludzi, co powszechnie odczytano jako nacisk polityczny w sporze o Saharę Zachodnią. Migracja posłużyła za instrument nacisku jednego państwa na drugie. Państwo, które przyjętą doktryną samo ograniczyło sobie możliwość reagowania, staje się bezbronne wobec przeciwnika, który tę doktrynę zna i wie, że w jej granicach może działać bezkarnie. Zasady, którymi instytucja miała się kierować, obracają się wtedy przeciw tym, których miała chronić.

W czterech państwach, w okolicznościach zupełnie różnych, powtarza się jeden wzór: instytucja zachowuje nazwę, formę i język swego pierwotnego celu, mówi dalej o ochronie, prawach, bezpieczeństwie, solidarności i empatii, a jej działanie zwraca się już przeciw tym, dla których ją powołano. Ten sam wzór oznacza wszakże co innego na Zachodzie i co innego w Polsce, ponieważ każdą z tych wspólnot trzyma w całości co innego.

Egzoszkielet Zachodu i endoszkielet Polski

Zachód oparł swoje nowożytne trwanie na prawie, procedurze i instytucji, a więc na formie zewnętrznej, która miała dźwigać wspólnotę także wtedy, gdy słabła wiara, z której ta forma wyrosła. Nazywam taką konstrukcję egzoszkieletem. Dopóki forma jest sprzężona z celem i sprawdza się ją skutkiem, egzoszkielet niesie znakomicie i jemu Zachód zawdzięcza swoją sprawność. Kiedy cel obumiera, a forma zostaje, egzoszkielet zamienia się w pancerz nad pustką, broniony tym żarliwiej, im mniej pod nim zostało, bo przyznanie, że cel umarł, wyglądałoby na zdradę cywilizacji. Rotherham i Telford pokazują ten właśnie stan: procedury działały, urzędy miały siedziby, budżety i kompetencje, a celu, dla którego to wszystko powstało, nikt już nie pilnował. Raport o Rotherham ukazał się w roku 2014, dochodzenie w Telford zakończono w 2022, a debata o następnych trwa do dziś, bo tak właśnie egzoszkielet próbuje się naprawiać. Dokłada jednak procedurę do procedury, co pogrubia pancerz, a celu samo przez się nie wskrzesza.

Polska nigdy na takim szkielecie nie stała. Prawo nie było u nas tym, co utrzymuje wspólnotę po wyjęciu z niej sensu, a rolę tę pełniły wiara, pamięć i historia, czyli rdzeń wewnętrzny, który nazywam endoszkieletem. Dzięki niemu naród przetrwał sto dwadzieścia trzy lata bez państwa, słaby w wykonaniu i mocny w trwaniu, co jest opisem pewnej asymetrii i nie powinno nikomu służyć ani za komplement, ani za mit. Kto ocenia Polskę jako gorszy, niedokończony egzoszkielet Zachodu, ten porównuje rzeczy nieporównywalne już w punkcie wyjścia. Położenie Polski jest inne niż położenie Zachodu, a porównanie w kategoriach „lepiej” i „gorzej” nic tu nie mówi.

Odwrócona instytucja odsłania na Zachodzie pustkę pod pancerzem, w Polsce natomiast uderza w rdzeń, który żyje, i widać to w samej sprawie białołęckiej. Policjanci, kurator i sąd rodzinny rozpoznali rzecz jednakowo, choć przepisy zostawiały im swobodę oceny, a zatem ich rozpoznanie musiało pochodzić skądinąd: z tego, co ci ludzie wiedzą o rodzinie, o krzywdzie i o mierze, zanim otworzą kodeks. Tak pracuje endoszkielet. Podobnie pracował jesienią 2021 roku na granicy polsko-białoruskiej, kiedy migracji użyto jako instrumentu nacisku państwowego, Polska odpowiedziała obroną granicy, a zasadnicze instytucje państwa działały według jednego rozpoznania sytuacji. O poszczególne środki można się spierać, ale państwo znało swój cel i umiało go nazwać.

Po grudniu 2023 roku zmieniła się w Polsce skala decyzjonizmu, ponieważ rząd wtedy utworzony uczynił z niego metodę rządzenia. Władze mediów publicznych odwołano w grudniu 2023 roku z dnia na dzień, sięgając po kodeks spółek handlowych i omijając organ, któremu ustawa te powołania powierzała. Orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego od marca 2024 roku nie ogłasza się w Dzienniku Ustaw, a za podstawę służy uchwała Sejmu, która w porządku źródeł prawa nie wiąże nikogo poza samą izbą. Szef rządu zapowiedział zaś publicznie we wrześniu 2024 roku, że jego gabinet nieraz jeszcze popełni błędy albo czyny, które zdaniem części autorytetów prawnych będą „niezgodne albo nie do końca zgodne z zapisami prawa”, i że nic nie zwalnia go z działania. W każdym z tych przypadków kolejność jest ta sama co na Białołęce: rozstrzygnięcie zapada najpierw, a drogi prawnej szuka się dla niego potem. Metoda stosowana na szczycie schodzi potem w dół, bo urzędy uczą się przez przykład.

W państwie o mocnym egzoszkielecie decyzjonizm natrafiłby na opór formy. W Polsce forma jest słaba i oporu stawia niewiele, co widać po łatwości, z jaką po trzech sprawdzeniach zakończonych tym samym wynikiem znaleziono jeszcze jeden kanał działania, toteż cały ciężar decyzjonizmu spada na to, co wspólnotę rzeczywiście dźwiga, czyli na wspólne znaczenia. Każdy akt tego rodzaju wymaga bowiem od urzędnika i od obywatela, żeby uznali, że słowa „ustawa”, „wyrok”, „przemoc” i „ochrona” znaczą to, co w danej chwili postanowi władza, a rdzeń opiera się właśnie na tym, że słowa te znaczą to samo dla wszystkich. Dlatego decyzjonizm uprawiany na taką skalę uważam za próbę wydrążenia rdzenia. Jej postępy poznaje się po losie oburzenia: gdzie rdzeń trzyma, oburzenie na krzywdę jest wspólne i działa naprawczo, a gdzie jest już drążony, oburzenie jednej strony druga bierze za dowód stronniczości i nie słyszy w nim sygnału, że stało się coś wymagającego naprawy. Wtedy sama definicja błędu staje się przedmiotem walki, czego przykładem, przy całej różnicy wagi, jest spór o Trybunał Konstytucyjny, w którym dwie strony orzekają o statusie tego samego organu, każda uznaje własne rozstrzygnięcie i zanika instancja, której decyzja kończy spór także dla tego, kto się z nią nie zgadza.

Stawka jest przy tym w Polsce wyższa niż na Zachodzie. Zachód może długo stać na samym pancerzu, który, choć pusty, trzyma kształt. Polska pancerza nigdy nie miała i gdyby wydrążono jej rdzeń, nie zostałoby nic, na czym wspólnota mogłaby się oprzeć: instytucje stałyby nadal, z nazwami, siedzibami, pieczęciami i kompetencjami, jako łup dla tego, kto akurat zdoła je przejąć. Próba ta dotąd się nie powiodła, o czym świadczy choćby sąd rodzinny, który krzywdę nazwał krzywdą bez oglądania się na to, kto ją wyrządził.

Kto płaci za błąd państwa?

Korekta przyszła wszakże po szkodzie. Rodzina była już rozdzielona, dzieci znalazły się w placówce, a rodzice musieli uruchamiać procedury, szukać pomocy i czekać na reakcję kolejnej instytucji. Cały ciężar czasu, który upłynął między decyzją a jej uchyleniem, poniósł człowiek, którego decyzja dotknęła, urząd zaś ryzykował co najwyżej to, że jego działanie zostanie później uchylone. Taka nierówność sprzyja decyzjonizmowi, ponieważ decyzję wykonuje się od razu, a korekta przychodzi z opóźnieniem, i układ, w którym obywatel płaci natychmiast i w całości, a urząd prawie wcale, nikogo nie skłania do ostrożności przed sięgnięciem po przymus.

Nie pomoże tu dokładanie procedur na wzór zachodni, które dałoby Polsce cudzy pancerz bez dawnego zachodniego sprzężenia formy z celem, ani sam powrót do ducha i historii, z których bierze się trwanie bez wykonania, znane nam aż za dobrze, ani wreszcie wymiana ludzi u steru, skoro nowi ludzie pod starą regułą odtwarzają starą metodę. Zadaniem jest zbudowanie własnej formy zewnętrznej na szkielecie, który Polska już ma, to znaczy egzoszkieletu wykonalności na endoszkielecie sensu, przy czym forma ta ma być rozliczana ze skutku, bo sama zgodność z pieczęcią niczego jeszcze o niej nie mówi. Pierwsze jej elementy dają się wskazać na przykładzie Białołęki.

Trzeba rozstrzygnąć, kto ustala stan faktyczny i w którym momencie uznaje się go za ustalony, czy organ niezadowolony z wyniku ustaleń ma prawo uruchamiać kolejne ścieżki tak długo, aż otrzyma rezultat pożądany, jakie nowe fakty muszą wyjść na jaw, żeby wolno było podważyć wcześniejsze rozpoznanie, i wreszcie kto płaci za interwencję, która okazała się błędna. Reguły te utrzymają się tylko na wspólnym rozumieniu, czym jest państwo, rodzina, przemoc, ochrona i proporcjonalność i którędy biegnie granica między pomocą a przymusem, ponieważ bez niego każdy mechanizm kontroli zostanie uznany za narzędzie jednej ze stron. Sens, którego nikt nie mierzy, jest hasłem, pomiar oderwany od sensu staje się pancerzem albo narzędziem władzy nad obywatelem i dopiero złożenie obu daje państwo, które umie chronić.

.Prawa dziecka powstały w cywilizacji Zachodu jako tarcza osłaniająca słabego przed silnym, a więc przed przemocą dorosłych, ale i przed przemocą państwa. Kiedy urząd powołany do ochrony dziecka doprowadza do odebrania go rodzicom w okolicznościach, w których sąd mówi potem o rażącej nieproporcjonalności i możliwych znamionach przemocy instytucjonalnej, tarcza staje się mieczem wymierzonym w tego, kogo miała osłaniać, choć nazwa urzędu i sam urząd są te same co przedtem. Urząd zdolny krzywdzić w imię ochrony jest przeto sprawdzianem dwóch rzeczy naraz: czy rdzeń, wobec którego krzywda jest krzywdą bez względu na to, kto ją wyrządza, wytrzyma drążenie oraz czy wspólnota potrafi wreszcie zbudować formę, która go obroni.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 2 października 2026