Komisja Europejska bierze się za WhatsApp

Rzecznik Komisji Europejskiej ds. cyfryzacji Thomas Regnier potwierdził w Brukseli doniesienia o tym, że KE rozważa uznanie, należącego do koncernu Meta, komunikatora WhatsApp za bardzo dużą platformę w ramach aktu o usługach cyfrowych (DSA). Nałożyłoby to na serwis dodatkowe wymagania.
WhatsApp pod lupą KE
.Byłby to pierwszy raz, kiedy przepisami DSA objęty zostałby komunikator służący m.in. do prywatnej wymiany wiadomości. Jak przyznał rzecznik, celem Komisji jest sprawdzenie, które treści na WhatsAppie stanowią prywatną komunikację, która nie wchodzi w zakres DSA, a które uznawane są za otwarte kanały, działające jak platformy mediów społecznościowych i tym samym mogą zostać objęte przepisami.
– Mogę potwierdzić, że KE aktywnie się tym zajmuje i nie wykluczamy w najbliższym czasie wskazania WhatsApp jako bardzo dużej platformy – powiedział Regnier.
Unijne przepisy wymagają od bardzo dużych platform internetowych – a za takie uznawane są serwisy posiadające ponad 45 mln aktywnych użytkowników – podjęcia większych działań m.in. w zakresie zwalczania nielegalnych i szkodliwych treści.
Regnier podczas piątkowego briefingu prasowego powiedział, że WhatsApp jeszcze w lutym ubiegłego roku przekroczył próg dotyczący liczby użytkowników, pozwalający zakwalifikować go jako bardzo dużą platformę; na początku ubiegłego roku z kanałów WhatsAppa korzystało 46,8 mln Europejczyków.
Zagrożona wolność słowa
.W związku z debatami wokół „ingerencji” Elona Muska w europejską politykę za pośrednictwem jego portalu społecznościowego Twitter/X oraz z dążeniem władz Brukseli do większej kontroli nad opiniami można śmiało powiedzieć, że wolności słowa, która niegdyś była uważana za oczywistą, ponownie jest zagrożona – pisze Nathaniel GARSTECKA.
Wszyscy wielcy myśliciele demokracji i liberalizmu opowiadali się za wolnością słowa. Baruch Spinoza, XVII-wieczny holenderski filozof, pisał: „Każdy może z pełną swobodą wyrażać swoje zdanie, sądzić, a w konsekwencji także mówić, pod warunkiem, że nie wykracza poza zwykłą mowę”. Pierre-Augustin de Beaumarchais w swojej słynnej sztuce Wesele Figara napisał: „Bez swobody krytyki nie ma zaszczytnej pochwały, (…) jedynie mali ludzie lękają się małych pisemek”. XIX-wieczny ekonomista John Stuart Mill: „Państwo, które czyni ludzi małymi i posłusznymi narzędziami w swoich rękach, nawet w imię dobrej woli, odkryje, że z małymi ludźmi nie można osiągnąć nic wielkiego”. Wreszcie Hannah Arendt napisała: „Totalitarne formy dominacji nie zadowalają się kładzeniem kresu wolności słowa, ale z zasady dążą do unicestwienia spontaniczności człowieka we wszystkich dziedzinach”.
Jednak nikt z nich ani żaden przedstawiciel klasycznej szkoły liberalnej (w szczególności Szkot Adam Smith oraz Francuzi Bastiat i Constant) nie uważał, że wolność ta powinna być całkowita i nieograniczona. Dla Milla obelgi i wyzwiska nie powinny mieć miejsca w debacie ideowej. Spinoza uważał, że granicą wolności słowa jest ochrona bezpieczeństwa społeczeństwa i jedności państwa. Nie można zatem bronić nawoływania do buntu lub przemocy. Arendt z kolei twierdziła, że wolność nie może istnieć bez indywidualnej odpowiedzialności. Każdy z nas ponosi moralną odpowiedzialność, którą musimy cierpliwie budować poprzez refleksję i umiejętność zdystansowania się od panującego zgiełku.
Argument, że zasady ustanowione sto czy dwieście lat temu nie mogą być stosowane w XXI wieku, jest tylko częściowo prawdziwy. Trzeba przyznać, że w czasach Spinozy czy Beaumarchais’go nie istniały sieci społecznościowe. Ale przemoc i tyrania istniały. Jeśli Spinoza chciał, aby wolność słowa była „tak szeroka, jak to tylko możliwe”, to dlatego, że postrzegał ją jako narzędzie do ograniczania napięć społecznych, które były wszechobecne w XVII-wiecznej Europie, szczególnie w kontekście wojen religijnych między katolikami i protestantami, które krwawo wstrząsnęły kontynentem. Mill pisał zaledwie kilka dekad po wojnach napoleońskich i w czasie rewolucji narodowych. Dla niego wolność słowa była narzędziem innowacji i kreatywności, które mogły przyczynić się do wielkich odkryć i postępu myśli. Z kolei Hannah Arendt wypowiadała się w kontekście potępienia wielkich reżimów totalitarnych XX wieku i popełnionych przez nie masowych zbrodni i ludobójstw. Wolność jest pierwszym bastionem przeciwko tyranii, ponieważ to właśnie wolność dyktatorzy starają się ograniczyć w pierwszej kolejności. Co się zmienia w XXI wieku? Jak wspomniano powyżej, jest to rozszerzenie narzędzi mowy na całą ludzkość. Każdy, kto ma komputer lub smartfon, może publikować swoje opinie i udostępniać je całemu światu. Wyrażanie opinii nie jest już ograniczone do piśmiennej i intelektualnej elity, co ma dobre i złe strony.
Złe, ponieważ ujawniają się wszystkie wady człowieka, wszystkie jego podstawowe instynkty: przemoc, agresja, nienawiść. Nie ma sensu zaprzeczać: jesteśmy niedoskonałymi stworzeniami. I być może nie jest to nic złego. Ważne jest, aby to podkreślić, ponieważ niektóre z naszych elit chciałyby przekształcić rasę ludzką według własnego uznania, zgodnie z postępową ideologią, która narodziła się w umysłach utopistów w XVI wieku, zyskała na znaczeniu dzięki rewolucji francuskiej i została podana w nowoczesnej formie przez Karola Marksa. Piękno naszej egzystencji polega właśnie na tym, że jest ona nieprzewidywalna i przypadkowa. W tym właśnie świadomość naszej skończoności i tragedii pozwala nam delektować się życiem i starać się uczynić je tak interesującym, jak to tylko możliwe. Losowość jest również tym, co czyni nas wszystkich wyjątkowymi i niezastąpionymi w przeciwieństwie do sloganów powszechnych w świecie korporacji. Wszyscy jesteśmy różni, a różnorodność to zaleta. Lewicowi ideolodzy chcieliby nas tej różnorodności pozbawić. Chcieliby, abyśmy wszyscy byli identyczni, myśleli tak samo, głosowali w ten sam sposób, pozbyli się naszych korzeni i tożsamości i stopili się w etnicznie mieszany i kulturowo znormalizowany „tygiel”.
Aby to osiągnąć, należy oczywiście ograniczyć swobody. Wolność jest tym, co pozwala nam być innymi. To ona daje nam możliwość odróżnienia się od innych. Jest także, a nawet przede wszystkim podstawą demokracji. Jeśli wszyscy myślimy tak samo, jaki jest sens debaty publicznej, a nawet wybierania naszych przedstawicieli politycznych? Demokracja to „władza ludu, przez lud, dla ludu”. Jean-Jacques Rousseau ustalił, że ludzie powinni być prawowitym źródłem władzy. To właśnie na tym twierdzeniu oparliśmy nasze nowoczesne systemy polityczne.
Co więc stało się w Rumunii? Trybunał Konstytucyjny po prostu unieważnił wybory prezydenckie, w których w pierwszej turze zwyciężył niespodziewany kandydat. Trybunał Konstytucyjny składa się z członków, którzy nie są wybierani bezpośrednio, ale są mianowani przez Senat, Izbę Deputowanych i prezydenta. Jaki jest powód tej decyzji? Oficjalnie chodzi o podejrzenie o manipulację wyborami za pośrednictwem platformy społecznościowej TikTok, gdzie rzekomo miała miejsce „agresywna promocja” na rzecz Călina Georgescu.
Postawmy sprawę jasno. Media społecznościowe nie mają ani prymatu, ani monopolu na manipulację i ingerencję jakiegokolwiek rodzaju. Każdy, kto interesuje się mediami, jest świadomy różnych skandali. Bliskie powiązania między polityką a mediami są udowodnione i udokumentowane. Dziennikarze z pewnością podlegają zasadom etycznym, ale w rzeczywistości są one dalekie od stosowania. Sieci społecznościowe zostały oskarżone o wykorzystywanie algorytmów do promowania określonego obozu politycznego. Tymczasem wiadomości zamieszczane na portalach społecznościowych przez centrolewicowego premiera Polski Donalda Tuska generują więcej polubień niż te zamieszczane przez konserwatywnego Mateusza Morawieckiego, gdy zajmował to samo stanowisko. Jest to oczywiście tylko jeden z wielu przykładów, ale ilustruje on pluralizm, który faktycznie panuje w sferze wirtualnej.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/nathaniel-garstecka-zagrozenie-wolnosci-slowa/
PAP/ LW



