Margot ROUSSEAU: Godard dla klasy średniej i studentów na erasmusie

Godard dla klasy średniej i studentów na erasmusie

Photo of Margot ROUSSEAU

Margot ROUSSEAU

Filozof i historyk kina. Żyje między Paryżem a Aix-en-Provance. Swoje przemyślenia publikuje w Medium i na Instagramie, tworząc unikalny esej wizualny. Autorka Cinema Margot.

Nie jest łatwo zmierzyć się z legendą. Ale jeszcze trudniej jest nie zabić jej czułością. Nouvelle Vague / Nowa Fala Richarda Linklatera to film, który robi z Jean-Luca Godarda to, co Netflix i Instagram robią ze wszystkim, czego dotkną: wygładza, ociepla, estetyzuje i oddaje masowemu widzowi w formie popkulturowej papki udającej artyzm. To Godard po procesie pasteryzacji. Godard bez bakterii. Godard, który nie gryzie.

Ten film to Godard oprawiony w ramkę algorytmu. Da się go binge-watchować. Da się go pokochać. Da się go „docenić”, nie ryzykując absolutnie nic. I właśnie w tym tkwi jego grzech pierworodny.

Nouvelle Vague / Nowa Fala Richarda Linklatera, czyli jak Netflix i Instagram połknęły rewolucję

Richard Linklater, wieczny chłopiec amerykańskiego kina niezależnego, autor Slacker, Before Sunrise, Boyhood, wraca w roku 2025 do swojej pierwszej wielkiej miłości: Nowej Fali. Wraca jednak nie jak rewolucjonista, lecz jak konserwator zabytków. Nouvelle Vague opowiada kulisy powstania À bout de souffle: Paryż 1959, młody Godard, Belmondo, Seberg, jazz, kamera z ręki, chaos planu zdjęciowego, mitologia Cahiers du cinéma. Wszystko się zgadza. Wszystko jest na swoim miejscu. I wszystko jest martwe.

To film, który wygląda jak Instagram Reels o Nowej Fali: czarno-biały filtr, papieros jako rekwizyt, improwizacja jako styl, bunt jako dekoracja. Linklater nie kręci filmu o rewolucji – on kręci content o rewolucji. Różnica jest zasadnicza.

Godard w 1960 roku nie „oddawał hołdu” kinu. On je atakował. À bout de souffle było aktem sabotażu wobec narracji, montażu, iluzji. Jump-cut nie był zabiegiem estetycznym, lecz aktem agresji wobec widza. Kamera z ręki nie była „vibe’em”, lecz koniecznością wynikającą z biedy i pośpiechu. Improwizacja nie była urokiem – była ryzykiem kompromitacji. Film mógł się rozpaść. I właśnie dlatego był żywy.

Linklater usuwa z tej historii jedno słowo: ryzyko.

Jego Nouvelle Vague to film perfekcyjnie bezpieczny. Każdy chaos jest „beautiful”. Każda improwizacja – urocza. Każdy konflikt – sympatyczny. Guillaume Marbeck gra Godarda jak ekscentrycznego nerda, którego łatwo pokochać, Zoey Deutch jako Seberg jest przystępna, miękka, „pleasant”. To Godard, który przeszedł przez focus group. Godard, którego da się polubić bez wysiłku.

A przecież Godard był nie do zniesienia. Był arogancki, mizantropijny, destrukcyjny. Był wrogiem komfortu widza. Linklater zamienia go w bohatera feel-good biopica. To nie jest rekonstrukcja rewolucji – to jej muzealizacja.

I tu wchodzi Michel Onfray, cały na biało – a raczej cały w czerni dekadencji. Onfray od lat powtarza jedną myśl: Zachód nie ginie w płomieniach, lecz tonie w słodkiej nostalgii za własnym buntem. Rewolucje nie są dziś zwalczane – są konsumowane. Bunt nie jest cenzurowany – jest estetyzowany. I dokładnie to robi Nouvelle Vague.

Ten film to przykład kulturowej nekrofilii. Nie zabijamy ojców – my ich balsamujemy. Godard zostaje zamieniony w obiekt kontemplacji, a nie zagrożenie. Jego gesty zostają oddzielone od ich konsekwencji. Polityka, furia, nihilizm – wszystko to znika. Zostaje styl. Zostaje vibe. Zostaje czarno-biała nostalgia.

.To ten sam mechanizm, który Onfray wyśmiewał w kontekście French Theory w Ameryce. Derrida, Foucault, Barthes – wszyscy oni przepłynęli Atlantyk i zostali przerobieni na akademicką papkę: bez ostrza, bez ryzyka, bez realnej destrukcji porządku. Dekonstrukcja stała się metodą pisania esejów, nie niszczenia instytucji. Foucault zamienił się w narzędzie campusowego moralizmu. Rewolta została zamieniona w syllabus.

Godard przechodzi dokładnie tę samą drogę. Ameryka bierze francuską rewoltę filmową, mieli ją w maszynce do indie-cinema, dodaje ciepło, empatię i „human touch”, po czym oddaje Europie produkt premium: rewolucję bez rewolucji.

Najbardziej kompromitujące jest to, że Linklater nawet nie próbuje zadać pytania, co z tej rewolucji dziś zostało. Nouvelle Vague kończy się triumfem À bout de souffle. Wiemy, że film wygrał. Wiemy, że zmienił kino. Nie ma tu żadnego napięcia, żadnego pytania o porażkę, o cenę, o to, co dalej. A przecież prawdziwa historia Godarda zaczyna się po sukcesie: od politycznego samobójstwa, od marksizmu, od propagandy, od świadomego wyjścia poza rynek.

Tego Godarda Linklater nie chce. Bo ten Godard byłby nie do sprzedania. Nie dałby się wcisnąć w ramówkę Netflixa. Nie dałby się skonsumować jako „love letter”.

Nouvelle Vague / Nowa Fala jest więc filmem głęboko amerykańskim – nie dlatego, że powstał w USA, lecz dlatego, że nie potrafi znieść realnej negacji. Amerykańskie kino autorskie uwielbia bunt, o ile bunt jest sympatyczny, estetyczny i retrospektywny. Bunt aktualny jest zawsze problemem.

Linklater robi film o Godardzie dokładnie w momencie, gdy kino nie jest już zdolne do godardowskiego gestu. I zamiast tę bezradność obnażyć – maskuje ją nostalgią. Zamiast zapytać, dlaczego dziś nie ma Nowej Fali – opowiada nam, jak fajnie było, gdy ona istniała.

.To kino dekadencji w sensie Onfraya: kino, które celebruje własne ruiny, nie mając odwagi zburzyć czegokolwiek nowego. Kino, które udaje radykalizm, używając filtrów przystępnych dla masowego widza. Kino, które jest radykalne tylko w trybie przeszłym.

Nouvelle Vague / Nowa Fala to Godard po Instagramie. To bunt, który da się scrollować. To rewolucja, która nie brudzi rąk. To film, który mówi: „patrzcie, jak kiedyś byliśmy odważni”, zamiast zapytać: „dlaczego dziś już nie jesteśmy”.

I w tym sensie jest to film doskonale trafny. Trafny jak diagnoza choroby.

Margot Rousseau

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 31 stycznia 2026