Barbara BORZYMOWSKA: Nie przestaje mnie zadziwiać siła oddziaływania psów Barbara BORZYMOWSKA: Nie przestaje mnie zadziwiać siła oddziaływania psów

Nie przestaje mnie zadziwiać siła oddziaływania psów

Barbara BORZYMOWSKA

Psycholog ludzki i zwierzęcy, pisarka i poetka. Zajmuje się edukacją i terapią w asyście zwierząt, prowadzi badania relacji człowiek-zwierzę. Realizuje autorski program „Przyjazne Relacje Ludzie-Zwierzęta”. W dorobku ma kilkanaście książek i tomików wierszy.

Nastolatka z depresją, która nie miała ochoty na nic, na kontakt z psem także, ale pies nie przyjął tego do wiadomości i póty ją zaczepiał, póki nie zaczęła się nim interesować i na jej twarzy nie pojawił się uśmiech. Takich historii jest więcej. I może być więcej – pisze Barbara BORZYMOWSKA

Od ośmiu lat odwiedzamy przedszkola i szkoły, placówki opiekuńczo wychowawcze, szpitale, DPS-y, hospicja, w lecie dzieci na półkoloniach, w zimie na feriach. Od ośmiu lat nasze psy dzielnie przemierzają szkolne czy szpitalne korytarze, z których zwłaszcza te pierwsze dostarczają im często wiele wrażeń. Kto był podczas przerwy w podstawówce, ten wie. Od 8 lat psy dają się głaskać, dotykać, pokazują rozmaite sztuczki – i nie przestają nas zadziwiać. Wiemy, jak pracują, w końcu sami je szkolimy i przygotowujemy do tej niełatwej pracy, ale czasem pokazują zachowania, których ich nie uczyliśmy, które są bardzo w danej sytuacji sensowne i które pokazują, że zwierzaki wiedzą więcej, niż nam się wydaje.

Dwa nasze najstarsze psy są już na emeryturze, najstarszy border collie Marcina i mój duży szwajcarski pies pasterski*. Zasłużonej, napracowały się. Widać, że czasem chciałyby pomaszerować z nami, jak dawniej, ale my wiemy, że nie mają już sił. Teraz już tylko trzymamy kciuki, żeby chciały z nami zostać jak najdłużej, zanim powędrują przez Tęczowy Most.

Od ośmiu lat realizujemy nasz autorski program  „Centrum Przyjaznych Relacji Ludzie-Zwierzęta” działające przy Urzędzie Miejskim we Wrocławiu. Nasze psy pracują z nami, ale są także naszymi najwierniejszymi, najwspanialszymi przyjaciółmi.

Może to dla niektórych brzmi śmiesznie, może dziwacznie, te przyjazne relacje, ale przecież o wiele lepiej jest żyć w przyjaźni niż we wzajemnej niechęci i to bynajmniej nie tylko z ludźmi. Tym bardziej, że to się w sumie sprowadza bardziej do relacji między zwierzolubami a ludźmi, którym zwierzęta są obojętne lub którzy ich wręcz nie lubią. Jeśli właściciele zwierząt będą swoje psy odpowiednio prowadzić, jest duża szansa, że nie pojawi się po drugiej stronie niechęć i wrogość, tak często prowadząca do działań podpadających pod ustawę o ochronie zwierząt.

Jeśli nauczę swojego psa, żeby w ciszy oczekiwał powrotu domowników do domu, jeśli mój pies nie będzie gonił rowerzystów czy biegaczy, rzucał się na inne psy czy wręcz na ludzi, jego zachowanie nie wpłynie na tych, którym ono może naprawdę bardzo przeszkadzać.

Sama miałam kiedyś w sąsiednim ogrodzie psa, który szczekał non stop. Pojęcia nie mam, kiedy spał. I chociaż psy są dla mnie ogromnie ważne, chociaż doskonale wiem, że tej sytuacji winny był wyłącznie człowiek, trudno mi było znieść ten nieustanny jazgot. Co dopiero, gdy człowiek psów nie lubi z założenia – można założyć z dużą dawką prawdopodobieństwa, ze w jakimś momencie psa spotkają bardzo nieprzyjemne, czasem wręcz tragiczne konsekwencje.

Sytuacji, w których psy, a i inne zwierzaki także cierpią z powodu ludzkich działań jest wiele. Część z nich, to działania świadome. Część – zwykły brak wiedzy, refleksji, pomysłu. W przypadku tych pierwszych, mamy dość ograniczone możliwości działania. Możemy tylko wskazywać, a resztą zajmują się właściwe służby. Na te drugie zachowania możemy i staramy się wpływać między innymi poprzez edukację.

Swego czasu wiedeński magistrat chciał wymusić na swoich mieszkańcach segregację śmieci. Nie było łatwo, ludzie się buntowali, nie chciało im się, nie mieli czasu. Ktoś wreszcie wpadł na pomysł, żeby w edukacyjny łańcuszek wpleść dzieci. I tak się stało, wyedukowano dzieci, które zamęczały potem rodziców, tłumacząc, że puszka po piwie nie może się znaleźć w kuble na papier, a plastikowy pojemnik w odpadach organicznych. Jako, że rodzice nie lubią być strofowani przez własne potomstwo, a zwłaszcza wtedy, kiedy potomstwo ma rację, dość szybko tatusiowie i mamusie nauczyli się rozróżniać właściwe kosze na śmieci i program zakończył się sukcesem.

My staramy się działać podobnie. Uczymy dzieci, czym, a właściwie kim są psy. Pokazujemy ogrom sytuacji, w których pies pomaga człowiekowi. Opowiadamy o psach wyszukujących ludzi w ruinach zawalonych budynków czy pod lawiną; odnajdujących ludzi zagubionych; ratujących topielców; biorących udział w działaniach terapeutycznych czy edukacyjnych; prowadzących ludzi niewidomych; dających nowy komfort życia ludziom poruszającym się na wózkach poprzez pomoc w częściowym chociaż uniezależnieniu od pomocy ze strony innych ludzi; umożliwiających epileptykom samodzielne wychodzenie z domu dzięki wczesnemu ostrzeganiu przed zbliżającym się atakiem czy zwracających uwagę na niewłaściwy poziom cukru diabetykom. To oczywiście dalece nie wszystkie przykłady psiej pomocy, ale pytanie na koniec jest zawsze jedno – dlaczego psy chcą to dla nas robić. Prawidłowa odpowiedź zazwyczaj nie pojawia się natychmiast. Ale w końcu do niej docieramy – tak, dlatego, że psy nas kochają, że kochają człowieka bardziej, niż swój własny gatunek, co w naturze jest ewenementem, chociaż w pewnym sensie ewenementem są także same psy, jako że ich istnienie wynika z tego, że dziesiątki tysięcy lat temu jakaś wilcza rodzina postanowiła zacząć się żywić odpadkami z ludzkiego stołu – o ile wtedy można było mówić o stole.

Psy nas kochają, kochają człowieka bardziej, niż swój własny gatunek, co w naturze jest ewenementem, chociaż w pewnym sensie ewenementem są także same psy.

I kolejne pytanie – czy taka psia miłość zobowiązuje? Dzieci twierdzą, że tak. My też. Wiemy, że nie każdy potrafi kochać psy, ale z naszego punktu widzenia wystarczy szacunek. Szacunek dla ich uczuć, szacunek dla ich potrzeb, szacunek dla ich inności. W tym momencie zaczynamy z dziećmi rozmawiać o potrzebach psów. Nie będę tu o nich pisać, jest wiele miejsc, w których można tę wiedzę zdobyć – podkreślę tylko, że aby relacja między psami a ludźmi byłą rzeczywiście dobra, te psie potrzeby naprawdę muszą być spełniane. Nie dlatego, że w innej sytuacji pies się na nas obrazi i przeprowadzi się do sąsiada, ale dlatego, że psu nie będzie dobrze. I to powinno być wystarczającym argumentem.

Mam nadzieję, że nasze, wrocławskie dzieci wracając do domów trochę innym okiem popatrzą na to, jak traktowane są rodzinne psy. Albo czy pies sąsiada przypadkiem nie ma zbyt krótkiego łańcucha (tak, niestety, to wstyd, ale we Wrocławiu wciąż jeszcze można zobaczyć psy na łańcuchach. Podać adresy?)

Albo czy sąsiadka aby na pewno po psie sprząta. Bo jeśli nie, dziecko wyjmie z kieszeni woreczek i powie z uśmiechem „pani na pewno zapomniała woreczka, ale ja mam i chętnie pani dam”. Uprzedzam – dzieciaki są bardzo podekscytowane możliwością wychowywania obcych dorosłych za pomocą magicznej sztuczki.

Podczas naszych spotkań na ogół potrafimy odróżnić dzieci wychowujące się w towarzystwie zwierząt i z nimi zżyte od tych, które zwierzaków nie mają albo gorzej, które w domu słyszą, że zwierzę to tylko brud i kłopot. Pewnie, czasem i brud. A nawet i kłopot. Ale to jest nic w porównaniu z tym, czego od nich dostajemy. Dużo się przy okazji szkolnych czy przedszkolnych odwiedzin dowiadujemy, także o stosunku, jaki mają do zwierząt rodzice odwiedzanych dzieciaków. I z całych sił staramy się przekazać, że zwierzęta są naszymi towarzyszami zasługującymi na głęboki szacunek i że czynienie sobie ziemi poddaną naprawdę nie oznacza uwiązania psa na łańcuchu. Czasem w sposób wręcz przestępczy, tak jak w przypadku jednego z naszych psiaków, który wylądował na uwięzi jako szczeniak i jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że pies rośnie i że warto mu poluzować obrożę. Kiedy interwencyjnie został odebrany właścicielom, obrożę trzeba było chirurgicznie usuwać z jego szyi.

Są dzieci, które to wiedzą. I które potrafią powiedzieć „mam psa, ale to jest tak naprawdę mój brat. Tylko ma cztery łapy”

Nie przestaje mnie zadziwiać siła oddziaływania psów. Wiem, jakie są jej przyczyny, chociaż pewnie niektóre z nich wciąż wykraczają poza stan naszej wiedzy. Ale oddziaływanie oksytocyny, która się w naszym mózgu wydziela w kontakcie ze zwierzakami, z psami zwłaszcza, jest nie do przecenienia.

Austria od lat prowadzi projekt polegający na tym, że nauczyciele przychodzą do szkoły ze swoimi psami i te są obecne podczas wszystkich zajęć. Jest to projekt uniwersytecki, w związku z tym naukowcy z Uniwersytetu Wiedeńskiego, prof. Kurt Kotrschal i dr Andrea Beetz przez cały czas prowadzą badania mające wykazać, jaki wpływ na dzieciaki ma obecność tych nauczycielskich psów. Dzieci mają wyższe kompetencje społeczne, są spokojniejsze, mniej agresywne, chętniej chodzą do szkoły i lepiej podchodzą do nauki w porównaniu z grupami kontrolnymi. Nie ukrywam, że moim marzeniem byłaby obecność psów także w polskiej szkole, ale do tego musi chyba minąć trochę czasu. Zwłaszcza biorąc pod uwagę podejście ciągle wielu nauczycieli i rodziców, którzy, nie wiedząc, że przyszliśmy na zajęcia, usiłują nas ze szkoły wyrzucić, bo „z psami nie wolno”.

Ale gdy czasem przychodzę do którejś ze starszych klas i dostaję informację, że to trudna klasa i żebym uważała, a okazuje się, że mam do czynienia z grupą młodzieży, która z otwartymi buziami słucha mojej opowieści o psach i ani jej w głowie jakiekolwiek rozróby, a jeśli nawet któreś z czymś wyskoczy, to inni go uspokajają, nie mam wątpliwości, że to jest słuszny kierunek.

Moim marzeniem byłaby obecność psów także, podobnie jak w Austrii, w polskiej szkole.

Nie tylko szkoły i przedszkola są celem naszych odwiedzin. Kilka razy w tygodniu odwiedzamy także Domy Pomocy Społecznej. Smutne miejsca, nawet, jeśli są prowadzone w sposób wzorowy. A jednak okazuje się, że nasze odwiedziny są czymś, na co wielu pensjonariuszy naprawdę czeka. Że kontakt z żywym, ciepłym stworzeniem, które się przytuli, da się pogłaskać, poliże pomarszczoną dłoń, potrafi czynić cuda. Ze nagle pani z demencją, która wycofała ją z życia całkowicie, na widok psa odpowiada na jakieś pytanie dotyczące jej dawnych psów. Poza tym nie mówi kompletnie nic. Albo stary człowiek ze złamanym nosem, z bliznami na twarzy, z bandycką historią na niej wypisaną bierze na kolana maleńkiego owczarka szetlandzkiego i ma na tej twarzy wypisaną nieopisaną czułość, a po policzkach spływają mu łzy. Albo grupa pensjonariuszy przez kilka tygodni oczekuje z rosnącym podekscytowaniem pierwszych urodzin ich czworonożnego gościa, w dniu urodzin dekoruje salę balonami z wypisanym jego imieniem i przynosi prezenty (ja bezalkoholowego szampana i tort) i przez kilka kolejnych tygodni nie przestaje o tym rozmawiać.

W domach, w których zwierzęta przebywają na stałe zdarza się, że pensjonariusze, którzy wycofali się z życia, przestali kontaktować się z otoczeniem i właściwie już tylko czekają na śmierć nagle wracają do życia, zaczynają mówić, zaczynają o siebie dbać – tylko dlatego, żeby móc być z psem jak najwięcej.

Bywamy w szkołach specjalnych, szpitalach psychiatrycznych – i wszędzie się okazuje, że pies sobie radzi w sytuacjach, w których człowiek zaczyna czuć się bezradny. Tak, jak w przypadku autystycznego chłopca, który nie chciał nawiązać kontaktu z otoczeniem, a jeden z moich psów wydostał go ze skorupy na tyle, że jego opiekunka nie posiadała się ze zdumienia. Inny przykład: nastolatka z depresją, która nie miała ochoty na nic, na kontakt z psem także, ale pies nie przyjął tego do wiadomości i póty ją zaczepiał, póki nie zaczęła się nim interesować i na jej twarzy nie pojawił się uśmiech.

Bywamy w hospicjum. Bardzo trudne miejsce, a przecież i tam psy wywołują na twarzach uśmiech i przywołują wspomnienia. Zazwyczaj dobre wspomnienia.

W jednym z amerykańskich hospicjów mieszkał mały psiak, w typie sznaucera. Psiak miał bardzo nietypowy zwyczaj – jeśli odwiedzał jakiegoś pensjonariusza i kładł mu na łóżku swojego ulubionego pluszaka, wiadomo było, że człowiek po dwóch dniach odejdzie. W pierwszym momencie wydawało mi się, że to jest straszne, że na widok psa z pluszakiem w zębach powinny się gwałtownie zamykać wszystkie drzwi. A jednak nie – okazało się, że pensjonariusze są psu bardzo wdzięczni. Bo wiedzą, że śmierć ich nie zaskoczy, że zawsze będą mieli dwa dni na załatwienie tych ostatnich z ostatnich spraw. I na pożegnanie.

Nie wymieniłam wszystkiego, co robimy w towarzystwie naszych czworołapów. A jest tego jeszcze trochę – edukacja dorosłych, organizacja imprez mających pokazać, jak wspaniale można z psem spędzać czas, interweniowanie w sytuacjach, kiedy jakiemuś zwierzakowi jest naprawdę źle czy przyznawanie, w imieniu Prezydenta, orderu „Serce dla zwierząt”. I jeszcze parę innych aktywności. Mamy to szczęście, że robimy to, co naprawdę kochamy – w dodatku w towarzystwie tych, które kochamy, a które kochają nas.

Pracując w taki sposób jak my trzeba mieć wciąż na względzie coś bardzo ważnego – dobrostan psa. Nie można zapominać, że pies nie jest w pełni dobrowolnym uczestnikiem wszystkich tych działań. Że nikt go nie pyta, czy ma ochotę odwiedzać tylu ludzi i tyle miejsc. Jasne, pies lubi współaktywność z właścicielem i dlatego pójdzie z nami wszędzie. Ale czasem może być mu trudno i czasem może się w jakimś miejscu czuć źle. Naszym obowiązkiem jest wtedy przerwanie tej sytuacji, z opuszczeniem owego miejsca włącznie.

.Nie wyobrażam sobie życia bez psów. I chciałabym, żeby wszyscy mieli świadomość, że nie byłoby psów, gdyby nie było ludzi (co moim zdaniem jeszcze bardziej zobowiązuje nas do odpowiedzialności za nie), i że żaden inny gatunek nie jest nam tak bliski. I że człowiek także kształtował się w relacji z psem, niektórzy naukowcy mówią wręcz o współewolucji. To znaczy, że gdyby nie związek z psami, bylibyśmy inni. Podejrzewam, że gorsi. Bo postępowania fair, umiejętności kochania i wierności możemy się uczyć od nich. W tym obszarze jesteśmy znacznie, znacznie gorsi.

Uczmy się. Mamy nauczycieli tuż obok.

Barbara Borzymowska

* W czasie, kiedy pisałam ten artykuł, mój pies odszedł. On towarzyszył mi jako najbliższy przyjaciel od trzeciego miesiąca swojego psiego życia, a naszej działalności od samego początku. Przemierzył tysiące szkolnych stopni, podstawiał głowę pod niezliczone dziecięce ręce, razem wędrowaliśmy przez wszystko. Chciałabym jemu ten tekst zadedykować, wraz z wierszem.

Corel. 10.06.2006 – 11.05.2017

Panie Boże…
Mój Corel dzisiaj rano wyruszył
przez Most Tęczowy do ciebie.
Znajdź mu, proszę, przytulne miejsce
W twoim wielkim niebie.
Najlepiej razem z tamtymi, które już na mnie czekają.
On nie lubi być sam. Niech się nawzajem mają.
Ma swoją miskę i ulubioną zabawkę
i smakołyki ze sobą,
żeby mógł się posilić, kiedy się zmęczy drogą.
Nie będzie szedł szybko.
Od zawsze miał łapy chore.
Wyszedł rano.
Tak myślę,
że może dotrze wieczorem
Przytul go ciepło, proszę,
gdy dojdzie do ciebie z daleka.
I powiedz mu, że nie zapomnę.
Że kiedyś przyjdę.
Niech czeka.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 20 maja 2017

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam