Robert FELUŚ: "Żółty szalik mocnego anioła"

TSF Jazz Radio

Żółty szalik mocnego anioła

Robert FELUŚ

Absolwent UJ. Pracował w Echu Krakowa i Super Expressie. W 2003 roku poszedł drogą Zygmunta III Wazy i został warszawskim „słoikiem”. Aktywnie pomagał w przyjściu na świat Faktu, a potem przez 10 lat umacniał jego pozycję (jako szef działów newsowych, organizator redakcji regionalnych, wicenaczelny i szef dodatku Fakt Pieniądze). Od kwietnia 2013 roku w Forbesie, zaś od sierpnia 2013 menedżer operacyjny Newsroomu Sportowego Ringier Axel Springer Polska.

zobacz inne teksty autora

Zanosi się na narodowy spór, który film jest bardziej „pijacki”? „Żółty szalik” z Gajosem czy „Pod mocnym aniołem” z Więckiewiczem? Nie wchodzę w tę dyskusję, bo to tak, jakby postawić na ringu boksera wagi koguciej i kazać mu się lać z zawodnikiem wagi ciężkiej. I jeden i drugi  mogą być mistrzami w swoich kategoriach, ale jaki miałaby sens potyczka między nimi.

„Żółty szalik” to chlanie, rzekłbym, eleganckie. Owszem, z napadami delirki, z postanowieniami poprawy i dającymi się przewidzieć powrotami do nałogu, ale pozbawione tego, czego Smarzowski w mocnym aniele nie poskąpił. Ekskrementów, wymiocin, przekleństw i seksu.

Nie wiem, co na to Pilch, ale film wali między oczy. I publiczność tak też się czuje, im dłużej ogląda zapijaczonego Więckiewicza. Z początku śmiechy jak na dobrej komedii. No bo kogo z nas nie śmieszy pijak? Komu z nas nie zdarzyło się zostać bohaterem jakiejś towarzyskiej anegdotki, w której alkohol nie był bez znaczenia?

Ale kilka obrazków z oddziału deliryków krakowskiego psychiatryka w Kobierzynie gasi te uśmiechy. Opowieści pacjentów, zagranych przez „smarzowskich” aktorów (jak choćby Preis czy Jakubik) walą w łeb bez znieczulenia. I sala cichnie. Aż słychać jak wódka wlewa się do gardeł filmowych pijaków, a potem buzuje we krwi. Już nawet nie śmieszy to, że podczas zakładowej imprezki personel medyczny oddziału deliryków nie siedzi bynajmniej o suchym pysku.

Słyszałem opinie, że film się momentami wlecze, że nie ma tej wartkości, co „Wesele”, „Dom zły” czy „Drogówka”. Może i nie ma, ale przecież takie jest życie pijaka. Niespieszne i powtarzalne. Chlanie, coraz większe chlanie, chlanie na umór, łóżko z pasami, odwykówka, seanse AA, powrót do domu z mocnym postanowieniem, że już nigdy, sklep z wódą lub bar, chlanie, i tak dalej…

Dla mnie ta filmowa wersja Pilcha ma jeszcze wartość dodaną – Kraków. Wanna, w której pierze mocno już pijany główny bohater, szafa, do której się załatwia i łóżko, na którym się dusi wymiocinami stoją w mieszkaniu na krakowskim Zwierzyńcu. Filmowy bar „Pod mocnym aniołem” w narożnej kamienicy to „Cafe Szafe”, w której piszący te słowa świętował kilka lat temu z klasą dwudziestą rocznicę matury (nie będę ukrywał, nie piliśmy tylko lemoniady). Stamtąd o rzut beretem do Rynku, na Wawel czy stadion Cracovii, o którą zresztą pyta pan Jurek taksówkarza wracając po kolejnym odwyku.

Wracając do cichnącej kinowej sali – w tym wyciszeniu dobrze było słychać miarowy oddech siedzącego obok mnie widza. Do kina wpadł z kolegami, lekko już „zrobiony”, żeby widać lepiej zrozumieć rozterki bohatera. Z początku trochę dokazywał, żywo reagował, śmieszyło go prawie wszystko. Aż, umęczon swoim stanem, zasnął w połowie filmu. Podejrzewam, że prosto z kina wpadł do pobliskiej knajpy, gdzie wódka i piwo po cztery złote. Żyć nie umierać!

Robert Feluś

8

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

jarzab pisze:

Masz rację, film wali między oczy. I dla mnie robi to celniej niż literacki pierwowzór, bo przyznam bez bicia, że nie doczytałem do końca. Do Cafe Szafe będę musiał wstąpić następnym razem jak będę nad Wawelem.

Robert Feluś pisze:

Wali i to grubo. Są momenty, że czujesz jak śmierdzi to, czym zwomitował Więckiewicz. Wydaje Ci się, że masz mega kaca. Że zaraz spadniesz z ławki na Plantach. I ta ostatnia scena, tradycyjnie u Smarzowskiego, kręcona jakby z nieba. Wejdzie się napić znowu?

jarzab pisze:

Masz rację, film wali między oczy. I dla mnie robi to celniej niż literacki pierwowzór, bo przyznam bez bicia, że nie doczytałem do końca. Do Cafe Szafe będę musiał wstąpić następnym razem jak będę nad Wawelem.

Robert Feluś pisze:

Wali i to grubo. Są momenty, że czujesz jak śmierdzi to, czym zwomitował Więckiewicz. Wydaje Ci się, że masz mega kaca. Że zaraz spadniesz z ławki na Plantach. I ta ostatnia scena, tradycyjnie u Smarzowskiego, kręcona jakby z nieba. Wejdzie się napić znowu?

Leszek Cichon pisze:

Trudny,mocny film.Wart obejrzenia!Alkoholikom nie bardzo da do myślenia,bo oni nie myślą o niczym innym,tylko o piciu i wyrzutach sumienia!Warto,żeby obejrzeli go trzeźwi!On im może coś przekazać.Brawo reżyser!

Robert Feluś pisze:

Owszem, brawo Smarzowski! Swoją drogą ciekawe, czy kiedyś znudzi mi się ten jego aktorski „zestaw podstawowy”. Na razie kupuję to.

Leszek Cichon pisze:

Trudny,mocny film.Wart obejrzenia!Alkoholikom nie bardzo da do myślenia,bo oni nie myślą o niczym innym,tylko o piciu i wyrzutach sumienia!Warto,żeby obejrzeli go trzeźwi!On im może coś przekazać.Brawo reżyser!

Robert Feluś pisze:

Owszem, brawo Smarzowski! Swoją drogą ciekawe, czy kiedyś znudzi mi się ten jego aktorski „zestaw podstawowy”. Na razie kupuję to.

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam