Anna BIAŁOSZEWSKA: Emocje bez pestek

Emocje bez pestek

Photo of Anna BIAŁOSZEWSKA

Anna BIAŁOSZEWSKA

Redaktor prowadząca Piękna Muzyki i działu kultura. Prawniczka. Pierwsza red. naczelna "Wszystko Co Najważniejsze" w latach 2013-2016.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autorki

„Co tu widzisz?” jest jednym z tych pytań, które tylko udają niewinne. Można przecież odpowiedzieć zupełnie poprawnie: kobietę, morze, czerń, twarz, pustkę. Można rozpoznać autora, epokę i technikę, przeczytać tabliczkę na ścianie, przypomnieć sobie kilka zdań z historii sztuki i doznać przyjemnego poczucia, że sytuacja została opanowana. Bo przecież wiemy, przed czym stoimy – pisze Anna BIAŁOSZEWSKA

.Tyle że najciekawsze zaczyna się zwykle później, kiedy przestajemy patrzeć na obraz, a zaczynamy, czasem zupełnie niechcący, zauważać własne patrzenie. Dlaczego ta twarz wydaje mi się smutna, skoro ktoś obok widzi w niej spokój? Dlaczego cudzy obraz potrafi obudzić we mnie lęk, którego autor być może nigdy w nim nie umieścił? Dlaczego przed jednym płótnem przechodzę po kilkunastu sekundach, a inne wychodzi ze mną z muzeum, jedzie autobusem, kładzie się wieczorem obok książki i jeszcze kilka dni później wraca bez pytania, jak natrętna myśl albo melodia, której nie można wyrzucić z głowy?

W pewnym sensie każdy obraz jest testem projekcyjnym pozbawionym diagnosty i instrukcji. Stajemy przed nim z tym wszystkim, czego na płótnie nie ma: z własną pamięcią, stratą, pragnieniem, wstydem, samotnością, doświadczeniem ciała, strachem. Czasem także z czymś, czego jeszcze nie umiemy nazwać. Obraz dostarcza bodźca, ale to my wypełniamy puste miejsca. Dlatego dwie osoby mogą stać przed tym samym kawałkiem płótna, patrzeć na dokładnie te same plamy farby i znajdować się w dwóch zupełnie różnych światach. Pytanie „co tu widzisz?” po pewnym czasie przestaje więc dotyczyć obrazu. Zaczyna znaczyć: „Co w tobie patrzy?”

Może dlatego niektóre dzieła są niewygodne. Nie muszą przedstawiać śmierci, przemocy ani rozpaczy. Mogą nie przedstawiać właściwie niczego. Ich niewygoda bierze się z tego, że stawiają opór. Nie chcą natychmiast podać znaczenia, nie podpowiadają właściwej emocji, nie zapewniają nas dyskretnie, że zareagowaliśmy tak, jak należało. Trzeba przy nich zostać, pokręcić się trochę bezradnie, czasem się zirytować, czasem odejść z niczym. To zresztą osobliwy układ: płacimy za bilet do muzeum, żeby martwa rzecz wisząca na ścianie odmówiła nam współpracy. A potem właśnie ją pamiętamy.

I chyba dlatego utkwiło mi w głowie określenie, które usłyszałam kiedyś na wernisażu: „sztuka hotelowa”. Nie pamiętam już nawet, czy zostało wypowiedziane z pogardą, pobłażaniem czy tylko jako dowcip, ale było w nim coś wyjątkowo natrętnego. Wracało później przy kolejnych wystawach. Najpierw jako złośliwość, potem coraz bardziej jako pytanie.

.Bo co właściwie miałoby znaczyć? Nie chodzi przecież o obrazy, które rzeczywiście wiszą w hotelach. Nie chodzi również o dekoracyjność. Przecież obraz ma prawo być piękny, pasować do wnętrza, sprawiać przyjemność, a nawet zostać kupiony po prostu dlatego, że nad sofą jest pusto. Historia sztuki wyglądałaby dość mizernie, gdybyśmy usunęli z niej wszystko, co kiedykolwiek miało coś zdobić.

Hotel jest ciekawy z innego powodu. Jego wnętrze projektuje się dla człowieka, którego się nie zna. Ma się w nim dobrze poczuć ktoś z Warszawy, Tokio i Düsseldorfu, człowiek zakochany i świeżo rozwiedziony, zachwycony życiem i mający go akurat serdecznie dosyć. Żaden z nich nie może poczuć się naprawdę dotknięty, urażony ani zaniepokojony, bo jutro przyjedzie następny. Hotel musi więc mieć osobowość, ale nie może mieć charakteru. Powinien być elegancki, lecz nie ekscentryczny; wyrazisty, lecz nie natarczywy; piękny, ale w taki sposób, żeby jego piękno nie wymagało od gościa żadnej odpowiedzi.

I nagle „sztuka hotelowa” zaczęła mi się wydawać określeniem znacznie bardziej precyzyjnym, niż na to zasługiwała przypadkowa wernisażowa złośliwostka. Zaczęłam przeglądać aukcje tak zwanej młodej sztuki. Początkowo szukałam konkretnych malarzy, ale po pewnym czasie nazwiska zaczęły tracić znaczenie. Zamiast nich zobaczyłam repertuar: Kobieta odwrócona plecami. Kobieta w kapeluszu. Kobieta z zamkniętymi oczami. Kobieta rozpływająca się w kwiatach. Morze. Łódź. Cyprysy. Lazurowe Wybrzeże. Rozmyty pejzaż. Złoto, turkus, beż. Geometryczna abstrakcja, która wygląda tak, jakby od pierwszego pociągnięcia pędzla znała już kolor kanapy, nad którą kiedyś zawiśnie. Potem zaczęłam czytać tytuły: CiszaWewnątrz ciszyOrnament ciszyLekkośćTęsknotaZmysłowość chwiliZłoty sen lipcaŻycie w błękicie. Po którymś szepcie, śnie, oddechu i świetle można zacząć podejrzewać, że człowiek nie przegląda już katalogu aukcyjnego, tylko utknął przy półce z dyfuzorami zapachowymi. Brakuje właściwie tylko „Bawełnianego poranka” i „Dotyku kaszmiru”.

Można się z tego śmiać. Ja się śmiałam. Tyle że złośliwość jest użyteczna tylko przez chwilę. Potem warto sprawdzić, dlaczego właściwie coś nas śmieszy. I wtedy pojawia się rzecz mniej zabawna. Te obrazy wcale nie są pozbawione emocji. Przeciwnie. One bywają nimi wręcz wypchane. Tyle że emocja została już przygotowana.

Nie pytają: „Co tu widzisz?”. Nie zostawiają tej nieznośnej szczeliny, przez którą do obrazu może przedostać się coś naszego. Odpowiedź czeka w pakiecie: Spokój. Tęsknota. Kobiecość. Wolność. Wakacje. Harmonia. Samotność, ale estetyczna. Melancholia bez rozpaczy. Morze bez sztormu. Kobiecość bez konkretnej kobiety. Cisza, w której nic nie czai się po ciemku. Emocje po obróbce. Zhomogenizowane, odpestkowane, pozbawione tego, co mogłoby utkwić w gardle. I gdzieś tutaj zaczyna się kicz.

Nie tam, gdzie malarzowi zabrakło warsztatu. Kicz potrafi być wykonany znakomicie. Nie tam również, gdzie coś jest ładne, sentymentalne czy dekoracyjne. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przeżycie zostaje przygotowane za odbiorcę, kiedy uczucie, zamiast wydarzyć się pomiędzy człowiekiem a obrazem, zostaje mu podane w stanie gotowym, oczyszczone z dwuznaczności, ryzyka i brudu prawdziwego doświadczenia. Kicz nie musi kłamać. Wystarczy, że starannie usuwa wszystko, co mogłoby skomplikować prawdę. Być może dlatego jest tak skuteczny. Nie prosi, żebyśmy coś w sobie znaleźli. Przynosi to ze sobą.

Ale tutaj łatwo przeszarżować, bo obraz ma prawo być piękny. Ma prawo sprawiać przyjemność. Ma prawo pasować do wnętrza. Można go kupić dlatego, że znakomicie wygląda nad kanapą i nie powinno się następnego ranka stawiać właściciela przed trybunałem historii sztuki. Sofa jest niewinna. Hotelowość bowiem nie zaczyna się tam, gdzie obraz do niej pasuje, a tam, gdzie możliwość niepasowania staje się dla obrazu problemem. Wtedy trudno już oddzielić estetykę od rynku.

OneBid potrafi przedstawiać młodą sztukę jako reagującą na współczesne napięcia społeczne, polityczne i gospodarcze, by kawałek dalej proponować „stylową aranżację wnętrz”. DESA organizuje aukcję Młoda Sztuka. Wnętrze z charakterem. Trudno mieć o to pretensję. Rynek sztuki jest jednak, mimo całej otaczającej go metafizyki, rynkiem. Obraz ma znaleźć nabywcę, a nabywca nie kupuje go po to, żeby przechowywać w piwnicy. Będzie z nim jadł śniadanie, kłócił się z dziećmi, oglądał seriale, przyjmował gości. Być może będzie patrzył na niego przez dwadzieścia lat. Dobrze więc, żeby obraz nie był zbyt męczący.

Rynek nie potrzebuje przy tym żadnego spisku. Nikt nie musi urządzać nocnych narad galerzystów, podczas których ustala się obowiązującą liczbę kobiet odwróconych plecami i dopuszczalne stężenie egzystencjalnej rozpaczy na metr kwadratowy płótna. Rynek znakomicie tresuje bez tresera.

Jeżeli obraz się sprzedaje, powstaje następny. Jeżeli określony format znajduje nabywców, format wraca. Jeżeli kupujący dobrze reagują na morze, kobiety, złoto, błękit, miękką abstrakcję i melancholię, która nie psuje niedzielnego obiadu, artysta otrzymuje informację zwrotną znacznie bardziej przekonującą od recenzji krytyka. Otrzymuje przelew.

I w ten sposób może powstać estetyka, której nikt świadomie nie zaprojektował, a której język po pewnym czasie rozpoznajemy bez najmniejszego trudu.

Piotr Wojtecki jest tu przypadkiem ciekawym właśnie dlatego, że jego malarstwa nie da się uczciwie zbyć wzruszeniem ramion. W jego pracach widać dyscyplinę formalną, konsekwencję i bardzo świadome operowanie kolorem. Sam artysta podkreśla zresztą zdolność swoich prac do funkcjonowania w nowoczesnych wnętrzach prywatnych, biurowych czy komercyjnych. Nie ma w tym nic kompromitującego. Przeciwnie, widać tu świadomość tego, gdzie obraz ma żyć. Pytanie dotyczy jednak nie tyle miejsca, w którym obraz ma żyć, ile relacji, jaką proponuje człowiekowi, który będzie z nim żył.

Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy geometryczne abstrakcje Wojteckiego postawi się obok malarstwa Bożeny Sieczyńskiej albo Dariusza Grabusia. Formalnie wspólnego mianownika właściwie nie ma. Jedno operuje abstrakcją, inne figuracją, jeszcze inne pejzażową fantazją. A jednak wszystkie mogą uruchamiać podobny mechanizm: obiecywać odbiorcy, że obraz nie naruszy jego świata bardziej, niż odbiorca jest gotów na to pozwolić.

I w tym miejscu „sztuka hotelowa” przestaje mnie bawić. Bo być może rynek wcale nie premiuje przede wszystkim sztuki złej. To byłoby banalne i zresztą nieprawdziwe. Znacznie ciekawsze jest podejrzenie, że premiuje sztukę pozbawioną ryzyka. A to jest już problem nie tyle estetyczny, ile psychologiczny.

Sztuka, która daje mi dokładnie tę emocję, po którą przyszłam, jest niezwykle wygodnym partnerem. Nigdy mnie źle nie zrozumie. Nie palnie niczego niestosownego. Nie wypomni rzeczy, o której próbuję zapomnieć. Nie zajrzy tam, gdzie sama nie chcę patrzeć. Będzie ze mną zgodna, dyskretna, piękna i emocjonalnie dyspozycyjna. Tylko że w relacjach z ludźmi nazwalibyśmy coś takiego raczej usługą niż spotkaniem.

Spotkanie wymaga obecności czegoś obcego. Czegoś, czego nie można całkowicie sprowadzić do własnych potrzeb, nie niszcząc zarazem jego odrębności. Drugi człowiek może nas rozczarować, zirytować, zranić, może powiedzieć coś, czego nie chcieliśmy usłyszeć. Właśnie dlatego jest kimś innym, a nie powierzchnią odbijającą nasze oczekiwania. Może z obrazem jest podobnie. Może dzieło, które naprawdę istnieje poza mną, musi zachować choć odrobinę prawa do odmowy. Do niejasności. Do drażnienia. Do milczenia. Do tego, żeby nie być tym, czego akurat potrzebuję. Musi mieć możliwość powiedzenia mi „nie”.

I wtedy wraca kicz, ale już w trochę innym znaczeniu. Nie jako tandeta, plastikowy jeleń na rykowisku czy źle namalowany zachód słońca. Taki kicz jest poczciwy, przynajmniej niczego nie udaje. Bardziej interesuje mnie kicz wyrafinowany, ubrany w fakturę, duży format, galeryjne światło i język katalogów aukcyjnych. Kicz, który nauczył się wyglądać jak sztuka współczesna, ale zachował swoją najstarszą obietnicę: „Nie martw się, poczujesz dokładnie to, co powinieneś poczuć”.

.Nie wiem, czy każde malarstwo hotelowe jest kiczem. Raczej nie. A może właśnie ta niepewność jest ciekawsza od prostego wyroku. Coraz mniej interesuje mnie zresztą pytanie, czy takie obrazy „są sztuką”. Oczywiście, że mogą nią być. Granice sztuki dawno stały się zbyt przepuszczalne, żeby warto było urządzać przy nich kontrolę paszportową. Bardziej interesuje mnie, co tracimy, kiedy ze spotkania ze sztuką usuwamy możliwość oporu. Być może nic. Nadal zostają kolor, harmonia, piękno, przyjemność, czasem nawet wzruszenie. Można z takim obrazem przeżyć pół życia i zwyczajnie go lubić. Nie wszystko, co nas otacza, musi przecież codziennie rozrywać zasłonę istnienia i stawiać nas przed otchłanią lub spoglądać w twarz nicości. Człowiek chciałby czasem spokojnie wypić kawę.

A jednak wracam myślą do tych kilku obrazów, przy których kiedyś zostałam dłużej, niż zamierzałam. Nie dlatego, że były najpiękniejsze czy choćby „spodobały mi się”. Nie zawsze nawet dlatego, że je lubiłam. Coś w nich uwierało, czegoś nie umiałam zrozumieć. Zostawiały pod skórą drobny, twardy punkt. Jak pestkę.

Muzeum powoli pustoszeje. Inni ludzie przechodzą do następnej sali, ktoś jeszcze zerka na telefon, ktoś czyta tabliczkę, ktoś robi zdjęcie i odchodzi. Przez chwilę przestają mieć znaczenie nazwisko autora, biografia, cena aukcyjna, opinia krytyka i to, czy płótno dobrze wyglądałoby nad kanapą.

Zostają obraz i człowiek, który przed nim stoi. I wtedy wraca najprostsze pytanie: „Co tu widzisz?” Tylko że po dłuższej chwili nie jestem już pewna, do kogo zostało skierowane. Może właśnie na tym polega różnica. Dobry obraz nie zawsze daje nam coś do zabrania. Czasem zostawia w nas coś, czego nie potrafimy wypluć.

Anna Białoszewska

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 6 września 2026