
Wszystkie brudy rosyjskiej duszy
Żałosną jest praca wymyślania sobie ojczyzny”, pisał w XIX wieku Kiriejewski. Miał na myśli rosyjską inteligencję, która chciała swoje państwo zwesternizować. Ale ostatecznie to Kiriejewski i jego towarzysze wymyślili sobie ojczyznę, słowiańską Rosję – pisze Mateusz MATYSZKOWICZ
.Użytkownicy mediów społecznościowych w naszej części Europy natrafiają często na klipy tworzone przez rosyjską influencerkę. Opowiada ona w nich, posługując się językiem międzysłowiańskim, o braterstwie narodów i wspólnej kulturowej bazie narodów Europy Środkowej. Mało kto zwraca uwagę na to, że gramatyka tego języka jest zadziwiająco bliska rosyjskiej. Potem na YouTube można odtworzyć setki klipów ukazujących słowiańską dumę. Wspólnie powiewają flagi polskie, rosyjskie, czeskie, chorwackie. Gra Lewandowski, skacze Małysz, czołgi wjeżdżają na Ukrainę. To wszystko stanowi jeden front i ma mocodawców w jednym państwie. Analiza tych filmów i sposób budowania zasięgów wskazują jednoznacznie, że ich promotorami są jawne lub niejawne rosyjskie boty. To potężna akcja, pozornie wciągająca Polaków, ale tak naprawdę w intencji i w praktycznych skutkach to jedna z najbardziej antypolskich kampanii, jakie toczone są w tym momencie w wirtualnym świecie.
Kremlowscy ideolodzy, jak Surkow czy Dugin, a przed nimi panslawiści uważali Polskę za Judasza Słowiańszczyzny, naród dla Rosji stracony. Jeśli zaś widzieli i widzą nadal potencjał znajdowania tu ambasadorów Słowiańszczyzny, to jako narzędzie rozbijania jedności zachodniego świata. Ale nie łudźmy się. Ostatecznie to my jesteśmy celem.
Polskość dla kremlowskich ideologów jest zadrą – głęboką przeszkodą w realizacji imperialnych planów. To właśnie Polskość odciąga zachodnie narody ruskie od Moskwy. Jak stwierdził Putin w wywiadzie z Tuckerem Carlsonem, ukraińskość jest polskim wynalazkiem. Według tej narracji Ukraińcy to Rusini żyjący na skraju, na wschodnich rubieżach dawnego polskiego imperium. Ukraińskość ma być zatem – w oczach Putina – polskim narzędziem, służącym do odciągnięcia zachodnich Rusinów od Moskwy i włączenia ich w cywilizację łacińską poprzez pewną hybrydę – razem z Cerkwią unicką. Polskość przeszkadza jako nieprawosławna i nierosyjska wersja słowiańskiej drogi narodów, ale przede wszystkim dlatego, że niesie w sobie niebezpieczne dla Rosji dziedzictwo państwa federacyjnego – modelu wspólnoty politycznej, który stanowi realne zagrożenie dla moskiewskiego imperium.
Słowiańskie fantazje
.Aby dobrze zrozumieć tło tej narracji, musimy się cofnąć. Narracja polityzująca Słowiańszczyznę ma źródła w Oświeceniu – zwłaszcza w Herderowskiej koncepcji „duszy narodów”. Hołdował jej w Polsce Stanisław Staszic, później Lelewel i preromantycy, którzy wydobywali słowiańskość Polaków, by uodpornić ich zarówno na zapędy germanizacyjne, jak i rusyfikacyjne. W naszej opowieści najistotniejszy będzie jednak książę Michaił Szczerbatow (1733–1790). To on stworzył zalążek mitu, którym później posłużyli się rosyjscy filozofowie i ideolodzy XIX wieku.
W jego utopijnej wizji pierwotna Słowiańszczyzna, skoncentrowana na Rusi, zorganizowana była w gminy – samowładne, kierowane przez rady starszych i wiece. Obszczina, ta pierwotna wspólnota, stała się snem politycznym, porządkującym wyobraźnię miłośników Słowiańszczyzny pragnących powrotu do źródła i krytykujących – jak Szczerbatow – absolutyzm Piotra Wielkiego oraz jego prozachodniość. Własnego mitu Rosji – tego potrzebowali.
Szczerbatow, czerpiąc z oświeceniowych idei Monteskiusza o cnocie republikańskiej, malował obraz starożytnej Rusi jako harmonijnego ładu, w którym zbiorowa mądrość wieców chroniła przed tyranią jednostek, a wspólna ziemia zapewniała równowagę społeczną. Wizja ta, choć arystokratyczna w rdzeniu, stała się później paliwem dla słowianofilów, którzy przekształcili ją w ideę wyższości słowiańskiego kolektywizmu nad zachodnim racjonalizmem.
Krytykując Piotra za import obcej mody i biurokracji, Szczerbatow nie tylko tęsknił za utraconą autentycznością, lecz także – nieświadomie – położył podwaliny pod imperialny mit Rosji jako strażniczki słowiańskiego dziedzictwa. W XIX wieku mit ten posłużył do uzasadnienia ekspansji pod płaszczykiem braterstwa. Filozoficznie – to echo platońskiej utopii, w której idealne państwo opiera się na cnotach przodków, lecz w rosyjskim kontekście stało się narzędziem maskowania centralizmu moskiewskiego jako „naturalnego” porządku słowiańskiego.
Andrzej Walicki w swojej fundamentalnej pracy W kręgu konserwatywnej utopii. Struktura i przemiany rosyjskiego słowianofilstwa nazwał to wyobrażenie utopią retroaktywną – idealizacją przeszłości, której genezę wiązał z konserwatywnym ruchem w obrębie niemieckiego romantyzmu. Paradoks tej koncepcji jest znamienny: idea, która miała być najbardziej „rosyjska z rosyjskich”, została zaimportowana z Niemiec – jak tort marcepanowy, Lenin albo nowe auto.
Tak rodzi się jeszcze nie panslawizm – ten będzie tworem późniejszym – lecz słowianofilstwo: ruch intelektualny, który między latami 30. a 50. XIX wieku uwiódł znaczną część rosyjskiej inteligencji. Powstał jako opóźniona reakcja na reformy Piotra Wielkiego i jako próba przezwyciężenia kompleksów elit, które w kontekście gwałtownych przemian modernizacyjnych czuły się bezdomne i zbędne. Aleksander Hercen tak portretował przedstawiciela tej elity: „Tułacz po Europie, obcy w domu, obcy w ojczyźnie”. Gdy Rosjanin przebywał w Paryżu, postrzegano go jako człowieka Wschodu; gdy wracał do Petersburga czy do swojego majątku ziemskiego, z bagażem książek, rozmów kawiarnianych i spektakli teatralnych, traktowany był jak cudzoziemiec – i sam tak się czuł. Widząc Zachód, dostrzegał, jak bardzo Rosja od niego odstaje. Dotyczyło to również elit konserwatywnych, które często – jak Piotr Czaadajew (1794–1856) w jednej z faz swojej twórczości – ulegały fascynacji zachodnim konserwatyzmem i katolicyzmem, postrzegając Rosję i prawosławie jako cywilizacyjnie opóźnione.
Choroby duszy
.Kiriejewski, Chomiakow i inni słowianofile nazwali tę postawę „chorobą duszy”. Przeciwstawili jej koncepcję osobowości integralnej – celnoj licznosti – scalonej przez religijny umysł zanurzony w prawosławiu i rosyjskiej tradycji. Odrzucając Zachód, słowianofile nie tylko idealizowali obszczinę, czyli wyobrażoną słowiańską gminę, lecz także dokonywali apoteozy chłopskiej ludności Rosji.
Ziemia – jak pisali – nie oznaczała przestrzeni materialnej, lecz cały świat prostego ludu: jego religię, kulturę i obyczaj. To ziemia decyduje o rosyjskości. Dziś powiedzielibyśmy, że owa ziemia stanowi rosyjskie DNA. I o ile Piotr Wielki kazał chłopów golić i ubierać w niemieckie stroje, o tyle słowianofile przeciwnie, ulegli fascynacji etnicznością, w której znaleźli pierwotną siłę napędową dla Rosji, stawiając ją ponad zeuropeizowaną elitą.
W konstruowaniu tego mitu niezwykle ważne jest połączenie elementu etnicznego z prawosławiem. W przeciwieństwie do wczesnych konserwatystów rosyjskich, którzy byli zafascynowani katolicyzmem, słowianofile uznali rzymskie chrześcijaństwo za zwyrodnienie pierwotnej religii, która zachowała się tylko w jej bizantyńskim wydaniu. W katolicyzmie przeszkadzały im dwa bliskie sobie elementy: rozum i prawo.
Jako romantycy odrzucali racjonalizm. Wszelako o ile niemieccy romantycy dokonywali wewnętrznej krytyki zachodniego racjonalizmu, pozostając tak naprawdę w obrębie stworzonej za jego pomocą kultury, o tyle Rosjanie odrzucili racjonalną formę, jako obcą ich kulturze. Dzięki temu gestowi mogli swoje wcześniejsze poczucie niższości względem Zachodu przekuć na przekonanie o własnej wyższości. Wyższości prawdziwych chrześcijan, ale i jednostek – na romantyczną miarę – integralnych. Pojęcie integralnej osobowości – której nie porządkuje rozum, ale siła wyższa związana z percepcją religijną, władza duchowa – powiązali także z odrzuceniem indywidualizmu. Bo ten rosyjski duchowy rozum ma wymiar nie indywidualny, ale zbiorowy – nie jest wiedzą, do której ktoś doszedł, ale w której ktoś uczestniczy jako członek wspólnoty, poddając się jej religii i obyczajowi. To próba odnalezienia czegoś, co sami nazywali zasadą jednoczącą, która pozwala otworzyć człowieka na wyższy typ poznania, który zgodnie z modą epoki odnajdowali w poznaniu niedyskursywnym, intuicyjnym, pozostającym w jakimś pierwotnym duchowym skupieniu.
Racjonalizmowi, czy też jak to się wtedy mówiło, rozumowi logicznemu, zarzucali natomiast defragmentację jednostki i jej alienację. Odnalezienie siebie, porzucenie owej choroby duszy, to dla słowianofilów oznaczało odcięcie się od zachodniej formy i poddanie się etnicznie rozumianej rosyjskości. Było to także postawienie się ponad prawem rozumianym w zachodni, rzymski sposób. Jak pisał Jurij Samarin (1819–1876), „tyrania rozsądku w sferze filozofii, wiary i sumienia odpowiada w praktyce, w życiu społecznym, tyranii władzy centralnej”.
Niepolityczna wolność
.Jedno z istotnych rozróżnień, jakie czynili tu słowianofile, to był podział prawdy na zewnętrzną i zewnętrzną. Zewnętrzna organizuje siłą, jest prawem nadanym wspólnocie. Wewnętrzna zaś to siła, która od środka, od wewnątrz, organizuje wspólnotę i jest uchwytna raczej intuicyjnie przez reprodukcję obyczaju i religijnego rytuału. Nie jest to idea specjalnie oryginalna, zwłaszcza w epoce romantycznej, ale w Rosji nabiera specjalnego znaczenia. Słowianofile powiedzieli bowiem Rosjanom, że nie muszą się wstydzić własnego odstawania od zachodniej cywilizacji, ale mogą odnaleźć dumę w swoim zacofaniu.
Przyznawali bowiem, że zachodnia cywilizacja rozwija się szybciej, ale z jej wzrostem nie idzie wewnętrzny rozwój człowieka. Bardzo wygodna wymówka do dalszego snucia swojej utopii, w której przygotowuje się grunt pod rosyjski szowinizm.
Powinniśmy tu wspomnieć o jeszcze jednym niezwykle ważnym elemencie tej utopii. Konstantin Aksakow (1817–1860), podobnie jak i inni słowianofile, odrzucając zachodnie prawo i racjonalizm, zakwestionował także zachodnią wersję państwa i co najważniejsze, polityczności. Jak twierdzili, w Rosji państwo z jego prawem nigdy nie było zasadą, a polityczność, rozumiana jako arystotelesowska powszechna partycypacja obywateli w sprawach publicznych, w ogóle nie występowała. W swojej retroutopii twierdzili, że w czasach historycznych ziemia była autonomiczna, a władza co najwyżej konsultowała z nią część decyzji podczas soborów ziemskich, szanując jej odrębność. Ta władza zresztą od początku miała być elementem zewnętrznym wokół rosyjskiego życia.
Stąd bardzo istotny element wyinterpretowany ze staroruskich latopisów, nazywany w literaturze mitem o przywołaniu władzy. Otóż w wyobraźni słowianofilów lud ruski nigdy nie chciał władzy, a gdy konieczna okazała się organizacja państwowa, lud sam przywołał obcą dynastię, by za to odpowiadała. Rekonstrukcja tego mitu pozwoliła podtrzymać romantyczne wyobrażenie o pierwotnej niepolityczności ludu.
Aksakow w swoich pismach, takich jak O stanie wewnętrznym Rosji (1855), malował obraz ludu ruskiego jako moralnie czystego, wolnego od politycznych ambicji, które kojarzył z zachodnim indywidualizmem i rywalizacją. W tej wizji państwo miało być jedynie opiekunem ziemi, a nie jej panem – relacja ta, choć utopijna, była odpowiedzią na absolutyzm carski, który słowianofile krytykowali jako skażony zachodnią biurokracją. W tym wymiarze słowianofilstwo miało jeszcze poczciwy element. Słowianofile dostrzegali bowiem brutalność carskiej władzy i traktowali przejawy tek brutalności jako naruszenie mitu, który sami konstruowali. Ciężar winy przenieśli na zeuropeizowane elity. Jak twierdził Aleksiej Chomiakow (1804–1860), owi zeuropeizowani Rosjanie stają się kolonizatorami własnej ojczyzny, ludźmi bez ojczyzny i bez historii. W rzeczywistości jednak słowianofile nie tylko zniekształcili postrzeganie własnej historii, naginając ją do własnych utopijnych przekonań, ale więcej, zaproponowali jej transformację właśnie w zachodnim romantycznym stylu. O ile jednak na Zachodzie romantyzm musiał zderzyć się z bogatą i wszechstronną tradycją intelektualną, o tyle w Rosji jej rodzime wyinterpretowanie mogło na dobre przeorać autoidentyfikację narodową. Rosjanie mogli ze sobą zrobić to, o czym niemieckim romantykom nawet się nie śniło.
Filozoficznie – to echo heglowskiej dialektyki, gdzie ziemia jako teza (organiczna jedność) przeciwstawia się antytezie państwa (zewnętrznej władzy), zmierzając ku syntezie soborności – duchowej harmonii opartej na prawosławiu. Jednak jak zauważa Walicki, ta idealizacja niepolityczności miała paradoksalne skutki: wzmacniając mit rosyjskiej wyjątkowości, przygotowała grunt pod późniejszy panslawizm, który przekształcił apoteozę ziemi w ideologię imperialną, gdzie Rosja jawi się jako opiekunka wszystkich Słowian. W tym kontekście polskość, z jej federacyjnym modelem i polityczną partycypacją, staje się dla słowianofilów symbolem zachodniego zagrożenia – nie tylko obcej wiary, ale i obcej koncepcji państwa, które lud włącza w procesy decyzyjne, a nie poddaje go „naturalnemu” porządkowi. Dramaturgicznie – to punkt zwrotny: słowianofile, poszukując autentyczności, nieświadomie budują narrację, która w rękach późniejszych ideologów, takich jak Putin, usprawiedliwi hegemonię nad „zbłąkanymi” narodami ruskimi.
Imperialna poczciwość
.Bo słowianofilstwo, z początku pozornie poczciwe i moralistyczne, do dziś zresztą znajdujące swoich wielbicieli również na Zachodzie, z czasem wyewoluowało – a może raczej zostało świadomie przekształcone – w rosyjską ideologię imperialną.
Jeszcze w 1848 roku, w ogarniętej rewolucyjnym wrzeniem Europie, w czeskiej Pradze, odbył się pierwszy Zjazd Słowiański – wydarzenie symboliczne dla budzących się narodowych świadomości Słowian. Uczestniczyli w nim przedstawiciele niemal wszystkich ludów słowiańskich: Czesi i Słowacy z kręgu Františka Palackiego, Polacy z emigracyjnego środowiska Mickiewicza i Lelewela, Chorwaci, Serbowie, a także nieliczna, acz znacząca delegacja rosyjska. Przewodniczył Czech Pavol Jozef Šafárik, a duchowym gospodarzem był Palacký, który w słynnym liście do Frankfurtu odmówił udziału w niemieckim parlamencie, uznając, że „Słowianin nie może zasiadać w parlamencie niemieckim”.
Rosjanie pojawili się w Pradze nie jako przywódcy, lecz jako obserwatorzy. W ich oczach kongres był egzotycznym eksperymentem – próbą „zachodniego” zjednoczenia Słowian, obcą ich duchowi. Dla Czechów, Chorwatów czy Polaków oznaczał jednak coś zupełnie innego: próbę afirmacji własnej tożsamości wobec niemieckiej i habsburskiej dominacji. Rosyjscy uczestnicy – tacy jak Michaił Bakunin – próbowali łączyć hasła słowiańskie z rewolucją społeczną, ale ich wizja nie miała jeszcze charakteru państwowego.
W tym czasie słowianofile rosyjscy pozostawali w dużej mierze apolityczni. Skupieni na własnym państwie i ziemi pisali raczej o duchowości, wspólnocie i religii niż o ekspansji czy wojnie. Chomiakow czy Kiriejewski wciąż traktowali słowiańskość jako kategorię etyczną i teologiczną, nie geopolityczną. Ale pod powierzchnią ich pism zaczynała już kiełkować inna myśl – idea hegemonii rosyjskiej nad całą Słowiańszczyzną.
Przełom nastąpił po roku 1856, kiedy Rosja poniosła sromotną klęskę w wojnie krymskiej. Zderzenie z nowoczesną machiną militarną Zachodu – Francji i Wielkiej Brytanii – obnażyło słabość imperium i zrodziło potrzebę nowej ideologii legitymizującej dalszą ekspansję. Carat, dotąd oparty na micie „świętej Rusi”, szukał teraz doktryny zdolnej połączyć mesjanistyczny wątek słowianofilstwa z polityczną mobilizacją imperium, o czym piszą między innymi Geoffrey Hosking (Russia: People & Empire, 1552–1917) i Orlando Figes (The Crimean War: A History). Wpisuje się to w klasyczny rosyjski schemat behawioralny, kiedy to klęska kompensowana jest imperialną fantazją.
To właśnie wtedy pojawia się panslawizm polityczny – zrazu jako naturalne dziecko słowianofilstwa, a w rzeczywistości jego zaprzeczenie. Od duchowej wspólnoty, owszem, przesiąkniętej kompleksami, przeszło się do strategii wpływu. Starzy słowianofile – Chomiakow, Aksakow, Samarin – ewoluowali w kierunku myślenia o Rosji jako o „starszym bracie” Słowian, którego obowiązkiem jest „bronić” pozostałych przed zgubnym wpływem Zachodu.
Na łamach „Moskwitianina” i „Russkiego Wiestnika” zaczęły pojawiać się teksty łączące ideę słowiańskiego braterstwa z rosyjskim przywództwem duchowym i politycznym. W tych samych latach Konstanty Aksakow pisał, że „Rosja jest powołana, by nieść światło prawosławia wszystkim ludom słowiańskim”, a jego brat Iwan dodawał, że „Słowiańszczyzna jest tylko wtedy silna, gdy jest zjednoczona wokół Moskwy”.
To już nie była nostalgia za ziemią – to był projekt imperialny. Po klęsce na Krymie duchowa idea słowianofilstwa została przekuta w narzędzie odbudowy potęgi. W latach sześćdziesiątych XIX wieku nowy typ myślenia wchłonął całą rosyjską inteligencję konserwatywną – od Katkowa po Danilewskiego – tworząc ideologiczny pomost między romantyczną utopią a imperialnym panslawizmem, który wkrótce stanie się oficjalną doktryną caratu.
W pismach Michaiła Katkowa, redaktora „Russkiego Wiestnika” i „Moskowskich Wiedomosti”, Rosja jawiła się jako oblężona twierdza prawosławia, której misją jest nie tylko obrona, ale i ekspansja na ziemie słowiańskie zagrożone przez „zgubny Zachód” – a w szczególności przez polskość, utożsamianą z federacyjnym dziedzictwem Rzeczypospolitej i „katolicką herezją”. Po powstaniu styczniowym (1863) Katkow stał się głównym ideologiem represyjnej rusyfikacji: jego publicystyka odrzucała wszelką możliwość dialogu z Polakami, uznając ich za naród „niepoprawny”, przesiąknięty zachodnią zarazą.
Nikołaj Danilewski, w wydanej w 1869 roku książce Rossija i Ewropa, poszedł dalej, formułując teorię cykli kulturowo-historycznych, w której Rosja jawiła się jako centrum nowej, odrębnej cywilizacji słowiańskiej. Według niego Zachód wchodził już w fazę rozkładu, podczas gdy Rosja miała dopiero rozpocząć swoją dziejową misję. Z tej wizji wyrastał program zjednoczenia wszystkich Słowian pod moskiewskim berłem – program, który w istocie nie różnił się od zachodniego kolonializmu, tylko używał innego słownika: duchowości zamiast handlu, misji zamiast podboju.
Polska w tym systemie myślenia staje się „narodem odstępczym” – zdrajcą słowiańskiego ducha, który pozwolił się uwieść katolickiemu racjonalizmowi i łacińskiej cywilizacji. W dialektycznym sensie – jak zauważa Walicki – to heglowska struktura użyta przeciw Zachodowi: teza rosyjskiej soborności przeciwstawiona antytezie zachodniego indywidualizmu miała znaleźć syntezę w panslawistycznej hegemonii. Filozofia została tu sprowadzona do służby polityce.
Dramaturgicznie to moment tragiczny: słowianofile, zaczynając od idealizacji ziemi i duchowego braterstwa, nieświadomie dostarczyli paliwa dla ideologii, która w imię miłości usprawiedliwiła dominację. Romantyczna tęsknota za wspólnotą ustąpiła miejsca cynicznemu projektowi władzy.
Po 1863 roku polskość staje się w rosyjskiej świadomości symbolem choroby Słowiańszczyzny – zachodniego wirusa, który zagraża jedności. W rosyjskiej publicystyce i literaturze coraz częściej pojawia się postulat depolonizacji zachodnich guberni – szczególnie ziem litewsko-białoruskich i ukraińskich – przez wypieranie języka, kultury i Kościoła unickiego. Katkow i jego kontynuatorzy pisali o potrzebie „oczyszczenia” tych terytoriów z obcych wpływów, a w administracyjnej praktyce caratu przełożyło się to na likwidację szkół polskich, konfiskatę majątków, rusyfikację Cerkwi unickiej oraz zakaz druku po polsku.
W latach siedemdziesiątych XIX wieku ten nurt osiągnął kulminację podczas wojny bałkańskiej (1877–1878), kiedy hasło „braterstwa Słowian” posłużyło do legitymizacji ekspansji na południe i symbolicznej rekompensaty za klęskę krymską. Wtedy właśnie rosyjski panslawizm osiągnął swój pełny kształt – ideologiczną syntezę imperializmu i mistycyzmu, w której polityka podboju przybrała formę „świętej misji”. Danilewski i inni marzyli wtedy o słowiańskim imperium, którego stolicę zamierzali umieścić w Konstantynopolu. Polskość, ze swoim dziedzictwem republikańskiego pluralizmu i obywatelskiej partycypacji, stała się w tej narracji uosobieniem obcości – ciałem obcym, które należało usunąć, by „oczyszczenie” Słowiańszczyzny mogło się dokonać.
.Upadek caratu, poprzedzony zresztą wojną światową, która wynikła, jakby nie było, ze starcia imperiów na Bałkanach, ostudziły nieco słowiańską nadbudowę ideologiczną, choć w niektórych momentach władza po nią sięgała. Tak było na przykład podczas wojny sowiecko-niemieckiej, nazywanej przez Rosjan do dziś wojną ojczyźnianą. Również sowiecka archeologia podejmowała próby osadzenia mitu słowiańskiego w swoich odkryciach. Ale prawdziwy renesans tych idei nastąpił najpierw w pismach Surkowa i Dugina, a potem w polityce i propagandzie putinowskiej.
Bardzo precyzyjnie rekonstruuje to w swoich tekstach Marlène Laruelle, która konsekwentnie argumentuje, że putinizm nie jest monolityczną ideologią, lecz elastycznym amalgamatem, adaptującym historyczne doktryny do bieżących potrzeb geopolitycznych. Panslawizm wnosi element etniczno-kulturowej jedności, eurazjatyzm – cywilizacyjną unikalność i antyzachodnią alternatywę, a prawosławny mesjanizm – duchową legitymizację, czyniąc Rosję „ostatnim bastionem” autentycznych wartości europejskich. Ta narracja o „obronie prawdziwej Europy”, oryginalnej, zachowanej przed liberalizmem i dekadencją, służy uzasadnieniu agresji, np. wobec Ukrainy, jako rekonstrukcji historycznej jedności. Laruelle podkreśla, że ta synteza jest sytuacyjna: w kontekście wojny z Ukrainą (od 2022 r.) staje się narzędziem mobilizacji, gdzie Rosja pozycjonuje się jako katechon, łącząc panslawistyczną irredentę (Ukraina jako „rosyjska”) z eurazjatyckim multipolarnym światopoglądem i prawosławnym konserwatyzmem (obrona tradycyjnych wartości przed „gayropą”). W jej analizie ta ideologia nie jest nowością – korzenie sięgają XIX-wiecznych słowianofilów (np. Chomiakow) i Eurazjatów (np. Trubieckoj) – ale pod Putinem zyskała państwowy wymiar, co Walicki nazywałby „konserwatywną utopią” w służbie władzy.
Mit Słowiańszczyzny staje się więc ponownie nośnikiem idei imperialnej. Niebezpiecznej, bo sieje się jak zaraza w epoce mediów społecznościowych, w której każdy mit, nawet najciemniejszy, może odrodzić się w formie memu, obrazu, sloganu. Ale jest niebezpieczna także dlatego, że dla wielu Amerykanów i Europejczyków stanowi wygodne porządkowanie świata. W języku Zachodu wciąż funkcjonuje stary skrót myślowy: Słowianie – Wschód – Rosja.
Polak w Paryżu bywa mylony z Rosjaninem, Ukraińca w Berlinie traktuje się jak wariant tego samego „słowiańskiego typu”. Dla Francuza to normalne, to Słowianie – to wszystko jedno. To „wszystko jedno” było też zasadą, która legła u podstaw porządku jałtańskiego – świata, w którym narody Europy Środkowej i Wschodniej stały się strefą buforową między imperiami. W oczach architektów tego ładu nie było różnicy między Polakiem a Rosjaninem, między Wilnem a Woroneżem. To była jedna przestrzeń – Wschód, obszar, który można zaznaczyć jednym kolorem na mapie. Ten sam schemat powraca w intelektualnych uogólnieniach Zachodu. Gdy czyta się Huntingtona i jego Zderzenie cywilizacji, widać, że i tam Polacy, Ukraińcy, Białorusini zostają wpisani w ten sam blok cywilizacyjny co Rosjanie. W logice jego mapy – choć geopolitycznie subtelnej – Polska i Ukraina wciąż należą do „prawosławno-słowiańskiej cywilizacji”, nawet jeśli od wieków toczą walkę o przynależność do świata łacińskiego. To „wszystko jedno” jest dziś dla nas największym zagrożeniem. Bo nie tylko usprawiedliwia rosyjskie roszczenia, lecz także rozpuszcza polskość, ukraińskość i białoruskość w amorficznej masie „słowiańskiego Wschodu”. W tej narracji ginie różnica między ofiarą a agresorem, między imperium a wspólnotą narodową.
.Ale jest jeszcze głębszy wymiar tego zagrożenia. „Wszystko jedno” to początek obojętności, a obojętność jest początkiem niewoli. Zachód, który nie odróżnia Polski od Rosji, będzie gotów oddać ją w strefę wpływów – tak jak już raz to uczynił. Dla Putina to „wszystko jedno” jest błogosławieństwem. Dla nas – powinno być ostrzeżeniem.
Tekst ukazał się w nr 73 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].




