Polska ma coraz mniej małżeństw. Rozwód jest tylko częścią problemu

Na koniec 2025 r. w Polsce istniało 8,5 mln małżeństw, o blisko 80 tys. mniej niż rok wcześniej. Sądy orzekły ponad 60 tys. rozwodów, około 600 separacji, a w niemal 60 proc. spraw jako przyczynę rozpadu wskazywano niezgodność charakterów. Najważniejsza wiadomość płynąca z danych GUS nie dotyczy jednak samych rozwodów, lecz stopniowego słabnięcia małżeństwa jako jednej z podstawowych instytucji społecznych.
8,5 miliona małżeństw i ubytek blisko 80 tysięcy
Na koniec 2025 r. w Polsce istniało 8,5 mln małżeństw. W ciągu 12 miesięcy ich liczba zmniejszyła się o blisko 80 tys., a więc o niespełna 1 proc. Nie oznacza to, że wszystkie te związki zakończyły się rozwodem, ponieważ na bilans wpływają jednocześnie nowe śluby, rozwody oraz śmierć jednego z małżonków. Dane pokazują jednak kierunek zmiany: liczba małżeństw istniejących w Polsce wyraźnie się kurczy.
Według wstępnego bilansu GUS w 2025 r. zawarto około 133 tys. nowych małżeństw, o ponad 2 tys. mniej niż w 2024 r. Współczynnik małżeństw wyniósł około 3,6 na 1000 mieszkańców i pozostał zbliżony do poziomu z poprzedniego roku. Jednocześnie rozwiodło się około 61 tys. par, o ponad 3 tys. więcej niż rok wcześniej, a współczynnik rozwodów wzrósł o 0,1 punktu promilowego, do 1,6 na 1000 mieszkańców.
Nie należy mechanicznie dzielić liczby rozwodów przez liczbę ślubów i przedstawiać wyniku jako prawdopodobieństwa rozpadu nowego małżeństwa. Śluby zawarte w 2025 r. i rozwody orzeczone w tym samym roku dotyczą różnych pokoleń oraz różnych historii rodzinnych. Samo zestawienie 133 tys. nowych małżeństw z ponad 60 tys. rozwodów pokazuje jednak, że strumień nowych związków jest zbyt słaby, aby bez pomocy korzystniejszej demografii odbudowywać zasób istniejących małżeństw.
Liczba nowo zawieranych małżeństw spada już od około 15 lat. Jest to zjawisko ważniejsze niż jednoroczny wzrost lub spadek liczby rozwodów, ponieważ oznacza, że coraz mniej osób w ogóle wchodzi w instytucję małżeństwa. Jak zauważa prof. Piotr Czauderna, małżeństwo pozostaje w Polsce silnie związane z decyzją o posiadaniu dzieci, dlatego osłabienie skłonności do jego zawierania ma bezpośrednie znaczenie dla przyszłości demograficznej kraju.
Ponad 60 tysięcy rozwodów i zaledwie 600 separacji
W 2025 r. polskie sądy orzekły ponad 60 tys. rozwodów oraz około 600 separacji. Na około 100 rozwodów przypadała zatem mniej więcej 1 separacja. Dysproporcja jest tak duża, że separacja pozostaje instytucją wykorzystywaną marginalnie, chociaż prawnie pozwala małżonkom uporządkować sytuację rodzinną bez definitywnego rozwiązania małżeństwa.
Nie można z samej statystyki wywnioskować, że niemal każdy pozew rozwodowy jest wynikiem decyzji nieodwracalnej albo poprzedzonej dostatecznie długą próbą ratowania związku. Można natomiast stwierdzić, że gdy kryzys małżeński dociera do sądu, strony niemal zawsze wybierają rozwiązanie definitywne. Separacja, która pozostawia otwartą możliwość powrotu do wspólnego życia, nie stała się w Polsce szerzej przyjętym etapem pośrednim.
Dla konserwatywnej polityki rodzinnej jest to ważny sygnał. Obrona małżeństwa nie może ograniczać się do podkreślania jego prawnej lub moralnej wartości, gdy pomoc pojawia się dopiero w chwili składania pozwu. Potrzebne są dostępne wcześniej poradnictwo małżeńskie, terapia uzależnień, mediacja rodzinna oraz wsparcie psychologiczne, szczególnie dla rodzin, w których kryzys pogłębiają problemy finansowe, mieszkaniowe lub zdrowotne.
Kobiety składają ponad 66 procent pozwów
Statystyczna kobieta rozwodząca się w 2025 r. miała 42 lata, mieszkała w mieście oraz legitymowała się wykształceniem średnim lub wyższym. Statystyczny rozwodzący się mężczyzna miał ponad 44 lata, również mieszkał w mieście i posiadał najczęściej wykształcenie średnie. Przeciętny wiek obojga odpowiada fazie życia, w której małżonkowie mają już kilkunastoletni staż związku, często wychowują dorastające dzieci, a jednocześnie pozostaje przed nimi jeszcze długa część aktywności zawodowej.
W ponad 66 proc. spraw pozew o rozwód składały kobiety. Oznacza to, że formalną inicjatywę podejmowały w przybliżeniu w 2 na każde 3 postępowania. Statystyka sądowa nie pozwala jednak stwierdzić, kto ponosił odpowiedzialność za rozpad związku ani kto pierwszy faktycznie podjął decyzję o rozstaniu. Pozew może być zarówno początkiem formalnej procedury, jak i ostatnim etapem kryzysu trwającego przez wiele lat.
Wysoki udział kobiet wśród osób wnoszących pozwy bywa tłumaczony ich większą samodzielnością ekonomiczną, zmianą społecznych oczekiwań wobec małżeństwa oraz mniejszą gotowością do trwania w związku niespełniającym podstawowych funkcji. Te hipotezy są prawdopodobne, ale same dane GUS ich nie rozstrzygają. Równie istotne mogą być uzależnienia, zdrady, przemoc, długotrwała nieobecność jednego z małżonków albo nierówny podział odpowiedzialności za dom i dzieci.
Nie należy zatem sprowadzać wyniku 66 proc. ani do opowieści o kobiecej emancypacji, ani do tezy o jednostronnym odrzuceniu tradycyjnej rodziny. Liczba mówi, kto uruchamia postępowanie sądowe, ale nie wyjaśnia wcześniejszej historii małżeństwa. Odpowiedzialna analiza powinna unikać przenoszenia formalnej inicjatywy procesowej na ocenę winy moralnej.
Przeciętne małżeństwo rozpada się po 15 latach
Małżeństwo kończące się rozwodem trwało przeciętnie około 15 lat. Nie jest to zatem statystycznie rozpad po pierwszym konflikcie ani po krótkim okresie wspólnego życia. Rozwód najczęściej następuje w środku biografii rodzinnej, gdy małżonkowie zdążyli już zbudować wspólny majątek, ustabilizować sytuację zawodową, a nierzadko również wychować dzieci do wieku szkolnego lub nastoletniego.
W niemal 60 proc. spraw jako przyczynę rozwodu wskazywano niezgodność charakterów. Oznacza to około 3 na każde 5 postępowań. Na dalszych miejscach znajdowały się niedochowanie wierności oraz alkoholizm, ale pojemność pierwszej kategorii każe zachować ostrożność przy interpretowaniu tej hierarchii.
Niezgodność charakterów może opisywać rzeczywistą, długotrwałą niemożność porozumienia, lecz może być także formułą pozwalającą zakończyć postępowanie bez publicznego ujawniania najbardziej bolesnych szczegółów. Pod jednym określeniem mogą kryć się wieloletnie konflikty, rozbieżne hierarchie wartości, rozpad więzi emocjonalnej, spory finansowe, niewierność albo uzależnienie. Statystyka ujmuje zatem przede wszystkim przyczynę wpisaną do dokumentów, nie zawsze zaś pełną historię kryzysu.
Aż 85 proc. rozwodów zakończyło się bez wskazania winy któregokolwiek z małżonków. Jest to 17 spośród każdych 20 wyroków. Nie oznacza to automatycznie, że wszystkie te rozwody przebiegały zgodnie, bez konfliktu albo na wspólny wniosek, ponieważ rezygnacja z orzekania o winie może wynikać także z chęci skrócenia procesu i ograniczenia jego kosztów emocjonalnych.
Z tego samego powodu nie należy opisywać współczesnego rozwodu wyłącznie jako spokojnego rozwiązania kontraktu. Małżeństwo nie jest zwykłą umową pomiędzy 2 osobami, ponieważ tworzy system obowiązków, więzi, zależności ekonomicznych i odpowiedzialności międzypokoleniowej. Wyrok może zakończyć stosunek prawny, ale nie usuwa konsekwencji, które ponoszą byli małżonkowie, ich dzieci i najbliższa rodzina.
Rozwód rodziców dotyczy dziesiątek tysięcy dzieci
Najważniejszą grupą niemal niewidoczną w ogólnej liczbie 61 tys. rozwodów są dzieci. W 2024 r. ponad 57 proc. rozwiedzionych małżeństw wychowywało łącznie około 51 tys. dzieci poniżej 18. roku życia. Oznacza to, że większość rozwodów nie dotyczyła wyłącznie 2 dorosłych osób, lecz zmieniała codzienność całej rodziny.
W 2024 r. sądy orzekły wspólne wychowywanie dzieci przez rozwiedzionych rodziców w blisko 77 proc. spraw. W 2000 r. podobne rozstrzygnięcie zapadało jedynie w 29 proc. przypadków. W ciągu 24 lat nastąpił więc wzrost o 48 punktów procentowych, a udział wspólnego wychowywania zwiększył się ponad 2,5-krotnie.
Jednocześnie odsetek spraw, w których opiekę powierzano wyłącznie matce, spadł z 65 proc. w 2000 r. do 19 proc. w 2024 r. Wyłączną opiekę ojca orzekano w około 2 proc. przypadków, wobec niespełna 4 proc. na początku stulecia. Najnowsze dane za 2025 r. potwierdzają kierunek zmiany: wspólne wychowywanie pozostaje najczęstszym rozwiązaniem, natomiast wyłączną opiekę matki sąd ustala mniej więcej w co 5. sprawie.
Ta ewolucja prawa i orzecznictwa odpowiada przekonaniu, że rozwód kończy małżeństwo, lecz nie powinien kończyć rodzicielstwa. Nie wolno jednak utożsamiać wspólnego wychowywania zapisanego w wyroku z rzeczywistą zdolnością rodziców do współpracy. Dla dobra dziecka potrzebne są stabilność, przewidywalność, ograniczenie konfliktu lojalnościowego oraz obecność obojga rodziców, o ile nie zagraża ona jego bezpieczeństwu.
Rozwód stanowi również poważne wydarzenie ekonomiczne. Jedno gospodarstwo domowe przekształca się w 2, rosną koszty mieszkania i utrzymania, a ten sam dochód rodziny musi finansować 2 odrębne miejsca życia. Jak wskazuje prof. Ryszard Szarfenberg, kryzys finansowy może sprzyjać rozpadowi rodziny, natomiast sam rozwód często staje się źródłem kolejnych trudności materialnych i silnego stresu dla dzieci.
Coraz więcej rozwodów po 50. roku życia
Jednym z najważniejszych trendów ostatniego ćwierćwiecza jest wzrost udziału rozwodów po 50. roku życia i po co najmniej 30 latach małżeństwa. W 2000 r. podobne przypadki stanowiły 4 proc. rozwodów, natomiast w 2025 r. już 9 proc. Jest to wzrost o 5 punktów procentowych, czyli o 125 proc. w ujęciu względnym.
Zmiana ta nie może zostać wyjaśniona jedną przyczyną. Znaczenie mają dłuższe trwanie życia, większa niezależność ekonomiczna małżonków, osłabienie społecznego piętna rozwodu oraz przemiana oczekiwań wobec drugiej połowy życia. Pięćdziesięciolatek po 30 latach małżeństwa może mieć przed sobą jeszcze 25 lub 30 lat życia, dlatego kryzys, który wcześniejsze pokolenia uznawały za nieodwracalny element starości, coraz częściej prowadzi do decyzji o rozstaniu.
Nie znaczy to jednak, że późny rozwód jest prostym początkiem nowego życia. Po 50. lub 60. roku życia oznacza on podział majątku gromadzonego przez dziesięciolecia, utratę codziennego wsparcia, reorganizację kontaktów z dorosłymi dziećmi oraz powstanie 2 jednoosobowych gospodarstw domowych. Zwiększa także zapotrzebowanie na małe mieszkania i może pogłębiać ryzyko samotności lub ubóstwa w wieku emerytalnym.
Z konserwatywnej perspektywy szczególnie istotne jest zachowanie proporcji pomiędzy szacunkiem dla osobistych dramatów a uznaniem społecznej wartości trwałego związku. Nie każdy kryzys może zostać rozwiązany, a w przypadkach przemocy bezpieczeństwo musi mieć pierwszeństwo. Państwo i wspólnoty społeczne powinny jednak tworzyć warunki, w których ratowanie małżeństwa jest realną możliwością, a nie jedynie moralnym apelem kierowanym do ludzi pozostawionych samym sobie.
Miasto rozwodzi się częściej niż wieś
Według GUS częstość rozwodów w miastach jest niemal 3 razy wyższa niż na wsi. W przypadku separacji różnica jest około 2-krotna. Nie jest to wyłącznie wynik liczby mieszkańców, ponieważ urząd odnosi się do częstości zjawiska, a nie jedynie do surowej liczby wyroków.
Na wsi większe znaczenie mogą mieć silniejsze więzi rodzinne, wyższa religijność, kontrola lokalnej wspólnoty oraz wspólne gospodarowanie majątkiem, szczególnie gospodarstwem rolnym. Trwałość związku może wzmacniać zakorzenienie w sieci krewnych i sąsiadów. Jednocześnie nie wolno pomijać mniejszej dostępności mieszkań, usług prawnych i pomocy psychologicznej, która może utrudniać formalne zakończenie nawet bardzo źle funkcjonującego związku.
Niższa częstość rozwodów na wsi nie jest zatem automatycznym dowodem wyższej jakości wszystkich tamtejszych małżeństw. Pozostaje jednak wskazówką, że wspólnota, religia, bliskość wielopokoleniowej rodziny oraz trwałość więzi ekonomicznych mogą działać stabilizująco. W polityce rodzinnej warto badać te mechanizmy, zamiast traktować miejską atomizację jako nieuchronny model przyszłości.
Pierwsze półrocze 2026 roku przynosi 50 tysięcy ślubów
W pierwszych 6 miesiącach 2026 r. zawarto około 50 tys. małżeństw, o około 1,5 tys. więcej niż rok wcześniej. Oznacza to wzrost o nieco ponad 3 proc. Współczynnik małżeństw wyniósł 2,7 na 1000 mieszkańców, wobec 2,6 rok wcześniej.
Spośród około 50 tys. ślubów mniej więcej 38 proc. stanowiły małżeństwa wyznaniowe ze skutkami cywilnymi. Odpowiada to około 19 tys. ślubów wyznaniowych i 31 tys. zawartych w formie cywilnej. Udział 38 proc. należy jednak oceniać ostrożnie, ponieważ wiele ślubów kościelnych odbywa się w miesiącach letnich i jesiennych, a więc struktura całego 2026 r. może różnić się od wyniku za pierwsze półrocze.
Znacznie bardziej wymowne jest porównanie długookresowe. W pierwszym półroczu 2010 r. zawarto niemal 86 tys. małżeństw, natomiast w analogicznym okresie 2026 r. tylko około 50 tys. Spadek wyniósł około 36 tys., czyli blisko 42 proc. w ciągu 16 lat.
W pierwszej połowie 2026 r. sądy orzekły około 31,5 tys. rozwodów, o 700 więcej niż rok wcześniej. Odpowiada to wzrostowi o około 2,3 proc. Współczynnik rozwodów wzrósł z 1,6 do 1,7 na 1000 mieszkańców, a separację orzeczono wobec około 300 małżeństw.
Na każde 100 ślubów zawartych w pierwszym półroczu przypadły zatem około 63 rozwody orzeczone w tym samym czasie. Nie jest to miara prawdopodobieństwa rozpadu nowych związków, lecz porównanie 2 bieżących strumieni demograficznych. Pokazuje jednak skalę dysproporcji pomiędzy słabym napływem nowych małżeństw a liczbą związków kończonych wyrokiem sądu.
Jednoroczny wzrost liczby ślubów o nieco ponad 3 proc. jest wiadomością pozytywną, ale nie pozwala jeszcze mówić o odwróceniu trendu. Aby taką zmianę potwierdzić, potrzebne byłyby wyniki całego roku oraz utrzymanie wzrostu przez kolejne lata. Dane z 2026 r. mówią na razie o niewielkim odbiciu, nie o renesansie małżeństwa.
Małżeństwo pozostaje dobrem publicznym
Dane o rozwodach bywają przedstawiane jako opowieść obyczajowa o zmieniającym się stylu życia. W rzeczywistości dotyczą one funkcjonowania jednej z najważniejszych instytucji społecznych. Trwałe małżeństwo organizuje odpowiedzialność za dzieci, opiekę nad osobami starszymi, przekazywanie majątku, pomoc w chorobie i budowanie więzi pomiędzy pokoleniami.
Konserwatywna odpowiedź na wzrost liczby rozwodów nie powinna polegać na piętnowaniu osób, których małżeństwa się rozpadły. Powinna polegać na uczynieniu trwałości związku łatwiejszą: przez stabilne warunki mieszkaniowe, większą przewidywalność pracy, leczenie uzależnień, dostęp do mediacji, poradnictwa i terapii oraz politykę podatkową, która nie dyskryminuje rodzin. Wartość małżeństwa potwierdza się nie tylko deklaracją, lecz również instytucjami pozwalającymi rodzinie przetrwać czas kryzysu.
Polska debata demograficzna koncentruje się najczęściej na liczbie urodzeń. Tymczasem liczba dzieci zależy również od tego, czy młodzi ludzie tworzą trwałe związki, czy mają zaufanie do przyszłości oraz czy potrafią pogodzić pracę z odpowiedzialnością rodzinną. Spadek liczby ślubów o około 42 proc. pomiędzy pierwszym półroczem 2010 i 2026 r. jest z tego punktu widzenia sygnałem równie ważnym jak rosnąca liczba rozwodów.
Najgłębszy problem nie polega więc na tym, że w 2025 r. rozwiodło się ponad 60 tys. par. Polega na tym, że Polska ma coraz mniej małżeństw, coraz mniej nowych rodzin i coraz słabszy dopływ kolejnych pokoleń. Rozwód jest jednym z elementów tego procesu, ale kryzys zaczyna się wcześniej, gdy zawarcie trwałego związku przestaje być dla młodych ludzi osiągalnym i atrakcyjnym projektem życia.
Sebastian Nizio




