Polsce w 2026 roku grozi zapaść położnictwa

Krwotok, brak znieczulenia, zbyt długi transport. Polskie porodówki właśnie takie scenariusze mają w swoich historiach i nie są to teorie – powiedział prof. Przemysław Kosiński z UCK WUM. Dodał, że przy małej liczbie porodów doświadczenie zespołu zanika, a to grozi tragedią więc potrzeba sieci dobrze przygotowanych porodówek.
Realia polskich porodówek
Wyobraźmy sobie sytuację graniczną. Jest telefon na numer 112. Dzwoni kobieta w ciąży. Mówi, że ma skurcze, odeszły jej wody, pojawiło się krwawienie. Do najbliższej porodówki jest sto kilometrów. Co powinno się jej doradzić?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński, kierownik Oddziału Klinicznego Położnictwa, Perinatologii, Ginekologii i Rozrodczości Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego: Powiem bardzo uczciwie: w takiej sytuacji życzyłbym ratownikom medycznym przede wszystkim ogromnego szczęścia. Sto kilometrów to zdecydowanie za daleko, by mówić o realnym zabezpieczeniu pacjentki w ciąży, zwłaszcza jeśli występuje krwawienie. Krwawienie w ciąży nigdy nie jest objawem błahym. To zawsze sygnał alarmowy. Może oznaczać na przykład przedwczesne oddzielenie się łożyska, a to jest stan bezpośredniego zagrożenia życia matki i dziecka. Taka pacjentka powinna jak najszybciej znaleźć się na oddziale położniczym, który ma pełne zaplecze diagnostyczne i operacyjne.
A jednak w Polsce coraz częściej słyszymy o zamykaniu porodówek. Z jednej strony samorządy mówią, że te oddziały się nie opłacają, z drugiej kobiety boją się, że w razie nagłej sytuacji zostaną bez pomocy. Czy da się pogodzić te dwa światy?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Są to dwa bardzo poważne problemy, które niestety nakładają się na siebie. Z jednej strony rzeczywiście mamy w Polsce ośrodki, w których odbywa się jeden poród tygodniowo albo nie odbywa się żaden. W takich warunkach nie da się utrzymać odpowiedniego doświadczenia zespołu. Położne i lekarze, którzy nie praktykują regularnie, tracą sprawność. Położnictwo to dziedzina bardzo praktyczna. Nie wystarczy tylko wiedza teoretyczna.
Z drugiej strony mamy realny lęk kobiet, że w sytuacji nagłej będą musiały pokonywać ogromne odległości. Sto kilometrów to dystans absolutnie nieakceptowalny. Bezpieczny system opieki położniczej powinien być planowany centralnie, a nie w sposób chaotyczny w zależności od decyzji pojedynczych samorządów.
Czyli problemem jest nie tylko malejąca liczba porodów, ale też brak ogólnopolskiej strategii?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Dokładnie tak. Choć próby regulacji tego problemu podejmuje m.in. Ministerstwo Zdrowia. Należy określić maksymalny czas dojazdu do oddziału położniczego i wyznaczyć granicę – na przykład 20-30 minut transportu – i w jej ramach porządkować sieć szpitali. Problem jest jednak wielopłaszczyznowy i wymaga kompromisów.
Dyrektorzy szpitali mówią wprost: porodówki przynoszą straty. Dane przytaczane w artykule „Porodówki – to się nie opłaca”, opublikowanym na portalu Menedżer Zdrowia, pokazują, że NFZ płacił w 2024 r. średnio około 4,8 tys. zł za poród, podczas gdy jego koszt przekraczał 15 tys. zł. Czy to rzeczywiście tak wygląda z perspektywy oddziału położniczego?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Niestety tak. Procedury położnicze są dramatycznie niedoszacowane. Szpitale dokładają do każdego porodu. A trzeba jasno powiedzieć, że położnictwo to nie jest tylko sam moment narodzin dziecka. To całodobowa gotowość zespołu: ginekologów, położnych, neonatologów, anestezjologów. Do tego dochodzą bardzo drogi sprzęt, wyposażenie sal porodowych, leki, diagnostyka, szkolenia personelu. To wszystko kosztuje.
Szczególnie często pojawia się wątek braku anestezjologów. Dlaczego to istotny problem?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Bo bez anestezjologa nowoczesna porodówka właściwie nie istnieje. W wielu szpitalach powiatowych na dyżurze jest jeden anestezjolog dla całego szpitala. Jeśli w tym samym czasie musi znieczulać pacjenta chirurgicznego, ortopedycznego albo ofiarę wypadku, kobieta rodząca nie ma np. możliwości otrzymania znieczulenia zewnątrzoponowego.
A znieczulenie porodu to nie jest luksus. To element bezpieczeństwa. Kobieta, która rodzi w skrajnym bólu, szybciej się wyczerpuje, gorzej współpracuje. Utrzymanie anestezjologa tylko dla porodówki jest jednak ogromnym kosztem, na który małe oddziały przy kilku porodach tygodniowo po prostu nie mogą sobie pozwolić.
Proszę podać przykład systemowej niesprawiedliwości w wycenie świadczeń.
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Poród fizjologiczny u młodej, zdrowej kobiety jest wyceniany dokładnie tak samo, jak poród u pacjentki z ciężkimi powikłaniami, na przykład ze stanem przedrzucawkowym, zahamowaniem wzrastania płodu czy innymi chorobami współistniejącymi. Niezależnie od tego, czy poród odbywa się w małym szpitalu powiatowym, czy w ośrodku trzeciego stopnia referencyjności. Tymczasem koszty w tych ośrodkach są nieporównywalne. To jest systemowo niesprawiedliwe i prowadzi do zadłużania oddziałów.
Zapytam wprost: czy państwu nie opłaca się, żeby rodziły się dzieci, jeśli tak marnie płaci za ich przyjście na świat?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Nie poszedłbym aż tak daleko. W ostatnich latach wprowadzono wiele korzystnych rozwiązań dla kobiet w ciąży: bezpłatną immunoglobulinę anty-D, powszechny dostęp do diagnostyki prenatalnej w pierwszym trymestrze, wydłużony urlop macierzyński w przypadku wcześniactwa. To są realne zmiany na plus. Problem polega na tym, że finansowanie oddziałów położniczych nie nadąża za standardami opieki, które chcemy i powinniśmy zapewniać.
Wróćmy do bezpieczeństwa. Nawet poprawnie prowadzona ciąża może się nagle skomplikować. Co może pójść nie tak w trzecim trymestrze lub podczas porodu?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Wszystko. Ciąża i poród to procesy, w których fizjologia może w ułamku sekundy zamienić się w patologię. Może dojść do masywnego krwotoku, oddzielenia się łożyska, rzucawki, nagłego pogorszenia stanu płodu. Podczas porodu może wystąpić dystocja barkowa – jedno z najbardziej dramatycznych i nieprzewidywalnych powikłań.
Czym jest dystocja barkowa?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: To sytuacja, w której po urodzeniu się główki dziecka jego barki klinują się w miednicy matki, najczęściej o spojenie łonowe. Dziecko nie może się urodzić, a każda minuta zwłoki zwiększa ryzyko ciężkiego niedotlenienia, trwałego uszkodzenia mózgu albo śmierci noworodka. Jedynym ratunkiem są natychmiastowe, precyzyjne manewry położnicze, które cały zespół musi znać i mieć wielokrotnie przećwiczone.
I tu wracamy do doświadczenia personelu.
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Niewyszkolony albo rzadko praktykujący personel może być realnym zagrożeniem dla kobiety i dziecka. Tego nie da się „doczytać” w trakcie porodu. W dużych ośrodkach takie sytuacje się zdarzają i personel regularnie ćwiczy je w centrach symulacji medycznej, na fantomach. W szpitalu, gdzie jest sto porodów rocznie, dystocja barkowa może wystąpić raz na kilka lat. Oznacza to brak doświadczenia i brak automatyzmu działania, a w położnictwie liczą się sekundy.
Jaka jest pana zdaniem bezpieczna odległość do porodówki?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński:Jak już mówiłem: czas transportu rodzącej pacjentki nie powinien przekraczać 20-30 minut. Powyżej tego ryzyko dla matki i dziecka gwałtownie rośnie. Oczywiście im szybciej, tym lepiej.
Pojawia się argument, że taniej byłoby czasem przetransportować pacjentkę śmigłowcem niż utrzymywać nierentowny oddział położniczy.
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Transport lotniczy jest świetnym rozwiązaniem interwencyjnym i mamy z nim bardzo dobre doświadczenia, ale nie może być podstawą systemu. To narzędzie ratunkowe, a nie substytut dostępnej, dobrze wyszkolonej sieci porodówek.
Na koniec: jaki odsetek kobiet w ciąży wymaga specjalistycznej opieki?
Prof. dr hab. Przemysław Kosiński: Co najmniej 20 procent. Nadciśnienie, stan przedrzucawkowy, cukrzyca ciążowa, cholestaza – to są powikłania częste i potencjalnie groźne. Te pacjentki wymagają doświadczonego zespołu i odpowiedniego zaplecza. Dlatego położnictwo musi być organizowane mądrze, centralnie i uczciwie finansowane. Tu nie ma miejsca na improwizację.
Rozmawiała: Mira Suchodolska/ PAP
Żeby chorować, trzeba się najpierw cieszyć zdrowiem
Ochrona zdrowia tonie finansowo, a rząd udaje, że wystarczy lepsze zarządzanie. NFZ ma dziś wielomiliardową dziurę, szpitale – także powiatowe, jak ten w Kutnie – zadłużają się, zamykają oddziały i ograniczają świadczenia. I w tej sytuacji rząd Donalda Tuska wybiera oszczędzanie na pacjentach – pisze Paulina MATYSIAK
Żeby chorować, trzeba się najpierw cieszyć zdrowiem. Stare powiedzenie, które niby brzmi jak żart, ale przestaje być do śmiechu, kiedy człowiek naprawdę trafi do szpitala i zderzy się z rzeczywistością systemu. Dobry humor kończy się wtedy szybciej niż kroplówka.
Pilotaż programu „Dobry posiłek w szpitalu” dobiega końca. I na przykład w szpitalu w Kutnie, jednym z wielu podobnych w Polsce powiatowej, widać jak na dłoni, co to znaczy w praktyce: kończą się rządowe pieniądze, kończy się standard. Dyrekcja potwierdza, że bez dodatkowego finansowania nie utrzyma obecnego poziomu żywienia. A rząd równocześnie zapowiada, że od 1 stycznia 2026 r. wprowadzi jednolite standardy żywienia w szpitalach. Brzmi ładnie, tylko w tym wszystkim jest jedno pytanie: skąd szpitale wezmą na to pieniądze?
I właśnie dlatego temat posiłków jest doskonałym symbolem tego, co dziś trapi system ochrony zdrowia w Polsce. W Kutnie, tak jak w setkach miejsc w kraju, pacjent nie pyta o wielkie strategie, lecz o to, czy przyjmą go na czas, czy będzie anestezjolog, czy badanie nie zostanie przesunięte, czy ktoś odbierze telefon, czy dostanie skierowanie szybko, czy będzie odbijać się od drzwi do drzwi czy na koniec tej drogi nie usłyszy: „Proszę spróbować prywatnie”.
To jest zresztą sedno obecnego kryzysu, czyli wypychanie ludzi z publicznego systemu ochrony zdrowia. I pokazuje to codzienna praktyka: kolejki, limity, zamykane oddziały, braki kadrowe, przeciążenie personelu. Kto ma pieniądze, idzie prywatnie. Kto nie ma – czeka. A kto czeka zbyt długo, ten potem trafia do szpitala w gorszym stanie. Albo gdzie indziej, skąd nie ma już powrotu do świata żywych.
Problemy dotyczą samego serca systemu, czyli finansowania i zdolności do zapewnienia minimum stabilności. Jeśli teraz dużo się mówi o dziurze w budżecie NFZ i szukaniu oszczędności, to pierwszym odruchem nie może być cięcie tam, gdzie najłatwiej, albo udawanie, że jakoś to będzie.
Ochrona zdrowia tonie finansowo, a rząd udaje, że wystarczy lepsze zarządzanie. NFZ ma dziś wielomiliardową dziurę, szpitale – także powiatowe, jak ten w Kutnie – zadłużają się, zamykają oddziały i ograniczają świadczenia. I w tej sytuacji rząd Donalda Tuska wybiera oszczędzanie na pacjentach, a jednocześnie sam premier znowu mówi o likwidacji składki zdrowotnej dla przedsiębiorców. To już nie tylko strategiczny błąd, lecz życie w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości.
LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/paulina-matysiak-zeby-chorowac-trzeba-sie-najpierw-cieszyc-zdrowiem/
PAP/ Mira Suchodolska/ LW






