 AfD rośnie w siłę, a jej wejście do niemieckiego rządu przestaje być scenariuszem czysto hipotetycznym. Które postulaty partii stanowią rzeczywiste zagrożenie dla Polski, a które są przede wszystkim elementem radykalnej retoryki?  Zbliża się rok 2033, sto lat od zdobycia władzy przez Adolfa Hitlera. „Machtergreifung” – słowo to obecnie używane jest tylko w tym kontekście. Sto lat wcześniej, 30 stycznia 1933 r., Hitler w wyniku przetargów między partiami został kanclerzem dość niewinnie wyglądającego koalicyjnego rządu. Sygnałem do dokręcenia śruby był pożar Reichstagu. A potem: zakaz innych partii, obóz koncentracyjny w Dachau, specjalne pełnomocnictwa dla rządu, pełnia władzy i aparat represji. Całość w 53 dni, od 30 stycznia do 24 marca. Szybko. Wszyscy się doszukują analogii do czasów obecnych, wszyscy szukają nowego Hitlera.  Wartości są coś warte dopiero wtedy, kiedy trzeba za nie zapłacić polityczną cenę. Standard, którego przestrzegamy wyłącznie wtedy, gdy uderza w przeciwnika, nie jest żadnym standardem, tylko tak jaskrawym przykładem hipokryzji, że aż razi w oczy.  Dla europejskiej lewicy w takich krajach jak Szwecja, Francja, Belgia, Holandia czy Wielka Brytania – wzrost liczby muzułmańskich obywateli, a tym samym wyborców, przestał być tylko kwestią ideologii „przebudzenia” czy zamiłowania do „multi-kulti”, a stał się po prostu kwestią władzy.  Javier Milei, prezydent, który wszedł do polityki z piłą łańcuchową w dłoni i obietnicą wysadzenia banku centralnego w powietrze, 30 lipca 2026 roku stanął przed kamerami ogólnokrajowej telewizji, aby ogłosić projekt ustawy wzmacniającej niezależność Banco Central de la República Argentina. A równolegle, bez wielkich deklaracji, argentyńska gospodarka weszła w fazę odbudowy krajowego popytu na pieniądz i systemu finansowego. Te dwie historie składają się na jeden z najciekawszych eksperymentów współczesnej polityki pieniężnej. Warto uważnie przyjrzeć mu się znad Wisły  Współczesna debata nad etyką sztucznej inteligencji (AI) cierpi na głęboki syndrom naiwnego pragmatyzmu. Wielu intelektualistów próbuje budować technokratyczny konsensus, twierdząc, że fundamentalne spory światopoglądowe – takie jak bioetyka, źródło ludzkiej godności czy definicja rodziny – to jedynie marginalne różnice, które można odłożyć do archiwum na rzecz wspólnej walki z niekontrolowaną technologią. Stanowisko to reprezentuje klasyczny błąd redukcjonizmu. Echa te wyraźnie pobrzmiewają w eseju recenzyjnym Massimo Pigliucciego pt. „Encyklika Leona XIV o sztucznej inteligencji”. Najnowszy, 76. numer „Wszystko co Najważniejsze” jest już dostępny w EMPIK-ach, Księgarni Polskiej w Paryżu oraz wysyłkowo i w prenumeracie – w Sklepie Idei  Najnowszy, 76. numer miesięcznika „Wszystko co Najważniejsze” jest wydaniem o państwie, człowieku i przyszłości. O Polsce, która po niemal trzech dekadach obowiązywania Konstytucji RP z 1997 roku coraz wyraźniej staje przed pytaniem o kształt własnego ustroju, ale też o świecie, w którym sztuczna inteligencja przestaje być wyłącznie sprawą technologów, a staje się jednym z najważniejszych wyzwań antropologicznych, społecznych i moralnych. Piszemy również o demografii, geopolityce, pamięci historycznej, kulturze i pieniądzu, który w epoce cyfrowej może stać się wyrafinowanym narzędziem władzy.  Sztuka a depresja łączą się w szczególny sposób, ponieważ na obrazy patrzymy również przez własną pamięć, lęki i doświadczenia. Dzieła Caravaggia, Artemisii Gentileschi, Marka Rothki, Anisha Kapoora i Olgi Szerstobitow pozwalają zobaczyć emocje, które wcześniej nie miały kształtu ani nazwy.  Wrzesień oznacza rozpoczęcie sezonu nowych wystaw w paryskich muzeach. Prezentowane będą m.in. rysunki Andy’ego Warhola, twórczość francuskiej impresjonistki Evy Gonzalès czy malarstwo Paula Cézanne’a.  Nasza potrzeba piękna wynika z naszej metafizycznej kondycji i poszukiwania harmonii z innymi, a także z samymi sobą, nawet jeśli tu i teraz nie jest to do końca możliwe. Jak pisze Roger Scruton, piękno jest wartością najwyższą – czymś, do czego dążymy dla niego samego, i dla tego dążenia nie potrzeba dalszych uzasadnień.  Podobnie jak Joseph Conrad, Czesław Miłosz głęboko odczuwał blizny swojego narodu i wierzył, że „nie ma innej pamięci niż pamięć ran”.  Dobre nagrania – i technicznie, i wykonawczo – są w stanie przekazać nam bogactwo brzmienia i semantyki sztuki dźwięku, więcej nawet – ktoś, kto czyta partytury, nie potrzebuje takich nagrań; jest w stanie usłyszeć w dźwiękowej wyobraźni taką interpretację, którą uważa za najlepszą. Jest to kod językowy muzyki. W malarstwie takiego kodu nie ma. Jest obraz albo katedra czy pałac, który trzeba zmysłowo poczuć. |