Czym jest „Zielona Tarcza Wschód”?

Dzika przyroda, np. naturalne lasy i bagna, „Zielona Tarcza Wschód” może sprzyjać bezpieczeństwu Polski w razie agresji zza wschodniej granicy – mówił dr hab. Michał Żmihorski z Instytutu Biologii Ssaków (IBS) PAN w Białowieży, podczas jubileuszowej konferencji Państwowej Rady Ochrony Przyrody (PROP).
Lasy naturalne mogą stanowić istotne zabezpieczenie granicy przed potencjalnym wtargnięciem obcych wojsk
.Tarcza Wschód – zapowiedziana przez MON i wojsko wiosną 2024 r. – to program odstraszania i obrony, opracowany w efekcie wydarzeń za wschodnią granicą Polski i na niej. Od lutego 2022 r. trwa pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę. Ze strony białoruskiej i rosyjskiej trwa presja migracyjna na polską granicę. Dochodziło też do innych wydarzeń, jak wlot białoruskich helikopterów nad Białowieżę czy śmierć polskiego żołnierza podczas służby na granicy.
Celem Tarczy Wschód jest zabezpieczenie granic z Rosją i Białorusią. Program ten zakłada budowę umocnień i przeszkód terenowych wzdłuż wschodniej i północnej granicy Polski. Umocnienia, składy różnego sprzętu, a także m.in. instalacje rozpoznawcze i antydronowe, rozmieszczone będą wzdłuż granicy na odcinku ok. 800 km, obejmując województwa pomorskie, warmińsko-mazurskie, podlaskie, lubelskie i podkarpackie.
Lasy naturalne, czyli „niezmienione ekosystemy pełne biomasy i martwych drzew – leżących, stojących, gęste, bez rozległych terenów otwartych” – mogą stanowić istotne zabezpieczenie granicy przed potencjalnym wtargnięciem obcych wojsk przez północne i wschodnie granice Polski – podkreślał dr hab. Michał Żmihorski, dyrektor IBS PAN.
O możliwościach wykorzystania środowiska przyrodniczego w zabezpieczaniu granicy mówił on podczas jubileuszowej konferencji Państwowej Rady Ochrony Przyrody „100-lecie PROP – porozmawiajmy o wyzwaniach ochrony przyrody w Polsce”, która odbywa się w Instytucie Oceanologii PAN w Sopocie.
Na rzecz bezpieczeństwa granic – skonstatował profesor IBS PAN, powołując się na opinie innych przyrodników – działają też tereny, gdzie „brakuje dróg, którymi można byłoby się efektywnie szybko przemieszczać od strony granicy, np. w głąb naszego państwa”. Jak uznał, jest to też bardzo duży atut i istotne spowolnienie i skanalizowanie potencjalnego ruchu wojsk przeciwnika, gdyby doszło do inwazji.
Niemal idealną zaporą dla obcych wojsk są też mokradła. Żmihorski przypomniał, że wiosną br., podczas ćwiczeń wojskowych prowadzonych na Litwie (blisko granicy z Białorusią) pojazd zabezpieczenia technicznego M88A2 Hercules zatonął w bagnie, a czterech amerykańskich żołnierzy zginęło. – Pojazd o masie czołgu, ok. 60 ton, próbował przejechać przez niewielkie mokradło – mówił.
Przekazując opinię środowiska naukowego dyrektor IBS PAN podkreślił, że takie obiekty przyrodnicze, obecne na granicy, jak i cała struktura środowiska naturalnego, niezmienionego przez człowieka, o wysokiej wilgotności, „mogą być w pewnym sensie substytutem czy uzupełnieniem tarczy wschodniej, czyli pól minowych, betonowych zapór itp.”.
Prof. Żmihorski przypomniał, że w ciągu ostatniego roku naukowcy kontaktowali się z „osobami na różnych szczeblach”, które decydują o Tarczy Wschód – kształcie tego projektu i jego realizacji.
– Jestem pozytywnie zaskoczony przynajmniej deklaratywną stroną dialogu z MON-em czy z oficerami Wojska Polskiego na temat tego, że ich zdaniem – i oni to mówią wprost – „teren walczy”, że takie naturalne tereny, pozostawione na wschodniej granicy Polski, są efektywną aktywną zaporą dla potencjalnej agresji o charakterze militarnym. I takie tereny powinny być chronione. Mało tego: powinny być odtwarzane – podsumował, streszczając rozmowy z wojskowymi.
Prof. Żmihorski zastrzegał, że opinia wojskowych, którzy decydują o tym, jak Tarcza Wschód będzie wyglądać, gdzie i jak będzie budowana itd. – jest „absolutnie kluczowa”.
Według naukowca wojskowi doceniają użyteczność przyrody. Powołując się na spotkanie z gen. bryg. Jackiem Sankowskim, dyrektorem Departamentu Infrastruktury w MON, Michał Żmihorski powiedział, że wojsku nieobca jest m.in. wizja „odtworzenia bagien z lat 30.” Generał „znalazł taką (starą – PAP) mapę i wnioskuje o to, żeby tego typu torfowiska aktywnie odtwarzać; to jest skuteczna zapora przeciwko szczególnie ciężkiemu sprzętowi militarnemu, jaki może być użyty przeciwko Polsce” – relacjonował prof. Żmihorski.
Dodał, że wojsko takie dzikie tereny „dostrzega i chciałoby z takich terenów korzystać”, co oznacza, że istnieje „zbieżność celów pomiędzy ochroną przyrody a ochroną pogranicza”.
Prof. Żmihorski wymienił też potencjalne wady wykorzystania terenów naturalnych do funkcji obronnych. Jeśli chodzi o lasy, to nie można byłoby ich użytkować tak jak dotychczas, czyli porządkować czy prowadzić wycinki, bo „odlesienia czy lasy gospodarcze przestają być zaporą”. Nie można też utrzymywać gęstej sieci dróg leśnych czy też porządkować dróg, np. sprzątać z nich powalonych drzew.
Obecnie w Puszczy Białowieskiej istnieje sieć dróg i linii działowych, „które są w miarę przejezdne” – podsumował Żmihorski. Dodał, że wiele z nich ich jest bardzo szerokich; ma nawet po 7-9 metrów szerokości. – Jeżeli spodziewamy się wizyty „gości ze wschodu”, to obecne zagęszczenie dróg szalenie upośledza naszą obronę tego terenu – podsumował biolog.
Mówił też, jak ważne jest „utrzymywanie właściwej wilgotności siedliska”, podczas gdy obecnie na wielu terenach leśnych i otwartych na pograniczu w Polsce, np. w Puszczy Białowieskiej, „mamy cały czas działającą meliorację”. Sieć rowów melioracyjnych cały czas odprowadza wodę, co oznacza, że osuszane są bagna – „na które liczymy, że nas będą chronić” – mówił.
Zdaniem przyrodników ochrona przyrody i ochrona granic nie są z definicji sprzeczne. – Te cele są w zaskakujący sposób zbieżne, i wojsko, MON – od ministra, poprzez generałów odpowiedzialnych za Tarczę Wschód, aż do oficerów, którzy też pracują w terenie – jasno deklarują, że ochrona przyrody, ochrona naturalnych ekosystemów pogranicza to jest bardzo skuteczny sposób na zatrzymanie potencjalnej agresji – powiedział prof. Żmihorski.
Plan MON zakłada powstawanie „różnego rodzaju konstrukcji wykorzystujących beton – jeży, słupów, zapór, zasieków, płotów, rowów przeciwczołgowych, pól minowych” – przypomniał profesor. Dodał, że naukowcy pracujący w terenie i mieszkańcy Puszczy Białowieskiej i okolic powoli zaczynają obserwować tego typu inwestycje; w wielu miejscach pracują koparki, powstają liczne betonowe czy żelbetowe wieże i inne konstrukcje.
Program Tarcza Wschód w obecnym kształcie zakłada bardzo silną ingerencję w środowisko przyrodnicze
.Podobne prace w terenie ruszyły też w krajach bałtyckich, np. kopane są potężne rowy przeciwczołgowe, a na Litwie, przy okazji zabezpieczania granicy, trwają prace melioracyjne.
Prof. Żmihorski zwrócił jednak uwagę, że program Tarcza Wschód w obecnym kształcie zakłada bardzo silną ingerencję w środowisko przyrodnicze. Jest on realizowany w Polsce północnej i wschodniej, gdzie znajduje się „wiele terenów chronionych, bardzo cennych miejsc występowania rzadkich gatunków czy obszarów Natura 2000, parków narodowych i innych form ochrony przyrody”. Wdrożenie tam planów zaprezentowanych przez MON oznacza więc w pewnym sensie „katastrofę ekologiczną” i „kompletne zniszczenie bardzo wielu cennych siedlisk”.
W ocenie przyrodników tarcza wschodnia – o ile będzie realizowana zgodnie z prezentowanymi wcześniej zamierzeniami – będzie „katastrofą ekologiczną i przyrodniczą”.
– Wydaje się, że bardzo potrzebujemy dalszego dialogu, utrzymywania współpracy między MON i wojskiem – a stroną przyrodniczą – powiedział prof. Żmihorski. – Pilnie potrzebujemy też zmiany sposobu zarządzania ekosystemami pogranicza, bo obecnie wydaje się, jakbyśmy nie dostrzegali zmiany priorytetów w odniesieniu do tych lasów, wagi mokradeł wschodniej i północnej części kraju.
Dodał, że są liczne przykłady z Ukrainy (i szerszej historii wojskowości), że tego typu rozwiązania – wykorzystania przyrody jako bariery – sprawdzają się.
– Bardzo pilnie potrzebujemy zmienić priorytety i zastanowić się, (…) czy maksymalizacja produkcji leśnej czy rolniczej jest rzeczywiście ceną, którą warto płacić za to, że będziemy mieć obniżoną obronność wschodniej flanki – zaapelował naukowiec.
Dyrektor IBS PAN przypomniał, że koncepcja nazwana umownie „Zielona Tarcza Wschód”, opracowana przez naukowców z PROP, została przedstawiona już rok temu. Zakłada ona, że środowisko przyrodnicze pomaga zabezpieczyć polską granicę i bezpieczeństwo kraju. Jednocześnie pozwala pogodzić bezpieczeństwo państwa i oszczędzenie terenów cennych przyrodniczo.
– To chyba jedyne obecnie rozsądne rozwiązanie, które pozwoliłoby nam uchronić te cenne tereny, a z drugiej strony jakoś tę Tarczę Wschód zrealizować. Bo ona na pewno będzie realizowana. Nie ma się co łudzić, że argumenty przyrodnicze będą w oczach polityków ważniejsze niż bezpieczeństwo państwa. Jeżeli więc doprowadzimy do takiej kolizji: bezpieczeństwo albo przyroda – to automatycznie przyroda nie ma szans – mówił.
Granice do obrony
.Powinna dziś powstać jednostka na wzór Korpusu Ochrony Pogranicza, wyposażona prawnie w możność używania wszelkich dostępnych środków militarnych i technicznych, pozwalających czynić granicę bardzo trudną do sforsowania. Łudzenie się, że obecna prowizorka okaże skuteczna i że Moskwa odpuści, to proszenie się o coraz mocniejsze ciosy – pisze Andrzej KRAJEWSKI.
To, ile zmieni śmierć pierwszego polskiego żołnierza broniącego wschodnich granic Polski, będzie najlepszym testem, czy III RP ma w sobie instynkt przetrwania. Do tej pory objawiał się on bardzo rzadko.
Atak na polską granicę w wojnie hybrydowej, jaką Kreml rozpoczął z II Rzeczpospolitą sto lat temu, wyglądał następująco. Wiosną 1924 r. pierwsze grupy uzbrojonych dywersantów zaczęły niepostrzeżenie przedzierać się ze Związku Radzieckiego w głąb Polski. Małe oddziały napadały na urzędy, posterunki policji, polskie osady. Po czym wycofywały się na drugą stronę granicy.
W centrali OGPU na Łubiance wiedziano dzięki zdrajcom, co może Polaków zaboleć. Szef instytucji zajmującej się wywiadem, kontrwywiadem i akcjami specjalnymi Feliks Dzierżyński dobrał sobie jako najbliższych współpracowników bardzo zdolnych – przewerbowanych oficerów Wojska Polskiego – Ignacego Sosnowskiego i Wiktora Steckiewicza.
Uderzano też w nieprzypadkowym momencie. W Polsce upadł prawicowy rząd Wincentego Witosa, a ponadpartyjny gabinet fachowców Władysława Grabskiego zmagał się z hiperinflacją. W każdej chwili mógł utracić poparcie parlamentu, co oznaczałoby głęboki kryzys polityczny, zwłaszcza przy śmiertelnej wrogości, jaka panowała między endecją a lewicą. Tymczasem słabo uzbrojona Straż Graniczna bała się podejmować walkę z liczniejszymi grupami dywersantów.
Wkrótce liczba ataków przekroczyła setkę i premier Grabski 16 kwietnia 1924 r. wydał dekret nakazujący Ministerstwu Spraw Wojskowych we współpracy z MSW przejąć obronę granicy wschodniej. Dowodzenie operacją scedowano na inspektora Armii „Wilno” gen. Edwarda Rydza-Śmigłego. Po czym okazało się, że policja i Straż Graniczna wymigują się od wykonywania rozkazów generała, gdy tylko te im nie pasują. Z kolei Rydzowi brakowało podstaw prawnych do ich wyegzekwowania. Chaos się pogłębiał, a sowieccy dywersanci, którym doradzali polscy renegaci, robili się coraz bardziej bezczelni.
Wliście datowanym na 5 sierpnia 1924 r. minister spraw wojskowych gen. Władysław Sikorski ostrzegał Grabskiego: „Słabość po naszej stronie w zwalczaniu zdecydowanej i planowanej przeciw Polsce akcji bolszewików, prowadzonej, tak w kraju, jak i na wschodnim pograniczu, przynieść nam może katastrofalne następstwa”.
Dzień wcześniej duży oddział dywersantów opanował nocą miasteczko Stołpce. Zabito siedmiu policjantów z miejscowego posterunku, uwolniono więźniów z aresztu, obrabowano sklepy, zastrzelono kilku cywili. Na koniec napastnicy uszli bezkarnie za granicę. Po tym szokującym incydencie prezydent Stanisław Wojciechowski zaprosił na specjalną naradę do Spały rząd i generałów. Po dwóch dniach analizowania przyczyn zupełnego braku skuteczności oddziałów wojskowych i policyjnych – w dużej przecież liczbie skierowanych na granicę – opracowano plan ratunkowy. Polegał on na powołaniu do życia specjalnej jednostki, łączącej uprawnienia wojska, policji, straży granicznej i służb wywiadowczych. Jej jedynym zadaniem miało stać się uszczelnienie granicy ze Związkiem Radzieckim. Korpus Ochrony Pogranicza utworzono wręcz błyskawicznie. Między specjalnym rozkazem ministra spraw wojskowych wydanym 12 września 1924 r. a wejściem do akcji pierwszych oddziałów KOP upłynęło zaledwie 6 tygodni!
Nowa formacja zaskoczyła przeciwnika olbrzymią determinacją w działaniu, idącą w parze ze skutecznością. Po stoczeniu kilkuset potyczek, wybiciu lub wyłapaniu większości grup dywersyjnych w lecie 1925 r. zapadła na Kremlu decyzja o zakończeniu wojny hybrydowej z Polską. Stało się tak, ponieważ utracono nadzieję na osiągnięcie docelowego efektu, jakim winien być głęboki kryzys polityczny w Warszawie, otwierający następnie możność wzniecenia antypolskiego powstania na Kresach.
Taka skuteczność operacyjna KOP-u wynikała z kilku jego atutów. Po pierwsze, dużej autonomii dowództwa. Wiedziało ono, że jego zadaniem jest zapewnienie szczelność granicy, a jak to zostaje osiągnięte, decyduje szef KOP-u oraz znający na wylot swój teren oficerowie Korpusu. Po drugie, dobre uzbrojenie m.in. w broń maszynową i artylerię oraz równie dobre wyszkolenie. Ponadto istotna była własna służba wywiadowcza, koncentrująca swe działania na rozwijaniu sieci współpracowników wzdłuż granicy, informujących o tym, co się na niej dzieje. Starano się pozyskiwać źródła informacji także po stronie sowieckiej. Należy jeszcze dodać umocowanie prawne, dające możność prowadzenia operacji zarówno o charakterze wojskowym, jak i policyjnym w pasie przygranicznym.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/andrzej-krajewski-atak-na-polska-granice/
PAP/MB



