
Utrata miary. Państwo nie może orzekać o wartości człowieka
Co dzieje się z państwem, kiedy obywatel przestaje być dla niego podmiotem, a staje się elementem procedury, materiałem sprawy, zasobem, którym można zarządzać? Gdzie przebiega granica uprawnień państwa wobec człowieka i co dzieje się wtedy, gdy władza przestaje tę granicę dostrzegać? Odwołując się do Hannah Arendt, Edyty Stein i Carla Schmitta, Maciej ŚWIRSKI opisuje mechanizm „utraty miary” – moment, w którym państwo zaczyna uznawać samo siebie za źródło prawa, normy i rzeczywistości obywatela.
I. Konwój
Czternastego lipca, pięć minut po szóstej rano, na wakacjach w Puszczy Augustowskiej, obudziło nas trzech funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Zatrzymanie, wywózka do prokuratury w Rzeszowie – drugi koniec Polski.
W tym pośpiechu i stresie, przy pakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy, chwyciłem z półki pierwszą książkę, jaka wpadła mi w rękę, żeby mieć co czytać w drodze. Były to Korzenie totalitaryzmu Hannah Arendt. Nomen omen.
Wieziono mnie okrężnie, przez pół Polski, z przystankiem na rewizję w domu. Od pewnego czasu w programach telewizyjnych na mój temat powtarzało się słowo „bizancjum” – „bizancjum Świrskiego”, dowód, że oto człowiek, który „pławił się w luksusie”. Otóż jeśli szukać w moim życiu czegoś, co zasługiwałoby na tę nazwę, to są nim książki. Nie zbiór o jakiejś wartości, którą dałoby się oszacować i wpisać do protokołu; po prostu książki, z których się w tym domu żyło i myślało, czytane i te dopiero czekające. Do tego bizancjum należą również ikony, które moja żona maluje, i jej teksty o malarstwie sakralnym.
I z półki tego bizancjum, pod okiem funkcjonariuszy zdjąłem drugą książkę na dalszą drogę. Już nie przypadkową – wybraną: Eine Untersuchung über den Staat Edyty Stein. Studium o państwie, pisane w latach dwudziestych przez kobietę, którą jej państwo kilkanaście lat później wywiozło do Auschwitz i tam zamordowało. Do dziś nie ma polskiego przekładu tej rozprawy; wiozłem ze sobą wydanie angielskie.
Były więc w tym samochodzie trzy warstwy tej samej sprawy. Książki o tym, czym państwo jest i gdzie leży granica jego uprawnienia. Autorka, którą państwo uznało za materiał do usunięcia. I czytelnik obu tych książek, wieziony właśnie przez aparat państwa przez pół kraju, żeby stanąć przed prokuratorem.
Gdzieś w drodze wpadło mi w oko takie zdanie:
Nie ma nic bardziej charakterystycznego dla polityki siły w dobie imperializmu, jak zastąpienie ściśle umiejscowionych, ograniczonych i dlatego dających się przewidzieć celów narodowych nieograniczonym dążeniem do coraz większej władzy zdolnej panoszyć się na całym globie i pustoszyć go bez żadnego z góry określonego celu narodowego czy terytorialnego, której ukierunkowania zatem nie sposób przewidzieć.
Hannah Arendt, Korzenie totalitaryzmu, przeł. D. Grinberg, M. Szawiel, Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA, Warszawa, cz. II „Imperializm”, Wstęp, s. 162–163
Czytałem je nie o Niemczech przełomu wieków. Czytałem je o państwie, które właśnie mnie wiozło.
Muszę tu postawić granicę, i postawię ją od razu, żeby nie było nieporozumień co do rodzaju tego tekstu. Nie będzie w nim ani słowa o tym, co mi się zarzuca, ani o tym, czy zarzuty są zasadne. Sprawa jest w toku, jestem w niej stroną, a strona pisząca esej o własnej niewinności nie pisze eseju, tylko apelację – i czytelnik ma prawo taki tekst odłożyć. Scena z konwoju jest tu tylko ramą; linii obrony w niej nie ma. Interesuje mnie coś, co jest ode mnie znacznie większe i co będzie trwać długo po tym, jak moja sprawa się zakończy, jakkolwiek się zakończy: mechanizm, w którym państwo przestaje traktować obywatela jak podmiot, a zaczyna jak materiał.
O tym jest ten esej, który zastąpi dotychczasowy wstęp mojej książki, właśnie skierowanej do przedsprzedaży – Unicestwianie. Czy Polska przetrwa epokę algorytmów (wydawnictwo Maforion, maforion.pl).
II. Człowiek jako zasób
Zanim dojdę do prawa, muszę powiedzieć o czymś, co jest od prawa wcześniejsze i co prawo tylko wykonuje.
Kiedy jedzie się przez pół kraju w samochodzie, którego kierunku się nie wybiera, o godzinie, której się nie ustalało, do miejsca, którego się nie zna, dowiaduje się o państwie więcej niż z podręcznika ustroju. Nie chodzi o strach – strach jest tu akurat najmniej ciekawy. Chodzi o rodzaj obecności, jaki się wtedy ma. Człowiek jest w tym samochodzie, rozmawia, prosi o postój, dziękuje za kawę. A jednocześnie wie, i wiedzą to wszyscy w tym aucie, że jego obecność nie ma żadnego znaczenia dla przebiegu tego, co się dzieje. Sprawa toczy się bez niego. On jest w niej przewożony.
To jest doświadczenie, którego nie da się sprowadzić do naruszenia procedury. Procedury mogły zostać dochowane co do joty. Rzecz w czymś głębszym: w tym, że w pewnym momencie przestaje się być kimś, a zaczyna być czymś. Elementem sprawy. Pozycją w harmonogramie. Materiałem, który trzeba dostarczyć z punktu A do punktu B, a potem poddać procedurze, której przebiegu nie wybiera.
Otóż twierdzę, że nie jest to skutek złej woli konkretnych ludzi ani wypadek przy pracy. Jest to konsekwencja pewnego założenia – założenia tak głęboko wbudowanego w polskie państwo, że nikt go już nie zauważa, bo nikt go nigdy nie sformułował. Sformułuję je zatem, choć zabrzmi to na pierwszy rzut oka nieprawdopodobnie: polskie państwo zakłada, że jest źródłem rzeczywistości swoich obywateli.
Wyjaśnijmy, co to znaczy, bo w tym zdaniu nie ma przenośni.
Istnieją dwa zupełnie różne sposoby myślenia o tym, skąd bierze się to, co istnieje. Pierwszy powiada, że byt spływa z jednego źródła, stopniowo się rozrzedzając: im dalej od źródła, tym mniej rzeczywistości. To, co niżej, jest cieniem tego, co wyżej – nie ma własnej substancji, jest wypromieniowaniem czegoś doskonalszego. Nazwijmy ten sposób myślenia emanacyjnym; ma on długą i dostojną historię, sięgającą Plotyna, i przez półtora tysiąca lat kształtował wyobraźnię polityczną Europy, choć rzadko robił to jawnie.
Drugi powiada coś przeciwnego: że rzeczy istnieją własnym aktem istnienia. Kamień jest kamieniem, a nie słabszym odbiciem idei kamienia. Człowiek jest człowiekiem – kimś, kto istnieje sam, na własny rachunek, nie jako czyjaś emanacja. Nazwijmy to realizmem.
Różnica wydaje się akademicka. Nie jest. Ma bowiem konsekwencje polityczne tak dosłowne, że da się je zobaczyć z tylnego siedzenia samochodu.
Jeżeli państwo jest źródłem, a obywatel emanacją, to obywatel nie ma własnej rzeczywistości. Ma tyle rzeczywistości, ile mu państwo udzieli. Jego prawa nie są jego – są mu przyznane i mogą być cofnięte. Jego godność nie jest jego – jest funkcją miejsca w hierarchii. Jego istnienie jako podmiotu jest pochodne, a więc odwoływalne. W takim układzie traktowanie człowieka jako zasobu nie jest nadużyciem. Jest poprawnym wnioskiem z przesłanki. Skoro obywatel jest wypromieniowaniem państwa, to państwo dysponuje nim tak, jak dysponuje się własnym wytworem – i nie popełnia przy tym żadnego błędu logicznego ani moralnego. Popełniłoby błąd dopiero wtedy, gdyby uznało, że ma do czynienia z czymś, co istnieje niezależnie od niego.
I tu dochodzimy do rzeczy, którą uważam za sedno polskiej choroby ustrojowej. Nasze państwo – i to niezależnie od tego, kto nim akurat rządzi – jest zbudowane emanacyjnie. Nikt tego nie postanowił; taka po prostu jest cała nasza tradycja administracyjna, zaborcza, potem sanacyjna, komunistyczna i transformacyjna, za każdym razem oparta na tym samym niewypowiedzianym założeniu, że rzeczywistość społeczna spływa z góry na dół. Urząd wie lepiej, centrala rozdziela, obywatel składa wniosek i czeka na przyznanie. Prawa się tu nie odkrywa, lecz nadaje z góry; prawdy nikt nie dochodzi, ogłasza się ją gotową; a człowiek nie zostaje w takim urzędzie zastany, zostaje zakwalifikowany.
Proszę zwrócić uwagę, jak to działa w praktyce najzwyklejszej, bez żadnych zatrzymań i konwojów. Kiedy urzędnik mówi obywatelowi „nie ma pan prawa”, zwykle nie stwierdza faktu prawnego. On to prawo w tym momencie ustanawia– i obie strony to wiedzą. Kiedy instytucja ogłasza, że ktoś nie spełnia kryteriów, rzadko odwołuje się do kryteriów istniejących wcześniej; częściej kryteria są dopasowywane do rozstrzygnięcia, które już zapadło. To jest emanacja w czystej postaci: decyzja płynie z góry i dopiero ona wytwarza rzeczywistość, do której się odnosi.
Hannah Arendt opisała skutki tego mechanizmu, choć wychodziła od zupełnie innego materiału. Pisząc o imperializmie, zauważyła, że jego istotą jest zamiana podmiotu w narzędzie, w stopień na drodze do celu, którego ten podmiot sam nie wyznacza; zabór ziemi jest przy tym drugorzędny. I dodała rzecz najważniejszą: taka ekspansja nie ma granicy, bo nie ma terytorialnie określonego celu. Rozrasta się, ponieważ się rozrasta.
Otóż mechanizm ten działa nie tylko między państwami. Działa wewnątrz nich – i tam jest znacznie trudniejszy do zauważenia, bo nie przekracza żadnej granicy na mapie. Państwo bywa imperialne wobec własnego obywatela w tym momencie, w którym zaczyna go traktować jak materiał do zagospodarowania, choć wciąż stoi przed nim ktoś istniejący niezależnie. Nazywam to utratą miary – utratą poczucia granicy własnego uprawnienia, granicy, której nie ustanawia żaden przepis, a która bierze się stąd, że po drugiej stronie stoi ktoś, kogo państwo nie stworzyło.
Bo tu leży cała rzecz. Granica władzy nie bierze się z konstytucji – konstytucję można zmienić, obejść albo uznać za zawieszoną. Granica władzy bierze się stąd, że istnieje coś, czego władza nie jest źródłem. Jeżeli obywatel istnieje własnym aktem istnienia, państwo napotyka w nim rzeczywistość, której nie wytworzyło i której nie może unieważnić – może go co najwyżej zabić, ale nie może sprawić, żeby nigdy nie był. Jeżeli natomiast obywatel jest emanacją państwa, żadna granica nie istnieje, ponieważ nie ma czego napotkać. Wszystko, co znajduje się w polu widzenia władzy, jest jej własnym produktem.
I dlatego wszystkie prawne zabezpieczenia, o których będzie mowa dalej, są wtórne. Procedura, domniemanie niewinności, prawo do obrony, niezależność sądu – to są urządzenia zbudowane na pewnym założeniu o naturze człowieka. Kiedy założenie znika, urządzenia zostają, ale przestają działać, tak jak zamek zostaje w drzwiach wyjętych z futryny. Można je nadal opisywać, można się na nie powoływać, można nawet ścigać za ich naruszanie. Nie chronią jednak niczego, bo nie ma już czego chronić: w porządku emanacyjnym nie ma po drugiej stronie nikogo, komu prawo by przysługiwało – jest tylko ktoś, komu je przyznano i komu można je odjąć.
To jest powód, dla którego uważam wymianę ekipy rządzącej za lekarstwo pozorne. Rzecz nie w tym, że wszyscy są tacy sami; nie są, a różnice bywają ogromne. Rzecz w tym, że każda kolejna ekipa obejmuje ten sam aparat, zbudowany na tym samym założeniu, i po kilku miesiącach zaczyna zachowywać się zgodnie z jego logiką, choćby wchodziła do niego z najlepszymi intencjami. Aparat emanacyjny formuje tych, którzy nim kierują, szybciej, niż oni zdążą uformować jego.
Naprawa musi więc pójść głębiej niż ustawa. Musi zacząć się od zerwania z założeniem, że państwo jest źródłem rzeczywistości swoich obywateli, i od powrotu do realizmu: do uznania, że człowiek istnieje wcześniej i niezależnie, że nie jest niczyją emanacją, że jego godność nie jest nikomu udzielona, więc nie może być cofnięta. Brzmi to jak filozofia, i jest filozofią. Ale to właśnie filozofia decyduje o tym, czy człowiek jadący przez pół Polski w cudzym samochodzie jest w nim kimś, czy czymś.
Odpowiedź na pytanie, jak wygląda państwo zbudowane na realizmie, dała w latach dwudziestych ubiegłego wieku Edyta Stein – i do niej wrócę pod koniec tego eseju. Najpierw jednak muszę pokazać, jak wygląda państwo zbudowane na jego przeciwieństwie, kiedy dojdzie do skutków ostatecznych. I tu potrzebny będzie ktoś, kto myślał dokładnie odwrotnie niż ona.
III. Decyzjonizm: gdy decyzja poprzedza normę
Trzeciej książki nie musiałem brać z półki. Carl Schmitt jechał ze mną i tak, choć nie jako lektura; jechał jako mechanizm, który rozpoznaje się w tym, co dzieje się za oknem.
Schmitt jest postacią, której się nie przywołuje bezkarnie. Prawnik, który w 1933 roku wstąpił do NSDAP i zasłużył sobie na miano koronnego jurysty III Rzeszy, teoretyk państwa, które kilka lat później zamordowało Edytę Stein. Piszę o nim wcale nie z ochoty do cytowania, tylko dlatego, że nikt precyzyjniej nie opisał mechanizmu, o którym mowa. Bywa i tak, że najlepszy opis choroby zostawia po sobie ten, kto ją hodował.
Trzy elementy jego myśli wystarczą, żeby zobaczyć wzór.
Pierwszy: suwerenem jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym. Suwerenem czyni więc nie posłuszeństwo normie, tylko władza orzekania, że sytuacja jest nadzwyczajna i norma przestaje obowiązywać. Kluczowa jest tu forma tego orzeczenia. Nikt nie ogłasza, że zawiesza konstytucję. Ogłasza się, że zaistniała sytuacja, w której przepis nie znajduje zastosowania.
Drugi: pierwszeństwo decyzji nad normą. W porządku prawnym norma poprzedza decyzję – najpierw przepis, potem działanie na jego podstawie. W decyzjonizmie kolejność się odwraca: najpierw zapada decyzja, potem szuka się przepisu, który da się do niej dopasować. Norma nie ogranicza wtedy władzy; norma jest fasadą władzy.
Trzeci: rozróżnienie przyjaciel–wróg jako istota polityczności. Przeciwnik przestaje być stroną sporu, a staje się wrogiem – a wobec wroga procedura nie obowiązuje, bo procedura zakłada równość stron, której z definicji nie ma.
Przyłóżmy ten wzór do polskiej praktyki ostatnich lat.
Funkcję stanu wyjątkowego pełni u nas formuła „kryzys konstytucyjny lat 2015–2023″. Ogłoszona jednostronnie uchwałą Sejmu z 6 marca 2024 roku, stała się podstawą twierdzenia, że uwzględnianie rozstrzygnięć Trybunału Konstytucyjnego może stanowić naruszenie zasady legalizmu. Na tej podstawie Rada Ministrów uchwałą nr 162 z 18 grudnia 2024 roku uznała ogłaszanie orzeczeń Trybunału za niedopuszczalne i zobowiązała premiera do dalszego ich niepublikowania – z uzasadnieniem, że Trybunał w obecnym składzie jest niezdolny do wykonywania zadań określonych w artykułach 188 i 189 Konstytucji.
Proszę zwrócić uwagę na konstrukcję. Artykuł 190 ustęp 2 Konstytucji nakazuje niezwłoczne ogłaszanie orzeczeń Trybunału. Uchwała rządu nie znosi tego przepisu – nie mogłaby, uchwała nie jest źródłem prawa. Twierdzi, że w zaistniałej sytuacji nadzwyczajnej przepisu się nie stosuje. To jest podręcznikowy Ausnahmezustand: decyzja polityczna rozstrzyga, który organ konstytucyjny istnieje naprawdę, a norma zostaje zawieszona w imię wyższej konieczności.
Ten sam wzór widać w przejęciu mediów publicznych w grudniu 2023 roku. Uchwała Sejmu z 19 grudnia miała charakter wezwania, nie podstawy prawnej; przyznają to nawet analizy broniące legalności tych działań, wskazując jako właściwą podstawę Kodeks spółek handlowych. Otóż zastosowanie Kodeksu spółek handlowych do materii regulowanej ustawą o radiofonii i telewizji nie jest brakiem podstawy prawnej. Jest czymś gorszym: podstawą dobraną po decyzji, żeby decyzję uzasadnić. Norma jako fasada. Zarządy i rady nadzorcze wymieniono z pominięciem Rady Mediów Narodowych i wbrew postanowieniu zabezpieczającemu Trybunału z 14 grudnia.
I tu należy się czytelnikowi rzecz, bez której cały wywód byłby stronniczy. Trybunał orzekł w grudniu 2016 roku, że powierzenie Radzie Mediów Narodowych powoływania władz mediów publicznych z pominięciem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji jest niezgodne z Konstytucją. Wyroku tego nie wykonano. Poprzednia większość również nie wykonała orzeczenia, które jej nie odpowiadało – i to jest dokładnie ten sam mechanizm, tyle że zwrócony w drugą stronę.
Trzeci przykład dotyczy rozróżnienia przyjaciel–wróg w jego najczystszej postaci. Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z 29 września 2025 roku zmieniające Regulamin urzędowania sądów powszechnych wprowadza odstępstwo od losowego przydziału spraw: przewodniczący wydziału może sędziego z losowania wyłączyć albo wyznaczyć. Rzecz w tym, że losowanie jest procedurą ślepą na tożsamość stron – i na tym polega cała jego wartość. Wyznaczanie zakłada, że wiadomo, kto jest kim. Rozporządzenie zaskarżyły Krajowa Rada Sądownictwa i Prezydent.
Czwarty przykład jest najbardziej pouczający, ponieważ pokazuje decyzjonizm w formie doskonale legalnej. W budżecie na rok 2025 nie przewidziano środków na wynagrodzenia sędziów Trybunału Konstytucyjnego, mimo że artykuł 195 ustęp 2 Konstytucji nakazuje zapewnić im wynagrodzenia odpowiadające godności urzędu. Trybunału nie da się znieść ustawą zwykłą. Ale można go nie sfinansować. Formalnie wszystko jest w porządku: parlament ma prawo uchwalać budżet, poprawka jest instrumentem przewidzianym przez procedurę. Materialnie: norma została użyta jako narzędzie przeciw normie.
Ta technika ma cechę, którą warto nazwać osobno, bo odróżnia ją od pozostałych. Wyrok Trybunału można opublikować z opóźnieniem – szkoda jest odwracalna. Cięcie budżetowe wywołuje skutki, których się nie odwraca. Instytucja badawcza pozbawiona środków rozwiązuje zespoły, traci ciągłość pomiarów, przerywa projekty; gdy po dwóch latach przywróci się finansowanie, wznowić prac w punkcie, w którym stanęły, już się nie da, bo stan techniki poszedł dalej. Decyzja formalnie roczna i formalnie odwracalna wytwarza fakty dokonane. Wobec nich późniejsze przywrócenie normy jest bezprzedmiotowe – norma wraca do świata, w którym nie ma już czego chronić.
Pozostaje pytanie, jak to możliwe, że tak wiele osób uczestniczy w mechanizmie, którego żadna z nich by nie zaprojektowała. I tu wraca Arendt, tym razem już nie Korzeniami totalitaryzmu, tylko Eichmannem w Jerozolimie i pojęciem, które przyniosło jej najwięcej wrogów: banalnością zła.
Arendt zauważyła, że zło na wielką skalę nie potrzebuje demonicznych sprawców. Wystarczą urzędnicy, z których każdy podejmuje decyzję drobną, formalnie poprawną i mieszczącą się w jego kompetencji. Nikt nie decyduje o całości. Każdy decyduje o swoim wycinku: kto zredaguje uchwałę, kto ją podpisze, kto wniesie poprawkę do budżetu, kto wyznaczy sędziego, kto wstrzyma publikację w dzienniku urzędowym, kto zmontuje materiał o czyimś bizancjum. Suma tych banalnych decyzji daje władzę nieograniczoną, której nikt świadomie nie ustanowił i za którą nikt nie poczuwa się do odpowiedzialności – każdy bowiem z osobna działał w granicach swojego biurka.
To jest brakujące ogniwo między Schmittem a polską rzeczywistością. Schmitt opisuje suwerena jednego, świadomego i jawnego – kogoś, kto ogłasza stan wyjątkowy i bierze za to odpowiedzialność. W nowoczesnym państwie suweren jest rozproszony. Stan wyjątkowy nie zostaje ogłoszony; on się składa – z tysiąca drobnych zaniechań, podpisów i poprawek. I właśnie dlatego jest groźniejszy: nie ma momentu, w którym ktokolwiek mógłby powiedzieć „to teraz przekraczamy granicę”.
Dowód mam pod ręką. Uchwała Rady Ministrów nr 162 nie mówi „zawieszamy Konstytucję”. Mówi, że publikowanie orzeczeń mogłoby utrwalić kryzys praworządności. Każde zdanie z osobna brzmi jak troska o porządek prawny. Suma daje zawieszenie artykułu 190 ustępu 2.
Widać teraz, dlaczego decyzjonizm tak łatwo przyjął się na polskim gruncie. On niczego nie musiał tu wprowadzać; dopowiedział tylko do końca to, co było już założone. Państwo, które uważa się za źródło rzeczywistości swoich obywateli, nie potrzebuje długiej drogi do wniosku, że jest również źródłem obowiązującego prawa. Decyzjonizm nie zaatakował więc zdrowego organizmu; jest dojrzałą postacią choroby, która trwała wcześniej w formie utajonej.
Schmitt odpowiada więc na pytanie, jak to działa. Nie odpowiada na pytanie, gdzie jest granica, bo w jego systemie granicy nie ma z założenia i być nie może: skoro to decyzja ustanawia normę, nie istnieje nic, co by decyzję poprzedzało. Na to drugie pytanie odpowiedź padła gdzie indziej, z tej samej szkoły filozoficznej, choć z ust kogoś, komu przyszło za nią zapłacić własnym życiem.
IV. Technika: kara medialna przed wyrokiem
Obok postępowania prawnego biegnie w Polsce postępowanie równoległe. Ma inne reguły, inny standard dowodu i zupełnie inny cel. Postępowanie prawne pyta, czy człowiek złamał przepis. Postępowanie medialne pyta, kim ten człowiek jest. Pierwsze kończy się wyrokiem, od którego przysługuje apelacja. Drugie kończy się orzeczeniem, od którego odwołać się nie sposób, ponieważ formalnie nikt go nie wydał.
Mechanizm jest prosty i skuteczny. Pokazanie domu, majątku, wydatku, klasy lotu nie służy ustaleniu żadnego faktu istotnego dla sprawy. Służy ustaleniu czegoś innego: że oto człowiek gorszego gatunku. Słowo takie jak „bizancjum” nie jest kategorią prawną. Nie istnieje przepis, który definiowałby bizancjum, nie ma sądu, przed którym można by dowieść, że się bizancjum nie posiada. Jest to orzeczenie moralne wydane przed wyrokiem i zamiast wyroku.
Znam tę figurę skądinąd i mam dla niej nazwę: terror moralny. Polega on na tym, że kto zostanie odpowiednio nazwany, ten traci prawo do bycia wysłuchanym. Jego obrony nikt nie odbiera jako argumentu; słyszy się w niej kolejny dowód winy, bo przecież tylko winny musiałby się tłumaczyć. Jest to konstrukcja domknięta: milczenie potwierdza zarzut, mówienie potwierdza zarzut.
Warto się przyjrzeć, jak to działa technicznie, bo tu tkwi sedno. Technika nie polega na kłamstwie. Kłamstwo jest ryzykowne i podlega sprostowaniu. Polega na podaniu faktu z pominięciem tego, co czyni go zrozumiałym. Ta sama rzecz w dwóch kontekstach znaczy dwie zupełnie różne rzeczy.
Weźmy przykład z mojej własnej sprawy. Kwotę zapłaty za kolację dla dwunastu byłych ambasadorów amerykańskich, wizytujących Polskę w podróży studyjnej dla Pentagonu, podano bez liczby osób, bez charakteru spotkania i bez obowiązującej stawki. Przestała przez to być informacją o wydatku, a stała się orzeczeniem o człowieku, który musiał zapłacić za tę kolację służbową kartą. Podobnie klasa lotu: dopóki nie wiadomo, czy chodzi o jeden urlop w roku, czy o kilkanaście przelotów służbowych, opisuje już nie bilet, tylko charakter. A słowo „bizancjum” niczego nie opisuje; ono wydaje wyrok.
Sedno brzmi więc tak: fakt pozbawiony kontekstu przestaje być faktem. Staje się nośnikiem sądu, którego nie da się odeprzeć, ponieważ formalnie nikt go nie wypowiedział. Nikt nie napisał „ten człowiek jest złodziejem”. Podano liczbę. Wniosek dopowiedział sobie odbiorca.
I tu leży prawdziwa siła tej techniki, znacznie większa niż w otwartym oszczerstwie. Odbiorca dostaje liczbę i wrażenie, że sam wyciągnął z niej wniosek. Sąd zapada w jego głowie, więc czuje go jako własny, nie jako podsunięty. A własnych sądów broni się znacznie zaciekłej niż cudzych. Sprostowanie nie ma wtedy szansy zadziałać, bo zamiast kwestionować cudze twierdzenie, podważa samodzielność myślenia odbiorcy.
To jest dokładnie moment, który opisała Arendt: obywatel przestaje być podmiotem procedury, a staje się materiałem ilustracyjnym. Nie stroną, której przysługują prawa, lecz ilustracją do tezy.
I znów wraca to samo założenie. Orzeczenie o tym, kim ktoś jest, ma sens tylko wtedy, gdy przyjmie się, że jest się źródłem jego rzeczywistości – że słowo wypowiedziane z góry cokolwiek w nim ustanawia. Człowiek, o którym mówi się „bizancjum”, nie zmienia się przez to ani na jotę; zmienia się tylko to, jak widzi go publiczność. Ale w porządku emanacyjnym właśnie to wystarcza za rzeczywistość.
I tu dochodzę do rzeczy, która przenosi cały wywód z poziomu bieżącego sporu na poziom charakteru państwa. Narzędzie orzekania przed wyrokiem i zamiast wyroku nie jest własnością żadnej ekipy. Jest wbudowane w aparat zbudowany emanacyjnie i przeżywa każdą zmianę władzy, bo tkwi w samej konstrukcji, nie w ludziach, którzy nim akurat kierują: w nawykach służb prasowych, w oczekiwaniach zaprzyjaźnionych redakcji, w wyuczonym odruchu widza, który liczbę bez kontekstu bierze za wyrok. Kolejna ekipa nie musi go budować. Zastaje je gotowe i sięga po nie w przekonaniu, że tym razem jest to uzasadnione. Nie jest to przestroga moralna, a opis pewnej mechaniki, do której wrócę pod koniec: kto raz je wykuje, przekona się o jego działaniu w terminie zależnym jedynie od kalendarza wyborczego.
V. Dlaczego to nie jest kwestia kadencji
Najłatwiejszym sposobem unieszkodliwienia tego, co dotąd napisałem, jest sprowadzenie go do sporu partyjnego. Wystarczy zapytać, kto zaczął, kto zrobił więcej i po której stronie leży większa wina, a wtedy cała rzecz rozpłynie się w licytacji krzywd. Otóż to pytanie jest właśnie ucieczką od pytania właściwego. Nie chodzi o to, która ekipa nadużyła aparatu dotkliwiej. Chodzi o to, że aparat w ogóle daje się w ten sposób nadużyć, i że jest to cecha samego państwa, nie tej czy innej władzy.
Mechanizm, który opisuję, jest strukturalny, nie personalny. Nie rządzą tu po prostu źli ludzie i nie da się go wyleczyć ich wymianą. Zmiana ekipy niczego nie naprawia, ponieważ każda kolejna zastaje narzędzia gotowe. Zastaje służby przyzwyczajone do wykonywania poleceń w sprawach o wyraźnym zabarwieniu politycznym. Zastaje prokuraturę, w której awans zależy od czegoś innego niż jakość aktów oskarżenia. Zastaje media publiczne, które przez lata uczono, że mają nadawcę, a nie odbiorcę. I zastaje wyćwiczonego widza, który wie, że po zmianie władzy zmieni się obsada ról, ale nie scenariusz.
Nowa ekipa nie musi tych narzędzi budować. Musi je tylko podnieść, porzucone przez poprzedników. A podnosi je z hasłem i przekonaniem, że tym razem jest inaczej, bo tym razem chodzi o słuszną sprawę. Każda władza sięgająca po ten aparat była o swojej słuszności głęboko przekonana i każda miała po temu własne, brzmiące dla niej poważnie, racje. Nie o szczerość tych racji tu idzie. Idzie o to, że narzędzie działa niezależnie od nich, tak samo w ręku przekonanym o swojej słuszności, jak w ręku cynicznym.
Państwo, w którym służby, prokuratura i media publiczne są traktowane jako łup wyborczy, nie ma miary wpisanej w instytucje. Ma ją tylko w dobrej woli aktualnie rządzących – a dobra wola nie jest instytucją. Jest cechą osobistą, zmienną, zależną od okoliczności, temperamentu i kalendarza. Instytucja jest po to, żeby działała również wtedy, gdy dobrej woli zabraknie. Miara wpisana w procedurę obowiązuje niezależnie od tego, kto ją stosuje i wobec kogo; miara oparta na dobrej woli obowiązuje dopóty, dopóki rządzący uznają, że sytuacja nie jest nadzwyczajna. A sytuacja nadzwyczajna, jak widzieliśmy, jest tym, co suweren sam ogłasza.
Stąd wniosek, który chciałbym postawić możliwie mocno, bo wydaje mi się najważniejszy w całym tym tekście. Każdy, kto dziś przykłada rękę do utraty miary, buduje narzędzie na siebie samego. Nie jest to przestroga moralna ani tym bardziej pogróżka, tylko opis mechaniki. Uchwała, która dziś pozwala pominąć wyrok niewygodnego trybunału, jutro pozwoli pominąć wyrok trybunału wygodnego. Rozporządzenie, które dziś pozwala wyznaczyć sędziego do sprawy przeciwnika, jutro pozwoli wyznaczyć sędziego do sprawy własnej. Poprawka budżetowa, która dziś pozbawia środków instytucję uznaną za wrogą, jutro pozbawi ich instytucję uznaną za swoją. Zmieni się jedynie kierunek, w którym zwrócone jest ostrze. Konstrukcja zostanie ta sama, bo nikt jej nie rozmontował; wszyscy byli zbyt zajęci korzystaniem z niej.
Tu wraca Arendt, i wraca z całą mocą swojej diagnozy. Pisała o władzy zorganizowanej dla samej siebie – takiej, która rodzi więcej władzy, bez celu określonego poza własnym trwaniem. To jest dokładnie stan, do którego prowadzi opisany mechanizm. Poszczególne akty mają jeszcze uzasadnienia, i to uzasadnienia brzmiące sensownie: przywrócenie praworządności, usunięcie skutków kryzysu, ochrona demokracji. Ale ich suma nie zmierza do żadnego stanu docelowego, po osiągnięciu którego można by powiedzieć „dosyć, wracamy do normy”. Bo normą stało się to, że norma obowiązuje warunkowo.
I to jest właśnie moment, w którym znalazła się Polska: utraty miary. I to polega na tym, że przestano uznawać istnienie granicy, poza którą władzy czegoś nie wolno, choćby mogła i choćby miała rację.
VI. Edyta Stein: czym państwo być powinno
Dotąd pisałem o tym, jak państwo działa, gdy traci miarę. To jest diagnoza i, jak każda diagnoza, ma naturalną granicę: opisuje chorobę, ale nie mówi, czym byłoby zdrowie. Żeby powiedzieć, że państwo przekracza granicę swojego uprawnienia, trzeba najpierw wiedzieć, gdzie ta granica przebiega i skąd się bierze. Schmitt na to pytanie nie odpowiada – w jego systemie granicy nie ma z założenia, bo to suweren rozstrzyga, co jest normą. Arendt opisuje skutki jej braku. Odpowiedź przyszła z tego samego czasu i od kogoś, kto miał za nią zapłacić najwyższą cenę.
Edyta Stein pisała swoje studium o państwie w pierwszej połowie lat dwudziestych, jako uczennica Husserla i jedna z najzdolniejszych fenomenologów swojego pokolenia. Pytanie, które postawiła, jest zupełnie inne niż Schmittowskie. Nie pyta, jak państwo funkcjonuje ani co czyni je skutecznym. Pyta, czym państwo jest w swojej strukturze bytowej – i co z tej struktury wynika dla granic jego działania.
Odpowiedź, którą daje, jest dokładnym zaprzeczeniem porządku emanacyjnego, od którego zacząłem ten esej. Państwo nie jest u Stein źródłem rzeczywistości swoich obywateli. Jest wspólnotą osób, która wytwarza pewną formę organizacji – suwerenność, zdolność stanowienia prawa – ale nie wytwarza samych osób ani tego, co czyni je tym, czym są. Osoba jest wobec państwa pierwotna: istnieje wcześniej, w porządku bytu, choć nie w porządku czasu, i to ona legitymizuje władzę, a nie władza ją.
Stąd bierze się rozróżnienie, które Schmittowi jest niedostępne, ponieważ w jego systemie nie ma dla niego miejsca: między faktycznymi zależnościami, w których państwo funkcjonuje, a zasadniczymi granicami sfery jego oddziaływania. Pierwsze są zmienne, zależą od siły i okoliczności. Drugie wynikają z tego, czym państwo jest, a ściślej – z tego, czego nie jest źródłem. I dlatego nie znoszą ich ani ustawa, ani decyzja, ani stan wyjątkowy. Nie da się zadekretować, że coś, czego się nie stworzyło, przestaje istnieć.
Stein pokazuje, gdzie ta granica przebiega, na przykładach niemal domowych. Państwo może zabronić ludziom łączenia się w wybranych przez nich formach – ale nie może sprawić, żeby przestali czuć do siebie przyciąganie ani żeby nie powstała między nimi wewnętrzna wspólnota. Żaden zakaz tego nie zatrzyma, tak jak żaden nakaz nie ma mocy wspólnoty stworzyć. Państwo może nakazywać i zakazywać form kultu – ale na relację duszy z Bogiem żaden nakaz ani zakaz żadnej zewnętrznej władzy nie jest w stanie wpłynąć. Może kształtować typ człowieka przez wychowanie i przepisy, ale osobistej indywidualności, która leży u podstaw każdego rozwoju osobowości, nie da się ani narzucić, ani zakazać.
Wszystko, co należy, jak pisze, do królestwa duszy, jest poza zasięgiem państwa, i to nie z racji jego słabości, tylko dlatego, że nie jest to jego materia.
Z tego wynika rzecz dla nas najważniejsza, którą Stein rozwija, rozdzielając winę prawną od moralnej. Wina w sensie prawnym jest czymś, co istnieje w świecie jako wynik czynu – niezależnie od samego czynu i od jego sprawcy. Wina w sensie moralnym, którą Stein nazywa grzechem, jest splamieniem duszy i domaga się pokuty, nie kary. I tu pada zdanie, które można by wykuć nad wejściem do każdego sądu i każdej redakcji: kara w ogóle nie sięga do sfery osoby.
Państwo może więc orzec, że czyn narusza normę, i wymierzyć karę, która przywróci zakłóconą równowagę. Nie może orzec, kim człowiek jest. I – co najważniejsze – wcale nie z powodu niesprawiedliwości czy okrucieństwa takiego orzeczenia. Argument Stein ma naturę ontologiczną, nie moralną: państwo nie ma dostępu do sfery osoby, ponieważ nie jest jej źródłem. Można zabronić człowiekowi wszystkiego, co da się zabronić z zewnątrz, i nadal nie sięgnąć tego, czym on jest. To nie jest kwestia powściągliwości władzy. To kwestia jej zasięgu. Prawo pozytywne obowiązuje tylko na obszarze, który władza prawodawcza przywłaszczyła sobie jako sferę swojej władzy. Poza tą sferą jego konstrukcje nie znaczą nic. Prawo pozytywne może unieważnić zobowiązanie – ale, jak zauważa Stein z charakterystyczną trzeźwością, zobowiązanie znika wtedy tylko w tej sferze, choć trwa dalej poza nią.
To jest właśnie miara, której szukałem – i widać teraz, dlaczego nie mogła być wyłącznie prawna. Miary nie wyznacza ani ilość władzy, ani sposób jej podziału; wyznacza ją rodzaj pytań, na które władzy wolno odpowiadać. A wolno jej odpowiadać tylko na pytania dotyczące tego, czego jest źródłem: własnych norm, własnych procedur, własnych rozstrzygnięć. Wszystko poza tym leży poza jej zasięgiem, i to nie za sprawą jakiegokolwiek zakazu wstępu; po prostu nie ma tam czego zastać oprócz kogoś, kto istniał wcześniej niż ona. Wszystko, co opisywałem wcześniej – uchwała rozstrzygająca, który organ konstytucyjny istnieje naprawdę; wyznaczanie sędziego zamiast losowania; nazwanie czyjegoś domu bizancjum przed wyrokiem i zamiast wyroku – jest przekroczeniem tej samej granicy. Za każdym razem państwo odpowiada na pytanie, które do niego nie należy.
I muszę dopisać zdanie, którego wolałbym nie pisać, ale bez którego ten rozdział byłby niepełny. Stein formułowała te tezy jako obywatelka państwa, które kilkanaście lat później uznało, że ma pełne prawo orzec o jej wartości. Orzekło. Zamordowano ją w Auschwitz w sierpniu 1942 roku.
Nie przywołuję tego dla efektu i nie zestawiam z niczym, co dzieje się dziś w Polsce – takie zestawienie byłoby nieprzyzwoite i fałszywe. Przywołuję je dlatego, że pokazuje stawkę pytania pozornie akademickiego. Kiedy państwo przyznaje sobie prawo do orzekania, kim człowiek jest, w tym uprawnieniu nie ma żadnej wewnętrznej granicy. To, gdzie się zatrzyma, zależy tylko od okoliczności zewnętrznych i od tego, czego akurat potrzebuje. Zaczyna się od nazwania kogoś człowiekiem gorszego gatunku. Gdzie się kończy, wiemy z historii dwudziestego wieku.
Jej studium o państwie do dziś nie ma polskiego wydania.
VII. Recepta: odzyskanie miary
Diagnoza bez recepty jest jałowa. Skoro chorobą jest utrata granicy uprawnienia, to lekarstwem nie może być zmiana ekipy – zmiana ekipy zostawia mechanizm nietknięty, a nawet go umacnia, bo dostarcza kolejnego uzasadnienia: tamci przecież robili to samo. Lekarstwem jest przywrócenie granicy wpisanej w instytucje, takiej, która nie wisi na dobrej woli tych, którzy akurat rządzą.
Ale i to jest jeszcze za mało, i muszę powiedzieć dlaczego, bo tu leży sedno całej propozycji. Instytucje nie są neutralne. Każda z nich zakłada coś o naturze człowieka, którym się zajmuje – i działa dokładnie tak, jak zakłada. Instytucja zbudowana emanacyjnie będzie traktować obywatela jak zasób, choćby obsadzili ją sami sprawiedliwi, ponieważ do tego została skonstruowana. Instytucja zbudowana realistycznie będzie napotykać w obywatelu kogoś, kogo nie stworzyła, choćby obsadzili ją ludzie mierni.
Naprawa musi zatem sięgnąć założenia, a nie tylko przepisu. Praktycznie znaczy to jedno: odwrócenie domniemania. W porządku emanacyjnym punktem wyjścia jest uprawnienie urzędu, a obywatel musi wykazać, że coś mu się należy. W porządku realistycznym punktem wyjścia jest to, że obywatel istnieje wcześniej niż urząd, a to urząd musi wykazać podstawę, żeby w cokolwiek ingerować. Brzmi jak formalność. Jest różnicą między państwem, które przyznaje, a państwem, które zastaje.
Poziom pierwszy: miara musi być w procedurze, nie w cnocie rządzących.
Trzy rzeczy, które w polskiej praktyce zrosły się w jedno, muszą zostać rozdzielone. Ściganie – ustalenie, czy czyn narusza normę. Informowanie – podanie do wiadomości publicznej tego, co ustalone. I orzekanie o wartości człowieka, którego nikt nigdy nie powinien był podjąć. Dziś te trzy funkcje wykonuje często ten sam aparat, w tej samej godzinie, przed tymi samymi kamerami. Rozdzielenie ich jest postulatem technicznym, nie moralnym.
Konkret jest do rozpisania i będzie nudny, jak wszystko, co działa. Zasady komunikowania o zatrzymaniach: co wolno podać, kiedy, i w jakiej formie – ze wskazaniem, że materiał obrazowy niesłużący ustaleniu faktów nie jest informacją. Ochrona wizerunku przed prawomocnym wyrokiem, egzekwowalna, a nie deklaratywna. Wreszcie odpowiedzialność za wyciek – realna, imienna i dotkliwa, ponieważ dopóki wyciek z akt jest bezkarny, wszystkie pozostałe zasady są ozdobą. To są rozwiązania nieefektowne i żadna partia nie wygra na nich wyborów. Właśnie dlatego mają szansę przetrwać zmianę władzy.
Poziom drugi: przywrócenie różnicy między zarzutem a wyrokiem.
Tu od razu zastrzeżenie, bo łatwo o nieporozumienie: nie chodzi o żadną cenzurę ani o ograniczanie prawa do informowania. Chodzi o dyscyplinę pojęciową. „Zatrzymany” nie znaczy „winny”. „Postawiono zarzuty” nie znaczy „udowodniono”. „Bizancjum” nie jest kategorią prawną i nie należy do słownika sprawozdawczości sądowej – jest orzeczeniem, a orzeczenia wydaje sąd.
Tego nie da się wprowadzić dekretem i nie należy próbować. To jest robota akuszerska w ścisłym sensie: nie chodzi o narzucenie normy z góry, tylko o wydobycie nawyku, który kiedyś istniał i został zapomniany. Nawyku rozróżniania u dziennikarzy, którzy piszą, i u odbiorców, którzy czytają. Redakcja, która konsekwentnie odróżnia zarzut od wyroku, buduje sobie wiarygodność mierzoną w dekadach, nie w klikach. Widz, który nauczył się pytać „a jaki był kontekst tej liczby”, przestaje być materiałem, na którym technika działa. Nie ma tu skrótu.
Poziom trzeci: wspólnotowy – i najwolniejszy.
Rzecz najtrudniejsza na koniec. Dopóki obywatele akceptują tę technikę wtedy, gdy stosuje się ją do ich przeciwników, będzie ona stosowana zawsze. Nie ma takiej konstrukcji prawnej, która obroniłaby państwo przed narzędziem, którego większość sobie życzy. Zasady procedury są tylko zapisem tego, co wspólnota naprawdę uważa za niedopuszczalne; jeśli uważa, że wobec „tamtych” wszystko jest dozwolone, przepis okaże się papierem.
Miara wraca dopiero wtedy, gdy jest odruchem obu stron – to znaczy wtedy, gdy oburza również wtedy, gdy dotyka kogoś, kogo się nie lubi, i kogo się szczerze podejrzewa o najgorsze. To jest jedyny prawdziwy test i każdy z nas przechodzi go osobno, we własnej głowie, oglądając wieczorne wiadomości. Nie ma tu żadnej reformy do przeprowadzenia i żadnej ustawy do uchwalenia. Jest tylko pytanie, które trzeba sobie zadać w momencie, w którym pokazują zatrzymanie człowieka z drugiej strony: czy to, co właśnie oglądam, chciałbym oglądać wobec siebie.
To praca pokoleniowa, nie kadencyjna. Instytucje można naprawić w cztery lata; odruch odbudowuje się dwadzieścia. Ale bez tego odruchu naprawione instytucje przetrwają dokładnie do pierwszej sprawy, w której naprawdę zaboli.
VIII. Zacznij od siebie
Pisałem ten esej jako człowiek, którego wieziono przez pół Polski na przesłuchanie, i wiem, że dla części czytelników to wystarczy, by tekst odłożyć. Autor jest stroną, więc autor jest interesowny.
Zarzut ten wygląda na mocny, dopóki nie sprawdzi się, dokąd prowadzi. Prowadzi mianowicie do tezy, że o państwie nie wolno pisać tym, którzy go doświadczyli – że wiarygodny jest tylko ten, kogo rzecz nie dotyczy. Wtedy jednak trzeba odrzucić niemal wszystko, co w tej dziedzinie napisano wartościowego. Viktor Frankl był interesowny, bo pisał o obozie, w którym siedział. Sołżenicyn był interesowny. Herling-Grudziński był interesowny. Edyta Stein pisała o państwie jako obywatelka państwa, które kilkanaście lat później ją zamordowało – i to również czyni ją stroną. Kryterium interesowności, konsekwentnie zastosowane, zostawia nam jedynie świadectwa ludzi, którzy nic nie widzieli.
Rzecz w tym, że doświadczenie nie jest wadą poznawczą. Jest źródłem wiedzy, którą trzeba potem sprawdzić, i to właśnie sprawdzenie odróżnia diagnozę od skargi, a nie rzekoma czystość kogoś, kogo rzecz nie dotknęła. Dlatego jedyne, co mogę zaoferować czytelnikowi, to rachunek z tego, czego w tym tekście nie ma. Gdyby miał mnie bronić, wyglądałby zupełnie inaczej. Byłoby w nim o zarzutach, o kwotach, o tym, o co chodzi w mojej sprawie. Nie ma tego, ponieważ obrona i diagnoza wykluczają się nawzajem – kto prosi o lepsze orzeczenie, uznaje tym samym prawo orzekającego do jego wydania.
A właśnie tego prawa uznać nie mogę. To jest jedyna rzecz, którą mam do powiedzenia i którą chciałbym, żeby czytelnik zapamiętał, gdy zapomni już wszystko inne: państwu nie wolno orzekać o wartości człowieka. Problem nie polega na tym, że orzeka niesprawiedliwie; problem w tym, że taka rzecz w ogóle nie należy do jego kompetencji, ani teraz, ani wtedy, gdy rządzić będą ci, których uważam za swoich.
I tu dochodzę do testu, który muszę przejść sam, zanim wystawię go komukolwiek innemu. Mechanizm, który tu opisałem, nie zaczął działać w lipcu tego roku i nie zaczął działać przeciwko mnie. Działał wcześniej, działał w drugą stronę i korzystali z niego również ci, z którymi się zgadzam. Kajdanki przed kamerami, wycieki z akt, konferencje prasowe zastępujące wyrok – nie były wynalazkiem obecnej władzy i nie znikną wraz z nią. Jeśli twierdzę, że państwu nie wolno orzekać o wartości człowieka, to muszę to twierdzić także wtedy, gdy orzeka o wartości człowieka, którego uważam za winnego. Inaczej nie mam diagnozy, tylko rachunek krzywd.
Sądzę, że to jest cała trudność i cała stawka. Miary nie odzyskuje się przez zmianę tych, którzy rządzą, ani przez lepsze uzasadnienie własnej strony. Odzyskuje się ją przez uznanie, że istnieje granica obowiązująca niezależnie od tego, kto stoi po której stronie i kto ma rację. Granica jest miarą właśnie dlatego, że nie zależy od racji. Gdyby zależała, byłaby narzędziem, a nie granicą. I to, co piszę, nie jest symetryzmem. To jest podstawa tego, co w naszej cywilizacji nazywa się godnością osoby: przekonanie, że człowiek ma wartość, której państwo nie nadało i której odjąć nie może, i że ta wartość nie zależy od tego, czy jest winny, ani od tego, po której stoi stronie.
.Wracam więc do samochodu, w którym zaczął się ten tekst. Wiozłem w nim dwie książki. Pierwszą chwyciłem przypadkiem i mówiła o tym, co się dzieje, gdy władza traci poczucie granic. Drugą wybrałem świadomie i mówiła o tym, gdzie te granice leżą i dlaczego nie da się ich przesunąć żadną decyzją. Trzeciej książki, tej o suwerenie decydującym o stanie wyjątkowym, nie musiałem brać z półki. Ona jechała ze mną i tak.
Zła wiadomość jest taka, że nie ma tu żadnej reformy, którą można by uchwalić w rok, i żadnej ekipy, której zwycięstwo załatwiłoby sprawę. Dobra jest taka, że odzyskiwanie miary zaczyna się w miejscu całkowicie dostępnym: we własnej głowie, w momencie, w którym oglądamy zatrzymanie człowieka, którego nie lubimy. Jeśli wtedy zapytamy, czy chcielibyśmy oglądać to samo wobec siebie – granica jeszcze istnieje.
Maciej Świrski

