Powtórka z Rzymu

Ks. prof. Franciszek LONGCHAMPS DE BÉRIER

Ksiądz katolicki, profesor nauk prawnych, kierownik Katedry Prawa Rzymskiego na Wydziale Prawa i Administracji UJ, członek prezydium Komitetu Nauk Prawnych PAN, wybrany do Wspólnego Komitetu Zarządzającego (kadencja 2016-2018) China-EU School of Law w China University of Political Science and Law w Pekinie.

zobacz inne teksty autora

Warto wracać do prawa rzymskiego jako skarbnicy mądrości – pisze ks. prof. Franciszek LONGCHAMPS DE BÉRIER

„Prawo rzymskie?! To tak dawno, że może w ogóle nieprawda…” Z podobną reakcją spotykamy się wcale nierzadko. Jest w niej wiele racji, bo nie warto zajmować się kwestiami nieistotnymi. Nie chodzi o to, aby żyć byle jak; trzeba żyć dobrze. Szkoda więc czasu na tematy małej wagi, o ile ich podejmowanie nie jest absolutnie konieczne. Żyjemy w pośpiechu, dlatego czytamy jedynie o zagadnieniach, które wydaję się nam istotne i zasadnicze. Tym bardziej tylko najciekawsze i najważniejsze z nich skłonią nas do tego, aby je przestudiować, a następnie przez długie godziny opisać w możliwie przystępnej formie.

Nie ma natomiast w zacytowanym poglądzie racji o tyle, że Europa chętnie przejmowała unormowania, jakie wypracowano w historii Rzymu od jego powstania po kres imperium na Zachodzie, a potem na Wschodzie. W uniwersytetach od zawsze studiowano prawo rzymskie, co formowało umysły pokoleń prawników i silnie odcisnęło się na prawodawstwie. Jednak nie tylko recepcja prawa rzymskiego ani to, że pozostaje ono wiecznie żywym źródłem inspiracji sprawiają, iż warto do niego sięgać jako skarbnicy mądrości. Wbrew mglistym snom o rozwoju czy postępie, człowiek tak bardzo się nie zmienia. Zatem każdy i w każdym czasie – już to jako indywidualność, już to jako pokolenie czy grupa – musi wybierać swój kształt. Prawo służy organizowaniu rzeczywistości społecznej, a w praktyce się okazuje, że dana sytuacja dopuszcza niewiele społecznie akceptowalnych rozwiązań. Na większość z nich wpadli już Rzymianie. Ujawnili stałe antropologiczne, lapidarnie ujmowane w łacińskie paremie. Poza wszystkim zaś, prawo rzymskie to barwna i fascynująca przypowieść o dniu dzisiejszym.

Rozterki chorążego orszańskiego

Gdyby Andrzej Kmicic wiedział o klauzuli rebus sic stantibus, miałby znacznie mniej problemów z oceną przysięgi, jaką złożył z najlepszych patriotycznych pobudek. Klauzula pomaga radzić sobie, gdy powstaje wątpliwość, czy dochować wierności danemu przyrzeczeniu, a istotnie zmieniły się okoliczności. Musiałby nasz Chorąży Orszański być obeznany z nowinkami prawnymi? Bez przesady: nawet w prawie prywatnym klauzula kształtowała się już w początkach XVI wieku, a rozpowszechniła dzięki szkole prawa natury w XVII wieku. Hugo Grocjusz cytował w swoim „O prawie wojny i pokoju” Senekę, który pisał niegdyś: „Muszą być wszystkie okoliczności te same, jak w chwili, kiedy obiecywałem, abyś mógł żądać ode mnie spełnienia obietnicy”.

Prawnikom rzymskim podobne rozważania nie były bliskie. Co innego rzymskim filozofom. Cycerona – 100 lat przed Seneką – zajmował kazus: „jeśli ktoś, będąc zdrowy na umyśle, zdeponował u ciebie miecz, a żąda zwrotu będąc w obłędzie, oddać jest błędem (peccatum), nie oddać obowiązkiem”. Prawo kanoniczne chętnie przejęło to rozwiązanie do Dekretu Gracjana za św. Augustynem, który w komentarzach do psalmów powołał Cycerona. W XIII wieku wybitny kanonista Jan Teutonicus mógł więc autorytatywnie stwierdzać, że zawsze zakłada się warunek, iż rzecz pozostanie w tym samym stanie. Nieco tylko od niego młodszy teolog św. Tomasz z Akwinu nie poczytywał złamania obietnicy za grzech, jeśli zmieniły się warunki dotyczące osób lub czynności.

W Rzymie nie obowiązywała zasada swobody umów, ale jednostronne odstąpienie od zawartego kontraktu Rzymianie nawet nie bardzo sobie wyobrażali. To, do czego się człowiek prawnie zobowiązał, należało spełnić. Natomiast nie każde przyrzeczenie czy porozumienie uważali za wiążące. Gdy – znów za sprawą szkoły prawa natury – przyjęto, że pacta sunt servanda, kolejne stulecia miały problem, co począć z obowiązkiem dotrzymania umowy wobec nieoczekiwanej zmiany stosunków społecznych. W przekonaniu twórców wszystkich wielkich kodyfikacji cywilnych XIX wieku rebus sic stantibus przełamuje pacta sunt servanda. Toteż kodeks francuski z 1804 roku, austriacki z 1811 roku i niemiecki z 1896 roku uznały za niedopuszczalne uzależnianie skuteczności umowy od przetrwania okoliczności, które zdeterminowały podjęcie decyzji o jej zawarciu. Dodajmy wszak, że ciągle chodziło o zmianę nie do przewidzenia dla stron!

Ponieważ XX wiek stał się świadkiem poważnych kryzysów ekonomicznych, już polski kodeks zobowiązań, którego 80 rocznicę wprowadzenia będziemy wkrótce obchodzić, postanawiał: „Gdyby z powodu nadzwyczajnych wypadków, jako to: wojny, zarazy, zupełnego nieurodzaju i innych klęsk żywiołowych, świadczenie było połączone z nadmiernemi trudnościami lub groziło jednej ze stron rażącą stratą, czego strony nie mogły przewidzieć przy zawarciu umowy, sąd może, jeżeli uzna to za konieczne według zasad dobrej wiary, po rozważeniu interesów obu stron, oznaczyć sposób wykonania, wysokość świadczenia lub nawet rozwiązać umowę” (art. 269). Uznano więc, że rebus sic stantibus to klauzula, pacta sunt servanda zasada. Pierwsza nie służy przełamywaniu, lecz ograniczaniu drugiej, czynieniu jej praktyczną i elastyczną. Gwarantować ma to drobiazgowe określenie, w jak wyjątkowych okolicznościach klauzula weźmie górę nad zasadą. Zresztą byli i tacy, którzy mówili o logicznej niezależności obydwu: nadzwyczajne i nieprzewidywalne zdarzenia nie pozwalają mówić o zobowiązaniu. Znajduje ono początek w woli stron, a skoro te czegoś nie miały żadnej szansy brać pod uwagę…. Nie zawsze jednak życie i prawo sprowadza się do czystej logiki, choć ta pozostaje etyką myślenia. W polskim kodeksie cywilnym z 1964 roku klauzulę wprowadzono w związku z doświadczeniem kryzysu gospodarczego roku 1990. Późno? Niemcy odpowiednio znowelizowali swój dopiero w 2002 roku.

Czy pamiętał Chorąży Orszański słowa Jezusa: „wcale nie przysięgajcie”? Doktryna prawa kanonicznego nie wyciągała z nich wniosków radyklanych, jak później fundamentaliści protestanccy. Łączyła te słowa z wezwaniem: „niech wasza mowa będzie tak – tak, nie – nie”, a więc z przykazaniem prawdomówności – zawsze, a nie tylko pod przysięgą. Tę można traktować jako solenne ogłoszenie treści oświadczenia, nadanie mu statusu wyższego w tym sensie, że uroczystszego. Co więc i komu przysięgał pułkownik Kmicic? Rzymianie od żołnierzy nie wymagali znajomości niuansów prawa. Przydaje się ona w codziennym życiu każdemu. Pomaga zachować spokój. Nie ma co się łatwo zwalniać, a już na pewno świadomie wybierać ignorancję.

Antyfeminizm z nieuwagi

Proszę o wyrozumiałość. Nie zamierzam nikogo pouczać. Czuję się tylko w obowiązku przypomnieć, że rodzaj męski, żeński czy nijaki rzeczowników to nie sprawa wyboru. Lubimy nawiązania do prawa rzymskiego i chętnie posługujemy się językiem Kwirytów, lecz nie każde łacińskie słowo, prawnicze wyrażenie lub sentencja pochodzi z Rzymu. Średniowiecze, ale i czasy nowożytne wypracowały siatkę pojęć, której uniwersalizm zapewniły konstrukcje, czerpiące z rzymskiej tradycji oraz język techniczny, jakim stała się łacina dla praw kontynentalnej Europy. Prawa kanonicznego jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku nauczano po łacinie, a i dziś nie tylko wykład prawa rzymskiego, lecz i filozofii prawa czy np. prawa międzynarodowego prywatnego trudno poprowadzić z pożytkiem dla słuchaczy, gdy się porzuci łacińską terminologię.

Jeśli w wypowiedzi używa się słów, warto się orientować zarówno co do ich znaczenia, jak i formy. Myślę w szczególności o dość powszechnych błędach, popełnianych przy powołaniu się na ratio legis oraz vacatio legis. Przypominam więc: rzeczowniki, które kończą się na –io są rodzaju żeńskiego. Przykładowo: nowa vacatio legis bywa długa, przewidziana w jednym z ostatnich przepisów aktu normatywnego, czasem niezależna od tego, jaka ratio legis przyświecająca ustawodawcy przemawiała za jej skróceniem… Warunek również nie jest w języku łacińskim rodzaju nijakiego, stąd i conditio sine qua non powinna być w rozumowaniach poprawnie przywoływana. Chyba, że ktoś chce robić wrażenie silącego się na uczoność ignoranta. Podobnie, gdy dla uniknięcia częstych powtórzeń słowa „posiadanie”, zastąpimy je łacińską possessio pamiętajmy, że także językowo jest samoistna, a więc zawsze rodzaju żeńskiego. Niedouczony erudyta zakrzyknie na swą obronę: tylko ignorantia iuris nocet, natomiast ignorantia facti nie szkodzi! Zgoda: nieznajomość faktów nie szkodzi, lecz potrafi skutecznie kompromitować.

Ignorantia faktów (też rodzaju żeńskiego) rzeczywiście nie szkodzi w prawie rzymskim, ale już w kanonicznym sprawa niejednokrotnie ma się przeciwnie. Tam czasami ignorantia iuris non nocet, za to ignorantia facti nocet. Nie można bowiem ważnie zawrzeć sakramentalnego małżeństwa z osobą tej samej płci, choćby wydawała się płci przeciwnej. Fakty są uparte. Natomiast nie podlega karze, kto naruszył ustawę kościelną lub nakaz z niezawinionej ignorancji. Władza świecka nie chce, a nawet nie może pozwolić sobie, aby ktokolwiek tłumaczył się nieznajomością prawa. Natomiast nieco inna jest materia regulacji prawa kanonicznego. Dotyczy ono nie tylko dyscypliny kościelnej, lecz również obowiązuje w sumieniu. Chodzi zatem, aby nie mnożyć grzechów, zwłaszcza że trudno sobie wyobrazić, aby ktoś w sumieniu stosował się do nakazu, którego nie zna.

Rodzaj żeński trzeba szanować – także w języku prawniczym. Inaczej może pojawić się podejrzenie o mizoginię lub antyfeminizm. A przecież omawiany błąd językowy występuje raczej z zaniedbania lub nieuwagi. Wszelako rzeczowników rodzaju żeńskiego prawnikom wypada używać poprawnie, zwłaszcza ostatnio – po epokowym wydarzeniu 30 kwietnia 2014 roku. Dotąd w wolnej Polsce się nie zdarzyło, aby kobieta stanęła na czele Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego czy Naczelnego Sądu Administracyjnego. Pani Prezes jest więc bardzo pierwsza. A propos, pierwsza prezes, wybitna sędzia – radzimy sobie nieźle w języku polskim ze złożeniami, wymagającymi wyróżnienia rodzaju żeńskiego.

Uważajmy na rodzaj gramatyczny obcych słów – tak, jak staramy się rozszyfrowywać skróty literowe, aby sprawdzić, czy kryjąca się za nimi nazwa własna stowarzyszenia, partii lub organu jest rodzaju żeńskiego, męskiego czy nijakiego. Ignorancja prawa rzymskiego szkodzi, choć nie zawsze od razu. W przypadku łaciny ignorancja faktów szkodzi natychmiast. Grozi ośmieszeniem mówiącego lub piszącego prawnika, który pragnie uchodzić za wykształconego lub przekonującego. Dlatego błagam każdego w jego własnym interesie: ta ratio legis, ta vacatio legis!

Przed Chrystusem i po Chrystusie

„W owych dniach wyszedł edykt Cezara Augusta, aby został spisany cały świat żywy”. W Bożonarodzeniowe spotkania czytamy fragment, w którym Ewangelista Łukasz wspomina panującego jako postać historyczną dla oznaczenia przełomowego momentu w dziejach. Cesarz Oktawian tak wpłynął na rozwój prawa rzymskiego, że wyznaczył jego periodyzację. W prawie publicznym objęcie samodzielnych rządów przez Augusta kończy republikę; ustrój odtąd nazwiemy pryncypatem. Prawo prywatne wchodzi za niego w swój okres klasyczny.

Zdawałem maturę i rozpoczynałem studia prawnicze oraz teologiczne „za komuny”. Gdy więc mowa była o przełomie, na lekcjach historii obowiązywały oznaczenie p.n.e. oraz n.e. Najwyraźniej je tylko przepuszczała cenzura, choć nie komuniści wymyślili te określenia jako rzekomo bezstronne. Pamiętam, jak na wprowadzeniach do historii prawa – w tym podczas studiowania prawa rzymskiego na pierwszym roku, ale też na wstępie do nauk biblijnych – niby tylko przy okazji nadmieniano, że tradycyjnie mawiało się i pisywało „przed Chrystusem” i „po Chrystusie”. Nie spotkałem się już z wykwitami „naukowego ateizmu”, które brano by poważnie, a które kwestionowały historyczność postaci Jezusa Chrystusa, żeby w konsekwencji podkreślać absolutną bezsensowność wskazywania na tę konkretną osobę dla podstawowego podziału historii świata. Narzucony w PRL sposób pisania „przed naszą erą” i „naszej ery” dość powszechnie uznawano za intelektualne fałszerstwo. Ukradkiem śmiano się z pominięcie Chrystusa, boć skoro teraz jest nasza era w odróżnieniu od p.n.e., to każdy myślący mógł sobie dopowiedzieć, co ją wyznaczyło właśnie jako naszą: narodzenie Jezusa w Betlejem. Gdy przyszła zmiana 1989 roku, naturalnie oczekiwaliśmy powrotu do normalności.

Określenia przed Chr. i po Chr. nie są deklaracją wiary, lecz wyrazem świadomości, jak zwykło się pisać. To szacunek wobec tradycji i przejaw tożsamości kulturowej. Po angielsku używa się odpowiednio BC (before Christ) i AD (Anno Domini – Roku Pańskiego). Prawda, że w dobie globalizacji stworzono oznaczenia B.C.E. (before the common era) oraz C.E. (common era), ale na potrzeby pisarzy buddyjskich, judaistycznych („cztery tysiące lat wyglądany…”) czy islamskich (choć tu akurat używamy czasem e.m. – ery muzułmańskiej). Wynika to z chęci poszanowania i ochrony przekonań religijnych, leżących u podstaw odmienności kulturowych. Oba rodzaje oznaczeń stosuje się jednak obok siebie, na przykład w „Oxford International Encyclopedia of Legal History”, a nie B.C.E. i C.E. zamiast BC oraz AD. Można by znowu zapytać złośliwie, że skoro common era, to co ją wyznacza jako wspólną? Znów narodzenie Chrystusa. Pomijam żartobliwe rozwijanie skrótu C.E. jako Christian era.

Co innego pisarze należący do kultury europejskiej – szeroko rozumianej, bo obejmującej też obie Ameryki, Australię i znaczną część Afryki. Oni bowiem rezygnując z pisania przed Chr. i po Chr. ewidentnie wyrzucają Chrystusa. Bywa, że czynią tak z przyzwyczajenia – ot, relikt komunistycznej walki z religią. Bywa, że boją się – mniejsza, iż bezsensownego – oskarżenia o religijność w nauce. Zdarza się wszelako eliminacja chciana i zamierzona. Tylko, że kulturowo jest ona zupełnie nieuprawniona. Nikt nie likwiduje Świąt Bożego Narodzenia czy Uroczystości Wszystkich Świętych jako dni wolnych poza niedzielą i obchodzonych także przez niewierzących. Powróciło Święto Trzech Króli. Laicka Francja ustawowo przewiduje jako wolny (zniesiony zresztą przez Kościół katolicki) drugi dzień Zielonych Świąt, czyli przedłużoną celebrację Zesłania Ducha Świętego. Ludzie wykorzystują ten czas dla siebie i dla rodziny w pełnym szacunku wobec własnej tradycji, kultury i tożsamości.

Przykładów nie brakuje. Mówimy do byłego „panie premierze” niezależnie od oceny jego rządów; piszemy w nagłówku „ekscelencjo, panie ambasadorze” nawet do emeryta. To wyraz kultury osobistej i dobrego wychowania. Do księdza nie zwracamy się „proszę pana” lub „szanowny księże”. „Proszę księdza” czy „czcigodny ksiądz” w adresie listu nie jest opowiedzeniem się za katolicyzmem czy prawosławiem.

Niewiedza, dezorientacja, niechęć? Chronologiczne odwołanie się do Chrystusa jest neutralne, bo bez wartościowania ery czy uznawania roku za „Pański”. Jest intelektualnie uczciwe, gdyż szczere i konkretne. Chodzi o ustaloną w VI wieku i tradycyjnie przyjętą datę historycznego wydarzenia narodzin, gdzie rok 1 to rok 754 od założenia Rzymu. Tym trudniej doprawdy zrozumieć, dlaczego oznaczenia p.n.e. oraz n.e. pojawiają się w pracach naukowców z katolickich uczelni, na które zbieramy po kościołach tacę w drugi dzień Bożego Narodzenia.

Ks. prof. Franciszek Longchamps de Bérier
Ilustracje Andrzej Krauze. Fragmenty książki„Powtórka z Rzymu”, Wydawnictwo Od Nowa, 2017 POLECAMY: [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z