Mohammed bin Salman zmienia układ sił na Bliskim Wschodzie

Mohammed bin Salman Bliski Wschód

Mohammed bin Salman nie rządzi Bliskim Wschodem, ale bez jego udziału coraz trudniej zakończyć którykolwiek z najważniejszych konfliktów regionu. Saudyjski następca tronu jednocześnie współpracuje z Donaldem Trumpem, buduje własny system bezpieczeństwa i próbuje ograniczyć ryzyko wojny z Iranem.

.Donald Trump może dysponować największą siłą militarną świata, ale nie jest już w stanie samodzielnie narzucać rozwiązań na Bliskim Wschodzie. Wojna z Iranem, kryzys w cieśninie Ormuz, impas wokół Strefy Gazy oraz niepewność dotycząca przyszłości Syrii sprawiły, że Waszyngton coraz bardziej potrzebuje regionalnych partnerów. Najważniejszym spośród nich staje się Mohammed bin Salman, który próbuje jednocześnie ograniczać potęgę Iranu, wpływać na decyzje Stanów Zjednoczonych i nie dopuścić do konfliktu zagrażającego bezpieczeństwu samej Arabii Saudyjskiej.

Dov Zerah w rozmowie opublikowanej przez francuskie „Atlantico” stawia wyrazistą tezę: prezydent Stanów Zjednoczonych musi liczyć się z Recepem Tayyipem Erdoğanem, emirem Kataru Tamimem ibn Hamadem Al Sanim, Benjaminem Netanjahu, a przede wszystkim z Mohammedem bin Salmanem. Zdaniem byłego dyrektora generalnego Francuskiej Agencji Rozwoju saudyjski następca tronu stał się „prawdziwym środkiem ciężkości dyplomatycznej Bliskiego Wschodu”. To ocena publicystyczna, ale wydarzenia ostatnich miesięcy dostarczają coraz więcej argumentów przemawiających za tym, że Rijad przestał być wyłącznie jednym z wykonawców amerykańskiej polityki.

Droga, dzięki której Mohammed bin Salman przejął realną władzę w królestwie, podporządkował sobie znaczną część saudyjskich elit i rozpoczął przebudowę państwa, została przedstawiona w tekście „Kim jest Mohammed bin Salman”. Dzisiaj ważniejsze staje się inne pytanie. Nie chodzi już o to, kim jest MBS, lecz o to, w jaki sposób zdołał uczynić Arabię Saudyjską państwem, bez którego coraz trudniej wyobrazić sobie zakończenie najważniejszych konfliktów regionu.

Waszyngton nie decyduje już sam

Przez dziesięciolecia relacje amerykańsko-saudyjskie opierały się na prostym układzie. Stany Zjednoczone zapewniały królestwu bezpieczeństwo, a Arabia Saudyjska pozostawała przewidywalnym dostawcą ropy i filarem porządku sprzyjającego Zachodowi. MBS nie zerwał tego układu, ale zasadniczo zmienił jego charakter. Rijad nadal kupuje amerykańską broń i potrzebuje amerykańskich gwarancji, lecz nie chce już przyjmować każdej decyzji Waszyngtonu jako politycznego rozkazu.

Zmiana jest konsekwencją doświadczeń ostatniej dekady. Saudyjczycy przekonali się, że ogromne wydatki na uzbrojenie nie dają automatycznej ochrony przed rakietami i dronami, czego dowiodły wcześniejsze ataki na instalacje naftowe oraz działania wspieranych przez Iran Huti. Zobaczyli również, że kolejne administracje amerykańskie mogą gwałtownie zmieniać stosunek do Rijadu. Joe Biden zapowiadał międzynarodową izolację MBS po zabójstwie Dżamala Chaszukdżiego, ale interesy energetyczne i bezpieczeństwo regionalne zmusiły Zachód do ponownego nawiązania z nim współpracy.

Donald Trump poszedł znacznie dalej. W maju 2025 r. Biały Dom ogłosił saudyjskie zobowiązania inwestycyjne w Stanach Zjednoczonych o wartości 600 miliardów dolarów oraz pakiet sprzedaży uzbrojenia sięgający niemal 142 miliardów dolarów. W listopadzie tego samego roku deklarowana wartość saudyjskich inwestycji została podniesiona do blisko biliona dolarów, a oba państwa poinformowały między innymi o zakończeniu negocjacji dotyczących współpracy w dziedzinie cywilnej energetyki jądrowej i o przyszłych dostawach samolotów F-35. Są to zobowiązania rozłożone na wiele lat, a nie pieniądze natychmiast przekazane amerykańskiej gospodarce, lecz ich skala pokazuje, dlaczego MBS uzyskał tak łatwy dostęp do Trumpa i jego otoczenia. Biały Dom przedstawił pierwszą część porozumień w maju 2025 r., a ich rozszerzenie ogłosił w listopadzie 2025 r..

Nie oznacza to, że saudyjski następca tronu kupuje amerykańskie decyzje. Pieniądze wzmacniają jego pozycję, ale ważniejsza pozostaje rola, jaką Arabia Saudyjska może odegrać w realizacji najważniejszych ambicji Trumpa. Bez Rijadu trudno zbudować nową architekturę bezpieczeństwa, doprowadzić do rozszerzenia Porozumień Abrahamowych, ustabilizować Syrię, ograniczyć aktywność Huti, wpłynąć na światowe ceny energii albo stworzyć wspólny front wobec Iranu.

MBS doskonale rozumie transakcyjny sposób myślenia amerykańskiego prezydenta. Nie próbuje przekonywać go wyłącznie argumentami dotyczącymi historycznego sojuszu. Przedstawia konkretne inwestycje, zamówienia, kontrakty i rozwiązania polityczne, które Trump może zaprezentować własnym wyborcom jako osobisty sukces. Dzięki temu relacja między nimi przestaje przypominać tradycyjną zależność mniejszego państwa od mocarstwa, a zaczyna być negocjacją dwóch przywódców, z których każdy posiada zasoby potrzebne drugiemu.

MBS chce osłabienia Iranu bez regionalnej katastrofy

Najtrudniejszym elementem saudyjskiej strategii pozostaje Iran. Rijad i Teheran od lat rywalizują o wpływy w świecie islamskim, kontrolę nad szlakami energetycznymi oraz przyszłość Jemenu, Iraku, Syrii i Libanu. Arabia Saudyjska obawia się również irańskiego programu nuklearnego, sieci ugrupowań zbrojnych wspieranych przez Teheran oraz zdolności Iranu do atakowania infrastruktury naftowej państw Zatoki.

Jednocześnie MBS wie, że pełnoskalowa wojna z Iranem mogłaby przynieść Arabii Saudyjskiej większe straty niż ograniczona rywalizacja. Z tego powodu w marcu 2023 r. Rijad zgodził się na przywrócenie stosunków dyplomatycznych z Teheranem w ramach porozumienia wynegocjowanego przy udziale Chin. Obie strony zapowiedziały ponowne otwarcie ambasad, poszanowanie suwerenności i reaktywowanie umowy o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa z 2001 r. Trójstronny komunikat Chin, Arabii Saudyjskiej i Iranu był sygnałem, że Rijad nie zamierza uzależniać całej swojej polityki regionalnej od Stanów Zjednoczonych.

Jeszcze pod koniec stycznia 2026 r., w czasie narastających napięć amerykańsko-irańskich, Mohammed bin Salman zapewniał prezydenta Masuda Pezeszkiana, że saudyjskie terytorium i przestrzeń powietrzna nie zostaną wykorzystane do przeprowadzenia ataku na Iran. Wkrótce potem amerykańskie media podały jednak, że Rijad miał za zamkniętymi drzwiami zachęcać Donalda Trumpa do uderzenia. Arabia Saudyjska oficjalnie zaprzeczyła tym doniesieniom, podkreślając, że konsekwentnie opowiadała się za rozwiązaniem dyplomatycznym.

Po rozpoczęciu 28 lutego 2026 r. amerykańsko-izraelskiej operacji przeciwko Iranowi sytuacja uległa zasadniczej zmianie. Teheran odpowiedział atakami na państwa Zatoki i ich infrastrukturę, a władze w Rijadzie oskarżyły Iran o uderzenia w obiekty cywilne, lotniska i instalacje naftowe. Arabia Saudyjska ostrzegła, że zachowuje prawo do obrony, a 22 marca nakazała irańskiemu attaché wojskowemu, jego zastępcy oraz trzem pracownikom ambasady opuszczenie kraju. W ciągu kilku tygodni polityka ostrożnego odprężenia została więc zastąpiona odstraszaniem, choć kanały umożliwiające rozmowę nie zostały całkowicie zamknięte. Saudyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych przedstawiło swoje stanowisko 9 marca 2026 r., a później poinformowało o wydaleniu części irańskiego personelu dyplomatycznego.

W tym kontekście twierdzenie Dova Zeraha, że MBS miał przekonać Trumpa do rezygnacji z kolejnej serii uderzeń, nie musi pozostawać w sprzeczności z wcześniejszymi doniesieniami o twardym saudyjskim stanowisku. Celem Rijadu nie jest uratowanie irańskiego reżimu ani umożliwienie mu odbudowania potencjału militarnego. Arabia Saudyjska chce Iranu słabszego, pozbawionego możliwości bezkarnego działania poprzez regionalne organizacje zbrojne, ale nie chce niekontrolowanego rozpadu państwa, długotrwałej blokady szlaków energetycznych ani wojny przenoszącej się na saudyjskie miasta i rafinerie.

Cieśnina Ormuz zmieniła rachunek sił

Najbardziej widocznym dowodem ograniczeń amerykańskiej przewagi stała się cieśnina Ormuz. Stany Zjednoczone i Izrael mogły zniszczyć znaczną część irańskiej infrastruktury wojskowej, ale nie zdołały szybko przywrócić normalnej żeglugi przez jeden z najważniejszych szlaków energetycznych świata. W połowie sierpnia przez cieśninę przepływało zaledwie kilka statków dziennie, podczas gdy przed wojną przeciętna przekraczała 130 jednostek. Reuters opisał skalę ograniczenia ruchu 14 sierpnia 2026 r..

Dla Arabii Saudyjskiej nie jest to abstrakcyjny problem bezpieczeństwa międzynarodowego. Dochody państwa, realizacja programu modernizacji gospodarczej i wiarygodność MBS zależą od stabilnego eksportu surowców oraz przekonania inwestorów, że królestwo jest bezpieczne. Każdy kolejny atak na tankowiec, port albo rafinerię podnosi koszty transportu, ubezpieczenia i realizacji projektów, na których opiera się Wizja 2030.

Zagrożenie nie ogranicza się do samego Iranu. 9 sierpnia Huti zaatakowali dronem saudyjską rafinerię w Dżazanie, położoną nad Morzem Czerwonym. Pożar został ugaszony i nie było ofiar, ale uderzenie przypomniało, że Teheran może wywierać presję na Rijad także poprzez swoich regionalnych partnerów, zagrażając jednocześnie szlakom przebiegającym przez cieśninę Ormuz i Bab al-Mandab. Według Reutersa atak nastąpił dwa dni po podpisaniu przez Arabię Saudyjską, Turcję i Pakistan nowego porozumienia obronnego.

W tych warunkach nakłanianie Trumpa do powściągliwości staje się dla MBS próbą ochrony własnego programu modernizacyjnego. Amerykańska strategia ponownego zwiększania presji gospodarczej na Teheran jest z saudyjskiej perspektywy mniej ryzykowna niż następna fala bombardowań, jeżeli nie istnieje wiarygodny plan polityczny określający, co miałoby nastąpić po ich zakończeniu. Blokada również niesie poważne zagrożenia, lecz daje więcej czasu na negocjacje niż niekontrolowana eskalacja militarna.

Trump odczuwa zresztą podobną presję, choć z innych powodów. Przed listopadowymi wyborami do Kongresu wzrost cen paliw i przedłużająca się wojna stają się dla niego problemem wewnętrznym. Prezydent przedstawia dziś Iranowi dwie możliwości: gospodarczą izolację albo kolejne potężne uderzenie. MBS może natomiast oferować trzeci element tej strategii, czyli regionalne pośrednictwo pozwalające Trumpowi ogłosić porozumienie bez przyznawania, że interwencja militarna nie doprowadziła do oczekiwanego rozstrzygnięcia.

Arabia Saudyjska buduje własny system bezpieczeństwa

MBS nie rezygnuje z amerykańskiej ochrony, ale nie chce już opierać bezpieczeństwa królestwa wyłącznie na jednym gwarancie. Najważniejszym tego dowodem jest podpisane 7 sierpnia 2026 r. porozumienie obronne Arabii Saudyjskiej, Turcji i Pakistanu. Zakłada ono, że napaść na jedno z państw zostanie potraktowana jako atak na wszystkie strony układu, a minister spraw zagranicznych Turcji Hakan Fidan porównał ten mechanizm do artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego.

Porozumienie przewiduje powołanie stałego sekretariatu w Arabii Saudyjskiej, regularne spotkania kierownictwa politycznego i wojskowego oraz rozwijanie współpracy między siłami zbrojnymi. Ankara podkreśla, że układ nie jest skierowany przeciwko Iranowi ani żadnemu innemu konkretnemu państwu. Nie wiadomo również, jak daleko Turcja lub Pakistan byłyby gotowe się posunąć w razie kolejnej eskalacji. Sam fakt powstania takiego mechanizmu pokazuje jednak, że MBS próbuje stworzyć dodatkową warstwę odstraszania poza tradycyjnym systemem amerykańskich baz i gwarancji. Reuters opisał strukturę porozumienia i jego podobieństwo do klauzuli wzajemnej obrony NATO.

Każdy z uczestników wnosi do układu inny zasób. Arabia Saudyjska posiada pieniądze, położenie geograficzne oraz wpływy w świecie arabskim i islamskim. Turcja dysponuje dużą armią, przemysłem zbrojeniowym i doświadczeniem zdobytym w Syrii, Libii oraz na Kaukazie. Pakistan jest mocarstwem nuklearnym i od dziesięcioleci utrzymuje bliskie relacje wojskowe z Rijadem, choć z treści porozumienia nie wynika automatycznie, że pakistański arsenał atomowy staje się saudyjską gwarancją nuklearną.

Nowa konstrukcja nie jest jeszcze bliskowschodnim odpowiednikiem NATO. Między Ankarą, Islamabadem i Rijadem istnieją różnice interesów, a każde z tych państw utrzymuje relacje z partnerami, których pozostali uczestnicy nie zawsze postrzegają w ten sam sposób. Porozumienie pokazuje jednak kierunek saudyjskiej polityki. MBS chce pozostać blisko Stanów Zjednoczonych, współpracować gospodarczo z Chinami, utrzymywać kanał rozmowy z Iranem, rozwijać relacje z Indiami i jednocześnie budować regionalny system bezpieczeństwa, w którego centrum znajdzie się Rijad.

Taka strategia została szerzej zarysowana w analizie „Nowy Bliski Wschód rodzi się na naszych oczach“. Państwa Zatoki nie zamierzają już wybierać jednego mocarstwa i podporządkowywać mu całej swojej polityki. Starają się łączyć amerykańskie gwarancje wojskowe, chińskie inwestycje, azjatyckie rynki zbytu i lokalne porozumienia, zachowując możliwie dużą swobodę działania.

Bez MBS nie będzie nowego porządku z Izraelem

Drugim obok Iranu obszarem saudyjskiej siły negocjacyjnej są relacje z Izraelem. Rozszerzenie Porozumień Abrahamowych o Arabię Saudyjską byłoby dla Donalda Trumpa jednym z największych możliwych sukcesów dyplomatycznych. Dla Izraela oznaczałoby natomiast jakościową zmianę pozycji w świecie arabskim, ponieważ uznanie ze strony Rijadu miałoby znacznie większy ciężar polityczny i religijny niż wcześniejsze porozumienia ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Bahrajnem czy Marokiem.

MBS nie zamknął drogi do normalizacji, ale znacząco podniósł jej cenę. Arabia Saudyjska konsekwentnie domaga się wiarygodnego i nieodwracalnego procesu prowadzącego do powstania państwa palestyńskiego. W lipcu 2026 r. Trump uzależnił dalsze działania dotyczące amerykańsko-saudyjskiej współpracy nuklearnej od przystąpienia Rijadu do Porozumień Abrahamowych, lecz takie postawienie sprawy nie rozwiązało różnicy między stanowiskiem saudyjskim a polityką rządu Benjamina Netanjahu. 

Saudyjski następca tronu może więc wpływać na stosunki amerykańsko-izraelskie bez bezpośredniego uczestniczenia w ich sporach. Trump potrzebuje jego podpisu pod historycznym porozumieniem, Netanjahu chciałby uznania Izraela przez najważniejsze państwo arabskie, a MBS może czekać, nie ponosząc wysokich kosztów politycznych. Dopóki wojna w Strefie Gazy trwa, a izraelski rząd odrzuca rozwiązania, które Rijad mógłby przedstawić jako realną drogę do państwowości palestyńskiej, normalizacja pozostaje saudyjskim instrumentem nacisku.

Podobną rolę Arabia Saudyjska odegrała w sprawie Syrii. To MBS doprowadził w maju 2025 r. w Rijadzie do spotkania Trumpa z Ahmedem al-Szarą, dawnym przywódcą ugrupowania wywodzącego się z syryjskiej gałęzi Al-Kaidy, który po upadku Baszara al-Asada stanął na czele państwa. Niedługo później administracja amerykańska rozpoczęła znoszenie sankcji wobec Syrii, zachowując restrykcje dotyczące Asada, sprawców naruszeń praw człowieka, organizacji terrorystycznych i irańskich struktur. Biały Dom ogłosił formalną zmianę polityki sankcyjnej 30 czerwca 2025 r..

Przykład syryjski pokazuje, czym w praktyce jest siła MBS. Nie polega ona na możliwości wydawania poleceń innym przywódcom, lecz na zdolności doprowadzania do spotkań, których bez udziału Rijadu prawdopodobnie by nie było. Arabia Saudyjska oferuje polityczną legalizację, kapitał potrzebny do odbudowy i dostęp do świata arabskiego, a w zamian uzyskuje wpływ na kierunek przemian w państwach wychodzących z wojny.

MBS nie rządzi Bliskim Wschodem

Teza Dova Zeraha o Mohammedzie bin Salmanie jako nowym środku ciężkości regionalnej dyplomacji trafnie opisuje wzrost znaczenia Rijadu, ale nie powinna być rozumiana jako zapowiedź saudyjskiej hegemonii. Iran udowodnił, że nawet osłabiony może zakłócić żeglugę i uderzyć w energetyczne podstawy gospodarki państw Zatoki. Izrael zachowuje militarną swobodę działania, Turcja realizuje własne cele w Syrii i wobec Kurdów, a Katar pozostaje pośrednikiem, którego znaczenia w rozmowach dotyczących Hamasu i Strefy Gazy nie można zastąpić saudyjskim kapitałem.

Także Trump nie stał się wykonawcą decyzji MBS. Prezydent Stanów Zjednoczonych może wysłuchać saudyjskich argumentów, a następnie zmienić stanowisko pod wpływem Izraela, własnego zaplecza politycznego albo sytuacji na amerykańskim rynku paliw. Polityka Waszyngtonu jest dzisiaj mniej jednolita, bardziej osobista i w większym stopniu podatna na rywalizujące ze sobą kanały wpływu. To właśnie w takim systemie MBS czuje się szczególnie dobrze.

Siła saudyjskiego następcy tronu wynika z połączenia kilku elementów, których nie posiada żaden inny przywódca regionu. Kontroluje państwo o ogromnych zasobach finansowych, wpływa na rynek energetyczny, zarządza miejscami świętymi islamu, utrzymuje bezpośredni dostęp do Białego Domu i może rozmawiać zarówno z Chinami, jak i z Iranem, Turcją, Pakistanem czy Izraelem. Nie musi wygrywać każdej konfrontacji, aby pozostawać niezbędnym uczestnikiem wszystkich najważniejszych negocjacji.

Mohammed bin Salman nie został więc władcą Bliskiego Wschodu. Stał się jednak przywódcą, którego pominięcie może uniemożliwić osiągnięcie trwałego porozumienia. W regionie coraz mniej zależnym od jednej stolicy właśnie zdolność łączenia sprzecznych interesów może okazać się najważniejszą formą władzy.

Sebastian Nizio

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 sierpnia 2026