Pierwsze nazwiska aktywistów walczących z dezinformacją z zakazem wjazdu do USA. Wśród nich komisarz UE

Były komisarz UE Thierry Breton oraz czterech szefów organizacji pozarządowych z Wielkiej Brytanii i Niemiec ograniczających prawo wolności wypowiedzi otrzymało zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych, wydanym 23 grudnia 2025 roku przez Departament Stanu USA – powiadomiła brytyjska stacja BBC.
Zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych dla aktywistów walczących z dezinformacją – ograniczających wolność słowa
.W komunikacie opublikowanym przez amerykański resort napisano, że restrykcjami wizowymi objętych zostało pięć osób. Określono je mianem „radykalnych aktywistów”. Oznajmiono, że są to osoby, które „prowadzą zorganizowane działania, by zmusić amerykańskie platformy do cenzurowania (…) i tłumienia amerykańskich punktów widzenia”.
Stacja BBC podała, że jedną z osób objętych amerykańskimi sankcjami jest Thierry Breton, komisarz UE ds. rynku wewnętrznego w latach 2019-24. Departament Stanu zarzuca mu, że był on pomysłodawcą unijnego rozporządzenia o usługach cyfrowych (DSA), którego celem jest m.in. zwalczanie dezinformacji, zwiększanie przejrzystości dotyczącej umieszczania reklam oraz wzmacnianie praw użytkowników sieci. DSA obowiązuje w UE od lutego 2024 r.
W reakcji na decyzję Departamentu Stanu Breton zamieścił na swoim kanale na platformie X wpis o treści: „Do naszych amerykańskich przyjaciół: cenzura nie jest tam, gdzie myślicie”.
Na liście osób objętych sankcjami znalazło się również dwoje Brytyjczyków: Imran Ahmed, dyrektor naczelny Centrum Przeciwdziałania Nienawiści Cyfrowej (Centre for Countering Digital Hate, CCDH) oraz Clare Melford, która kieruje Globalnym Indeksem Dezinformacji (Global Disinformation Index, GDI). Podsekretarz stanu USA Sarah B. Rogers oskarżyła GDI o wykorzystywanie pieniędzy amerykańskich podatników „do nawoływania do cenzury i umieszczania amerykańskiej (…) prasy na czarnej liście”.
Zakazy władz w Waszyngtonie objęły również Annę-Lenę von Hodenberg i Josephine Ballon z HateAid, niemieckiej organizacji, która, według Departamentu Stanu, pomagała w egzekwowaniu DSA. W oświadczeniu przekazanym BBC obie dyrektorki zadeklarowały, że „nie dadzą się zastraszyć rządowi, który oskarża (innych) o cenzurę, żeby uciszyć obrońców praw człowieka i wolności słowa”.
Zagrożona wolność słowa
.Francuz urodzony w Paryżu, Nathaniel GARSTECKA, na łamach „Wszystko co Najważniejsze” twierdzi, że: „Wszyscy wielcy myśliciele demokracji i liberalizmu opowiadali się za wolnością słowa. Baruch Spinoza, XVII-wieczny holenderski filozof, pisał: Każdy może z pełną swobodą wyrażać swoje zdanie, sądzić, a w konsekwencji także mówić, pod warunkiem, że nie wykracza poza zwykłą mowę. Pierre-Augustin de Beaumarchais w swojej słynnej sztuce Wesele Figara napisał: Bez swobody krytyki nie ma zaszczytnej pochwały, (…) jedynie mali ludzie lękają się małych pisemek. XIX-wieczny ekonomista John Stuart Mill: Państwo, które czyni ludzi małymi i posłusznymi narzędziami w swoich rękach, nawet w imię dobrej woli, odkryje, że z małymi ludźmi nie można osiągnąć nic wielkiego. Wreszcie Hannah Arendt napisała: Totalitarne formy dominacji nie zadowalają się kładzeniem kresu wolności słowa, ale z zasady dążą do unicestwienia spontaniczności człowieka we wszystkich dziedzinach„.
„Jednak nikt z nich ani żaden przedstawiciel klasycznej szkoły liberalnej (w szczególności Szkot Adam Smith oraz Francuzi Bastiat i Constant) nie uważał, że wolność ta powinna być całkowita i nieograniczona. Dla Milla obelgi i wyzwiska nie powinny mieć miejsca w debacie ideowej. Spinoza uważał, że granicą wolności słowa jest ochrona bezpieczeństwa społeczeństwa i jedności państwa. Nie można zatem bronić nawoływania do buntu lub przemocy. Arendt z kolei twierdziła, że wolność nie może istnieć bez indywidualnej odpowiedzialności. Każdy z nas ponosi moralną odpowiedzialność, którą musimy cierpliwie budować poprzez refleksję i umiejętność zdystansowania się od panującego zgiełku”.
„Argument, że zasady ustanowione sto czy dwieście lat temu nie mogą być stosowane w XXI wieku, jest tylko częściowo prawdziwy. Trzeba przyznać, że w czasach Spinozy czy Beaumarchais’go nie istniały sieci społecznościowe. Ale przemoc i tyrania istniały. Jeśli Spinoza chciał, aby wolność słowa była „tak szeroka, jak to tylko możliwe”, to dlatego, że postrzegał ją jako narzędzie do ograniczania napięć społecznych, które były wszechobecne w XVII-wiecznej Europie, szczególnie w kontekście wojen religijnych między katolikami i protestantami, które krwawo wstrząsnęły kontynentem. Mill pisał zaledwie kilka dekad po wojnach napoleońskich i w czasie rewolucji narodowych. Dla niego wolność słowa była narzędziem innowacji i kreatywności, które mogły przyczynić się do wielkich odkryć i postępu myśli. Z kolei Hannah Arendt wypowiadała się w kontekście potępienia wielkich reżimów totalitarnych XX wieku i popełnionych przez nie masowych zbrodni i ludobójstw. Wolność jest pierwszym bastionem przeciwko tyranii, ponieważ to właśnie wolność dyktatorzy starają się ograniczyć w pierwszej kolejności. Co się zmienia w XXI wieku? Jak wspomniano powyżej, jest to rozszerzenie narzędzi mowy na całą ludzkość. Każdy, kto ma komputer lub smartfon, może publikować swoje opinie i udostępniać je całemu światu. Wyrażanie opinii nie jest już ograniczone do piśmiennej i intelektualnej elity, co ma dobre i złe strony” – pisze Nathaniel GARSTECKA w tekście „Zagrożona wolność słowa” – cały artykuł [LINK]
Marta Zabłocka/PAP/eg





