Zbigniew Religa stworzył polską transplantologię na światowym poziomie

Dokładnie 40 lat temu w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu przeprowadzono pierwszy w Polsce przeszczep serca. Dziś dyrektor placówki, prof. Przybyłowski, wspomina tamten przełomowy moment jako wydarzenie nie tylko medyczne, ale i historyczne.

Transplantacja serca wymaga ogromnego przygotowania

.To czas tuż po stanie wojennym – praktycznie niczego nie było. Nagle dokonano przeszczepienia serca. To była metoda nowatorska, po wielu nieudanych próbach w latach 60. i 70., kiedy na świecie praktycznie istniało moratorium na przeszczepy z powodu braku skutecznych leków immunosupresyjnych – powiedział prof. Przybyłowski.

Według niego wprowadzenie w latach 80. cyklosporyny, czyli związku chemicznego wykorzystywanego do zapobiegania odrzucaniu przeszczepów, zrewolucjonizowało transplantologię serca, zwiększając zarówno liczbę zabiegów, jak i długość życia pacjentów.

– Całe moje życie zawodowe to czas, kiedy przeszczep serca przestał być rzadką metodą, a stał się procedurą rutynową, osiągalną w każdym zaawansowanym ośrodku kardiochirurgicznym. Dziś przeżycia powyżej 20 lat nie należą do rzadkości – podkreślił.

W Zabrzu zachowały się relikty tamtej historii: protokół operacyjny pierwszego zabiegu, kilka zdjęć. Są też przede wszystkim osoby, które brały udział w operacji.

– Dla wielu z nich to wciąż bardzo żywe wspomnienie – dodał dyrektor.

Prof. Przybyłowski zaznaczył, że rozwój transplantologii serca przez ostatnie cztery dekady był ogromny.

– Technika chirurgiczna właściwie się nie zmieniła. Natomiast zmieniła się populacja pacjentów, dostępność nowych leków, mechaniczne wspomaganie krążenia i całkowicie wystandaryzowana opieka przed- i pooperacyjna – wyjaśnił.

Śląskie Centrum Chorób Serca przeprowadza rocznie 50 przeszczepów, w tym kilkanaście u dzieci. Najmłodsza pacjentka otrzymała serce w siódmym tygodniu życia. Najstarszy pacjent miał ponad 70 lat.

– Transplantacja serca wymaga ogromnego przygotowania – od diagnostyki, przez stabilizację pacjenta przy wstrząsie kardiogennym, po rehabilitację. Dziś jesteśmy w stanie uratować dzieci z wadami wrodzonymi serca, co jeszcze 40 lat temu byłoby nie do pomyślenia – tłumaczył prof. Przybyłowski.

Dużą rolę odgrywa także współpraca międzynarodowa. Z Czech do Zabrza trafiają czasem narządy przeznaczone do przeszczepu. Do tej pory dzięki tej współpracy udało się przeszczepić cztery serca.

– Staramy się, żeby każdy narząd był jak najlepiej dopasowany – pod względem wielkości i biologii. To logistycznie trudne, bo istnieją krytyczne czasy niedokrwienia, ale wymiana transgraniczna pozwala ratować więcej pacjentów – podkreślił dyrektor.

Jednocześnie Zabrze rozwija program przeszczepów wielonarządowych, m.in. serca z wątrobą czy płucami.

– To ogromne, skomplikowane zabiegi wymagające dwóch zespołów i zaawansowanej opieki anestezjologicznej, ale dające pacjentom szansę na życie, której wcześniej nie było – dodał.

Dyrektor wskazał także wyzwania współczesnej transplantologii: ograniczoną liczbę dawców, logistykę transportu organów, a w perspektywie – transplantacje wielonarządowe, eksperymenty z organami od zwierząt genetycznie modyfikowanych oraz rozwój strategii ograniczających toksyczność leków immunosupresyjnych.

Prof. Przybyłowski podkreślił także, że świadomość społeczna dotycząca dawstwa organów w Polsce rośnie, choć nadal potrzebna jest edukacja, również w szkołach.

5 listopada mija 40 lat od pierwszej w Polsce udanej transplantacji serca, którą przeprowadził w ówczesnym Wojewódzkim Ośrodku Kardiologii w Zabrzu Zbigniew Religa z zespołem. Choć sam przeszczep był udany, 62-letni pacjent przeżył jeszcze osiem dni.

W skład zespołu, który w Zabrzu stworzył Zbigniew Religa (1938-2009), weszli m.in. kardiochirurdzy Marian Zembala (1950-2022) i Andrzej Bochenek.

W 1987 r., tuż po zakończeniu jednej z kolejnych operacji przeszczepu serca, Religa został uwieczniony na słynnej fotografii wykonanej dla „National Geographic” przez Jamesa Stanfielda. Na pierwszym planie widać siedzącego wybitnego kardiochirurga, na drugim – jego asystenta (obecnie prof. Romualda Cichonia), który ze zmęczenia zasnął w kącie sali. Zdjęcie uznano za jedno ze 100 najlepszych fotografii w historii magazynu „National Geographic”

Zbigniew Religa miał amerykańskie wyczucie prasy

.Profesor Andrzej Bochenek powiedział mediom, że w realiach PRL-u było to możliwe dzięki charyzmie Religi, pasji jego zespołu i dozie improwizacji. Dodał, że operacja trwała ponad dwie godziny.

Mira Suchodolska: Panie profesorze, dziś mówimy, że serce to po prostu pompa. Dlaczego 40 lat temu przeszczep serca był wielkim wydarzeniem?

Prof. Andrzej Bochenek: Serce zawsze było symbolem emocji i życia. Jeszcze sto lat temu chirurdzy uważali, że kto dotknie serca, zostanie wykluczony z cechu. A nagle okazuje się, że można je przeszczepić. Technicznie to prosty zabieg, trudniejsza jest wątroba czy trzustka. Ale to serce budzi najwięcej emocji.

Z punktu widzenia immunologii serce jest podobno prostsze do przeszczepu niż inne narządy.

Prof. Andrzej Bochenek: Tak, najgorsze są nerki. Prof. Franciszek Kokot, słynny nefrolog i endokrynolog, mawiał, że nerka jest najważniejsza, bo reguluje hormony i wiele procesów metabolicznych. Ale właśnie dlatego w kierunku przeszczepów serca prowadzi się wiele badań nad ksenotransplantacją – próbą pobrania serca np. od świni, przy zahamowaniu procesów odrzutu.

Pan brał udział w takich eksperymentach?

Prof. Andrzej Bochenek: Tak, w Zabrzu i Katowicach. Z profesorem Zbigniewem Religą prowadziliśmy badania na zwierzętach – świniach i cielętach. Wtedy też zaczęła się idea wspomagania serca. Religa bardzo cierpiał, gdy musiał rezygnować z przeszczepu, bo brakowało dawców. Dlatego chciał stworzyć urządzenia, które pozwolą pacjentom doczekać serca od dawcy.

To była wielka rzecz, kiedy w Zabrzu ruszyły prace nad sztucznym wspomaganiem serca.

Prof. Andrzej Bochenek: Dokładnie. Były to ogromne urządzenia, pacjent był przykuty do łóżka. Żartowałem, że te maszyny nie nadają się nawet do podlewania ogródka. Religa był wściekły! Ale dziś mamy przenośne pompy, które ratują życie.

Prof. Religa miał wizję, ale też charakter.

Prof. Andrzej Bochenek: Tak. Był prawdziwym taranem. Kiedy pacjentów ubywało, bo ginęli, a dawców brakowało, on się nie poddawał. Mówił: nie możemy przegrać. Gdyby nie jego upór, może nigdy byśmy nie zrobili kolejnego przeszczepu po tym pierwszym, de facto nieudanym, bo pacjent przeżył tylko osiem dni. Jednak on szedł dalej, nie bał się porażki.

Ponoć Religa miał amerykańskie wyczucie prasy.

Prof. Andrzej Bochenek: Oj tak. Wiedział, że potrzebuje opinii publicznej po swojej stronie. Dzwonił do radia, kazał zapraszać dziennikarzy. Protestowałem, bo pacjent jeszcze walczył o życie, a on na to: „jak kura zniesie jajko, to gdacze”. Wiedział, że sukces trzeba pokazać, by zdobyć przychylność ludzi i władz. Pamiętam, jak pewnego dnia ugrzązł w gabinecie, mieliśmy jakieś ważne sprawy do obgadania, ale okazało się, że prof. Religa udziela wywiadu „Przeglądowi Akwarystycznemu”. Miał nosa, bo wędkarze to ogromna grupa.

Pierwszy przeszczep serca w Polsce zrobił jednak kto inny, wiele lat wcześniej.

Prof. Andrzej Bochenek: Tak, profesorowie Jan Moll i Jan Dziatkowiak w 1969 r., wkrótce po pierwszej transplantacji tego organu przeprowadzonej przez dra Christiaana Barnarda 3 grudnia 1967 r. w Kapsztadzie. Ich pacjent zmarł zaraz po operacji, a pacjent Barnarda po 18 dniach z powodu sepsy.

Ale spotkał ich hejt, było dochodzenie prokuratorskie. Komunistyczne władze zakazały wówczas przeprowadzania takich „niebezpiecznych eksperymentów”, które mogły wywołać społeczne niezadowolenie. Inna sprawa, że ówczesne prawodawstwo nie pomagało. Brakowało np. definicji śmierci mózgowej. Religa miał przewagę nad swoimi genialnymi poprzednikami – prasa była z nim. I to uratowało jego misję.

Proszę opowiedzieć o 5 listopada 1985 r. Punkt po punkcie.

Prof. Andrzej Bochenek: Wchodzę do pracy, zwykły dzień, pogoda fatalna, chmury, siąpi deszcz. Religa mówi: będzie przeszczep. Już wiedziałem, że nie wrócę do domu przynajmniej przez dwa dni. Pacjent był w krytycznym stanie. Dawcę przywieziono z Warszawy. Religa jechał osobiście, żeby go przytransportować do Zabrza w idealnym stanie.

Transplantacja zaczęła się po południu, raczej późnym popołudniem. W sali obok Religa i Marian Zembala pobierali serce. Ja z zespołem przygotowywaliśmy biorcę. W pewnym momencie Religa wchodzi i niesie serce w metalowej miseczce z lodem. Na stopach miał chodaki, takie na grubej, gładkiej podeszwie. Spojrzałem na niego i przez myśl mi przemknęło: byleby się tylko nie poślizgnął, ale na szczęście nie.

Operacja poszła szybko, dwie godziny z kawałkiem. Religa błyskawicznie łączył ze sobą naczynia krwionośne, jakby miał w tym rutynę, jakby to nie był nasz pierwszy raz. Inna sprawa, że on się do tego przygotowywał, ćwiczył przeszczepy serca na zwłokach. Przy tym pierwszym przeszczepie asystowali mu Marian Zembala, Bogusław Ryfiński i Jerzy Wołczyk.

Przyznam pani, że kiedy wyjęliśmy serce z klatki piersiowej biorcy i spojrzałem w tę pustą przestrzeń między żebrami, poczułem lęk. Ale nie trwał on długo, nowe serce zostało „przyszyte”, zdjęliśmy klemy i to nowe serce zaczęło bić. To był moment, którego nie zapomnę nigdy.

I euforia?

Prof. Andrzej Bochenek: Wszyscy byli poruszeni. Ale pacjent był bardzo wyniszczony, miał skazę krwotoczną. Zaczął krwawić, a brakowało krwi. Religa kazał dzwonić do radia, by zorganizować dawców. Potem przyjechało wojsko z Gliwic, 20 żołnierzy oddało krew wprost do transfuzji. Dziś by się to nie mogło zdarzyć. Ale ratowaliśmy życie.

Dziś taki zabieg to procedura, wtedy – improwizacja.

Prof. Andrzej Bochenek: Tak, nie mieliśmy leków, ani sprzętu, ani nawet dostępu do czasopism medycznych. Każdy wyjazd zagraniczny to był cud. Religa jeździł do USA, zbierał pieniądze przez Polonię. Dzięki temu mieliśmy pierwsze zestawy narzędzi, środki, szwy. Mówił: robię to dla ludzi, nie dla polityki.

Mało tego, profesor stawał na głowie, na uszach, żeby nas, młokosów, wysłać poza granice PRL, do krajów, gdzie w medycynie działy się cuda, o których mogliśmy tylko poczytać w naukowych czasopismach i to pod warunkiem, że z medycznej biblioteki uniwersyteckiej przyszły zamówione przez nas skany artykułów, co nie zdarzało się często.

Ale to jeszcze nie wszystko: prof. Zbigniew Religa miał taki dar, że był w stanie zachęcić swoich uczniów, do których się zaliczałem, żeby wrócili z tych „lepszych krajów” do Polski. Byłem w Wielkiej Brytanii, całkiem dobrze się tam urządzałem, ale kiedy usłyszałem od prof. Religi, że możemy w Zabrzu robić wielkie rzeczy, nie zastanawiałem się długo.

Jak wyglądała współpraca między panem a Zbigniewem Religą?

Prof. Andrzej Bochenek: Przypominała napięcie twórcze. Ja sceptyk, on wizjoner. Czasem się kłóciliśmy, ale się szanowaliśmy. Kiedy wysłał mnie do Ochojca, na szefa kardiochirurgii, powiedział: ty musisz iść na swoje. To była jego mądrość – potrafił dać młodym przestrzeń do rozwoju. Dzięki temu powstały nowe ośrodki: Wrocław, Lublin, Zamość, Bielsko, Opole, Białystok, Rzeszów i Wrocław.

Wtedy nie tylko kardiochirurgia była inna, ale też cały system.

Prof. Andrzej Bochenek: Oczywiście. To był PRL, brak benzyny, kartki. Religa potrafił pójść do pierwszego sekretarza, załatwić paliwo, szwy, salami na święta i ochronę przed polityką. Mówił: ja biorę na siebie politykę, wy róbcie robotę. I rzeczywiście, nikt nas nigdy nie ciągał po komitetach.

Przypomniała mi się taka historia: kiedyś poszliśmy we dwóch do I sekretarza KW PZPR. Chodziło, jak zawsze, o pieniądze dla zabrzańskiej kliniki. Nie brałem udziału w tej rozmowie, siedziałem na korytarzu, czekałem, bodaj cztery godziny. Wreszcie wychodzi Religa, rozanielony, wszystko załatwił. I daje mi talon na samochód. Wie pani, czym był wówczas talon na samochód? Można było mieć mnóstwo pieniędzy, ale bez talonu auta nie było.

Sumitowałem się: nie chce profesor sam kupić sobie samochodu? A Religa, że nie, ma swój stary, jest do niego przywiązany, żadnych nowych mu nie trzeba. Nawiasem mówiąc, jego ulubiona maszyna w środku była, jakby to powiedzieć, nie do końca posprzątana. Wszędzie walały się niedopałki papierosów.

Pan miał wtedy, kiedy robiliście ten przeszczep, 35 lat. Co pan czuł?

Prof. Andrzej Bochenek: Mieszankę dumy, strachu i niedowierzania. Człowiek wiedział, że uczestniczy w czymś wielkim. Ale wtedy nie myślałem o historii, tylko o tym, by pacjent przeżył.

Po operacji była impreza?

Prof. Andrzej Bochenek: Powiedzmy, że była ulga. Ktoś przynosił chleb ze smalcem, ktoś kieliszek. Ja nie piłem, więc obserwowałem to na trzeźwo. Ale Religa, mimo że lubił wypić, nigdy nie operował po alkoholu. Był odpowiedzialny do granic możliwości.

Z perspektywy czterech dekad, co pana najbardziej porusza w nowoczesnej transplantologii?

Prof. Andrzej Bochenek: To, że z marzenia kilku ludzi powstał system. Wtedy mieliśmy jeden ośrodek, dziś transplantacje serca robi się w wielu miastach. To kontynuacja idei Religi: dzielić się wiedzą, nie trzymać jej dla siebie.

A gdyby profesor Religa dziś wszedł na salę operacyjną?

Prof. Andrzej Bochenek: Myślę, że by się uśmiechnął. Powiedziałby: „Andrzej, wreszcie to wszystko działa, jak trzeba”. A potem pewnie by się z kimś pokłócił, bo inaczej nie potrafił. Ale to dzięki niemu mamy w Polsce transplantologię na światowym poziomie.

Rozmawiała Mira Suchodolska/PAP

Z sercem dla Polski. Profesor Zbigniew Religa 1938 – 2009

.”Był jednym z najuczciwszych, najbardziej charakternych ludzi, z jakimi przyszło mi pracować. Praca z kisielem, budyniem, galaretowatą masą, którą można dowolnie kształtować – to nigdy nie jest frajda. Praca z Profesorem była frajdą. Od pierwszych słów” – pisze Eryk MISTEWICZ, Prezes Instytutu Nowych Mediów, wydawcy „Wszystko co Najważniejsze”.

„Zaczęliśmy od rozmów o tym, jak działa ludzki mózg (lekarzowi – tłumaczyć sposób działania mózgu z punktu widzenia osiągnięć psychologii poznawczej, struktur narracyjnych, prac moich mistrzów marketingu), o wymogach współczesnych mediów i o tym, jak ludzie odbierają polityków.  Co działa w czasie kampanii, a co nie. Także o tym, dlaczego proponuję „Z sercem dla Polski” i dlaczego nie ma sensu robić własnych badań ilościowych, na tym etapie. Dlaczego jako jedyny powinien ruszyć w kraj, do ludzi, specjalnie przygotowanym autobusem. Co warto, aby zrobił. I jak, w jaki sposób. Ale też z czasem wiedziałem już bardzo dobrze, gdzie jest granica, której nigdy nie przekroczy”.

„Tylko raz powiedziałem – tak sobie, głośno myśląc, nawet nie do Niego, tylko w powietrze, w burzy mózgów z przyjacielem – co byłoby, gdyby wszyscy, których kiedykolwiek wyleczył, których uratował, przyszli w sobotę pod siedzibę sztabu, jeszcze na Placu Dąbrowskiego. To duży plac. Dopiero później zrozumiałem, że dał na nowo tyle serc przez te lata, że ludzie przez niego uratowani nie pomieściliby się na placu. Ale to w ogóle nie wchodziło w grę. Woli te pieprzone wybory przegrać, niż „użyć” pacjentów do wygranej”.

„Gdy zaczynaliśmy kampanię był najbardziej szanownym człowiekiem w Polsce. Człowiekiem – ale nie politykiem. W kategorii polityk uzyskiwał 6 procent. Autorytet, szacunek – tak, ale nie jako polityk. Po kilku miesiącach kampanii w tej kategorii miał już blisko 30 proc. wskazań. I co chyba ważniejsze, a o czym już nikt nie chce pamiętać: do czasu zalania całej Polski billboardami z Donaldem Tuskiem prowadził w wyścigu prezydenckim. Dzień, gdy dostaliśmy jeszcze SMSem wynik sondażu na dużej grupie -następnego poranka sondaż gonitwy do prezydentury podała na swej czołówce „Rzeczpospolita”. Profesor był pierwszy. Ale niedługo potem weszły billboardy”.

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 3 listopada 2025