Łosie w Warszawie? Przyroda potrafi nas zaskoczyć [Prof. Jakub GRYZ]

Łosie na stałe zadomowiły się w Warszawie i podobnych spotkań będzie więcej. Musimy przyjąć, że takie sytuacje będą się zdarzały – powiedział prof. Jakub Gryz. Jego zdaniem nie należy jednak znosić moratorium na odstrzał tych zwierząt.

Zacznijmy od łosia, którego internauci ochrzcili Emilem. Biegał tunelem średnicowym między peronami Dworca Centralnego. To anomalia czy coś, czego w Warszawie powinniśmy się już spodziewać?

Dr hab. Jakub Gryz, biolog, profesor Instytutu Badawczego Leśnictwa: Łosia w tunelu pod Dworcem Centralnym sam się nie spodziewałem, ale jak widać, przyroda potrafi nas zaskoczyć. Jednak obecność łosi w Warszawie nie jest niczym niezwykłym. W ciągu ostatnich 25 lat ich liczebność w Polsce wzrosła, co ma związek z obowiązującym od 2001 r. moratorium na odstrzał. Zwierzęta zaczęły też rozszerzać zasięg występowania.

Warszawa jest pod tym względem szczególna. Z jednej strony graniczy z Kampinoskim Parkiem Narodowym, jedną z większych ostoi łosia, z drugiej – na wschód od miasta mamy rozległe tereny wojskowe, gdzie tych zwierząt również jest dużo. Łosie występują już stale w Lesie Kabackim, Lesie Sobieskiego czy dolinie Wisły. Są bardzo mobilne, więc od czasu do czasu zapuszczają się w zwartą zabudowę. Tunel średnicowy jest jednak miejscem ekstremalnym.

Do tego mamy wrzesień, czyli bukowisko. Łosie głupieją z miłości?

Dr hab. Jakub Gryz: Nie powiedziałbym, że głupieją, ale hormony robią swoje. Trochę jak u zakochanych ludzi, którzy też potrafią zachowywać się irracjonalnie. W okresie godowym, szczególnie samce, są znacznie bardziej aktywne, przemieszczają się w poszukiwaniu samic. Inne aspekty życia schodzą wówczas na dalszy plan.

Nie znaczy to jednak, że łoś całkowicie traci orientację i instynkt samozachowawczy. To z natury zwierzę niezbyt płochliwe. Samochody, miejski hałas czy światła nie robią na nim takiego wrażenia jak na wielu innych dzikich zwierzętach. We wrześniu rośnie prawdopodobieństwo, że samiec podczas swoich wędrówek pojawi się w miejscu, w którym zupełnie się go nie spodziewamy.

Próbowałam wczuć się w sytuację Emila. Betonowy tunel, hałas, pociągi, tłum ludzi, potem akcja ratunkowa i środek usypiający. Dla dzikiego zwierzęcia to musiał być potężny stres.

Dr hab. Jakub Gryz: Na pewno nie było to dla niego komfortowe otoczenie. Znalazł się w sztucznej, betonowej przestrzeni, z której prawdopodobnie nie potrafił sam znaleźć wyjścia. Musiał być mocno zestresowany. Nie sądzę jednak, aby przeżycie pozostawiło u niego jakiś trwały ślad.

Czyli stres pourazowy Emilowi nie grozi?

Dr hab. Jakub Gryz: Raczej nie. Myślę, że dość szybko zapomni o tej przygodzie i niewykluczone, że jeszcze kiedyś zawita w bardziej zurbanizowane rejony. Dobrze, że nie podano dokładnie, gdzie został wypuszczony. Mogliby się pojawić miłośnicy Emila chcący go fotografować albo dokarmiać. To ostatnia rzecz, której potrzebuje dzikie zwierzę.

Łoś wygląda trochę jak poczciwy gapiszon: stoi, patrzy, jakby się nad czymś długo zastanawiał. Tymczasem w sekundę potrafi ruszyć z ogromną prędkością. Pozory mylą?

Dr hab. Jakub Gryz: Zdecydowanie. Łoś może spokojnie stać i żerować, ale jeśli zostanie spłoszony, jego reakcja jest błyskawiczna. Bardzo szybko się rozpędza, wysoko skacze, potrafi przeskakiwać przez ogrodzenia. Jeżeli zaatakuje go pies, może go kopnąć. To duże, silne i bardzo sprawne zwierzę.

Podobnie jest z żubrem. Człowiek widzi wielkie zwierzę stojące nieruchomo niczym kamień na polu i wydaje mu się, że może podejść, zrobić zdjęcie, niemal je poklepać. A ono nagle się aktywizuje i sytuacja robi się niebezpieczna.

Ile waży polski łoś?

Dr hab. Jakub Gryz: Masa zależy od wieku i płci, samce są większe od samic. W Polsce samce – w zależności od wieku – ważą od około 150 do 400 kg, a samice od 150 do 300 kg. Trzeba przy tym uważać przy porównywaniu danych, bo część pomiarów dotyczy masy tuszy, czyli zwierzęcia już pozbawionego organów wewnętrznych. W innych rejonach zasięgu występowania gatunku łosie mogą być znacznie większe.

Łosie świetnie słyszą i mają bardzo dobry węch, za to kiepsko widzą. Co się dzieje z ich orientacją, kiedy trafiają do miasta, gdzie wszystko inaczej pachnie, brzmi i świeci?

Dr hab. Jakub Gryz: Rzeczywiście wzrok ma u nich mniejsze znaczenie, ale świetnie rozwinięte są słuch i węch. W mieście wszystkie te zmysły są bombardowane ogromną liczbą bodźców: dźwiękami, zapachami, światłami. To może zwierzę dezorientować.

Nie wiemy, jaka była historia tego konkretnego łosia. Mógł już wcześniej przebywać w Warszawie, a nawet się tutaj urodzić – choćby nad Wisłą czy na jakichś zapomnianych ogródkach działkowych. Wtedy miejski krajobraz nie byłby dla niego aż takim szokiem. Mógł też przyjść spoza miasta, zostać przez coś spłoszony, na przykład przez psy, i po prostu biec przed siebie, aż dotarł do centrum.

Czy łosie zaczynają się urbanizować i za jakiś czas będą w Warszawie równie pospolite jak dziki?

Dr hab. Jakub Gryz: Nie sądzę. Częściowo przystosowują się do krajobrazu zurbanizowanego, ale trudno porównywać je z dzikami. Dzik jest znacznie bardziej plastyczny, szybciej się rozmnaża i może zjeść praktycznie wszystko. Korzysta także z pokarmu pozostawianego przez człowieka, choćby ze śmieci.

Łoś jest typowym roślinożercą. Zimą zjada korę i pędy drzew, latem również rośliny zielne, chętnie żeruje też na roślinności wodnej – bardzo dobrze pływa i nurkuje. Nie ma żadnego interesu w przeszukiwaniu naszych śmietników. Samica rodzi zazwyczaj jedno, czasem dwa młode, więc również tempo rozrodu jest znacznie niższe niż u dzika. Łosie mogą być obecne w miastach, ale nie spodziewam się, żeby osiągnęły tu wysoką liczebność.

Mówi się 35-45 tysiącach łosi w Polsce, podczas gdy na początku wieku było ich około dwóch tysięcy. Wiemy właściwie, ile ich jest?

Dr hab. Jakub Gryz: Do oficjalnych danych dotyczących liczebności podchodziłbym z dużą rezerwą. W Polsce nie mamy państwowego systemu monitoringu tego gatunku, podobnie zresztą jak wielu innych. Możemy z całą pewnością powiedzieć, że liczebność łosi wzrosła i wyraźnie zwiększył się zasięg ich występowania. Do podawania konkretnej liczby osobników podchodziłbym ostrożnie.

Leśnicy skarżą się na zgryzanie młodych drzew, pojawiają się też głosy samorządowców domagających się zniesienia moratorium. Miało obowiązywać dziesięć lat, obowiązuje już ćwierć wieku. Może czas wrócić do polowań?

Dr hab. Jakub Gryz: Utrzymałbym jeszcze to moratorium. Próby jego zniesienia już były i zawsze wywoływały silny sprzeciw części społeczeństwa oraz organizacji pozarządowych. Zapewne ta dyskusja wróci, choć za każdym razem ma charakter bardziej polityczny niż naukowy.

Nie przeceniałbym też szkód powodowanych przez łosie w rolnictwie, bo nie jest to gatunek szczególnie związany z polami. Większym problemem są szkody w gospodarce leśnej. Stosuje się tam różne zabezpieczenia i ogrodzenia, ale łoś jest znacznie trudniejszy do zatrzymania niż sarna czy jeleń. Potrafi przeskoczyć płot albo po prostu na niego napierać i go przewrócić. Nie jest to jednak skala, która zagrażałaby istnieniu polskich lasów.

Poza tym należy pamiętać, że choć, jak się wydaje, mamy sporo tych zwierząt w Polsce, to sytuacja może się zmieniać. Łoś jest gatunkiem północnym, borealnym, czyli przystosowanym do chłodnego klimatu, bardzo wrażliwym na wysoką temperaturę. Kiedy mamy 35 czy 40 stopni Celsjusza, te zwierzęta bardzo źle to znoszą, po prostu się gotują. Już temperatura przekraczająca 20 stopni Celsjusza, która dla człowieka jest komfortowa, może powodować u nich stres cieplny. Zmiana klimatu będzie działała na tę populację niekorzystnie.

Druga sprawa to coraz większa izolacja populacji. Polska i państwa bałtyckie odgradzają się od wschodu zaporami i płotami, które utrudniają migracje dużych zwierząt. Na Ukrainie trwa wojna, a wojna zawsze jest trudnym okresem dla dużych ssaków – pojawia się więcej broni, może rosnąć kłusownictwo, słabnie ochrona przyrody.

Dlatego ewentualne zniesienie moratorium musiałoby być poprzedzone poważnymi badaniami: trzeba wiedzieć, ile łosi rzeczywiście mamy, gdzie występują i ile można byłoby odstrzelić bez szkody dla populacji. Takiej decyzji nie powinno się podejmować pod naciskiem którejkolwiek strony sporu.

W dyskusji o łosiach wracają także wypadki drogowe. Zderzenie samochodu z tak dużym zwierzęciem może być tragiczne. Czy więcej łosi automatycznie oznacza więcej takich wypadków?

Dr hab. Jakub Gryz: Trzeba spojrzeć również na drugą stronę. Mamy coraz więcej samochodów i dróg, także przecinających tereny cenne przyrodniczo. Część z nich jest niewłaściwie zabezpieczona. Do tego dochodzi sposób jazdy kierowców, zwłaszcza prędkość. Nie możemy każdego wypadku z łosiem sprowadzać do stwierdzenia: „jest za dużo łosi”. To my coraz mocniej wchodzimy z infrastrukturą w przestrzeń zajmowaną przez zwierzęta.

Co powinnam zrobić, jeśli podczas spaceru nagle zobaczę przed sobą łosia?

Dr hab. Jakub Gryz: Przede wszystkim zachować spokój i dystans. Nie krzyczeć, nie wykonywać gwałtownych ruchów, nie próbować podchodzić. Szczególnym problemem mogą być psy. Jeśli pies zacznie łosia atakować czy oszczekiwać, zwierzę może się bronić. Łoś sam z siebie raczej nie ma powodu do ataku na człowieka. Niebezpiecznie robi się wtedy, gdy zostanie osaczony, na przykład dostanie się na ogrodzony teren, nie potrafi znaleźć wyjścia i w panice zaczyna biegać. Jeśli człowiek znajdzie się wtedy na jego drodze, może zostać staranowany. A przy masie kilkuset kilogramów skutki mogą być bardzo poważne.

Da się zapobiec kolejnym Emilom biegającym po dworcach, ulicach czy torowiskach?

Dr hab. Jakub Gryz: W stu procentach nie. Musimy przyjąć, że takie sytuacje będą się zdarzały. Możemy być na nie przygotowani. W przypadku łosia na Dworcu Centralnym służby zadziałały prawidłowo: zwierzę nie zostało ranne, ludziom również nic się nie stało.

Druga rzecz to rozsądna gospodarka przestrzenna. Nie powinniśmy zabudowywać lasów ani terenów zalewowych nad Wisłą, bo im bardziej wkraczamy w siedliska zwierząt, tym częstsze będą spotkania i konflikty. Trzecia sprawa to edukacja. Już dzieci powinny wiedzieć, jak zachować się przy spotkaniu z dzikim zwierzęciem. Nie należy panicznie się go bać, ale trzeba traktować je z respektem.

Na koniec coś, co mnie zaintrygowało: ludzie naprawdę próbowali kiedyś jeździć na łosiach?

Dr hab. Jakub Gryz: Były próby udomowienia łosi, wykorzystywania ich jako wierzchowców i zwierząt pociągowych. W ZSRR hodowano nawet łosie w celu pozyskiwania mleka. Ostatecznie łosie nie stały się jednak zwierzętami gospodarskimi.

Łosie stosunkowo łatwo się oswajają, zwłaszcza młode, które po utracie matki trafiają do ośrodków rehabilitacji. I właśnie wtedy powstaje problem: jeśli zwierzę za bardzo przyzwyczai się do człowieka i przestanie się go bać, później bardzo trudno przywrócić je naturze.

Rozmawiała Mira Suchodolska/PAP

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 17 września 2026